Fantafryka Marlona Jamesa

W końcu przeczytałem „Czarnego Lamparta Czerwonego Wilka” Marlona Jamesa. I chyba sprawy poszły nie całkiem tak, jak miały pójść. Ale co tam. Biorę ten niefart na swój czytelniczy garb.

Mistrz swoje sprawił. Dzieło dostarczył i basta. A ty musisz kochać swego pisarza skoro brniesz przez ponad siedem i pół setki stronic i w finale czytelniczego maratonu, zamiast gładzić okładkę naznaczoną wężową łuską i wzdychać do minionych przygód, zaczynasz kombinować jak tu zbilansować rozczarowanie. I wnerw – nie na mistrza – tylko  siebie; że nie odczytałeś dzieła tak, jak zostało napisane; nie polubiłeś go tak, jak miałeś polubić; spartaczyłeś powinność wiernego czytelnika wobec swego autora. Przez własny opór, jakiś brak empatii, zbyt wiele oczekiwań; przez nie wiadomo co.

Taki paradoks mojego czytania. I również zaczyn tej recenzji.

Od razu ustalmy – źle nie jest. „Czarny Lampart Czerwony Wilk” trzyma wysoki poziom. To kawał misternie utkanego tekstu w rozmiarze baobabu. Definitywnie w duchu jamesowej językowo-stylistycznej rewolty, która za sprawą poprzednich powieści Jamajczyka rozlała się po świecie literackim z pełnym żarem.

Ponadto, w moim przekonaniu – całość z podźwiękiem, choćby G. G. Márqueza (w którego zresztą autor zapatrzony), Charlesa Bukowskiego, Quentina Tarantino, również – J.R.R. Tolkiena (bo „Hobbit”, choć zwulgaryzowany, to wyczuwalny), oraz Andrzeja Sapkowskiego (bo wiedźminowych skojarzeń tutaj w bród).

Ta powieść nie zostawia wyobraźni w letargu, ćwiczy głowę non-stop, przerzuca gwałtem z jednego myślenia w inne. Marlon James mówi tu nadal, albo i ryczy, głosem do którego zdążył fanów przyzwyczaić; głosem o rozbrajającej barwie, bezkompromisowym, ożywczym, po prostu zajebistym. Na tym polu nie mógł zawieść. 

„Nie podobał mi się ten człowiek-lampart. Nie znałem go, żeby móc nie lubić, ale i tak nie lubiłem. Śmierdział jak rów w dupie starca. Tak bym powiedział.”* 

Cały Marlon!

I najpierw wbiłem się w „Czarnego Lamparta Czerwonego Wilka” hardo, jak maczeta w orzech kokosowy. Na rozbiegu pierwszych rozdziałów dałem się całkiem wcisnąć w treść sondując z jakąś ulgą, że ten jamajski literat cudotwórca znowu, czyli po raz czwarty, odpalił petardę, która pomiesza mi dzień z nocą w czytelniczej kryjówce. Tak było. Prawdę mówię.

Z marszu naznaczyłem tę powieść – że intensywna, pełnokrwista, rozsadzająca zmysły; że Marlon James wnika tu w afrykańską materię po korzeń i jeszcze dalej, wgryza się we wszystko, wywraca wszystko na nice. Pichci gęsty fabularny sos na oleju palmowym. Snuje opowieść jak szalony. Definiuje na nowo trzewia gatunku fantasy. Bo tak mu się zapragnęło. Taką miał wizję. Przetworzyć mitologiczną głębię Afryki w rodzaj spójnego, nomen omen, fantastycznego i wciągającego świata. Tak to wyglądało. Tak to odczuwałem.

Z czasem sprawy podupadły. Maczeta stępiła się. Dalej rąbała ten kokos, ale zgubiła rytm rąbania. I moja pierwotna frajda z lektury „Czarnego Lamparta Czerwonego Wilka” przygasła.

Niestety, odkryłem problem, którego nie zdołałem rozwiązać już do końca lektury. Okazali się nim bohaterowie tej powieści. Właśnie oni. Tropiciel, Lampart i cała reszta kompani popaprańców. Przestali mnie obchodzić. Taki zafundowali mi dramat. Ich zamysły, motywacje, zaszyte namiętności – kompletnie mi zobojętniały. Przyjąłem ich obecność do wiadomości. Tylko tyle. Niedobrze mi z tym.

Telepaliśmy się wspólnie z krainy do krainy, od miasta do miasta, od Malakalu, przez Kongor, po Dolingo, czy gdzie tam jeszcze, przez Mroczne Ziemie, Wzgórza Czarów, Krwawe Bagna, Dolinę Uuomouomouomouo (pisownia oryginalna), chlastaliśmy kreatury rozmaitej proweniencji, jakieś trolle-zogbanu, wampiry, wiedźmy, skrzydłocienie; brodziliśmy we krwi i bebechach konkurencji, bzykaliśmy się na wylot, słuchaliśmy pieśni Griotów, szydziliśmy z aparycji hien: „Wyglądacie jak psi łeb przepychający się przez dupę kota idącego wstecz”*. (Chciałbym to usłyszeć z ust sir Davida Attenborougha).

I chociaż zdarzyło mi się podczas tej afrykańskiej odysei usmarkać ze śmiechu, czy dostrzec głębszą refleksję, nie oddałem serca ekipie Tropiciela. Tego żałuję najbardziej. W którymś momencie cofnąłem się poirytowany na pierwszą stronę, do zdania otwierającego i przeczytałem je raz jeszcze. Nie – wycedziłem je: „Dziecko nie żyje. Nie ma potrzeby wiedzieć nic więcej”*.

I dokładnie tak się stało. Przestałem mieć tę potrzebę. Przyznaję się do tego.

Ale mimo to dociągnąłem lekturę do końca. Tak – przeszedłem pełną gawędziarskich meandrów marszrutę o długości siedemset pięćdziesiąt dwie strony bez specjalnego angażu emocjonalnego w losy bohaterów.

Można? No, można.

Wystarczająco wciągnęło mnie i przetrzymało coś innego. „Fantastyczna Afryka” Marlona Jamesa. Rozniesiona na wszystkie kierunki, zawikłana, żywiołowa, polifoniczna, w pełni JAKAŚ. „Czarny Lampart Czerwony Wilk” sięga głęboko i skutecznie do zasobów „miąższu literackiego”, które skrywa w sobie Afryka. Marlon James kreuje tu, bodajże z zamierzoną precyzją, spektakularne i przekonujące uniwersum osadzone w afrykańskich mitach, historii, sztuce storytellingu. Świat tej powieści jest jej najmocniejszą stroną, jej najciekawszą atrakcją.

Postawię „Czarnego Lamparta Czerwonego Wilka” na półce bibliotecznej tam, gdzie reszta jamesowej twórczości, czyli: „Diabeł Urubu”, „Księga nocnych kobiet” i „Krótka historia siedmiu zabójstw”. Średnia czytelniczego zadowolenia pozostanie wysoka w tym sektorze. Ale poznawanie prozy Jamajczyka rekomenduję zacząć od czegoś, co było napisane przed „Lampartem…”. Lepiej tak. 

Za to, do Afryki Marlona Jamesa dorzucam dla smaku choćby ten kawałek – „Bassekou” – z albumu „Segu” Blue malijskiej grupy Bassekou Kouyate & Ngoni Ba. (Odkryłem go podczas innej afrykańskiej lektury: „Żar” Dariusza Rosiaka).

 

 


„Czarny Lampart Czerwony Wilk”, Marlon James, tłum. Robert Sudół, Wyd. Echa (Czarna Owca), Warszawa 2021.

* Wszystkie cytaty pochodzą z w/w pozycji.

Bawełniany idol

Niedawno w hiszpańskim dzienniku El Pais i włoskim Corriere della Sera ukazały się artykuły o tym, że Dominikana domaga się od Włoch zwrotu pewnego bożka. Owe bóstewko mierzy 55 cm wzrostu i jego wiek szacuje się na minimum 500 lat. Oznacza to, że zrodziło się na zamieszkałej przez Tainów wyspie przed jej odkryciem przez Kolumba w 1492 roku lub po jej okryciu i ochrzczeniu La Española. Figurkę bóstwa utkano z przędzy bawełnianej (do tego kunsztownie – jak można dojrzeć na fotografii). Ponadto została w niej „zaszyta” naturalnych rozmiarów, choć zdeformowana, ludzka czaszka.

Przypuszczalnie należała do persony najbardziej prominentnej w społeczności Tainów, czyli do wodza-kacyka. Figurka (idol, totem, fetysz) – zwana zemí uosabiała przeważnie któregoś z bogów, ducha przodków, albo niejako „dwa w jednym”, czyli z grubsza przodka w randze boskiej. W dwóch ostatnich przypadkach figurki czy rzeźby pełniły funkcję relikwiarzy (na co dobitnie wskazuje wspomniana relikwia w formie czaszki).

Biorąc pod uwagę gabaryty owego idola oraz artyzm jego wykonania musiał służyć przywoływaniu z zaświatów kogoś doprawdy mocarnego, bardzo zasłużonego w świadomości Tainów. Utrzymywanie kontaktów z zaświatami (po gruntownym, rzecz jasna, odurzeniu) stanowiło domenę lokalnego szamana, którego Tainowie tytułowali behique. Idol, drewniany, ceramiczny bądź bawełniany był niejako „wtyczką” do owych zaświatów i poprzez niego moc – uzdrowicielska, wróżbiarska czy każda inna – spływała na potrzebującą społeczność.

 „Idol z bawełny” (zemí de algodón) jest unikatem w skali światowej, rzadkim prekolumbijskim reliktem i jedynym odnalezionym na Hispanioli, który zachował się do dnia dzisiejszego (nie tracąc przy tym wiele z swej kondycji).

Dlatego Dominikana domaga się od Włoch jego zwrotu.

Od dziesięcioleci właścicielem zemí jest bowiem Muzeum Antropologii i Etnografii Uniwersytetu w Turynie. Nawiasem mówiąc, muzeum niedostępne dla publiczności od prawie czterech dekad.

Jak to się stało, że ten niezwykły dominikański artefakt zawędrował tak daleko od macierzy?

Włosi utrzymują, że został im podarowany. Dokładnie w 1848 roku przez Pedro Santanę – pierwszego konstytucyjnego prezydenta powołanej cztery lata wcześniej Republiki Dominikańskiej. (Ten sam Santana ogłosił zdrajcą i skazał na wygnanie Juana Pablo Duarte, jednego z ojców-założycieli tejże republiki, dziś narodowego herosa).

Posążek miał otrzymać Giuseppe Giovanni Battista Cambiaso (w Dominikanie znany bardziej, jako Juan Bautista Cambiaso). Urodzony w Genui eksplorator, kupiec, marynarz, admirał. Osiadł w Santo Domingo w okresie okupacji haitańskiej (1822-1844), poparł powstanie niepodległej Republiki Dominikańskiej i przyczynił się do utworzenia dlań floty marynarki wojennej (obecnie zwanej Armada de República Dominicana), która gromiła flotyllę haitańską w długim okresie walk niepodległościowych, choćby w słynnej bitwie morskiej blisko Portu Tortuguero w Zatoce Ocoa.

W uznaniu zasług wojskowych Juan Bautista Cambiaso otrzymał stopień generała. Po wycofaniu się z działalności politycznej i militarnej wrócił do handlu. W międzyczasie stał się posiadaczem bohatera tej historii, czyli bawełnianego zemí. Ponoć istniała dokumentacja potwierdzająca, że nie tyle go otrzymał, co sam go zakupił i to znacznie później, bo w 1882 roku.

Tymczasem Dominikańczykom takie daty nie pasują do przebiegu zdarzeń. Według nich odkrycie zemí miało miejsce w 1891 roku, czyli de facto 50 lat po rzekomym „podarku Santany”. Odkrycia dokonał przypadkiem myśliwy w jednej z jaskiń prowincji San Cristóbal (na zachód od Santo Domingo). Mniej więcej z tego okresu, czyli z końcówki XIX w., pochodzą pierwsze szkice zemí. Autorem jednego z nich (bodajże najsłynniejszego) jest niemiecko-amerykański malarz i dziennikarz Rudolf Cronau. Zamieścił go w swojej książce „Amerika” (1892).

El Cemí de Algodón. Photo source: «Dioses...decorados con la aguja del bordador»: los materiales, la confección y el significado de un relicario Taíno de algodón, www.researchgate.net © British Library Board 9551.1.6
Jedno z pierwszych zdjęć „bawełnianego idola” (El Zemí de Algodón) w książce „Amerika” (1892) Rudolfa Cronau. Źródło zdjęcia/Photo source: www.researchgate.net / © British Library Board 9551.1.6

W 1903 roku bawełniany idol trafił, tak czy inaczej, w ręce… rodziny Cambiaso, być może krewnych Juana Bautisty, który zmarł w 1896 roku w Santo Domingo. (Nazwisko Cambiaso, podobnie, jak choćby Vicini, Bonetti, czy Billini było popularne wśród potomków włoskich imigrantów trafiających na wyspę od czasów kolonii hiszpańskiej).

Co dalej?

Za sprawą tejże rodziny Cambiaso zemí został przewieziony do Włoch. I ślad po nim zaginął. Do momentu, gdy w 1950 roku wystawiono go w muzeum turyńskim tyle, że z opisem wskazującym na jego pochodzenie… peruwiańskie. W jakimś sensie owo zaginięcie nie zostało rozwikłane.

W 1970 roku tematem zainteresował się wybitny dominikański historyk, antropolog i pisarz Bernardo Vega de Boyrie. W najstarszej dominikańskiej gazecie Listín Diario otrzymał nawet przydomek „kulturowy detektyw”. Rozpoczął śledztwo, które miało wskazać miejsce pobytu „dominikańskiego zemí”? Trop zaprowadził Vegę najpierw do Muzeum Brytyjskiego w Londynie. Lecz tam nie znalazł figurki tylko jej zdjęcie. Nowy trop wskazywał na Turyn. Bingo.

Okładka książki El zemí de algodón taíno. Opracowanie zbiorowe - redakcja: Bernardo Vega. Santo Domingo: Academia Dominicana de la Historia, 2014
Okładka książki El zemí de algodón taíno. Opracowanie zbiorowe – redakcja: Bernardo Vega.  Wyd. Academia Dominicana de la Historia, Santo Domingo, 2014

Badacze dominikańscy podejrzewają dziś, że ten wyjątkowy bawełniany relikwiarz mógł znaleźć się w zbiorach turyńskiego muzeum w drodze aukcji.

Włosi nie potwierdzają tej teorii. Według nich figurkę przekazał do muzeum w 1928 roku niejaki Cesare Buscaglia, prawnik z Genui, który wcześniej otrzymał ją od włosko-dominikańskiej rodziny Cambiaso, która z kolei otrzymała ją (pewnie poprzez Juana Bautistę Cambiaso) w formie wspomnianego podarku od dominikańskiego prezydenta Pedra Santany (albo w jakikolwiek inny sposób).

Różnicę między tym, co deklarują strony – włoska i dominikańska można właściwie wyliczyć w latach. Dokładnie wynosi ona 43 lata (przypomnijmy: 1848 r. versus 1891 r.). Oczywiście, Dominikańczycy nie mają nic przeciwko rodzinie Cambioso (człowiek o tym nazwisku wpisał się przecież chwalebnie w historię Dominikany). Za to nie dopuszczają wersji, w której ta sama figurka (dziś archeologiczna perełka o unikatowej wartości) mogłaby trafić w taki oficjalny sposób do rzeczonej rodziny Cambioso (i w konsekwencji do „zasobów kulturalnych” państwa włoskiego). Nawiasem mówiąc, to największą niewiadomą pozostaje tutaj sama data odkrycia bawełnianego zemí (w jaskini, czy gdziekolwiek).

Pierwsze próby nawiązania kontaktu z kuratorami turyńskiego muzeum w kwestii powrotu cemí do macierzy zostały podjęte w 2010 roku przez Danilo Manerę – pisarza, krytyka, profesora z uniwersytetu w Mediolanie i promotora literatury krajów hiszpańskojęzycznych (w tym szczególnie Dominikany). Liczący ponad pięćset lat taino-relikwiarz, przechowywany w szklanej gablocie, został mu pokazany „zakulisowo”. Pamiętajmy, że muzeum od połowy lat 80-tych XX w. nie funkcjonuje jako instytucja otwarta dla publiczności.

Po wstępnych mediacjach Manery władze jednego kraju zwróciły się oficjalnie się do władz drugiego o podjęcie negocjacji dotyczących warunków przekazania zemí do Dominikany. Problem w tym, że władze w Rzymie niewiele mogły w powyższej materii zdziałać. To władze uniwersytetu w Turynie, do którego należy Muzeum Antropologii i Etnografii mogą decydować o losach zemí. I jak łatwo się domyślić nie śpieszy im z oddaniem swego de facto najcenniejszego eksponatu. Oczywiście, podejmą współpracę z podobnymi placówkami w Dominikanie w celu kontynuacji badań nad obiektem tak rozgrzewającym wyobraźnię. Przed tym się nie wzbraniają.

Jednak Dominikana uważa, że to nie wystarczy. Badania badaniami, lecz chciałaby figurkę zemí z powrotem u siebie. Ponoć do jej ekspozycji zostanie przygotowana specjalna sala w „odświeżonym” Muzeum Człowieka Dominikańskiego (Museo del Hombre Dominicano) w Santo Domingo. Czy ta powstała w 1973 roku instytucja (i stale zaniedbywana) poradzi sobie z takiej rangi obiektem, zapewni mu bezpieczeństwo podczas wystaw, zagwarantuje właściwą konserwację? Wątpliwości nie kryje tu wspomniany wcześniej Bernardo Vega, który zresztą przed laty był dyrektorem tego muzeum.

Rozmowy trwają. Są w nie zaangażowane: ambasada Dominikany w Rzymie, Ministerstwo Kultury, Dyrekcja Generalna Muzeów, Dominikańskie Stowarzyszenie Prasy Turystycznej, etc. To sprawa ochrony tożsamości, zachowania narodowego dziedzictwa; to fundamentalna cześć dominikańskiej historii. O to chodzi Dominikanie, która się przebudziła, która teraz popędza.

Nie bez ironii można zauważyć, że wytropienie miejsca pobytu zemí w Turynie zajęło „dominikańskim śledczym” ładnych kilka dekad. Z drugiej strony, zemí przeważnie chowany w magazynach nieczynnego uniwersyteckiego muzeum (i sporadycznie pokazywany na wystawach gdzieś na świecie) to jednak przeciwnik wymagający. Tak czy inaczej, wniosek o zwrot zemí jest już podobno rozpatrywany.

Wymownie podsumowali to dziennikarze Gabriele Ferraris i Paolo Morelli piszący dla Corriere della Sera: „W tym momencie równie dobrze można zwrócić go Dominikańczykom. Tak przynajmniej Turyńczycy, którzy wyjadą na wakacje do Santo Domingo będą mogli go zobaczyć”.

Bawełniane fatum

Na koniec taka obserwacja, ciekawostka, refleksja.

Oto jak przewrotna potrafi być historia.

Kiedy 12 października 1492 roku załoga Kolumba ujrzała wreszcie Nowy Świat przybijając do małej wyspy Guanahani, miejscowi wywodzący się od Tainów i zwani Lucayan, przywitali przybyszów pierwszymi podarkami, którymi były „papugi, kłębki bawełny, strzały oraz wiele innych rzeczy”.

To zanotował Kolumb w swoim słynnym dzienniku.

Od razu też jasno zaznaczył co interesuje go najbardziej. „Z mej strony obserwowałem dobrze i starałem sobie zdać sprawę, czy istniało tam złoto”.

Jednak na każdej następnej odkrytej wyspie złota było jak na lekarstwo. Za to nie brakowało tam bawełny w różnej postaci. Kolumb wspomina o niej w zapiskach niemal trzydzieści razy! Wielokrotnie widział ją rosnącą na dziko lub przetworzoną. Zazwyczaj oferowano mu ją za bezcen: „tubylcy […] wymieniali kosz bawełny za kawałek sznurowadła […]”.

Po dotarciu na ostatnią z wysp, czyli na La Españolę, „widzieli wiele lentyszków i aloesów, a także krzewów bawełny; nie znaleźli złota i nie było w tym nic dziwnego, bo mieli zbyt mało czasu na szukanie”.

Kiedy zaś kacyk Guacanagarí podjął załogę Kolumba i „kazał Hiszpanów nakarmić, to wówczas wszyscy Indianie znosili najrozmaitsze przedmioty, jak tkaniny bawełniane albo kłębki nici”.

Na półwyspie Samaná, pod sam koniec pierwszej wyprawy, miejscowi Ciguayos (różniący się od Tainów, choćby temperamentem i językiem) „przybyli z bawełną, chlebem i ajes, wszyscy z łukami i strzałami […]”.

Innymi słowy, Tainowie, zamiast uszczęśliwić Kolumba workami złota, wszystko… owijali w bawełnę!

Parę wieków później zjawił się na Hispanioli znany nam już Giuseppe Giovanni Battista Cambiaso, podobnie jak Kolumb – Genueńczyk. I co tam otrzymał? No właśnie.

Hispaniola nie zapomniała o bawełnie…


Zdjęcie tytułowe: Lo Zemi di cotone, © Museo di Antropologia ed Etnografia dell’Università di Torino

Źródła cytatów w tekście:

  • Dziennik Corriere della Sera, «Torino deve ridarci Zemi», Santo Domingo chiede la restituzione del prezioso feticcio, 28.01.2020.
  • „Krzysztof Kolumb. Pisma”, tłum. Anna Ludwika Czerny, Wyd. P.I.W., Warszawa 1970.

 

Roztańczeni tropikiem

Moi dzisiejsi rozmówcy, Zosia i Cristian de los Santos, mają w sobie dużo karaibskiej radości i polotu. To bardzo pozytywni, sympatyczni ludzie. Do tego aktywni i wiedzą czego chcieć od życia.

Ona Polka, On Dominikańczyk – zakochani w sobie i w Dominikanie. Potrafią dzielić się tym krajem mądrze, z wigorem i pasją – prywatnie i zawodowo (co i tak na jedno wychodzi).

Parę lat temu stworzyli nad Wisłą „De los Santos Project” popularyzując wśród Polaków dominikańską historię, kulturę oraz to, co stanowi istotną część tożsamości Dominikańczyków, czyli muzykę i taniec. To bardzo taneczne małżeństwo. Przekonacie się!

Obecnie mieszkają w Santo Domingo i rozwijają projekt podróżniczy Pal’Caribe. O wszystkim opowiedzą.

Ponadto dowiemy się:

  • jak ogarnąć dominikańską stolicę,
  • jak wygląda „covidowa” godzina policyjna,
  • jak kochliwi są Dominikańczycy,
  • co zostawili po sobie Tainos,
  • jak zrozumieć bachatę,
  • jak Polka przekonała Dominikańczyka (nie odwrotnie!) do tańczenia?

Oddaję im zatem głos.

„Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.”

Przenieśmy się w rzeczywistość Dominikany.

Zapraszam.

Rozmowa z Zosią i Cristianem de los Santos

Caribeya:  Od razu zapytam Was o to miasto. Przyznaję, mam do niego słabość. Elektryzuje, nęci; wchodzi w krew, w pamięć. Do tego, wyciska morze potu. To bardzo karaibskie, nienasycone miasto. Zatopione w lepkim, wilgotnym powietrzu. Czasem tajemnicze, albo lubieżne. Oczywiście, potrafi także dręczyć: właśnie tym palącym słońcem, ulicznym chaosem, co i rusz bajzlem do kwadratu. Melymel, dominikańska „Mama Rapu” śpiewa o nim „kiedy jestem daleko, tęsknię za tobą, nie ma nic takiego, jak ty”. Jak Wam się żyje w Santo Domingo?

Zosia de los Santos: Wiedziałam, że to pytanie się pojawi! A odpowiedź na nie jest równie zawiła jak i samo miasto Santo Domingo. Myślę, że każdy postrzega stolicę trochę inaczej i dotyczy to też nas. Dlatego proponuję, żebym ja opowiedziała o niej z perspektywy osoby „przyjezdnej”, która zdecydowała się tutaj zamieszkać, a Cristian z perspektywy człowieka, który się w tym mieście urodził.

Cristian de los Santos: Tak, Santo Domingo to zawsze był i będzie mój dom. Tutaj się urodziłem i wychowałem. Moim barrio była Sabana Perdida, Santo Domingo Norte – koniec świata, wszędzie daleko, transport fatalny. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Mamy metro, teleférico (miejska kolejka linowa), połącznie do centrum jest o wiele lepsze. Kiedyś w centrum miasta (Stare Miasto/ Malecón) bywaliśmy bardzo rzadko, życie toczyło się w dzielnicy. Przy okazji muszę powiedzieć, że Santo Domingo to miasto bardzo rozwarstwione, ma w sobie dużo kontrastów. Są tu zarówno przepiękne dzielnice z luksusowymi wieżowcami, szerokimi ulicami, gdzie jest czysto, a o porządek dba policja, ale są też nadal dzielnice, gdzie nawet policja bałaby się wejść i gdzie nie zawiezie Cię żaden taksówkarz. Jest też oczywiście klasa średnia, mieszkająca w tzw. residenciales, czyli zamkniętych, nowoczesnych osiedlach. Warto o tym mówić, bo od jakiegoś czasu widzę, że Dominikanę przedstawia się bardzo jednostronnie, jako biedny kraj Trzeciego Świata, a tak naprawdę znaleźć można tutaj wszystko. Kraj się rozwija i idzie w dobrą stronę, a przykładem tego jest Santo Domingo. 

Zosia: Faktem jest jednak, że wielu turystów, a nawet Dominikańczyków omija Santo Domingo szerokim łukiem, bo głośno, chaotycznie, wszędzie korki, zgiełk i jak sam wspomniałeś powietrze jest jakby bardziej wilgotne, słońce jakby praży mocniej. Mając do wyboru ten chaos i gwar oraz piękną plażę w Punta Cana, większość będąc na wakacjach wybierze pewnie to drugie. Coś więcej kryje się jednak pod tą skorupą. Myślę, że są takie rzeczy, które dostrzega się dopiero po pewnym czasie. Trzeba poczekać, aż to miasto się przed Tobą otworzy, albo inaczej – aż to Ty otworzysz się na nie i zdecydujesz się tak naprawdę je poznać. Wtedy pojawią się chwile, kiedy poczujesz je tak mocno, że to uczucie pozostanie z Tobą na zawsze. To dlatego wiele osób chce stąd uciec, ale kiedy są już daleko, tęsknią do tego klimatu.

Cristian: Santo Domingo ma wiele wad, ale ma też takie rzeczy, których nie znajdziesz w żadnym innym miejscu na ziemi. Chaos z jednej strony jest przytłaczający, z drugiej jednak strony ma w sobie pewną magię, jest wibrujący, sprawia, że życie tutaj jest bardziej aktywne, nie czuć monotonii. Ludzie tworzą specyficzny klimat. El Capitaleño (mieszkaniec stolicy) reprezentuje karaibski luz próbując dostosować się do życia w wielkiej metropolii o szybkim tempie. To niesamowite, jak potrafimy uzyskać ten balans. To miasto codziennie daje Ci też przykłady ile jest w życiu dróg, że Twój los jest tylko w Twoich rękach; możesz odpuścić i żyć z dnia na dzień, albo guayar la yuca (lit. trzeć maniok – ciężko pracować), żeby do czegoś dojść. Poza tym, nie ma nic lepszego jak usiąść niedzielnym popołudniem w ulubionym colmadon i darse pal de fría’ (lit. dać sobie parę zimnych – wypić kilka orzeźwiających piw); oddać się długim spacerom po Maleconie i dać się otulić przyjemną morską bryzą, zagrać w domino z niezwyciężonymi starszymi panami w Ciudad Colonial, a później zatańczyć merengue na koncercie Bonyé w ruinach klasztoru i po głośniej imprezie zgłodniałym wstąpić na chicharroncito (smażona wieprzowina).

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Zosia: Warto wspomnieć, że życie w stolicy wiele też ułatwia. W przeciwieństwie do innych dominikańskich miast (może oprócz Santiago), jest to miasto z prawdziwego zdarzenia, które oferuje całą gamę atrakcji kulturowych; mamy teatry, kina, operę, restauracje, dyskoteki, parki etc., a z rzeczy bardziej praktycznych – uniwersytety, rozwinięty rynek pracy, ładne mieszkania w niskiej cenie, sklepy i usługi wszelkiego rodzaju. To tutaj znajdują się też wszystkie urzędy, dlatego mieszkając w Santo Domingo wszystkie sprawy formalne załatwiamy na miejscu.

Na koniec dodam jeszcze kwestie historyczne. Santo Domingo, a konkretnie Zona Colonial to dla osób zainteresowanych historią krajów latynoskich czy historią kolonialną nie lada gratka! Najstarsze miasto obu Ameryk, budynki z XVI wieku, większość bardzo dobrze zachowana; każda ulica, każdy kąt kryje w sobie jakąś część burzliwej historii tego kraju. I ten niesamowity klimat tutejszych patios! Uwielbiam się tutaj zgubić, wtedy zawsze odkrywam nowe, wyjątkowe miejsca. Jeśli w którymś momencie przyjdzie nam przeprowadzić się do innego miejsca, to i tak na pewno często będziemy tutaj wracać.

Cristian: Dodam, że capitaleño rodzisz się i umierasz! Santo Domingo to ludzie, kultura, historia, klimat i flow. To miasto zawsze będzie miało swoje miejsce w moim sercu!

Pamiętam, że na początku pandemii trafiłem na fotografie stolicy robione dronem o różnych porach dnia. Patrzyłem na nie z niedowierzaniem. Dzielnice, szczególnie po zmroku, były wyludnione. Główne arterie komunikacyjne, przeważnie nabite huczącą masą pojazdów, świeciły pustkami. Dotąd nie widziałem dominikańskiego życia w stanie takiego „zamrożenia”. Normalnie te stołeczne ulice są codziennie poligonem dla zmysłów – od rana do nocy. Jak Santo Domingo radziło sobie przez te „pandemiczne tygodnie” pełne restrykcji? Był lockdown, różne warianty godziny policyjnej, nadzór przestrzegania dystansu społecznego w barrios, etc. I jak wyglądał Wasz dzień w tym zupełnie nieoczekiwanym okresie?

Zosia: Ten okres trwał raczej krótko, potem wszystko zaczęło powoli wracać do normy. Szybko wróciły budki z chicharrones, a reggaeton zaczął dudnić jak wcześniej. Odnośnie do samej pandemii i przestrzegania obostrzeń, podobnie jak w innych przypadkach i tutaj relację między teorią a praktyką opisałabym raczej jako „to skomplikowane”. Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.

Cristian: Jeśli chodzi o toque de queda (godzina policyjna) to na samym początku bardziej to respektowano i policja faktycznie docierała nawet do barrios, później jednak zewsząd zaczęły dochodzić nas słuchy, że godzina policyjna to fikcja. Kiedy pytaliśmy o aktualną sytuację znajomych z różnych regionów, w odpowiedzi usłyszeliśmy: „Jakie toque de queda? Tutaj nie ma toque de queda”… Z tego co zaobserwowaliśmy, ludzie szybko zaczęli przyzwyczajać się do sytuacji i żyć w miarę normalnie, przynajmniej w obrębie swojego miejsca zamieszkania, co oznacza działalność sklepików, budek z jedzeniem wieczorem, a kiedy wszystko jest zamknięte, spotkania towarzyskie w domach czy też na ulicy.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Zofia De los Santos (@sofayer.andayer)

 

Zosia: Trzeba powiedzieć, że w kraju tropikalnym ciężko jest zamknąć ludzi w domu, szczególnie bez klimatyzacji… Zaduch i wilgoć zadręczy każdego. Dominikańskim zwyczajem wszyscy po południu wychodzą na balkon, patio lub chodnik przed domem i tam spędzają czas – tego nie da się w ludziach zmienić. To dotyczy również maseczek, jeśli w Polsce ludzie mają z tym problem, wyobraź sobie co może się dziać tutaj. Bądźmy szczerzy, w maseczce nie da się oddychać w tym klimacie, i to dlatego wiele osób, będąc na zewnątrz, zwykło nosić ją na brodzie, albo trzymać w ręce…

Cristian: W okresie, kiedy godzina policyjna była w Santo Domingo od 17:00, najgorsze były korki! To było nie do zniesienia, nawet nie chciało się wychodzić gdziekolwiek. Później była od 21:00 (w weekendy od 19:00), więc było to w miarę znośne, można było się swobodnie przemieszczać, pojeździć po kraju, otwarto też wiele restauracji i barów. Ludzie zaczęli spotykać się po prostu wcześniej, chodzić do restauracji czy do colmadonu na piwko, a później wracać do domu i tam kontynuować imprezę. Dominikańczyk ma w naturze chęć zabawy i tego nie da się go oduczyć. Tak naprawdę nie potrzebujemy lokalu, żeby się dobrze bawić! Aha, oczywiście otwarto też cabañas (domy schadzek) tak, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie!

To zostańmy przy tej dobrej zabawie. Cristian wspomniał wcześniej o koncercie kapeli Grupo Bonyé. To już kultowe wydarzenie muzyczne. Pod ruinami klasztoru św. Franciszka w Zona Colonial. Od lat, w każdy niedzielny wieczór. Wtedy nobliwi dżentelmeni pod wodzą maestra Félixa Báeza wycinają karaibskie rytmy: son, merengue, bachata… Jest głośno, energetycznie, leje się rum. No i rządzi taniec. Wy tańczycie, prawda? Od zawsze tańczycie? Santosowie tańcem żyją? Gdziekolwiek, kiedykolwiek?

Zosia: Taniec to faktycznie ważna część naszego życia. Dla mnie to życiowa pasja. Muzyka i taniec towarzyszą mi odkąd pamiętam. Pierwszy raz zapach sceny poczułam mając zaledwie 4 latka. Powiadają, że jako jedyne dziecko podskakiwałam do rytmu! 

Cristian: U mnie historia jest zupełnie inna. Muzyka dla Dominikańczyka to część codzienności, wszystko jest nią przesiąknięte, jest wszechobecna, od rana do nocy. Pamiętam, kiedy zaprosiłem Zosię po raz pierwszy do mojego rodzinnego domu. Od razu zlecieli się sąsiedzi i kazali mi zatańczyć z nią merengue. Dla mnie to był obciach, bo za tancerza się nie uznawałem, a wiedziałem, że ona kocha taniec. Jakoś poszło… Najważniejsze, że ona była zadowolona!

Zosia: Tak, pamiętam ten dzień! To wtedy pierwszy raz zatańczyłam merengue i to z rodowitym Dominikańczykiem! To było coś! Kilka lat później, kiedy Cristian przyleciał do Polski, ja już prowadziłam kursy tańca. Wpadłam wtedy na pomysł, żeby Cristiana w to zaangażować, widziałam w nim duży potencjał. Opierał się, ale wyszło na moje i powstało „De los Santos Project” – nasze wspólne taneczne dziecko. Teraz czuję satysfakcję, bo dzięki temu, Polska mogła doświadczyć niezwykłego klimatu bachaty czy merengue z pierwszej ręki.

 

 

Cristian: Lekcje tańca oraz wszystkie taneczno-muzyczne wydarzenia, które organizowaliśmy pod flagą „De los Santos Project”, traktowałem jako dzielenie się kulturą Dominikany. Miło było patrzeć na radość i pozytywną energię, którą powodowała w ludziach dominikańska muzyka. Zafascynowani tymi karaibskimi klimatami, pytali często o mój kraj, chcieli wiedzieć więcej o jego kulturze, ludziach. A ja z wielką radością opowiadałem im o Dominikanie. 

Zosia: Teraz kiedy jesteśmy już w Dominikanie też często tańczymy, muzyka gra u nas prawie cały czas; pobudzające merengue, gitarowa bachata, romantyczne bolero, a w niedziele obowiązkowo salsa! Zaczęliśmy też prowadzić lekcje tańca on-line, dla tych, którzy zamknięci w domu, poszukują dodatkowej dawki pozytywnej energii. Szczególnie w tych pandemicznych czasach, muzyka daje dużo radości, dystansu i wytchnienia. To zdecydowanie najlepsza terapia na stres!

Ponoć, aby zrozumieć bachatę trzeba znać dominikańską duszę. I odwrotnie, aby pojąć Dominikańczyków, warto oswoić się z bachatą. Czym jest bachata? W jaki sposób dominikańska mentalność jest zaszyfrowana w tych rytmach, w tej śpiewnej liryce, w tej nierzadko ckliwej ekspresji?

Cristian: Bachata to zdecydowanie jeden z najbardziej popularnych gatunków muzycznych w Dominikanie. Powstała w latach 60-tych i w odróżnieniu do merengue, które jest rytmem wesołym i skocznym, ma charakter bardziej uczuciowy, pochodzi m.in. od bolero – romantycznego, subtelnego rytmu kubańskiego.

Zosia: Mówi się, że słowem, które najtrafniej opisuje bachatę jest amargura, czyli gorycz, zgorzkniałość, głęboki smutek i faktycznie, słuchając wielu utworów, nawet nie rozumiejąc tekstu, można wpaść w stan melancholii. Powoduje to m.in. charakterystyczna „płacząca” gitara.

Cristian: Mimo, że Dominikańczycy sprawiają wrażenie ludzi bardzo wesołych i zawsze uśmiechniętych, są też wrażliwi i bardzo, bardzo kochliwi. Szczególnie mężczyźni! Zawsze to powtarzam – dominikański macho żyje dla kobiet. Od najmłodszych lat uczymy się jak zwrócić uwagę kobiet i je zdobyć. Czasami nam się uda, czasami nie. O tym właśnie jest bachata, opowiada o wszystkich odcieniach miłości – zakochaniu, odrzuceniu, zdradzie, nienawiści – wpisanych w dominikańską kulturę i mentalność.

Zosia: Kobieta pokazywana jest często w roli „femme fatale”, jest dumna, zimna i bezlitosna, nie zważa na uczucia mężczyzny. Faktycznie, w pewnym stopniu oddaje to rzeczywistość, podobnie jak Cristian, też mam wrażenie, że to mężczyźni są tutaj bardziej uczuciowi i to oni ganiają za kobietami zabiegając o nie na każdy możliwy sposób. Ten stan rzeczy wpisał się już na stałe w dominikańską kulturę, aż do tego stopnia, że od kilku Dominikanek mieszkających w Europie usłyszałam, że czują się tam mniej atrakcyjne, bo brakuje im komplementów, uwagi mężczyzn, którą w swoim kraju mają na co dzień. Cóż, trzeba przyznać, że Dominikańczycy są niezwykle szarmanccy i umieją sprawić, żeby kobieta poczuła się wyjątkowo, trudno im się oprzeć. Mnie się nie udało…

 

 

Zosia, obroniłaś w Polsce intrygującą pracę dyplomową o pierwotnych mieszkańcach Hispanioli, którymi byli Tainowie; pisałaś o tzw. indygenizmie, czyli nurcie, głównie literackim, odwołującym się w kulturze dominikańskiej do rdzennych tradycji i wartości. Powiedz, co odkryłaś dzięki tej pracy? Czy indygenizm wpływa na poczucie tożsamości narodowej wśród dzisiejszych Dominikańczyków?

Kiedy poznałam Cristiana, zaczynałam właśnie studia na Filologii Hiszpańskiej, ale o Dominikanie nie miałam wielu informacji. Szybko zaintrygowała mnie jednak historia i kultura tego kraju, co rozwinęło się jeszcze bardziej po moim pierwszym pobycie na Hispanioli. Szczególnie zainteresowała mnie historia prekolumbijska i czasy kolonialne, dlatego postanowiłam zagłębić się w ten temat przy okazji pisania pracy dyplomowej. Fascynujący jest dla mnie fakt, jaką mieszanką kulturową są Dominikańczycy, w ich żyłach płynie krew trzech różnych ras: rdzennych mieszkańców, Hiszpanów oraz Afrykańczyków.

W pracy skupiłam się na Tainach, ich wpływie na kulturę dominikańską i tożsamość narodową Dominikańczyków. Szybko jednak odkryłam, że temat jest bardziej zawiły niż mi się z początku wydawało. W Dominikanie, w przeciwieństwie do krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie nadal żyją potomkowie pierwotnych plemion, nie zachowało się wiele pozostałości po plemieniu Taíno. Po słynnej rzezi dokonanej przez gubernatora Nicolasa de Ovando, nastąpił nagły spadek liczebności tubylców, co sprawiło, że do połowy XVI w. praktycznie zniknęli oni z powierzchni ziemi. Dlatego myślę, że plemię Taíno jest dla Dominikańczyków pewnego rodzaju mitem osławionym krwawą historią, który zarówno w czasach niepodległościowych jak i dziś, spełnia rolę fundamentu dominikańskiej tożsamości narodowej.

W wyniku tego tragizmu historycznego i mitologizowania kultury rdzenni mieszkańcy są idealizowani i gloryfikowani, a pamięć o nich jest przejawem najszczerszych patriotycznych uczuć, zakorzenionych głęboko w sercu i duszy. To dlatego dominikańscy patrioci na Dominikanę powiedzą Quisqueya (jak mieli nazywać wyspę Tainowie), a w hymnie zamiast określenia dominicanos pojawia się quisqueyanos. Hołd kulturze przodków składają również artyści pisząc poematy o ukochanej przez lud królowej Anacaonie i jej areytos (utwory poetyckie służące do odśpiewywania na uroczystościach religijno-kulturowych Tainów) oraz nieugiętym Enriquillo, który przez 13 lat walczył z Hiszpanami o prawo do godnego życia i wolności dla swoich współplemieńców. Te postacie pojawiają się także w kulturze popularnej – w piosenkach czy na muralach. W sztuce często spotkać można symbole zainspirowane sferą religijno-duchową Tainów czy też ich piktogramami. Nadal kultywuje się również prekolumbijską tradycję kulinarną – przygotowanie tzw. casabe, prostego placka z manioku.

Dziś, po przeanalizowaniu wielu źródeł, do którym mam dostęp dopiero będąc tutaj, nie mam wątpliwości, że największy wkład w szeroko pojętą kulturę Dominikany ma element afrykański, jednak myślę, że Tainowie zawsze będą mieli swoje miejsce w pamięci i sercach Dominikańczyków.

Wróćmy teraz do Waszych pomysłów na życie. W samej Dominikanie chcecie rozwijać kolejny „rodzinny projekt” – tym razem podróżniczy – Pal’Caribe. Włóczęga po tym kraju jest zawsze konkretną przygodą. Niektóre prowincje, szczególnie w zachodniej Dominikanie, te położone najbliżej granicy z Haiti pozostają nadal w turystycznej niszy. I to sprzyja, choćby indywidualnym eksploracjom. Jakiej Dominikany można spodziewać się podróżując z Wami?

Cristian: Pal’Caribe powstało, aby przybliżyć Polakom poznanie właśnie tych miejsc, do których wciąż ciężko dostać się na własną rękę, a które obfitują w najpiękniejsze dominikańskie skarby. Trzeba przyznać, że Dominikana znana jest na całym świecie przede wszystkim jako mekka all inclusive; Punta Cana zdecydowanie przyczyniła się do rozwoju dominikańskiej turystyki i otwarła drzwi innym regionom, żeby mogły dać się poznać. I chwała jej za to! Dominikana w całej swojej okazałości jest jednak wciąż niedostępna, tutejszy system poruszania się czy zdobywania informacji jest dość chaotyczny i często utrudnia turystom dostęp do dominikańskich perełek. Pal’Caribe powstało jako opcja dla tych, którzy mają ochotę na głębszą eksplorację, ale niekoniecznie chcą stresować się kwestiami organizacyjnymi.

 

 

Zosia: Po zakończeniu pandemii z pewnością znów wystartujemy z naszym flagowym projektem o nazwie „Dominikana Twoich Marzeń”. Ma on na celu tworzenie spersonalizowanych programów dla osób indywidualnych. W tym przypadku, to nasz klient decyduje jakiego rodzaju wyjazd go interesuje, a my zajmujemy się jego organizacją. Ktoś woli zupełny relaks i obserwacje tropikalnej natury, kogoś innego interesuje turystyka aktywna i nutka adrenaliny. Każdy program jest inny, bo dopasowany w 100 procentach do konkretnej osoby. Głównym przewodnikiem w tym projekcie jest oczywiście Cristian, bo kto pokaże nam Dominikanę lepiej niż rodowity Dominikańczyk? Wycieczki z nim są nasycone nie tylko solidną wiedzą „książkową”, ale przede wszystkim historiami z życia wziętymi, ciekawostkami, które może znać tylko osoba, która się tutaj urodziła i wychowała.

Cristian: Wszyscy, którzy zdecydują się ze mną podróżować, muszą się też nastawić na dużo muzyki, tańca, śmiechu i rumu, bo w naszym „wesołym autobusie” zawsze się dzieje! A to, co się wydarzy w guagua (autobus), zostaje w guagua!

Gdzie lubicie jeździć najbardziej? Wasze ulubione dominikańskie rewiry?

Cristian: Odpowiedź na to pytanie to spore wyzwanie, bo jak to mówią, Dominikana „lo tiene todo” (ma wszystko). Po tych latach podróżowania po Dominikanie mamy jednak swoich faworytów, do których często wracamy.

Zosia: Pierwszym miejscem jest, bez wątpienia, Półwysep Samaná. Dla mnie, jest on kwintesencją karaibskiego klimatu, w jego obrębie mieści się wszystko to, co mnie osobiście kojarzy się z Dominikaną – soczysta, egzotyczna natura, nieziemsko piękne plaże, górzyste przylądki, ciepło i przyjacielskość bijąca od lokalnych mieszkańców, muzyka i taniec za dnia i w nocy, wyśmienite jedzenie oraz na koniec najlepsze – kameralność i poczucie intymności.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Cristian: Dokładnie, Samaná wciąż jest jeszcze niedostępna dla masowej turystyki, przez co nie jest wyeksploatowana, ma nadal świeżość i dziewiczy klimat. Kolejnym naszym azylem jest tzw. Sur Profundo, okolice Barahony i Pedernales, region zupełnie wyjątkowy, niepowtarzalny. Tamtejszy kolor wody uznaliśmy zgodnie za najpiękniejszy w całej Dominikanie.

Zosia: W najgorętszych miesiącach lubimy też spędzić kilka dni w górzystym centrum Dominikany, np. w Jarabacoa. Trzeba przyznać, że dominikańskie góry mają w sobie magię i specyficzny klimat, a rześkie powietrze daje wytchnienie od stołecznego upału.

Cristian: Na koniec muszę wymienić wybrzeże północne, od Cabrera po Monte Cristi – tutaj wybór jest bardzo ciężki, bo perełek jest tam sporo, ale warto wspomnieć szczególnie o rzekach czy naturalnych kąpieliskach, w które obfituje ten region – a to Dominikańczycy lubią nawet bardziej niż plaże.

Cristian, gdybyś miał określić swoich rodaków tylko trzema słowami, czymś co idealnie opisuje dominikańską kulturę, tę esencję – „dominicanidad„, tę codzienność wymieszaną z aspiracjami i pragnieniami lepszej przyszłości  – co by to mogło być i dlaczego?

Cristian: Namiętni, zdystansowani, solidarni.

Namiętni, bo kochamy życie i umiemy się nim cieszyć. Żyjemy intensywnie, impulsywnie, mamy gorącą krew. Nie tracimy czasu na zamartwianie się, korzystamy z tego co jest i po prostu dobrze się bawimy, w biedzie czy w luksusie, w chorobie czy w zdrowiu, w pracy czy w domu, przy porannej kawie czy wieczornym rumie… zawsze jest dobry czas, żeby celebrować życie!

Zdystansowani do świata, innych ludzi i samych siebie. Zauważ, że tutaj nikt się nie obrazi, kiedy krzykniesz do niego „Ey, gordito” (Hej, grubasku). Żartujemy sobie ze wszystkiego, nawet z naszych wad i kompleksów. Nie bierzemy życia zbyt na poważnie. W innych krajach ludzie sprzeczają się o politykę, religię, problemy społeczne… my też, ale kończymy te rozmowy nie podziałem, a śmiechem.

Solidarni z tymi, którzy potrzebują naszej pomocy. Na co dzień widzę te gesty solidarności i chęć pomocy w najbardziej przyziemnych sytuacjach, kiedy przypadkowy przechodzień pomoże mi zaparkować, kiedy sąsiadka wiedząc, że jestem chory przyniesie mi caldo con cilantro y mucho ajo (rosół z dużą ilością kolendry i czosnku), kiedy pytam o adres jedną osobę, a odpowiada mi pięć, z czego trzy z nich chcą mnie tam zaprowadzić osobiście… to zwykłe, wydawać by się mogło, nieznaczące sytuacje, które sprawiają, że żyje się nam wszystkim po prostu lepiej.

Dziękuję Wam, Amigos, za tę rozmowę…

 


Cristian de los Santos – Dominikańczyk, patriota, po uszy zakochany w swojej ojczyźnie, jak mówi: „Mogę żyć w wielu krajach świata, ale umrzeć zamierzam w Dominikanie”. W Polsce spędził 6 lat, przywiedziony tam przez los i miłość do blondynki o niebieskich oczach; tam studiował, pracował i z pasją przekazywał Polakom wiedzę o kulturze Dominikany. Obecnie jest przewodnikiem po Dominikanie dla polskich turystów.

Zofia de los Santos-Gonzalezfilolog języka hiszpańskiego, tancerka, pasjonatka kultury i historii Dominikany. Śmieje się, że „amor wystrzelił do niej naraz dwie strzały: męża Cristiana i Dominikanę; obydwoma trafił w samo serce”. Współtwórczyni dwóch projektów mających na celu promocję kultury dominikańskiej w Polsce: projektu tanecznego „De los Santos Project” oraz podróżniczego „Pal’Caribe”.

Zdjęcie tytułowe, zrobione w półwyspie Samaná, za pozwoleniem (c) Pal’Caribe / De Los Santos

Polska dusza latino

Julitę Osińską, znaną również jako @polacaviajera, mega pozytywną dziewczynę i podróżniczkę poznałem najpierw wirtualnie, na Instagramie… przy dominikańskim piwie Presidente w listopadzie 2016 roku. Tak to często działa. Opublikujesz post, który obudzi w kimś dobre wspomnienia; albo przeniesie w pożądany podróżniczy młyn, w miejsca skąd dusza wracać nie chce, gdzie dusza czuje się najlepiej…

Julita pokochała Amerykę Łacińską i wzięła się za latynoskie marzenia pełną parą. Widziała Argentynę, widziała Kubę, widziała wiele innych rewirów, między tymi krajami: w Ameryce Południowej, Północnej; na Karaibach.

Opowie nam o swoich inspirujących wojażach po lądzie południowoamerykańskim…

Naszą bohaterkę, mieszkającą na co dzień w Barcelonie, spotkaliśmy z Kingą na żywo w Warszawie, latem 2020 (pandemicznego) roku. Przy paru mojitos, w karaibsko-żoliborskim barze Boogaloo Beach Bar, zrodziła się idea tego materiału…

„Mówi się, że w przypadku silnych objawów choroby wysokościowej należy zjechać w dół, ale jak to zrobić kiedy znajdujesz się na altiplano, czyli na płaskowyżu, gdzie nie da się zjechać na niższą wysokość!? To był bardzo trudny moment dla nas wszystkich, absolutnie nie spodziewaliśmy się tak silnych objawów i nie byliśmy przygotowani na taki przebieg zdarzeń.”

Z wielką przyjemnością, w aurze czystej przygody (z czołem spoconym i oddechem zapartym) zapraszam na…

 

…Rozmowę z Julitą Osińską…

Caribeya: Jak to się stało, że znalazłaś się pośrodku największej pustyni solnej świata Salar de Uyuni w Boliwii, w dodatku siedząc na dachu polskiego Żuka i trzymając polską flagę?

Julita Osińska: To było przeznaczenie! A przynajmniej tak lubię to tłumaczyć. O odwiedzeniu Salar de Uyuni, jak i w ogóle kontynentu południowoamerykańskiego, marzyłam już od czasów liceum. Uczęszczałam do klasy dwujęzycznej z hiszpańskim i szalenie zafascynowałam się kulturą Ameryki Łacińskiej. Już wtedy pojawił się pomysł podróży po Ameryce Południowej, ale wiedziałam, że chcę tam jechać na dłużej niż kilka tygodni, dlatego zdecydowałam się poczekać. Na studiach pomysł na dobre zadomowił się w mojej głowie i zdecydowałam, że to będzie idealny plan na tzw. gap year między licencjatem a magisterką. Wiedziałam, że jeśli nie zrobię tego wtedy, to być może już nigdy nie będę miała okazji na tak długą podróż.

Ostatni semestr studiów spędzałam na Erasmusie w Barcelonie i to właśnie wtedy powstał wstępny plan: bronię pracę licencjacką w lipcu, jadę na pół roku do pracy na Wyspy Kanaryjskie i odkładam pieniądze, by w lutym 2016 r. ruszyć w 6-miesięczną podróż. Miałam jechać sama, odwiedzić znajomych w Argentynie, Brazylii, Kolumbii i Meksyku, myślałam też o jakimś wolontariacie (co w rezultacie zrealizowałam), a skończyło się na 3-miesięcznej podróży z ekipą Żukiem Przez Świat. Jak do tego doszło? W zasadzie wszystko za sprawą… jednego postu, na który wpadłam pewnego popołudnia przewijając feed na Facebooku.

Ekipa szukała 2 osób, które zechciałyby dołączyć do wyprawy po Ameryce Południowej polskim Żukiem… w lutym 2016!!! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, od razu zgłębiłam temat, przeczytałam wymogi „rekrutacji” i po chwili wysmarowałam długiego maila pełnego ekscytacji i niedowierzania, że robią taki świetny projekt i do tego wyprawa ma odbyć się dokładnie w terminie, kiedy ja sama planowałam znaleźć się po drugiej stronie Atlantyku. Umówiliśmy się na rozmowę przez Skype (byłam wtedy na Gran Canarii) no i zwyczajnie zaiskrzyło. Zaczęły się przygotowania i 3 miesiące później wylądowałam w Argentynie, by przeżyć podróż życia z grupą osób, których kompletnie nie znałam!

Zacznijmy więc opowieść o tej południowoamerykańskiej odysei. Wylądowałaś w „Boskim Buenos” i co było dalej?

Dla nas „Boskie Buenos” nie okazało się zbyt łaskawe. Żuka wysłaliśmy do Ameryki Południowej w kontenerze na statku, który miał dotrzeć do Argentyny kilka dni po naszym przylocie. Założenie było takie, że w argentyńskiej stolicy spędzimy 7-10 dni i później ruszymy już w trasę. Jednak firma spedycyjna, która miała załatwić wszystkie formalności dotyczące odbioru Żuka, wystawiła nam rachunek na 8 tys. dolarów, krótko mówiąc zażyczyła sobie kwotę niemal 3 razy wyższą niż ta, której się spodziewaliśmy! Przed wyjazdem zrobiliśmy bardzo dokładne rozeznanie i koszty nie powinny były przekroczyć 3 tys. dolarów. Staliśmy się ofiarami korupcji, która niestety w Ameryce Łacińskiej ma się całkiem dobrze.

Nie chcąc się poddać bez walki, nie zgodziliśmy się na zapłacenie „łapówki” i rozpoczęliśmy szalenie skomplikowany proces wyciągania Żuka z najbardziej skorumpowanego portu Ameryki Południowej na własną rękę. Z pomocą przyszli nam Polacy mieszkający w Buenos Aires, znajomi Rafała Sonika (polski przedsiębiorca i kierowca rajdowy – przyp. red.), który był tam stałym bywalcem ze względu na rajd Dakar i którego ekipa Żuka poznała kilka lat wcześniej w Maroko. Jesteśmy im dozgonnie wdzięczni, bo uratowali naszą wyprawę, która bez ich pomocy prawdopodobnie by się nie odbyła.

Jak to jednak bywa w podróży (i w życiu), nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki tym problemom, spędziliśmy miesiąc u naszego argentyńskiego gospodarza Juana, na prowincji miasta Buenos Aires, miejscu zupełnie nieturystycznym, gdzie mieliśmy okazję uczestniczyć i poznawać kulisy codziennego życia Argentyńczyków. Oni pokazywali nam swoje zwyczaje, jak wspólne picie yerba mate, słynne asados (argentyński grill), lepienie empanadas, czy jedzenie lodów o północy.

Nie chcieliśmy być dłużni, więc chwyciliśmy butelkę po winie i zabraliśmy się za wałkowanie ciasta i lepienie pierogów oraz pieczenie (przesłodzonej) szarlotki (śmiech). Nie zabrakło oczywiście degustacji tradycyjnych trunków, z jednej strony popularny w Argentynie fernet (gorzka ziołowa wódka), a z drugiej przywieziona przez nas polska wódka. Nasza obecność wywoływała również zaciekawienie wśród sąsiadów, którzy z początku myśleli, że jesteśmy studentami na wymianie. Wyprowadziliśmy ich z błędu, a gdy w końcu Żuk zajechał przed dom Juana, sąsiedzi cieszyli się i świętowali ten sukces razem z nami.

Potem rajd tym niebieskim Żukiem na… niebieskiej benzynie po argentyńskich bezdrożach i… trzęsienie ziemi w Chile..?

Tak jest, potem zaczęła się prawdziwa przygoda! Pierwsze noclegi na dziko w pięknych okolicznościach przyrody i setki przejechanych kilometrów bez ani jednej wioski po drodze! To nas bardzo zaskoczyło, bo jednak w Europie nie ujedziemy zbyt długo bez natknięcia się na jakąś nawet malutką wieś. W Ameryce Południowej jest mnóstwo takich niezabudowanych terenów, dzięki czemu możemy rzeczywiście poczuć przestrzeń i ogrom przyrody.

 

 

Z kolei awarie Żuka, które zaczęły się już od samego początku, były po prostu integralną częścią tej przygody (śmiech). Jeszcze w Argentynie Żuk zaczął się dławić, szarpać i gasnąć, a my nie mieliśmy pojęcia dlaczego. Po wielu próbach napraw, w końcu odkryliśmy, że to wina argentyńskiego paliwa, które zawiera po prostu bardzo dużo etanolu (stąd niebieski kolor) i przez to benzyna wrze w temperaturze niższej niż zazwyczaj. Rozwiązaniem okazało się mieszanie benzyny z olejem! W późniejszych etapach podróży zmagaliśmy się jeszcze z wieloma awariami, ale te nieraz nerwowe sytuacje, teraz wspominamy już tylko z uśmiechem.

Przygodę z Argentyną skończyliśmy przejechaniem północnego odcinka słynnej Ruta 40, czyli drogi ciągnącej się z północy na południe kraju, gdzie krajobrazy dosłownie zapierają dech w piersiach.  Zajrzeliśmy jeszcze do Mendozy, by spotkać się z grupą Argentyńczyków, których poznaliśmy wcześniej w Buenos Aires, a następnie przekroczyliśmy pierwszą granicę lądową na kontynencie południowoamerykańskim i wjechaliśmy do Chile. Tam czekało na nas wspomniane przez Ciebie „trzęsienie ziemi”. Nie chodzi tu oczywiście o fenomen naturalny, tylko o typowy chilijski drink. Składniki tajemniczego napoju to tanie (zazwyczaj) wino, fernet, grenadyna i gałka lodów ananasowych. Choć brzmi niepozornie, trunek mocno uderza do głowy, więc nazwa „terremoto” jest tu jak najbardziej adekwatna!

 

 

Po wizycie w stolicy kraju, ruszyliśmy na północ, w kierunku pustyni Atacama, należącej do najsuchszych obszarów świata, po drodze zatrzymując się m.in. w pokrytym pięknymi muralami Valparaiso, czy w Punta Choros, gdzie mogliśmy obserwować delfiny z gatunku butlonosów oraz pingwiny Humboldta w ich naturalnym środowisku.

Zostańmy przy Atacamie. Przypomina mi się scena z filmu „Dzienniki motocyklowe”. Młody Ernesto Guevara (wtedy jeszcze nie „Che”) i jego kompan podróży Alberto Granado spędzili na tej pustyni lodowatą noc dzieląc żar ogniska i krzepiącą yerba mate z parą autochtonów. Wy, poszukując noclegu w tamtych pustynnych rewirach, trafiliście do „miasta widm” – Pampa Unión. Co się tam zdarzyło?

To było jedno z tych miejsc na trasie, których absolutnie nie planujesz odwiedzić, bo nawet nie wiesz, że istnieją! Tajemnicze miasteczko, a raczej jego pozostałości, zrujnowane i kompletnie opustoszałe budynki… Zaintrygowani, wysiedliśmy z samochodu i zapuściliśmy się w aleje porzuconej osady. W pewnym momencie doszliśmy do bramy prowadzącej na… cmentarz pełen mogił przyozdobionych drewnianymi krzyżami. Po chwili mrocznego spaceru wśród nagrobków, odkryliśmy, że wiele z nich to mogiły małych dzieci…

Chcieliśmy dowiedzieć się, co to za miejsce i jaka jest jego historia, ale nie było tam żadnych tabliczek informacyjnych. Na murach kapliczki dostrzegliśmy kilka napisów nakreślonych markerem, które wskazywały na to, że historia tego miejsca została przemilczana w szkolnych podręcznikach. Początkowo myśleliśmy, że to będzie dobra miejscówka na nocleg, ale po tym krótkim spacerze zdecydowanie zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i ruszyliśmy dalej w trasę. Jednak ciekawość i niepokój pozostały. Dopiero po powrocie z wyprawy udało nam się dowiedzieć, że Pampa Unión to jedna z wielu, rozsianych po Atacamie, osad robotniczych związanych z wydobyciem saletry, stąd osady te nazywano „oficinas salitreras”.

Na początku XX w. tamtejsze regiony zostały nawiedzone przez liczne epidemie, mówimy tutaj m.in. o epidemii dżumy, czy żółtej febry. Doprowadziły one do masowych śmierci, a umierały przede wszystkim małe dzieci. W latach 30 zaprzestano eksploatacji złoża i Pampa Unión szybko opustoszała i przeszła do historii, o której nikt głośno nie mówił. Dla nas był to zupełnie nieplanowany punkt na trasie, ale za to właśnie kocham podróże, zawsze dowiesz się czegoś nowego, co pozwala nieustannie poszerzać twoje spojrzenie na świat.

Po mrożącym krew w żyłach epizodzie w Pampa Unión, ruszyliśmy dalej, zgodnie z planem, w kierunku Boliwii – kraju który zaskoczył nas chyba najbardziej z uwagi na dość ekstremalne warunki, kilka podbramkowych sytuacji oraz mnóstwo przygód, ale przede wszystkim niesamowite krajobrazy, jakich nigdy wcześniej nie widzieliśmy.

W Boliwii wjechaliście na wysokość 5033 m n.p.m. To był punkt kulminacyjny wyprawy (a przynajmniej w sensie geograficznym). Jak poradziliście sobie z tym etapem kondycyjnie, łącznie z Waszym wiernym Żukiem?

To był zdecydowanie najtrudniejszy etap podróży, zarówno dla nas jak i dla Żuka, który często się dławił i nie dawał rady podjechać pod górkę. Wtedy nie pozostawało nam nic innego, jak wyskoczyć i siłą ludzkich rąk trochę go pchnąć, by jakimś cudem jednak ten podjazd pokonał. Później trzeba było oczywiście do Żuka (w ruchu) z powrotem wskoczyć, mieliśmy przy tym całkiem sporo zabawy (śmiech). Czasem jednak i to nie pomagało, dlatego na przykład w Chile nie udało nam się zobaczyć gejzerów El Tatio położonych na wysokości 4200 m n.p.m.. Trzeba zaznaczyć, że te problemy wiązały się ze zmniejszoną ilością tlenu dostępnego na takich wysokościach.

Na szczęście męska część ekipy znalazła lekarstwo na dolegliwości Żuka dzięki czemu mogliśmy jechać dalej zgodnie z planem. Jednak choroba wysokościowa dotknęła nie tylko Żuka, prędzej czy później musiała też dopaść i nas. Ja miałam tylko jeden moment kryzysowy, kiedy w Boliwii po nocy spędzonej na 5000 m n.p.m. wyszłam nad ranem z namiotu z bólem głowy i czułam, że brakuje mi powietrza. Swoją drogą to była najzimniejsza noc podczas całej wyprawy, myślę że było wtedy kilka stopni poniżej 0°C, a my nie mieliśmy sprzętu dostosowanego do tak niskich temperatur. Jestem pewna, że tamtej nocy miałam na sobie prawie całą zawartość plecaka. Ale to nie mnie, a inną członkinię wyprawy – Olę, choroba dotknęła najbardziej.

Muszę przyznać, że przeżyliśmy momenty grozy, kiedy dosłownie pośrodku niczego, Ola zaczęła potwornie gorączkować, przeszywały ją dreszcze, a ból rozsadzał jej głowę niczym dynamit. Mówi się, że w przypadku silnych objawów choroby wysokościowej należy zjechać w dół, ale jak to zrobić kiedy znajdujesz się na altiplano, czyli na płaskowyżu gdzie nie da się zjechać na niższą wysokość!? To był bardzo trudny moment dla nas wszystkich, absolutnie nie spodziewaliśmy się tak silnych objawów i nie byliśmy przygotowani na taki przebieg zdarzeń. Wokół nas ani żywej duszy, tylko góry i laguny, przed nami i za nami szutrowa droga biegnąca, wydawać by się mogło, donikąd, bo najbliższa wioska oddalona była o dobrych kilka godzin jazdy. Zdecydowaliśmy zawrócić na granicę parku narodowego w nadziei, że może strażnik rezerwatu będzie nam w stanie jakoś pomóc lub coś doradzić.

Na szczęście okazało się to właściwą decyzją, ponieważ właścicielka malutkiego schroniska, które stało obok budki strażników, poratowała Olę magicznym naparem z ziół chachacoma, który sprawił, że zaczęła odzyskiwać siły. Właściciele schroniska pozwolili nam rozbić namioty obok chatki, a Oli udostępnili łóżko i koce, by mogła lepiej odpocząć.

 

 

Następnego dnia, bez pośpiechu, ruszyliśmy w głąb altiplano oglądając po drodze niesamowite krajobrazy: wulkany, gorące źródła, gejzery oraz kolorowe laguny wypełnione setkami różowych flamingów. Widoki tak oszałamiające, że momentami trudno było uwierzyć, że wciąż jesteśmy na Ziemi! Po około 5 dniach jazdy przez bezdroża, bez dostępu do bieżącej wody i na resztkach paliwa oraz jedzenia dotarliśmy do Uyuni, gdzie mogliśmy w końcu zmyć z siebie cały pył, piach i pot. W takich momentach człowiek dopiero docenia, jakim przywilejem jest dostęp do bieżącej wody! Cały ten trud i wysiłek był oczywiście absolutnie wart tego, co czekało na nas “za rogiem”.

Mowa oczywiście o Salar de Uyuni – najbardziej niesamowitym miejscu w Boliwii, a może i w całej Ameryce Południowej. To właśnie tam znalazłam się na dachu Żuka wymachując dumnie polską flagą.

Na innym zdjęciu, zrobionym także w Salar de Uyuni, zasuwasz śmiało z deską surfingową pod pachą. Jak wspominasz surfowanie na tym największym na świecie „naturalnym lustrze”?

To, jak pewnie się domyślasz, kolejna szalona historia! W podróży poznajemy zawsze mnóstwo ludzi, często są to spotkania bardzo przypadkowe, kilkuminutowe rozmowy i wymiana doświadczeń oraz wskazówek na dalszą podróż. Takie właśnie było nasze spotkanie na stacji benzynowej w San Pedro de Atacama w Chile. Poznaliśmy tam 3 Australijczyków, którzy przemierzali 3 Ameryki (z Patagonii po Alaskę) na motocyklach z deskami surfingowymi u boku. Kilka minut rozmowy i każdy pojechał w swoją stronę. Jakie było nasze zdziwienie kiedy około tydzień później wpadliśmy na siebie na ulicach Uyuni w Boliwii! Krótka pogawędka i już urodził się plan na wspólne obozowisko na Salar de Uyuni zakrapiane polskimi trunkami, które uchowały się na specjalne okazje (śmiech).

Ten obszar należy do najbardziej płaskich na świecie, różnica wzniesień wynosi zaledwie 41 cm. Pobudza to kreatywność i wiele osób robi sobie śmieszne zdjęcia wykorzystując grę perspektywy. Można ustrzelić naprawdę genialne ujęcia, ale my bawiliśmy się w nieco inny sposób. Daliśmy upust wyobraźni i wykorzystując, co było pod ręką trochę poszaleliśmy. Byli tacy, co jedli jajka doprawione solą z pustyni, inni grali w golfa lub tańczyli w strojach dinozaurów, a ja stęskniona za oceanem i surfowaniem wskoczyłam w kostium kąpielowy, dorwałam deskę jednego z naszych Australijskich kolegów i biegając po tej słonej „plaży” cieszyłam się na wspomnienie lekcji surfingu na Gran Canarii, gdzie mieszkałam tuż przed wyprawą.

 

 

Warto podkreślić, że Salar de Uyuni to miejsce inne, niż wszystko co do tej pory widzieliśmy. Słynie głównie z niesamowitego efektu lustra, który tworzy się podczas pory deszczowej, kiedy Salar pokrywa cienka warstwa wody. Z pewnością widziałeś zdjęcia na których nie sposób odróżnić, gdzie jest niebo, a gdzie ziemia. Zobaczyć ten efekt na własne oczy… to było moje wielkie marzenie! Akurat wyszło tak, że na Salar dotarliśmy na przełomie pory deszczowej i pory suchej, więc obszarów wciąż pokrytych wodą było już niewiele. Własny samochód dał nam jednak niezależność i za radą lokalnego przewodnika zapuściliśmy się w głąb pustyni, we wskazanym przez niego kierunku, w poszukiwaniu lustra. Udało nam się dotrzeć do miejsca, gdzie jeszcze zachowała się cienka warstwa wody, jednak wiatr sprawił, że tafla była lekko pomarszczona i efekt nieco zaburzony, co nie zmienia faktu, że spełniłam długoletnie marzenie i czuję, że to jedno z tych miejsc, do których będę wracać.

A jak smakowały Ci jajka wielkanocne nad jeziorem Titicaca?

W takiej scenerii wszystko smakuje wyśmienicie! Prawda jest taka, że dla większości z nas to były pierwsze święta spędzone tak daleko od domu i chcieliśmy stworzyć chociaż namiastkę polskiej Wielkanocy. W rezultacie wyszło dużo lepiej niż mogliśmy się spodziewać, ale po raz kolejny zawdzięczamy to życzliwości osób napotkanych na naszej drodze. Tak się złożyło, że akurat tuż przed świętami wielkanocnymi zajrzeliśmy do księdza Jacka, który jest misjonarzem w miejscowości Challapata w Boliwii.

O księdzu Jacku dowiedzieliśmy się z bloga polskich podróżników, którzy Amerykę przemierzali na rowerach. Muszę zaznaczyć, że o ile my wiedzieliśmy o istnieniu księdza Jacka, on nie miał prawa się nas spodziewać. Mimo naszej niezapowiedzianej wizyty, ksiądz Jacek przyjął nas z otwartymi ramionami, ugościł na plebanii i… udostępnił pralkę – prawdziwy luksus podczas takiej wyprawy! Jednak wszelkie wygody zeszły na drugi plan w obliczu spotkania z osobą o tak ciekawej historii i ciepłym usposobieniu. Miło było też porozmawiać w ojczystym języku z kimś spoza naszej ekipy i dowiedzieć się więcej o życiu w Boliwii, zwłaszcza że ksiądz Jacek okazał się osobą bardzo otwartą i szybko znikł dystans, który zazwyczaj towarzyszy rozmowie z osobą duchowną.

Planowaliśmy zatrzymać się tylko na jeden dzień, ale nasz gospodarz zaproponował, abyśmy zostali na noc i w ten sposób z jednego dnia zrobiło się kilka. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się ruszyć dalej, ksiądz Jacek odprawił nas z poświęconymi jajkami i polską wędliną!

 

 

Tak bogato zaopatrzeni pojechaliśmy w kierunku jeziora Titicaca, by tam w pięknych okolicznościach przyrody zjeść wielkanocne śniadanie. Choć każdy z nas, z tęsknotą myślał o domu i bliskich oddalonych o tysiące kilometrów, to na swój sposób te święta były wyjątkowe i co roku wspominam je z uśmiechem na ustach. Po „uroczystym” poranku przyszedł czas na odkrywanie tajemnic, które skrywa Isla del Sol (Wyspa Słońca) położona na najwyższym żeglownym jeziorze świata. Po Boliwii skoczyliśmy jeszcze na trochę do Peru, ale mieliśmy niestety dość mało czasu, więc w zasadzie dojechaliśmy jedynie do Cuzco, skąd obowiązkowo udaliśmy się na podbój Machu Picchu.

To chyba najbardziej oczywista atrakcja krajoznawcza Ameryki Południowej. Dla wielu wizytówka kontynentu. Gwóźdź podróżniczej agendy. Spiritus movens wyprawy. Przyciąga tych, którzy szukają wrażeń na własną rękę, jak i tych, którym pasuje wygoda w typie… all inclusive. Jak dzisiaj dotrzeć do Machu Picchu w sposób „odkrywczy”?

Myślę, że pominięcie Machu Picchu byłoby grzechem, zważywszy na to, że byliśmy tak blisko. Nie da się oczywiście zaprzeczyć, że jest to atrakcja masowo odwiedzana przez turystów z całego świata, a zatem mamy tłum, który momentami potrafi przysłonić prawdziwy urok starożytnego miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że Machu Picchu trzeba zobaczyć na własne oczy! To jedyny sposób by w pełni doświadczyć tego miejsca oraz poczuć jego energię.

Z perspektywy czasu uważam jednak, że z całej wyprawy do imperium Inków, dla mnie osobiście najważniejsza okazała się droga jaką przyszło nam pokonać, by tam dotrzeć (istnieje oczywiście wiele udogodnień dla osób, które nie chcą, bądź nie mogą dostać się tam w taki sposób jak my). Żukiem podjechaliśmy najbliżej jak się dało, czyli do miejsca zwanego Hidroeléctrica, gdzie zostawiliśmy samochód pod opieką właściciela niewielkiego parkingu i ruszyliśmy wzdłuż torów kolejowych do miasteczka u podnóży Machu Picchu. Tę samą trasę wiele osób pokonuje pociągiem, ale ja uważam, że oprócz oczywistej zalety w postaci zaoszczędzenia sporej sumy pieniędzy (140-200 USD), pokonanie tego fragmentu pieszo uświadamia nam, że Machu Picchu powstało w miejscu trudno dostępnym oraz wprowadza nas w ten “odkrywczy” klimat, jak to słusznie ująłeś.

Po kilku godzinach wędrówki dotarliśmy do Aguas Calientes, które jest typowym miasteczkiem żyjącym z turystyki, pełno tam hosteli, restauracji i sklepików z lokalnym rzemiosłem w wygórowanych cenach. Zatrzymaliśmy się tam na noc, by następnego dnia wstać przed świtem i około 5 rano, jeszcze po ciemku, przekroczyć bramę, która wyznacza początek szlaku do Machu Picchu. Podekscytowani i zupełnie nieświadomi tego, co nas czeka zaczęliśmy pokonywać pierwsze metry. Jak się później okazało, cała wspinaczka do bram imperium Inków trwa ok 1-1,5h i choć nie brzmi to zbyt wymagająco, w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Schody, schody… niekończące się schody. Tak w skrócie można opisać wspinaczkę do Machu Picchu.

Prawdopodobnie nie byłaby to aż taka mordęga, gdyby to były zwykłe schody, jak w przeciętnym bloku mieszkalnym, ale zamiast tego wyrastają przed nami niezmiernie wysokie, kamienne stopnie. Przyznaję bez wstydu, że ta wspinaczka była dla mnie prawdziwą walką z samą sobą i własnymi ograniczeniami. Były momenty słabości, łzy i chęć poddania się, ale motywacja do spełnienia jednego z największych podróżniczych marzeń na szczęście wygrała. Niestety kiedy w końcu znaleźliśmy się na terenie Machu Picchu, zamiast widoku znanego ze zdjęć i pocztówek zastała nas gęsta mgła i chmury… Do tego okazało się, że wykupiliśmy wejściówki z dodatkowym wstępem na górę Machu Picchu (3082 m n.p.m.) w określonym przedziale czasowym, co oznaczało, że niemal od razu musieliśmy zacząć wspinać się na nowo!

Oczywiście, byliśmy zupełnie nieświadomi, że przyjdzie nam wspinać się przez kolejne 1,5h i jakby inaczej, znów po ogromnych inkaskich stopniach. Zdecydowanie powinniśmy byli się lepiej przygotować do tej wizyty w Machu Picchu, a nie iść tak zupełnie na żywioł, ale może to i lepiej, że nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Po drodze mijaliśmy innych turystów i każdy na twarzy miał wymalowane podobne uczucia zmęczenia i frustracji na widok kolejnych schodów. Wejście na górę Machu Picchu okazało się prawdziwą próbą wytrzymałości, nie tylko fizycznej, ale również psychicznej, bo doskonale wiemy, że wszelkie ograniczenia istnieją przede wszystkim w naszych głowach.

Pamiętam, że momentami chciałam się poddać, po prostu usiąść na jednym z tych stopni i poczekać aż reszta wejdzie na szczyt i zacznie schodzić, ale na szczęście wzajemnie się motywowaliśmy, a turyści którzy już schodzili dodawali otuchy mówiąc, że już niewiele nam brakuje.

 

 

Wspominając ten wysiłek trudno mi uwierzyć, że rzeczywiście wdrapałam się na tę górę. Od tamtego czasu już żadne schody nie są mi straszne! (śmiech). W rezultacie pogoda się poprawiła, a naszym oczom ukazała się góra Wayna Picchu, która króluje na większości zdjęć i pocztówek z Machu Picchu. Na zwiedzanie ma się ograniczony czas, więc musieliśmy utrzymać dobre tempo, zwłaszcza że czekała nas jeszcze droga powrotna do Aguas Calientes, a następnie wędrówka wzdłuż torów do miejsca, gdzie zostawiliśmy samochód.

Do Żuka dotarliśmy na nogach z waty, mokrzy od potu, zupełnie wycieńczeni, ale szczęśliwi. Przyznaję, że gdy ruszaliśmy do Machu Picchu trochę się obawiałam, że to miejsce mnie rozczaruje, że okaże się przereklamowane i nie warte ani tylu pieniędzy, ani tak dużego wysiłku. Na szczęście było zupełnie inaczej i zostałam absolutnie oczarowana energią, która wypełnia Machu Picchu. To właśnie podziwiając ruiny miasta Inków, w końcu dotarło do mnie, że naprawdę spełniam swoje największe marzenie podróżnicze.

 

 

Z Peru wyjechaliśmy z żalem i apetytem na więcej, jednak czas nas gonił, a musieliśmy jeszcze przejechać całą Boliwię, by dotrzeć do Brazylii, skąd Żuk miał wypłynąć w drogę powrotną do Polski.

Tam pokonaliście mokradła Pantanalu, była kąpiel pod Wodospadami Iguazú, widzieliście kapibary, strusiowate nandu i mega-jadowitego przystojniaka, zwanego wałęsakiem brazylijskim. Po drodze spotykaliście wyluzowanych ludzi, którzy potrafili leczyć nowe bolączki Waszego bohaterskiego Żuka. To właśnie w Brazylii, w São Paulo – po wizycie w Rio de Janeiro – dobiegła końca Wasza południowoamerykańska przygoda. Czym była dla Ciebie ta podróż? Jak Cię zmieniła?

Chyba łatwiej byłoby odpowiedzieć na pytanie czym ta podróż dla mnie nie była, bo z pewnością była wielowymiarowa. Przede wszystkim była dla mnie dowodem na to, że wytrwałość i determinacja są właściwą drogą do spełniania marzeń. Pomysł podróży po Ameryce Południowej zrodził się 8 lat wcześniej. Wtedy jego realizacja wydawała mi się bardzo odległa, a w szczególności szalenie kosztowna. Jak się później okazało, zaoszczędzenie kwoty potrzebnej na 6-miesięczną podróż po Ameryce Południowej i Meksyku, wcale nie było aż tak trudne i nieosiągalne, jak większości osób się wydaje.

Często wolimy sięgnąć po łatwą wymówkę zamiast porządnie się zastanowić, co tak naprawdę możemy zrobić, by zrealizować dany pomysł. Cały proces przygotowań, jak i podróż sama w sobie nauczyły mnie, że marzenia należy definiować jako cele, do których następnie trzeba wytrwale dążyć, nawet powoli, małymi kroczkami, ale do przodu. Z drugiej strony, wyprawa Żukiem była dla mnie prawdziwym wyzwaniem, w końcu ruszyłam na drugi koniec świata z ludźmi, których kompletnie nie znałam! Myślę, że przebywanie z tymi samymi osobami 24/7 przez 3 miesiące, nauczyło mnie wiele nie tylko o relacjach międzyludzkich, ale także o mnie samej, o moich mocnych i słabych stronach, granicach wytrzymałości i wartościach, którymi chcę kierować się w życiu.

 

 

Zupełny zbieg okoliczności i możliwość dołączenia do ekipy Żukiem Przez Świat dały mi też piękną przyjaźń na całe życie oraz wiele znajomości, które nawet jeśli przelotne, wniosły coś nowego i wzbogaciły moje spojrzenie na świat oraz obaliły wiele stereotypów. Co więcej, niektóre miejsca, tak odległe i odcięte od świata, który jest nam znany oraz lokalni mieszkańcy, z którymi miałam okazję rozmawiać, dali mi do zrozumienia, że urodziliśmy się w miejscu uprzywilejowanym i że powinniśmy bardziej doceniać tak proste rzeczy, jak choćby dostęp do prądu czy bieżącej wody.

Na koniec, już podsumowując, dodam że ta podróż była jedynie początkiem mojej przygody z Ameryką Łacińską, gdzie staram się wracać, gdy tylko nadarza się sposobność, a w międzyczasie odkrywam ją poprzez literaturę, filmy czy naukę języka, bo na przykład te kilka tygodni spędzonych w Brazylii zainspirowały mnie do nauki języka portugalskiego, właśnie w wersji brazylijskiej (śmiech).

Dziękuję Ci za te opowieści.

 


Julita Osińska – z wykształcenia tłumaczka, zawodowo związana z sektorem humanitarnym, z zamiłowania podróżniczka i amatorka sportów wodnych. W 2016 r. spełniła jedno z największych marzeń i odbyła podróż po Ameryce Południowej, a następnie  jako wolontariuszka przez kilka miesięcy uczyła angielskiego w Meksyku. Miłość do języka hiszpańskiego ostatecznie zaprowadziła ją do Barcelony, gdzie od 3 lat mieszka i pracuje, choć w każdej wolnej chwili dalej odkrywa świat. Najchętniej wraca oczywiście do Ameryki Łacińskiej, gdzie urzekli ją ludzie, język, przyroda, lokalne smaki oraz piękne, kolorowe rękodzieło.

Również do obejrzenia:

Południowoamerykańska odyseja „Żukiem przez Świat” w odcinkach na kanale YouTube – znakomite, filmowe uzupełnienie rozmowy z Julitą.

Zdjęcie tytułowe, z Julitą na dachu Żuka, zrobione w Salar de Uyuni (Boliwia), autor: Marcin Warwaszyński.

 

Kosmos Kraju Kolibra

„Afrykańskie korzenie UFO”. Od razu lojalnie uprzedzam – wszelkich fanów twardej, jak tytan prozy science-fiction; akolitów teorii spiskowych żądnych świeżej etyliny dla swoich synaps, czy chwalców paleoastronautyki, mailujących gorliwie z oficyną Ericha von Dänikena – w tej „(afro-karaibsko)futurystycznej” opowieści „ufa” będzie, jak na lekarstwo. Z grubsza tyle, ile w buforze i bufoteninie razem wziętych. No, wybaczcie. Autor narobił tym tytułem bigosu (albo potrawki z oposa, gdyby poskakać po kuchennych równoleżnikach).

Prapamięć Karaibów

Nie będzie o UFO żadnej (psychodeliczno)naukowej dysertacji, żadnej spekulacji kogoś, kto chlapnął za dużo rumu w rum-shopie i gwiazdy mu zeszły na samo czoło, albo niżej. Nie szukajcie też w necie newsów o wielkiej wyrwie pośród równin Serengeti, na moczarach delty Okawango albo w parku Krugera; newsów o po-meteorytowym kraterze skąd wyekstraktowano kosmoluda o ślepiskach na wieczność zdziwionych, czarno-perłowych i głębokich, jak otchłań i o charyzmie Shaka Zulu (autopsyjnie nie potwierdzonej). Ten „ufiasty” tytuł jest przewrotny, wywrotowy i nic Wam więcej nie powiem. To Wam powie książka. Dość zmyla na wstępie i wyprowadza w pole. Magnetyczne, czy inne, za to o wabiącym rubinowym migocie w porze brzasku i o zapachu gujawy.

Dlatego – przyjaciele mocno po Ziemi stąpający – dajcie się temu zwieść! Dajcie. Tej poetyckiej prozie. Tej poezji nie prozaicznej. Nomen omen – fantastycznej. Fraktalnie rozcapierzonej, nieopanowanej i zaczepnej, mówiącej – oto przyszłość! Ale przyszłość mocno roots, z mocnych „korzeni” wybujała; z gęsto utkaną prapamięcią Iërè, idyllicznego lądu Arawaków i Karaibów, zwanego „Krajem Kolibra” zanim wpadł tam Kolumb, przechrzcił go na „Kraj Trójcy Świętej” i podciął Kolibrowi wibrujące skrzydełka. To jest przyszłość, moi drodzy, wyjechana w kosmos w trzydziesty wiek, ale dalej swojska, gdzie „Toucan Bay lśni, jak siatka sardynek.”* Przyszłość, choć zalana chromem, to do szpiku ludzka – z baroburdelem „U Houdiniego”, z duszonym pochrzynem i polewką z krowich kopyt; oraz z przytachanymi w genach: karnawałem, namiętnością tropiku, agresją, zawiścią i każdym wiecznotrwałym dziadostwem.

Oto kosmiczna realność karaibskiego Trynidadu na planecie Kunu Supia. Trynidadzkie nemezis wysnute na „Dryfującej Wyspie” z „Genetycznej Pamięci Starożytnej Iërè”. Fabuła wije się tu z wigorem elektrycznego węgorza między wszechświatami, które są ulokowane w rozbieżnych czaso-żywiołach: morska głębia prapoczątków, zielona wyspa teraźniejszości, galaktyczna otchłań jutra. Dostęp do nich mamy dzięki „flashbackom (narko)genetycznym” narratora.

Zapinanie pasów

To opowieść zajmująca i miejscami bardzo emocjonalna. I choć przyszykowana arcyoryginalnie „futurystycznie” w gatunkowo-stylistycznym blenderze na wysokich obrotach – potrafi chapsnąć za duszę. Jak to ujął Bartosz Wójcik w Przedmowie „wznieca coś więcej niż wyłącznie performatywną pożogę”* Niesie o pragnieniach i wyobcowaniu, o tęsknocie tułacza mierzonej tysiącami kilometrów imigracyjnego oddalenia. Przywodzi wyobrażenia powrotu do krainy przodków. I mówi o utracie matczynego spojrzenia w kraju narodzin…

„nosiła już perukę, bo jej ogolili głowę, pod paznokciami mogła mieć zaschniętą krew. usta szkarłatne, jak rana, w oczach tlił się lęk. wkrótce zlegnie trzy ćwierci do śmierci pośród pacierzy, wazeliny, paskudztwa do dializy, spirytusu mentolowego, różanego talku i papki z dyni na 32. oddziale szpitala ogólnego w port of spain, gdzie jej życie zakreślano już ciasno czarną obwódką.:*

Ale najpierw zwabiły mnie właśnie frazy zwiastujące, jakby literacki performance. Kiedy rzuciłem się łaso na pierwsze paginy tego rzekomego literackiego szaleństwa, tu i tam sczytałem, okiem przeskanowałem zdanka pieprzne i żywotne, zdążyłem zadrżeć, ryknąć śmiechem i oblizać się, wiedziałem jedno – muszę przerwać czytanie.. I zapiąć pasy.

„Tymczasem Mokotoux Charlie tarabanił się po schodach na górę z megafonem, mopem i segregatorem. Stary wyga rządził w Houdinim z twarzą pokerzysty. Fizys barwy melasy, jak z grubsza ociosana maska, brązowy garniak do figury, owadobójcze obcasy, za uchem biała brzytwa, raczej nie do wycinania nagniotków, do tego głos, jak z przerdzewiałej rury. […] Stary zarządzał też spartańską érotique noir na pięterku, gdzie z numerów zalatywało zwietrzałą pipą, pod łóżkami walały się ręczniki krochmalone nasieniem, w oknach butwiały ociężałe zasłony, a dziewczęta sumę swojej i twojej wagi kasowały w funtach”*

Rollercoaster

Dudniło mi we łbie. I była w tym neuronowym fajerze mieszanka gorączki, wesołości i podniety z bliskości ryzyka. Jak kiedyś na Tobago, gdzie o zmierzchu pod lichą wiatą, zaraz przy szkółce niedzielnej w rewirach Buccoo Main Road młócił calypso batalion wymiataczy ze steel-bandu. Muzyczna husaria. Hurra!-gan dźwięków. Zawsze w trybie cycl-on. Kiedy grzywy palm kokosowych nad zatoką pozmieniały się w nocne upiory tamci tylko podkręcali galop.

Buccoo Point, Tobago
Buccoo Point, Tobago

Wiedziałem, co to za jedni, ci siewcy metalicznego łoskotu; wiedziałem że łomotem na fragmentach starych beczek po ropie naftowej (dajmy trwać magii tradycji) potrafią zakrzywić czasoprzestrzeń. Podobnych kilerów akustycznych znałem z Londynu. Z parady na Notting Hill Carnival. Skąpanych w czerwonych/czarno/białych falach bandery Trynidadu i Tobago. Tak wielkiej, że starczyłoby na bikini dla sztywnych londyńskich policjantek. Tych od fiesty-zabezpieczeń. Wtedy nie wiedziałem co to jest? Ta burza tuż za rogiem. Ten karaibski bębnów-walec. Z jaja dopiero wychodziłem, rozmazany, rozślimaczony; ledwo co zacząłem centrować na te całe Karaiby, rozpoznawać co tam w słodkiej trzcinie piszczy.

Stałem na Ladbroke Groove wydłubując z pomiędzy trójki-i-czwórki reszki koziny w curry, co mi dała jeść jamajska babcia, jak moja, przekochana i urocza, choć prędzej było jej do gujawy, niż gruszy. A tam w bocznej uliczce rewolta jakaś. Rejwach. Pył. A ja co? Zamiast w nogi, polazłem tam z gębą rozdziawioną, z masochistycznym zacięciem, z instynktem samozachowawczym w zatrzasku i wir mnie pochłonął. Potem namazałem tekst. Taki tam. Do portalu jednego. Wzięli. Puścili. Tekst okadzony moim frenetycznym uniesieniem. Rzeczowniki oblepione wszech-melasą przymiotników. I w tej gęstwie ekscytacji, zaszyłem coś takiego, chyba podebrane H. Millerowi, coś jak „erekcja mózgu”. Bom tego doświadczył po bliskim spotkaniu trzeciego stopnia z trynidadzkim (i tobagijskim też!) steel-bandem!

I po to was tu umordowałem taką dygresją, aby dać świadectwo analogiczne do tego, co mnie na dniach spotkało w relacji czytelniczo-pisarskiej z Anthony Josephem, autorem tychże „Afrykańskich korzeni UFO”…

Zabezpieczony i przewiązany pasami wbiłem się w fotel czytelniczy raz jeszcze. Wtedy nie było już odwrotu. Od techno-swingu josephowego rollercoastera.

Karnawał zmysłów

Wiecie. Miąższ tej książki ma tak, że udrażnia kanały do wszystkich zmysłów.

Weźcie to.

„Panna Selma […] przykuła do nogi łóżka okopcony garnek, w którym pichciła niedzielne specjały: curry z raków, bataty i obowiązkowo kopytka, oposa z sosem i gulasz świńskie ryjki z pieczoną pajdą chlebowca. Konfiturę z gujawy i potrawkę z iguany, a i ówdzie z okonia, z aguti bądź z pekari. […] Ale najczęściej aż za przeładownie boksytu zalatywało kurą w glazurze z brązowego cukru […]”.*

Można z tego wyjadać. Czy to metaforycznie, czy na serio (bo a nuż pogonieni kulinarną inspiracją pomachacie patelenką na boku). Jedzcie więc i pijcie z tego. Wszyscy/Wybrani. Na żywo. Albo odgrzewajcie po trochu, w potrzebie.

Ponadto „…UFO” jest ani chybi książką do słuchania, i to nie w sensie audiobookowym, nie teraz. Wystarczy, że fabularną dzicz tej opowieści, jej multi-czasowo-wymiarowe nieokiełznanie rozsadza sama w sobie muzyczna turbo-swoboda i moc karaibskiego rozpasania spowitego lepką sensualną aurą. Gnieździ się w tym przede wszystkim rytm, po stokroć rytm; trans wzmagający cielesność, wypychający atawizm na szpicę – czasem znienacka kontrowany proszalnym mikro-monologiem: „ej, gringo, gringo, dej baksa, dej no baksa”*.

Basy, bo to one rwą się do rządzenia, najpierw walą mocą w masę bitumiczną karnawałowej trynidadzkiej trajektorii podczas j’ouvert w stołecznym Port-of-Spain, by zaraz odbić się i wejść gwałtem w człowieczą powłokę i rozedrgać pod nią wszystko na sto dwa – serce zawsze cierpiące, płuca słodziutką gandzią rozprężone, zmacerowaną rumskiem wąt(łą)robę i to, co pod brzusznym szańcem rwie się też do życia. Jak wszystko to wszystko!

Weźcie to.

 „astry rażą oranżem na memorial square. Proporce chłoszczą po twarzach, jakby bierzmowały. z duke street schodzi koryfeusz, palcując bambusowy saksofon, za nim ścieka błotna masa, a do tego wszystkiego na pace pod plandeką 10 000 watów mega kozackiego jazzu z wysp! poniżej, w maszynowni, basista już staje do pomp, perkusista chwyta za klawesy, dęciaki jak nie hukną i zaraz wszyscy łapią rytm. kongi tętnią jak bose pięty zbiegłych niewolników. brylantyna skwierczy jak łój – i las rąk gibie się nad głową, kiedy zapiewajło podaje ton.”*

I tu wyhamuję, bo „Afrykańskie korzenie UFO” nadają się do cytowania ciągłego, na prawo i lewo, jak Pulp Fiction.

Eksplozja języka

Mówię Wam. Ta książka skrywa ładunek wybuchowy. Wbija się klinem w krajowy literacki porządeczek. Głównie za sprawą przekładu Teresy Tyszowieckiej BlasK!, który  w moim najgłębszym odczuciu i ku mej najdzikszej frajdzie  jest absolutną eksplozją translatorskiej kreatywności. Ponadto, co ważne i cenne (szczególnie w dobie polityczno-społecznej obstrukcji), przekład ten cudnie oddaje potencjał rodzimego języka w przekazywaniu i przybliżaniu „inności” oraz w łączeniu kulturowego zróżnicowania z potrzebą akceptacji (przynajmniej takie miałbym życzenie)…

To jeden z najlepszych tekstów, jaki przeczytałem w epoce pandemicznego klinczu A. D. 2020!

Ja się, moi drodzy, nie poruszam biegle w afrofuturyzmie literackim, filmowym, czy innym. Przynajmniej na dzisiaj. Nie znam zjawiska na tyle, aby móc się szczerze mądrzyć. To z tamtym pożenić ot tak, jedno wysnuć z drugiego, zrobić skok w historię nurtu i wynieść stamtąd co lepsze smaczki, rozwinąć praprzyczynę, odmalować tło. Nie ten etap. Na razie odkrywam temat, przysłuchując się jego znawcom. Wciąż jednak brodzę w wodzie nazbyt płytkiej. I pewnie ten brodzik pomieści wielu takich, jak ja… 

Ale wierzcie mi, że brak obeznania w afrofuturyzmie nie gasi tu najczystszej rozkoszy czytania. W tym właśnie siła dobrej literatury! Po co czytać coś, co nie otwiera głowy, nie sypie szczypty pieprzu cayenne na mózg, co nie daje szansy namysłu, co nie zasiewa żadnej inspiracji, co jest po prostu złe? „Afrykańskie korzenie UFO” to biegun przeciwległy.

Zakończę, pewnie wątłą, imitacją kunusupijskiego „etnolektu” językowego, którym posługuje się bitne plemię Abobo: „ufo tu choź tak naprawd’?”

Przeczytajcie „…UFO”, dowiecie się, o co chodzi.

Ta opowieść to „łoskot, jakby gruchnęła katedra.”*

 


„Afrykańskie korzenie UFO”, Anthony Joseph, tłum. Teresa Tyszowiecka BlasK!, Wyd. Korporacja Ha!art, Kraków 2020.

 

 

* Wszystkie cytaty pochodzą z w/w pozycji.

Serdecznie podziękowania dla Redakcji Wydawnictwa Korporacja Ha!art za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego.


UPDATE 17/04/2021

🏆 🏆 🏆
W dniu 16 kwietnia 2021 roku autorka przekładu w/w książki – Teresa Tyszowiecka blasK! otrzymała w Gdańsku Nagrodę Prezydenta Miasta Gdańska za Twórczość Translatorską im. Tadeusza Boya-Żeleńskiego.

 

Zew Humboldta

Dawno nie czytałem tak świeżej w słowie, tak w przekazie pełnej wigoru biografii tak wszechstronnego człowieka. To Alexander von Humboldt. Jestem oszołomiony. Mogę rzec – zdopingowany! Zrobiłbym coś, ruszył gdzieś. Najchętniej w tropikalną dzicz. W kłębowisko wilgotnego lasu. Do Ameryki Łacińskiej. Nad Orinoko. Nad Río Magdalena. Za bohaterem. Od razu. Teraz. Czas czytelniczy śmignął mi przy tej lekturze nie wiem kiedy!

Człowiek, którego ta błyskotliwie napisana biografia dotyczy, w pełni na nią zasłużył! To pełnokrwisty Indiana Jones. Człowiek petarda! Pośród podróżników i naukowców; botaników, zoologów, geologów, astronomów; pośród ludzi władzy, ludzi pracy. Gdziekolwiek trafił, tam brylował i zostawiał ślad, jakiś blask; siał ziarna inspiracji, szczepił swe idee. Ponadto, porywał otwartością umysłu, magnetyzował urokiem osobistym i ponoć mówił, mówił, mówił… Z pasją, z chęcią dzielenia się wszystkim, co wiedział, co go fascynowało, co go trapiło.

„Podczas kolacji dzierżył prym, przeskakując z tematu na temat. Mówił o preparowanych ludzkich głowach, […], ale gdy jeden z gości poprosił cicho swego sąsiada o sól, a potem znów zaczął przysłuchiwać się rozmowie, Humboldt wykładał już o asyryjskim piśmie klinowym”.*

Ku światu tropików

Ale przede wszystkim potrafił zamieniać swoje tęsknoty do dalekiego, nieznanego świata w cele. „Tęsknota za podróżą była jego najwierniejszym kompanem”.* Pragnienia kotłujące się w Humboldcie od dziecka nie dawały mu spokoju. Na przekór oczekiwaniom surowej i apodyktycznej matki. Wreszcie eksplodowały.

„Jako chłopiec Aleksander czytał dzienniki kapitana Jamesa Cooka i Louisa Antoine’a de Bougainville’a, którzy opłynęli glob, i wyobrażał sobie siebie gdzieś daleko. Odkąd w ogrodzie botanicznym w Berlinie ujrzał tropikalne palmy, pragnął jedynie oglądać je w naturalnym środowisku.”*

Cele te realizował z wielką energią, poświęceniem i godną pozazdroszczenia determinacją. Oraz z wiarą w ludzi napotkanych po drodze, w odległych krainach. I co najistotniejsze – Humboldt z naturalną skłonnością szanował inność, podziwiał różnorodność, „nie uważał tubylców za barbarzyńców; ujmowała go ich kultura, wierzenia i języki”.*

Ponadto, ciekawiła go złożoność i relacje między dziedzinami wiedzy, „szukał związków, które łączyły wszystkie fenomeny i siły natury”*; to było jego stymulantem, z tego czerpał swe natchnienie. Czy to na własnym podwórku, w pod-berlińskim Tegel, czy choćby w zasięgu równika, albo u podnóża wulkanu na południowoamerykańskiej ziemi. Lubił chodzić pieszo. Dzięki długim, intensywnym wędrówkom, jak stwierdził, „czuł przyrodę”.*  Obchodził go człowieczy los. Obchodził go stan świata. Szczególnie tego, gdzie zaniosły go podróże i nienasycone potrzeby badacza. Głównie świata Ameryki Łacińskiej. Z końca XVIII i początku XIX wieku.

Od chwili, gdy zszedł na ląd w porcie Cumaná w Nowej Andaluzji należącej dziś do Wenezueli, „Humboldt nigdy nie był szczęśliwszy i zdrowszy. […] Pejzaż go zauroczył […]. Palmy ozdobione były czerwonymi wspaniałymi kwiatami, a ptaki i ryby zadawały się rywalizować tęczowymi barwami, nawet langusty były błękitne i żółte. Różowe flamingi stały na jednej nodze na brzegu, a wachlarzowate palmowe liście tworzyły na białym piasku mozaikę cienia i światła.”* Patrzył na wszystko szeroko, choć z czujnością. Z rozpierającym zachwytem, ale i jawną dezaprobatą.

W Cumanie przywitał go widok targu niewolników. „Co rano wystawiano na sprzedaż młodych Afrykańczyków. Musieli nacierać się olejem kokosowym, aby ich czarna skóra błyszczała”.* Kiedy Humboldt zorientował się co konkwista hiszpańska nawyczyniała za oceanem, zaczął stale i gorliwie krytykować – kolonializm, niewolnictwo i bezmyślną, niepomierną dewastację przyrody. Czyli to wszystko, co Stary Świat fundował Nowemu, aby go wyzyskać, zdominować i w efekcie zmienić z kipiący kocioł powaśnionych klas społecznych i ras.

Pobudka Bolívara

I tu w biografii Humboldta parę wyrazistych stronic otrzyma Simón Bolívar. Losy oby bohaterów powiązały się. Humboldt poznał Bolívara w Paryżu, już po swoim powrocie w chwale uczonego z Ameryk, gdzie spędził pięć lat. Przyszły „El Libertador” był wówczas przedniego sortu ochlajem, beztroskim duchem i kogutem-bawidamkiem, zaczytanym w oświeceniowych filozofach. Dopiero od Humboldta nauczy się własnego kontynentu i przejrzy na oczy. Wtedy zrozumie własne oddalenie i zapragnie wrócić tam, skąd pochodzi.

„Kiedy Bolívar odwiedził Humboldta w jego mieszkaniu, które zapełniały książki, czasopisma i rysunki z Ameryki Południowej, spotkał tam człowieka oczarowanego jego krajem, […]. Gdy Humboldt zaczął opowiadać o Orinoko i strzelistych szczytach Andów, wyniosłych palmach i elektrycznych węgorzach, Bolívar uświadomił sobie, że nigdy żaden Europejczyk nie odmalował Ameryki Południowej w tak żywych barwach”.*

W podróżniczo-naukowych relacjach i zapiskach Berlińczyka; barwnych, inspirujących i mądrych – Simón José Antonio de la Santísima Trinidad Bolívar Palacios odkryje piękno, rozmach i żar własnej ojczyzny. Na wzgórzu Monte Sacro w Rzymie złoży śluby obiecując walkę o wyzwolenie Wenezueli. I dotrzyma obietnicy. Ten Kreol urodzony w Caracas zmieni potem bieg historii. Obaj panowie nie zaprzestaną wymiany korespondencji. Bolívar powie później, że „swym piórem Humboldt obudził Amerykę Południową”.*

Humboldt miał szczęście do cennych ludzi w swoim życiu. Stykał się z personami, które ożywiały go intelektualnie, wzmagały głód eksploracji oraz wspierały i otaczały opieką: Aimé Bonpland – wierny towarzysz południowoamerykańskiej odysei, starszy brat Wilhelm von Humboldt – polityk i językoznawca, poeta Johann Wolfgang von Goethe, 3. prezydent Stanów Zjednoczonych Thomas Jefferson, czy choćby José Celestino Mutis – hiszpański ksiądz, botanik i matematyk, szalenie aktywny eksplorator na polu badawczym w Nowym Świecie, który nie bał się konfrontacji z kościołem i bronił metod nauki przed inkwizycją. „Żaden inny botanik nie wiedział tyle o florze Ameryki Południowej”. Humboldt spędził z nim kilka tygodni w Bogocie w 1801 roku, chłonąc jego obfitą kolekcję egzotycznych roślin.

Akapity poświęcone Bolívarowi przywołały mi pewne wspomnienie z Kolumbii. Pojechaliśmy do Villa de Leyva przeuroczej mieściny z architekturą kolonialną w departamencie Boyacá. W drodze powrotnej do Bogoty stanęliśmy w miejscu zwanym Puente de Boyacá, gdzie zrobiłem kilka zdjęć. Tam 7 sierpnia 1819 roku rozegrała się batalia, w której wojska Bolívara rozgromiły Hiszpanów, co miało decydujące znaczenie w wojnie o wyzwolenie Kolumbii. Po tym zwycięstwie Bolívar zajął Bogotę.

Pomnik SimónaBolívara, w miejscu Puente de Boyacá, Kolumbia
Pomnik Simóna Bolívara, w miejscu Puente de Boyacá, Kolumbia
Bolívar, Puente de Boyacá, Kolumbia
Simón Bolívar na monumencie, w miejscu Puente de Boyacá, Kolumbia

Humboldta zaś spotkałem w kolumbijskim Nemocón. W podziemiach tamtejszej starej kopalni soli. Nieczynnej już, choć dostępnej do zwiedzania. Drugiej co do wielkości z kraju, po słynnej „Solnej Katedrze” w pobliskiej Zipaquirze. Mieście, gdzie zresztą przyszły maestro realizmu magicznego – Gabriel García Márquez – spędził w Ogólnokrajowej Szkole Męskiej, jak wspominał, „cztery lata samotności”. Wiele lat później Humboldt trafi na karty marquezowskiej powieści „Generał  w labiryncie”. Będzie tam wspominany łącznie osiem razy łącząc ponownie swój żywot z żywotem Bolívara, choć tym razem w świecie literackim.

W jednej ze scen rozgrywających się nad rzeką Magdalena, ludzie z konwoju Bolívara wzięli na łódź rodaka Humboldta, „pewnego Niemca, pozostawionego na piaszczystej wyspie […]. Gdy znalazł się na łodzi, przedstawił się zaraz jako astronom i botanik, ale z rozmowy wynikało niezbicie, że nie ma pojęcia ani o jednym, ani o drugim.:** Z początku „rozbitek” wzbudzał jako taką sympatię, ale pośród swych błazeństw „ją opowiadać sprośności o wstydliwych homoseksualnych skłonnościach barona Alexandra von Humboldta.”**

Wtedy Bolívar kazał odesłać go pierwszym lepszym czółnem a incydent skwitował: „I żeby ten skurwysyn był wart choć jednego włosa z czupryny Humboldta.”**

Człowiek spełniony

Humboldt spotkany w kopalni w Nemocón siedział, zacnie odziany, w ledwie rozjaśnionym pomieszczeniu przy stole wyłożonym fragmentami skał, próbkami gleb i minerałów oraz kwiatami helikonii w kształcie żółto-czerwonych, lekko zakrzywionych ptasich dziobów. Siedział tam w ciszy i rozmyślał…

Alexander von Humboldt w kopalni soli Nemocón, Kolumbia
Alexander von Humboldt w kopalni soli Nemocón, Kolumbia

Po powrocie z Ameryki Południowej do Europy zajął się publikowaniem własnych odkryć i teorii, które inspirowały kolejne pokolenia badaczy z różnych dziedzin nauki, artystów, czy aktywistów propagujących ochronę środowiska naturalnego. Do świata tropikalnej obfitości, do rozszalałej biologii lasów deszczowych, albo na stoki pnących się pod niebo wulkanów, czyli do miejsc, gdzie odnalazł przeznaczenie i autentyczną radość życia – nigdy już fizycznie nie powrócił.

Przez wiele lat zabiegał w Londynie o pozwolenie na wyjazd do Indii, w celu eksploracji Himalajów. Jednak Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska konsekwentnie odrzucała te prośby. Ponoć obawiano się jego poglądów na kolonializm. W rezultacie nie dane mu było doświadczyć himalajskiej przygody.  Za to, pojechał do Rosji cara Mikołaja I. Wtedy „pełzał w głębokich szybach, wykuwał kawałki skał, suszył pod prasą rośliny i wspinał się na góry – porównywał żyły rudy, które znajdował, z tymi z Nowej Grenadzie w Ameryce Południowej, góry z Andami, a syberyjskie stepy z llanos w Wenezueli.”*  Raz jeszcze mógł poczuć się w swoim żywiole.

To była jego ostatnia wyprawa.

Alexander von Humboldt, „człowiek, który zrozumiał naturę”, umarł w dniu, kiedy Karol Darwin informował londyńskiego wydawcę o tym, że właśnie ukończył pierwsze rozdziały pracy „O powstawaniu gatunków”. Ponad 20 lat wcześniej ten sam Darwin, zaopatrzony w dzieła Humboldta, płynął na statku „HMS Beagle” w kierunku Wysp Galapagos.

Zachodzę w głowę zadając sobie pytanie: jak to możliwe, że dotąd tak niewiele wiedziałem o Humboldcie? Mimo, że trafiałem na jego ślady, choćby w Kolumbii, czy na Kubie. Ta świetnie napisana książka pozwala to nadrobić!

Warto zaparzyć kawę, którą Humboldt zwykł nazywać „skoncentrowanym słońcem” i zabrać się do lektury…

Alexander von Humboldt w swojej bibliotece, Eduard Hildebrandt , 1856
Alexander von Humboldt w swojej bibliotece, Eduard Hildebrandt , 1856 r.

Człowiek, który zrozumiał naturę. Nowy świat Alexandra von Humboldta”, Andrea Wulf, tłum. Piotr Chojnacki, Katarzyna Bażyńska-Chojnacka, Wydawnictwo Poznańskie, Poznań 2017.

* Wszystkie cytaty pochodzą z w/w pozycji.

„Generał w labiryncie”, Gabriel García Márquez, tłum. Zofia Wasitowa, Warszawskie Wydawnictwo Literackie Muza, Warszawa 2009.

** Wszystkie cytaty pochodzą z w/w pozycji.

 

Winnica na wulkanie

Wróciłem z Południa. Nie z tropiku (choć parnoty i żaru słonecznego nie zabrakło), nie z Karaibów (choć koloryt lokalny sycił duszę równie tęgo). Żadna więc Dominikana, czy kolumbijskie wybrzeże. Za to, Polska. Zamiast ośmiu tysięcy kilometrów, może niecałe pięćset. Zamiast Santo Domingo – Jelenia Góra. Nie Río San Juan w prowincji María Trinidad Sánchez, lecz Sokołowiec na dolnośląskim Pogórzu Kaczawskim. Ale i tak byłem szczęśliwy. Rozradowany, zaciekawiony, w emocjach. Bo „u siebie”. Przez bity tydzień. W krainie wciąż żywych wspomnień, w cudownościach krajobrazowych i przyrodniczych; niedaleko Złotoryi – miasta u stóp Wilczej Góry, gdzie urodziłem się; dość blisko Pogwizdowa – mojego „dolnośląskiego Macondo”; wsi, gdzie kiedyś żyli moi dziadkowie i gdzie w dzieciństwie spędzałem każdy wolny czas.

Dobrze było zjawić się znowu w tamtych rewirach. I wędrować, odkrywać nowe „mety”, przypominać sobie stare, patrzeć na to wszystko wokół z zachwytem, z niejakim rozczuleniem. Schodziliśmy porządnie kulasy. Ja, Kinga, Raquel. Nieraz coś się odparzyło, kopytka nabrzmiały, albo tchu zabrakło, kiedy z nieba lał się całkiem południowy żar. Łącznie przewędrowaliśmy prawie osiemdziesiąt kilometrów. Sokołowiec, Rząśnik, Lubiechowa, Proboszczów, Świerzawa, Rzeszówek, Sędziszowa, Dobków, Stara Kraśnica… Bazę wypadową zrobiliśmy w Sokołowcu. I to jaką bazę! Winnicę! Połączoną z agroturystyką. Za dnia zdzieraliśmy więc nogi na drogach, dróżkach i drożynach, ścieżkach polnych i leśnych – żłopiąc hektolitry wody i skubiąc dzikie jeżyny. Wieczorem – pełna kultura – sączenie wina. Poza tym, stuprocentowo domowym jadłem rozpieszczała nas pani Irenka. Kobieta z charakterem. Na pewno – osobowość. I to wszystko w „Agacie”.

Winnica Agat w Sokołowcu

Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

Prawda. Wino było. Można powiedzieć – wszędzie. Też w imieniu przeuroczej, trzymiesięcznej suczki (Chianti), też w haśle do wifi. Zawsze jakieś, zawsze dobre. Białe, czerwone (tu mój faworyt – Rondo 2017 wytrawne), lub różowe. Codziennie degustacja wina. Na „własną rękę”. Albo w czasie przyjemnej ekskursji po winnicy. Pan Marcin Kucharski, właściciel „Agatu” to winiarz pełną gębą, albo lepiej rzec – winiarz całym sobą. Człowiek z niego niebywale sympatyczny, wyluzowany, niewątpliwie o usposobieniu „południowca”, na czym wszyscy zyskują. O historii winnicy, szczepach winogron, procesie kreacji wina, macerowaniu, butelkowaniu, etc. opowiada z pasją, zaangażowaniem, ale szczerze, bez ściemy. Nie tworzy mitów. Nie tuszuje winiarskich porażek. Swój gość. Mówi, jak jest, jak było.

Białe wino. Winnica Agat w Sokołówcu

Jeśli szpaki, czy inne skrzydlate cwaniaczki rzuciły się jednego roku na dojrzewające grona i opędzlowały je, to winiarz miał nauczkę. Bo zapomniał o szpakach. A miał przecież sto innych spraw na głowie. No, a szpaki są sprytne. Wiedzą, gdzie bonanza. Siądzie taki delikwent – zwiadowca na drucie wiszącym nad winnicą i podleci tu, sfrunie tam, skubnie, popróbuje, przekona się, wybada czy bezpiecznie, potwierdzi, że „strachy na lachy” i zaraz skrzyknie chmarę kolesiów, czy gang szpaczych koleżanek, którzy w trymiga runą na zdobycz i splądrują winnicę sycąc swój szpaczy apetyt. Jak to mawiał Ian Malcolm w „Parku Jurajskim” – „natura zawsze znajdzie sposób”. Można winnicę chronić. Setki metrów siatki ochronnej rozwinąć. Krzewy pozasłaniać. Ale są ptaszki, już przez pana Marcina rozpracowane, które potrafią wlecieć pod siatkę i swoje zrobić. Powtórzmy: „natura zawsze znajdzie sposób”. Oto codzienność winiarza. Nie taka romantyczna. Ale też nie taka, której nie można znieść. Właściciel „Agatu” z ekipą dają radę. Wino wspaniale się leje.

„Pan taki opalony!”, mówię panu Marcinowi. Bo opalony, jakby z tropiku zjechał. Równo, po całości. I widać, że ta opalenizna nie wzięła się z bezruchu, nie z odpoczynku na leżaku. I myślę, że choćbym się tu wystawiał, jak nie wiem co do słońca i lico prażył maszerując przez pola w spiekocie; choćbym wina czerwonego opił się po korek, albo i przy niespiesznym wiązaniu butów puściłbym do głowy więcej krwi, to taki opalony, tak fest, rasowo ogorzały, jak pan Marcin – z tego Pogórza Kaczawskiego nie wyjadę.

Wtedy pan Marcin odparł krótko: „Zapraszam do pracy w winnicy…”.

Winorośl. Winnica Agat. Sokołowiec.

Winnica Agat na stoku wygasłego wulkanu, w Sokołowcu, Pogórze Kaczawskie

O to chodzi. O pracę właśnie. O ludzką szczerą robotę na łonie matki natury. Na trudnym łonie. To, że winiarze nie mają łatwo – wiadomo. Trzeba te tysiące sadzonek winorośli wsadzić w ziemię. O wszystko zadbać, o wszystkim pomyśleć. Oczywiście, to nie możliwe. Co pan Marcin z rozbrajającym śmiechem demaskuje. Zawsze coś. Jak nie aura, to szkodniki, albo brak wiedzy, doświadczenia, właściwego wyczucia. Bo winiarze uczą się cały czas; uczą się na błędach, doznają rozmaitej sromoty, los kłuje ich raz po raz, sypiąc plagami. Gromadzenie bazy mądrości zajmuje winiarskiej rodzinie lata, dziesiątki lat, dekada po dekadzie. Pan Marcin dodaje, że ogarnianie tego ze skutkiem zebrania jako takiej wiedzy eksperckiej może zająć… sto lat. Po tej nowince, wybuchu śmiechu i łyku wina, którego obecność jeszcze bardziej się docenia – pada przykład rodzin francuskich, które swój „winny kapitał” budowały przecież od pokoleń, żeby nie powiedzieć, od wieków.

Winnica „Agat” pana Marcina jest bardzo młodziutka. Nie ma piętnastu lat. W skali „winiarskiego czasu” to wciąż „bezzębny osesek”. Ale za to, szkrab ten ma charakter, zdrową ruchliwość, aspiracje i rozwija się w jednej z najpiękniejszych dolnośląskich okolic – na Pogórzu Kaczawskim. Są winnice i winnice. Przeważnie cieszą oko – jakimś porządkiem, symetrią, rozbuchaną paletą zieleni. Zwiastują coś delikatnego, poetyckiego. Albo obiecują nieposkromioną radość bachanaliów. Co kto woli. Ale Winnica „Agat” ma coś jeszcze. Jest spektakularnie położona! Ale jak! Mili państwo – na stoku wygasłego wulkanu! Zapamiętajcie – w Sokołowcu! Jako jedyna taka w Polsce! Mało tego, leży w „Krainie Wygasłych Wulkanów”. O czym możemy przekonać się wspinając się po stoku i zatrzymując na jego szczycie, pod brzózkami, uważając by nie zdeptać gdzieniegdzie rozpanoszonych na dziko pieczarek –  w miejscu, które pan Marcin nazywa bez żadnej przesady swoim „kontemplacyjnym zaułkiem”. Mówi, że za każdym razem, kiedy winnica daje mu w kość przychodzi tam z butelką wina i szuka wyciszenia.

I chyba znajduje, bo widok z tego winiarskiego stoku to jednej z najcenniejszych bonusów „Agatu” – tak dla właściciela, jak i jego gości.  Z oddali (będzie z pięć kilometrów w linii prostej) spojrzenia kontemplatorów przyciąga swą mocą i dostojeństwem – Ostrzyca Proboszczowicka. Wysoka na pół kilometra. Króluje na horyzoncie. Chwali się burzliwym wulkanicznym (a jakże!) rodowodem sięgającym milionów lat. Ze względu na swą niemalże stożkowatą aparycję i niejakie podobieństwo do najsłynniejszej góry Japonii, zwana jest „Śląską Fudżijamą”. Fantastyczny kawałek krajobrazu. Niezapomniany. Kiedy napatrzymy się na Ostrzycę –  szczególnie przy słońcu schodzącym na fajrant, bo wtedy jarzący się kolorami pejzaż wzmaga swą baśniowość – możemy iść dalej wino pić.

Winnica Agat w Sokołowcu

Schodząc z najwyższego punktu winnicy widzimy czasem usypane na uboczu hałdki kamieni o rożnych, nieregularnych kształtach, różnej wielkości, choć przeważnie rozmiarów przynajmniej zaciśniętej pięści; w kolorze brunatnym, czy podobnym. Wszystkie zostały wykopane z gruntu podczas sadzenia winorośli. To opór rozdrobnionej, wulkanicznej masy, zaszytej pod miękką powierzchnią ziemi, będącej tu przekleństwem winiarzy. Opór czyhający na człowieka i na jego narzędzia: szpadel, kilof, albo młot pneumatyczny. Człowiek, choć z mozołem, pokonuje ten opór. Dowodem wiktorii są te brunatne hałdki, lecz przede wszystkim rosnąca w siłę winnica. Pytam pana Marcina, czy mogę sobie wziąć jeden taki wulkaniczny kamień? W odpowiedzi słyszę, że nie muszę się krępować, że do wzięcia jest ich jakieś sześć tysięcy…

W końcu zapomniałem i pamiątki z Sokołowca nie zabrałem. Może poproszę o wysłanie pocztą. Jednej sztuki. Jednej! Albo nie – wrócę tam. Do tej winnicy na wulkanie…

Winnica Agat w Sokołowcu, ujęcie ze stoku z widokiem na Ostrzycę Proboszczowicką

 Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

 
„Śląska Fudżijama” widziana z Winnicy „Agat”

 

Serdeczne podziękowania dla pana Marcina, pani Arlety i pani Irenki.

Warto odwiedzić, przenocować tam, wina popić, wino kupić, życiem się nacieszyć, odetchnąć:

Winnica & Agroturystyka Agat
Sokołowiec 113, 59-540 Świerzawa
Województwo Dolnośląskie

Czytelnia Południowa

Dzielę się tu z Wami, i czynię to z przyjemnością, kawałkiem mojej tropikalnej czytelni, karaibskiej biblioteki; dzielę się inspiracjami literackimi wysączonymi z parnego, wilgotnego, zawsze szalonego, chaotycznego, fascynującego „Południa”. Poniżej wybrana lista lektur z rejonu Karaibów. To zapewne część pierwsza, bo klimatu południowego pod dostatkiem – w duszy, w pragnieniach, w aspiracjach, w zapowiedziach wydawniczych. Ale najpierw właśnie – Karaiby!

Wybrałem to, co dzielnie, nieraz buńczucznie manifestuje swoją obecność w moich bibliotecznych zasobach i co każdorazowo cieszy oczy, czasem ściska serce, wytrąca z czasoprzestrzeni multum wspomnień i drąży też przyszłość pożądaną.

To jest, oczywiście, lista otwarta. Nowiuśkie, świeże, nieoczekiwane, każde literackie stymulanty – mile widziane! Wasza w tym głowa, jak i moja. Lektury te, wypunktowane tu w porządeczku raczej luźnym, bez obligatoryjnego ciężaru, być może zainspirują Was do własnych poszukiwań; do osobistego dążenia w kierunku np. dominikańskim, haitańskim, jamajskim, każdym karaibskim, czy innym; być może wzmogą głód czytelniczy, albo po prostu rozweselą duszę reminiscencją literackiej podróży sprzed miesiąca, albo sprzed lat. „Było czytane, a jakże, było!”

Dla mnie tytuły te są ważne, znaczące, zmieniające pole widzenia, dodające celom podróżniczym wyrazistych barw, perspektyw, wiedzy. Lektury te, umówmy się, są raczej odkrywaniem tego, co już od odkryte; odkrywaniem najpierw z pozycji fotelowej, do późna w nocy, przy oczach obolałych, czerwonych, ale nadal chłonących akapit za akapitem z jakimś, rzec można, masochistycznym namaszczeniem. Wiecie, w czym rzecz – książki potrafią kraść noce, i co jeszcze, potrafią zmieniać życie.

Nie umiałbym podróżować bez czytania. Dla mnie czytać to szykować się do drogi. To żłobić wyobraźnię i sycić duszę wizją przygody, choćby nadal w wymiarze dziecięcych majaków. Wszystko to, nim człowiek pokona te osiem tysiączków kilometrów z okładem i wyląduje w złotej godzinie karaibskiego, rozwibrowanego gorącem popołudnia, w szpalerze palm kokosowych, w oparach smażonych zielonych plantanów i, dajmy na to, grillowanej koźliny. Jechać, dalej-bliżej, jechać w ogóle, to wiedzieć więcej. Zawsze. To otwierać nowe horyzonty, otwierać umysł, kondensować doznania. Często jeszcze przed podróżą. O to chodzi. I gdyby koleje losu sprawiły, że owa podróż mogłaby się nie odbyć – i tak zyskamy. I tak podróżowaliśmy.

Gdybym nie gotowił się lecieć ładne łata temu na Tobago, nie odkryłbym po drodze z taką intensywnością V.S. Naipaula – Trynidadczyka, noblistę z 2002 roku, jakże słabiutko znanego w naszym kraju. Poleciałem. Ale gdybym nie poleciał – zostałbym z Naipaulem! Z „Naszą ulicą”, z „Domem Pana Biswasa”, itd. Albo Ernest Hemingway i jego „Stary człowiek i morze”. Też tu jest. W sekcji kubańskiej. Przeczytany (bez bólu!) w podstawówce i na plaży Santa María del Mar pod Hawaną. Papa Hemingway zawiódł mnie na Kubę. Jestem tego pewien. Podróże kształcą. Wiadomo. Lecz mądrość ta staje się dla nas istotna, nabiera jakiejś mocy kiedy mamy z nią cokolwiek wspólnego; kiedy możemy coś do niej dołożyć, kiedy możemy ją, tak czy inaczej, potwierdzić. Wtedy podróż jest także spełnieniem.

Niech stanie się również spełnieniem czytelniczym…

Zachęcam Was – poszerzajcie tę poniższą listę karaibskich lektur! Dodawajcie swoje tytuły, choćby tu w komentarzach, rewidujcie je, dzielcie się swoimi propozycjami, odczuciami, sugestiami. Niech ta lista stanie się, jak najbardziej kompletna. Niech tworzy „Czytelnię Południową”, zapełniając jej półki po sam sufit, czy bardziej pompatycznie – po sam błękit karaibskiego nieba!

 Ostatnia aktualizacja 30/10/2020

Zasoby Czytelni Południowej
Dominikanadominican-republic-flag-icon-32
  • Święto Kozła (La fiesta del Chivo), Mario Vargas Llosa, Znak, 2016, tłum. Danuta Rycerz.
  • Topiel (Drown), Junot Díaz, Znak, 2009, tłum. Krzysztof Schreyer.
  • Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao (The Brief Wondrous Life of Oscar Wao), Junot Díaz, Znak, 2009, tłum. Jerzy Kozłowski.
  • Czas Motyli (In The Time of the Butterflies), Julia Alvarez, Black Publishing 2014, tłum. Barbara Sieradz.
  • All Inclusive. Raj, w którym seks jest Bogiem, Mirosław Wlekły, Agora, 2015.
  • Ciudad Trujillo, Andrzej Wydrzyński, Wydawnictwo Śląsk, 1981.

Wydawnictwa obcojęzyczne:

  • Trujillo: The Death of the Goat, Bernard Diederich, Little, Brown and Company, 1978.
  • Galíndez, Manuel Vázquez Montalbán, Bibliotex, 2001.
  • La era de Trujillo, Jesús Galíndez, Letra Gráfica, 2010.
  • Identidad cultural y religiosidad popular, Carlos Andújar, Letra Gráfica Breve, 2007.
  • Why the Cocks Fight: Dominicans, Haitians, and the Struggle for Hispaniola, Michele Wucker, Hill and Wang, 2000.
  • The Dictator’s Seduction: Politics and the Popular Imagination in the Era of Trujillo, Lauren Derby, Duke University Press Books, 2009.

 

haiti-flag-icon-32Haiti
  • Kraj bez kapelusza (Pays sans chapeau), Dany Laferrière, Karakter, 2011, tłum. Tomasz Surdykowski.
  • Niedziela, 4 stycznia (Bicentenaire), Lyonel Trouillot, Karakter, 2016, tłum. Jacek Giszczak.
  • Błogie odwroty (Douces déroutes), Yanick Lahens, Karakter, 2018, tłum. Jacek Giszczak.
  • Jak bez wysiłku kochać się z Murzynem (Comment faire l’amour avec un Nègre sans se fatiguer), Dany Laferrière, PIW, Warszawa, 2004, tłum. Jacek Giszczak.
  • Smak młodych dziewcząt (Goût des jeunes filles), Dany Laferrière, Świat Książki, Warszawa 2009, tłum. Jacek Giszczak.
  • Dzieci bohaterów (Les enfants des héros), Lyonel Trouillot, Karakter, 2009, tłum. Jacek Giszczak.
  • Królestwo z tego świata (El reino de este mundo), Alejo Carpentier, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2018, tłum. Kalina Wojciechowska.
  • Przybądź, ciemności (Tú, la oscuridad), Mayra Montero, Muza, 2003, tłum. Szafrańska-Brandt Marta.
  • Hadriana moich marzeń (Hadriana dans tous mes rêves), René Depestre, Amber, 1992, tłum. Małgorzata Cebo-Foniok.
  • Generał Słońce (Compère Général Soleil), Jacques Stéphen Alexis, Czytelnik, 1985, tłum. Małgorzata Hołyńska.
  • Romancero pod gwiazdami (Romancero aux étoiles), Jacques Stéphen Alexis, Wydawnictwo Literackie, 1975, tłum. Anna Jasińska, Maria Ziębina.
  • Źródło (Gouverneurs de la rosée), Jacques Roumain, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1950, tłum. Hanna Olędzka.
  • Taniec nieba i ziemi. Bogowie haitańskiego wudu (Divine Horseman. The living gods of Haiti), Maya Deren, Wydawnictwo A, 2000, tłum. Zbigniew Zagajewski, Małgorzata Wiśniewska.
  • Komedianci (The Comedians), Graham Greene, Instytut Wydawniczy PAX, 1966, tłum. Maria Skibniewska.
  • Haiti. Początki Państwa i Narodu, Tadeusz Łepkowski, Wydawnictwo Naukowe PWN, 1964.
  • Oddech, oczy, pamięć (Breath, Eyes, Memory). Edwidge Danticat, Warszawa: Gruner+Jahr Polska, 2007, tłum. Maria Olejniczak-Skarsgård.
  • „Haiti” Literatura na Świecie, Nr 7-8/2020, Wyd. Instytut Książki, 2020.

Wydawnictwa obcojęzyczne:

  • The Serpent and the Rainbow, Wade Davis, New York: Simon & Schuster, 1985.
  • Passage of Darkness: The Ethnobiology of the Haitian Zombie, Wade Davis, University of North Carolina Press, 1988.
  • Bonjour Blanc: A Journey Through Haiti, Ian Thomson, Vintage, 1992.
  • Bon Papa Haitis Golden Years, Bernard Diederich, Markus Wiener, 2008.

 

jamaica-flag-icon-32Jamajka
  • Diabeł Urubu (John Crow’s Devil), Marlon James, Wydawnictwo Literackie 2019, tłum. Robert Sudół.
  • Księga nocnych kobiet (The Book of Night Women), Marlon James, Wydawnictwo Literackie 2017, tłum. Robert Sudół.
  • Krótka historia siedmiu zabójstw (A Brief History of Seven Killings), Marlon James, Wydawnictwo Literackie, 2016, tłum. Robert Sudół.
  • Wysepka (Small Island), Andrea Levy, Albatros, 2006, tłum. Izabela Matuszewska.
  • Ostatnia Kobieta-Wyrocznia (The Last Warner Woman), Kei Miller, Świat Książki, 2012, tłum. Bohdan Maliborski.

Opowiadanie oraz esej z Jamajki w kwartalniku „Przekrój” (online, 2019):

 

trinidad-and-tobago-flag-icon-32Trynidad i Tobago
  • Nasza ulica (Miguel Street), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2002, tłum. Robert Sudół.
  • Dom pana Biswasa (A House for Mr Biswas), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2002, tłum. Krzysztof Obłucki.
  • Masażysta cudotwórca (The Mystic Masseur), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2002, tłum. Maria Zborowska.
  • Utrata El Dorado. Historia kolonialna (Loss of El Dorado. A Colonial History), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2005, tłum. Maria Zborowska.
  • Biała kobieta na zielonym rowerze (The White Woman on the Green Bicycle), Monique Roffey, Nasza Księgarnia, 2011, tłum. Anna Studniarek-Więch.
  • Afrykańskie korzenie UFO (The African Origins of UFOs), Anthony Joseph, Korporacja Ha!art, Kraków 2020, tłum. Teresa Tyszowiecka BlasK!.

Opowiadanie z Trynidadu w kwartalniku „Przekrój” (online, 2018):

 

france-flag-icon-32Martynika i Gwadelupa
  • Texaco, Patrick Chamoiseau, Prószyński i S-ka, 1999, tłum. Adam Szymanowski.
  • Wielka Kreolka (La Grande Béké), Marie-Reine de Jaham, Orbita, 1992, tłum. Joanna Kluza.
  • Eksplozja w katedrze (El siglo de las luces), Wydawnictwo Literackie, 1975, tłum. Kalina Wojciechowska.

 

puerto-rico-flag-32pxPortoryko
  • Dziennik rumowy (The Rum Diary), Hunter S. Thompson, Niebieska Studnia, 2010, tłum. Krzysztof Skonieczny.

 

barbados-flag-icon-32Barbados
  • Ja, Tituba, czarownica z Salem (Moi, Tituba sorcičre), Maryse Condé, W.A.B., 2007, tłum. Krystyna Arustowicz.

 

cuba-flag-icon-32Kuba
  • Oddałam ci całe życie (Te di la vida entera), Zoé Valdés, Noir sur Blanc, 1999, tłum. Maciej Ziętara.
  • Brudna trylogia o Hawanie (Trilogía sucia de La Habana), Pedro Juan Gutiérrez, Zysk i S-ka, 2004, tłum. Piotr Fornelski.
  • Tropikalne zwierzę (Animal tropical), Pedro Juan Gutiérrez, Zysk i S-ka, 2005, tłum. Piotr Fornelski.
  • Czekając na śnieg w Hawanie: Wyznania kubańskiego chłopca (Waiting for Snow in Havana), Carlos Eire, Zysk i S-ka, 2003, tłum. Tomasz Bieroń.
  • Nasz człowiek w Hawanie (Our Man in Havana), Graham Greene, Sonia Draga, 2010, tłum. Maria Skibniewska.
  • Sto butelek na ścianie (Cien botellas en una pared), Ena Lucía Portela, W.A.B., 2005, tłum. Marzena Chrobak.
  • Adios muchachos, Daniel Chavarria, Muza, 2014, tłum. Jerzy Wołk-Łaniewski.
  • Tango dla oprawcy (El rojo en la pluma del loro), Daniel Chavarria, Muza, 2015, tłum. Jerzy Wołk-Łaniewski.
  • Cud w Miami (Milagro en Miami), Zoé Valdés, Noir sur Blanc, 2004, tłum. Maria Raczkiewicz-Śledziewska.
  • Mambo Kings śpiewają o miłości (The Mambo Kings Play Songs of Love), Oscar Hijuelos, Albatros, 1999, tłum. Michał Wroczyński.
  • Piękna María, zwierciadło mojej duszy (Beautiful María of My Soul), Oscar Hijuelos, Albatros, 2012, tłum. Magdalena Słysz.
  • Królowa Karaibów, Klementyna Suchanow, W.A.B., 2013.
  • Cuba libre. Notatki z Hawany (Cuba Libre), Yoani Sánchez, W.A.B., 2010, tłum. Joanna Wachowiak-Finlaison.
  • Mea Kuba (Mea Cuba), Guillermo Cabrera Infante, Philip Wilson, 2004, tłum. Marcin Markowski.
  • Huragan nad cukrem (Ouragan sur le sucre), Jean-Paul Sartre, Wydawnictwo Iskry, 1961, tłum. Zbigniew Stolarek.
  • Hawana. Podzwrotnikowe delirium (Havana: A Subtropical Delirium), Mark Kurlansky, Czarne, 2018, tłum. Tomasz Fiedorek.
  • Kuba. Syndrom wyspy, Krzysztof Jacek Hinz, Wyd. Dowody na Istnienie, 2016.
  • Fidelada, Krzysztof Mroziewicz, Zysk i S-ka, 2011.
  • Stary człowiek i morze (The Old Man and the Sea), Ernest Hemingway, Muza, 2007, tłum. Bronisław Zieliński.

Wydawnictwa obcojęzyczne:

  • Biografía de la trova, Luis Fernández Zaurín, Ediciones B, 2005.

 

piratesKaraiby totalnie
  • Jesień patriarchy (El otoño del patriarca), Gabriel García Márquez, TMM Polska, 2007, tłum. Carlos Marrodán Casas.
  • Sto lat samotności (Cien años de soledad), Gabriel García Márquez, Mediasat Poland, 2005, tłum. Kalina Wojciechowska, Grażyna Grudzińska.
  • Nie ma kto pisać do pułkownika (El colonel no tiente quien le escriba), Gabriel García Márquez, Muza, 2005, tłum. Agnieszka Rurarz.
  • Podróż karaibska (The Middle Passage. A Carribean Journey), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2005, tłum. Maryna Ochab.
  • Mapa Nowego Świata. Wybór wierszy, Derek Walcott, Znak, 2008, tłum. Stanisław Barańczak i inni.
  • Opowiadania z Wysp Karaibskich (Stories from the Caribbean), V.S. Naipaul, E. R. Braithwaite i inni, Książka i Wiedza, 1967, tłum. Zofia Kierszys.
  • Stosunki międzynarodowe na Karaibach. Perspektywa postkolonialna, Marcin Florian Gawrycki, Instytut Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich UW Muzeum Historii, 2014.
  • (I)grając ze smakiem, Marcin Florian Gawrycki, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 2013.
  • Język a tożsamość. Język hiszpański w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach, Anna Kaganiec-Kamieńska, Universitas, 2017.
  • Republika Piratów (The Republic of Pirates: Being the True and Surprising Story of the Caribbean Pirates and the Man Who Brought Them Down), Colin Woodard, Sine Qua Non, 2014, tłum.Bartosz Czartoryski.
  • Zaginione białe plemiona. Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości (Trib bianche perdute: viaggio tra i dimenticati), Riccardo Orizio, Wyd. Czarne, 2009, tłum. Joanna Ugniewska, Mateusz Salwa.
  • Dialogi z Ameryką. O frankofońskiej literaturze w Quebecu i na Karaibach, Józef Kwaterko, Universitas, 2003.
  • Krzysztof Kolumb. Pisma, tłum. Anna Ludwika Czerny, Wyd. P.I.W, 1970.
  • Dzieje żywota i znamienitych spraw Admirała don Krzysztofa Kolumba przez jego syna Hernanda Colona, Hernando Colón, tłum. Alija Dukanović, Wyd. MON, 1965.
  • Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego (Biografia del Caribe), German Arciniegas, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, tłum. Kazimierz Zawanowski.
  • Archipelagu dzieje niełatwe. Obrazy z przeszłości Antyli XV-XX w., Tadeusz Łepkowski, Wiedza Powszechna 1964.
  • Polacy na Antylach i Morzu Karaibskim, Jan Lubicz-Pachoński, Wydawnictwo Literackie, 1979.
  • Piratki z Karaibów (Lobas de mar), Zoé Valdés, Noir sur Blanc, 2010, tłum. Maria Raszkiewicz-Śledziewska.
  • Podmorska wyspa (La isla bajo el mar), Isabel Allende, Muza, 2011, Grzegorz Ostrowski, Joanna Ostrowska.
  • Caracol Beach, Eliseo Alberto, Muza, 2001, tłum. Maciej Ziętara.
  • Burzliwe czasy (Tiempos recios), Mario Vargas Llosa, Znak, 2020, tłum. Marzena Chrobak.
  • Baśnie afroamerykańskie (African American Folktales), Roger D. Abrahams, G+J (Seria: Baśnie Etniczne), 2012, tłum. Marta Komorowska
  • Baśnie latynoamerykańskie (Latin American Folktales), John Bierhorst, G+J (Seria: Baśnie Etniczne), 2012, tłum. Hanna Turczyn-Zalewska 

Wydawnictwa obcojęzyczne:

  • 90 Degrees of Shade: 100 Years of Photography in The Caribbean, Soul Jazz Books, 2014.

 

Poezje około-karaibskie online

Wszystkie pozycje w przekładzie Bartosza Wójcika. Krótkie wprowadzenia-komentarze pochodzą od tłumacza.

Ceniony, wielokrotnie nagradzany poeta trynidadzko-brytyjski; wiersze przybliżające doświadczenia karaibskiej diaspory:

  • Roger Robinson, Lament imigranta (Immigrant’s Lament), Magazyn Wizje, (9) 2/2020.
  • Roger Robinson, Przenośny raj (A Portable Paradise), Magazyn Wizje, (9) 2/2020.
  • Roger Robinson, Grace (Grace), Kwartalnik Przekrój, 13.10.2019.

Poetka trynidadzka; wiersz bezpośrednio dotyczy USA, a konkretnie śmierci Tamira Rice’a (2002-2014), afro-amerykańskiego nastolatka zastrzelonego przez policję; wiersz jako dokument artystyczny wpisuje się w ruch #BlackLivesMatter:

  • Lauren K. Alleyne, Przycisk PLAY (Play), Magazyn Wizje, (8) 1/2020.

Jamajska pisarka o Martynice i mieszkankach wyspy widzianych oczami francuskiego malarza Paula Gauguina:

  • Jacqueline Bishop, Pod mangowcami (Under the Mangoes), Kwartalnik Przekrój, 17.06.2019, s. 21.

Jamajska poetka o rodzimej wyspie jako kraju postkolonialnym, o relacji białych mieszkańców z czarnymi, o różnicach klasowych, o tożsamości dorastającej dziewczyny:

  • Tanya Shirley, Letnie dni (Summer Days), Kwartalnik Przekrój, 17.06.2019, s. 21.

Brytyjski poeta i badacz literatury karaibskiej o relacji Północy z Globalnym Południem (w kontekście turystyki):

  • Stewart Brown, Wieloryby (Whales), Kwartalnik Przekrój, 21.01.2019.

Ziele zguby

Księga Sędziów 12, 5-6 / 5 Następnie Gileadczycy odcięli Efraimitom drogę do brodów Jordanu, a gdy zbiegowie z Efraima mówili: «Pozwól mi przejść», Gileadczycy zadawali pytanie: «Czy jesteś Efraimitą?» – A kiedy odpowiadał: «Nie», 6 wówczas nakazywali mu: «Wymówże więc Szibbolet». Jeśli rzekł: Sibbolet – a inaczej nie mógł wymówić – chwytali go i zabijali u brodu Jordanu. Tak zginęło przy tej sposobności czterdzieści dwa tysiące Efraimitów.

***

W 2007 roku w londyńskim Tate Modern kolumbijska artystka-rzeźbiarka Doris Salcedo stworzyła symboliczne dzieło pt. „Shibboleth”. W centralnym holu tego muzeum w polerowanym betonie posadzki wykuła ona długą na kilkadziesiąt metrów szczelinę, z początku niewielką, lecz dalej coraz szerszą i rozwidlającą się.

Gra w kolory

Poszło im o kolor skóry, a zaczęło się od białego, czyli ode mnie. Miejsce akcji – Dominikana, droga z Las Terrenas do Sánchez, paka toyoty-pickup pełna pasażerów lokalnego transportu publicznego. Czas akcji – późne popołudnie zalane blaskiem słońca w „złotej godzinie”. Dwóm, młodym Mulatkom spodobał się kolor mojej skóry. Właśnie tam, w trakcie jazdy, pośród wzgórz półwyspu Samaná, w obfitości gajów kokosowych co czyni tę krainę, zwaną tu tierra de coco, wyjątkowo czarowną. Zwłaszcza, o tej porze dnia.

Mulatki dyskutowały bez ogródek, do tego kokietując, jaki to jestem biały, jaki inny i wreszcie chciały tej bieli dotknąć. Pozwoliłem im, skoro miały taką pilną potrzebę zaznajomienia się. Czy zbliżenie kultur, ras, albo obcych z różnych światów nie jest czasem inicjowane takimi właśnie gestami? Dotykały mnie zatem badawczo i z zaciekawieniem, jak okaz egzotycznej przyrody, jak żywy zoologiczny eksponat. Na przemian lub jednocześnie przykładały swoje przedramiona do moich porównując je metodycznie, komentując, akcentując różnice. Wszystko zmieniło się, gdy jedna z nich posłała drugiej ostrzegawcze, pełne jadu spojrzenie. Wówczas zawrzało bo, nie bacząc na mnie, Mulatki zaczęły chandryczyć się, która z nich jest mniej czarna…

W rezultacie, to z pozoru niewinne zbliżenie ras obróciło się w starcie na tle rasowym z mojego powodu, ale bez mego udziału. Wszcząłem nieumyślnie konflikt i potem siedziałem skonfundowany, patrząc i słuchając, jak dwie strony piętnują się. 

Ja jestem jaśniejsza, ty jesteś ciemniejsza i basta, orzekła ta pierwsza. Właśnie, że ty jesteś ciemna, kochaniutka, tak ciemna, jak twoja brocha, ripostowała ta druga.

Ścierały się w stylu kiczowatej groteski, w dużych emocjach, zajadle i diabelsko hałaśliwie, i trwało to dobrych kilkanaście minut, może dłużej. Robiły to na serio. Kto widywał latynoskie muchachas podczas kłótni na pełnych obrotach, mniejsza o co, wie w czym rzecz. Obie zerkały na mnie co i rusz na wpół proszalnym, na wpół rozeźlonym wzrokiem jakby liczyły, że którąś wesprę; jakby chciały, aby ten obcy biały, który wszystko sprowokował, rozniecił iskry chorego pobudzenia, stał się teraz arbitrem w ich doraźnym, bądź co bądź lichym, podwórkowym sporze. Bo biały widzi chyba najlepiej, gdzie więcej czarnego a gdzie mniej?

Czy ja wiem? Na moje oko, kolor skóry tych dziewczyn nie zdradzał wielkich różnic. Czyli, nie mogłem przysłużyć się żadnej z nich i pozostałem, chcąc nie chcąc, neutralny. Mało tego, te Mulatki były do siebie podobne. Prędzej uwierzyłbym, że są siostrami, choć niekoniecznie z krwi tych samych rodziców. Lecz im chodziło wtedy po głowie co innego. One próbowały, korzystając z mojej obecności, poczuć się lepiej, jedna przed drugą, co było zupełnie irracjonalne. Ale najbardziej to dziko pragnęły wzajemnego upokorzenia. 

No, ale o Boże, patrz na moją rękę, mamuśka, a teraz patrz na swoją, nie widzisz, że twoja jest inna? Jest czarniejsza, czarna, jak sto dziur!

I tak jedna dominikańska Mulatka ciskała drugiej, a druga nie odpuszczając, też wrzucała do pieca, ile mogła. W końcu, aby tę scysję przypieczętować ta bardziej wygadana, kąśliwa jak żararaka rzuciła ostro do swej przeciwniczki, niemalże plując jej żółcią w twarz. 

Jeżeli myślisz, że jesteś lepsza to dawaj, powiedz… perejil, no powiedz to! ¡Di perejil

I tak ze trzy razy to powtórzyła. ¡Di perejil!

Ale tamta, którą miało to sponiewierać, powiedziała perejil pod nosem, jakby do siebie, jakby na próbę i zaraz zamilkła, chociaż mogła przecież odeprzeć atak, mogła ryknąć w przaśnym stylu tej afery, „sama se kurwa powiedz perejil!”. Jednak, nie zrobiła tego, ani niczego podobnego, gdyż ponad perejil nie było już argumentów do użycia w tym sporze. Do tego, rywalka wycofała się z dalszej akcji z uśmieszkiem triumfu. Jak z bicza strzelił nastąpił rozejm, co zdumiało mnie dokumentnie.

Paradoks

To, co wedle mej wcześniejszej wiedzy powinno zabrzmieć tu, jak najgorsza obraza, jak wyrok potępienia, jak coś po czym człowiek już tylko pęka z nerwów, i albo zaczyna tłuc drugiego, dzierżąc w dłoni but z koturnem, albo mu do reszty urąga i grozi zrobieniem najgorszego – zabrzmiało przewrotnie inaczej. Jak trafiony w punkt sytuacyjny gag, który uwalnia towarzystwo od udręki napięcia. I właśnie to słowo perejil, wywołane z taką arogancją w szczytowym momencie sporu, zamiast osłabić doszczętnie przynajmniej jedną z dziewczyn, podziałało na obie, jak wytrych do lepszego nastroju. W rezultacie obie Dominikanki obśmiały się z tej puenty – perejil, aż do przesady. I zawiesiły broń, pozostając tam samo „mulackie”, jak przedtem, jak zawsze. 

Pogodzone zajęły się innymi sprawami. Codziennością. Rybakiem-topielcem ze wsi nad zatoką. Najbardziej – tipsami. U obydwu pstrokate szpony wyglądały na świeżo nałożone. Trzeba je było przepaplać. Ponadto, jedna z nich podróżowała z dzieciakiem, o czym wcześniej nie wspomniałem. Próbowała go teraz zabawiać. Podrzucała maluchem dość ryzykownie, jak wielką lalką, albo przekładała go z kolana na kolano. Przy okazji, maluch ten miał skórę zdecydowanie ciemniejszą od swojej opiekunki, chyba matki i jej koleżanki, z którą chwilę wcześniej tamta szła na udry. Kiedy więc señoritas miały już co robić, ja mogłem pomyśleć. Bo tak, czy inaczej „przypadek perejil”, dał mi porządnie do myślenia. Siedząc tam, na pace terenowego wozu, najpierw w zwykłej roli współpasażera a potem także, jako postronny świadek groteskowego poróżnienia dwóch dominikańskich Mulatek w sprawie stężenia pigmentu w ich skórze, i wreszcie widząc, w jaki sposób osiągnęły one wyż tej całej akcji darcia kotów, zrozumiałem, że mam do czynienia z niebywałym i ponurym paradoksem…

Aby ten paradoks wyjaśnić, wejdziemy w mroki karaibskiej przeszłości, w erę dyktatury Rafaela Leónidasa Trujillo, którą Karaiby zapamiętały dobitnie, i to w sumie erę nie tak odległą, a przynajmniej wciąż bliską w pamięci zbiorowej, bo nie można zapomnieć czegoś, co trwało trzydzieści jeden lat, i odcisnęło swe piętno na wszystkim. Cofając się w tym czasie historycznym do 1937 roku, trafimy na pogranicze stosunków dominikańsko – haitańskich. Pogranicze – w przenośni i dosłownie, bo o to w tym wszystkim chodzi. I wtedy dotrzemy do perejil, do tego koszmarnego słowa-wyroku, które w tamtych dniach pomogło trujillowskim zbirom uskutecznić krwawe żniwo a dzisiaj, po wielu dekadach, wciąż pozostaje niepokojąco dwuznaczne.

To jedno słowo, perejil, mówi tu, na Hispanioli więcej, niż każde inne, bo mówi o ciągle żywotnej, wzajemnej i w ostatecznym rozrachunku fatalnej historii dwóch sąsiadów: Dominikany i Haiti…

Granica

Jak uwiecznił niegdyś Jacques Stephen Alexis, pisarz haitański: „Tego dnia pod gwałtownym deszczem działy się tu rzeczy tak straszne, że w ustach czuło się smak popiołu, powietrze wciągane w płuca było gorzkie, wstyd zalewał serce, życie wydawało się odrażające. Nikt sobie nie wyobrażał, że takie potworności mogą zdarzyć się kiedykolwiek na dominikańskiej ziemi. Wszystko, co szlachetne, czyste i wielkie w duszy prostego, uczciwego ludu, zostało przez Szakala i jego zbirów wywleczone i tarzane w błocie wśród ulewnego deszczu. Dopóki istnieć będzie ta ziemia, zachowa ona ślady po kałużach bratniej krwi, a dzieci tutejsze w przyszłości będą pochylały głowy przed tymi plamami hańby…” *

Podobno Rafael Leónidas Trujillo był podpity, gdy tamtej pamiętnej nocy, w październiku 1937 roku, wydał rozkaz ostatecznego rozwiązania „problemu haitańskiego”. Od chwili pojawienia się na wystawnym raucie, wydanym na jego cześć przez zamożną dominikańską matronę z Dajabón, nie rozstawał się z kieliszkiem. Alkohol był mu potrzebny, i to jak nigdy przedtem, aby się znieczulić, aby już nie myśleć o tym całym paskudztwie, jakiego z narastającą odrazą doświadczał w ostatnich dniach, kiedy osobiście kierował inspekcją terenów przygranicznych.

Zaledwie dwa miesiące upłynęły od jego poprzedniej i – mimo że krajem już władał od siedmiu lat – dokładnie pierwszej wizyty w zachodniej Dominikanie. Trujillo cenił wszelkie wyjazdy w głąb wyspy i nawet dla klimatu zwykłej wsi chętnie opuszczał niespokojną stolicę, przemianowaną rok wcześniej z Santo Domingo na Ciudad Trujillo. Miał wówczas sposobność, aby nieco odetchnąć od bezustannej czujności, do jakiej był zmuszony z powodu aktywnych działań oponentów reżimu. Do przeczulonych uszu Szefa regularnie dochodziły informacje o możliwych próbach spiskowania przeciwko niemu, co w oczywisty sposób zakłócało mu codzienny rytm wykonywania obowiązków dyktatora. Musiał jednak istnieć naprawdę znaczący powód, aby Trujillo zostawił swoją kwaterę główną dla takich odległych miejsc, jak Dajabón. Wcześniej wysłał tam brygadę sprawdzonych tajniaków i ludzi z bronią, aby zajęli się eliminacją wszelkich możliwych zagrożeń, czyhających na jego życie.

Za pierwszym razem chodziło o lustrację postępów w rozpoczętej niedawno budowie Carretera Internacional. Wedle śmiałej wizji Trujillo miała to być popisowa autostrada, biegnąca równolegle do granicy, która połączy południe kraju z północą i tym samym wzmocni pozycję Dominikany w pasie przygranicznym. Obecnie wzywały sprawy równie ważne, a być może i ważniejsze, jakim bezwarunkowo należało się przyjrzeć z bliska, poznać i wysłuchać ludzi, którym te sprawy zatruwają byt i w razie konieczności właściwie zareagować. W efekcie, długa i wyczerpująca konna ekspedycja przy niepewnej, październikowej aurze znacznie pogorszyła nastrój Szefa.

Masowe skargi rozjuszonych rodaków, żyjących w pobliżu granicy z Haiti, od Pedernales przez Elías Piña po Dajabón nie były przesadne, teraz mógł je sam jeden potwierdzić, bo na własne oczy dojrzał, że znajdowały uzasadnienie w realiach. Gdzie Trujillo nie obrócił głowy, tam po drodze, widział masy Haitańczyków, jak przymuszeni pracowali przy wspomnianej Carretera Internacional, co go zdziwiło do żywego; widział, jak pilnowali własnych, coraz liczniejszych domostw, byle jak utrzymywanych w obrębie folwarków albo doraźnie pobudowanych w szczerym polu, widział też ich połyskujące od potu, hebanowe plecy, i naraz wzdragał się, gdy tamci pochyleni, ramię w ramię karczowali w pełnym słońcu kępy buszu pod nowe zagony…

Oni, Szefie, nie uznają granicy, cichcem mijają tutejsze patrole, to po kiego tę cholerną granicę wzmacniałem, słałem tam gwardię i policję, tych nie brakuje Szefie, tych widać na każdym kroku, że czuwają, że pilnują, ale tamci łażą tak nisko przy ziemi, że ich nie można zauważyć, a gdzie cło w takim razie, ja się pytam, gdzie legalne papiery, nie mają żadnych, Szefie, to ich łapać, spisywać i deportować, instrukcje były jasne, i są wykonywane, Szefie, ale tamci nie chcą siedzieć u siebie, bo tam niczego nie ma, Haiti to bieda, dlatego idą tu do nas, albo zawracają, jeden za drugim, przelewają się tu, jak woda przy powodzi, i docierało do Szefa, że to prawda, i że panoszą się wszędzie, i po przedostaniu na stronę dominikańską większość od razu osiada, łapiąc się czegokolwiek ale reszta ciągnie dalej, w dominikański interior na wschód, a potem prosto do Santiago, do San Juan czy do Azua, do miast, które za moment zadławią się obecnością Haitańczyków, gdzie na ulicach nasz język ginie w potokach ichniej barbarzyńskiej mowy, jakby z Afryki, i ta zaraza pleni się szybko i rozchodzi po całym kraju, Szefie, takie są raporty, pisane nie dziś, nie wczoraj, ale już od dawna, znam te przeklęte raporty, i wiem, jak jest niestety, bo tak mówią Szefie, ci których spotkałeś tu, przy granicy, taka jest prawda, że naszym źle z powodu tamtych, nie swoich, to po kiego mnie wzywali do Port-au-Prince, po co robili ze mnie w Haiti wielkiego, kurwa, amigo, z jakim się idzie dogadać, chcę to wiedzieć, po kiego podpisywałem to, podpisywałem tamto, gówna warte klauzule, zafajdane poprawki, granica ma osiem lat, bo tyle ma, prawda czy nie prawda, kurwa, a śmierdzi, jakby jej nie było, z kim robiłem politykę rok czy dwa temu, z prezydentem ichnim, Vincentem, czy nieudacznikiem, którego dzika swołocz ma gdzieś wszelkie prawa, i najeżdża Dominikanę, mój kraj, który znowu muszę, kurwa, zbawić ode złego, tak Szefie, Dobroczyńco Narodu, ta swołocz gwałci naszą suwerenność, naszą wolność i nasze kobiety, z czego nie wiadomo co się potem rodzi, bo ci za bardzo czarni to już nie my, to się musi skończyć, Szefie, bo kraju potem nie poznamy, ty, Stenio Vincent, ty sąsiedzie od siedmiu boleści, prezydenciku, mógłby zagrzmieć Trujillo, puścić w eter całą swoją żółć, no cośmy ustalili, że teraz masz to gdzieś, ty perfidny zaborco, i nawet mógłby Vincentowi otwarcie pogrozić, gdyby ex-okupant Ameryka nie miała dobrze na oku całej Wyspy i nie doglądała co i rusz swego wychowanka, dominikańskiego marines, tego raptusa Trujillo, czy czegoś tam nie mąci na tych Karaibach przypadkiem, a ten by chętnie namącił, i jeśli mnie słyszysz Vincent, pomówmy raz jeszcze, jak, no niech ci będzie, równy z równym, popatrz łaskawie na granicę swego kraju, a lepiej popatrz dalej, poza tę ziejącą dziurę, i każ się swych najeźdźcom zabierać stąd w trymiga, kurwa, albo sam im w końcu pokażę, gdzie ich miejsce…

W kształtującej się ocenie Trujillo granica wytyczona w 1929 roku, po prawdzie za pomocą piór poprzednich prezydentów Dominikany i Haiti, Vásqueza i Borno nie spełniała swojej kluczowej funkcji. Nie potrafiła zastopować przepływu nielegalnych imigrantów, czyli w zasadzie nie była respektowana. Nie pomogły również aneksy, jakie w roku 1935 i 1936 podpisali Trujillo ze Stenio Vincentem, obecnym haitańskim przywódcą, mające zagwarantować wyraźnie oddzielenie jednego państwa od drugiego. Układ stanowiący granicę okazał się być może porozumieniem dobrym, tyle że jedynie na płaszczyźnie dyplomacji. To co zostało wykreślone na papierze, nijak się miało do rzeczywistości, w jakiej od kilku lat funkcjonowały „nowe” przygraniczne społeczności dominikańsko – haitańskie, wcześniej od dekad wymieszane, dwujęzyczne (tzw. rayanos) i związane wspólnym handlem, przemytem i ogólnie mniej lub bardziej łaskawym losem. Dla nich niewiele się zmieniło, poza jednym. Pojawił się dylemat narodowościowy.

W rezultacie po stronie dominikańskiej znalazło się po pierwsze, wielu, de facto obcokrajowców, jacy nie przestali przecież mówić po kreolsku na żądanie, i po drugie wielu obywateli, mówiących w tym języku równie dobrze, jak po hiszpańsku, którzy mogli należeć tak samo do Haiti, jak i Dominikany, i to bez względu na kolor skóry, jaki niestety w nowych warunkach bytowych stanowił już silną bazę do identyfikacji przynależności, nie tyle rasowej, co narodowościowej, często identyfikacji zdawkowej, przez co po wielokroć do cna błędnej. Obaj panowie rządzący ewidentnie nie czuli konsekwencji tego, tak czy inaczej, zgubnego wdrożenia sztucznych granic. Trujillo wydawał się nie mieć o tym pojęcia, albo grał ignoranta celowo. W każdy razie, widział jedynie to, co miał przed oczami, a miał tam, u siebie, spory kawałek Haiti.

Rzeka Masakra

Jednak wielu Haitańczyków przybyło do jego kraju znacznie wcześniej, niekoniecznie z ostatnią falą nielegalnej imigracji. Przybyli jeszcze przed 1929 rokiem, kiedy dominikańskie plantacje trzciny cukrowej, zarządzane przez wielkie amerykańskie cukrownie, szukały taniej siły roboczej. Dla rzeszy bezrobotnych mieszkańców Haiti ogromne areały tego słodkiego badyla po sąsiedzku, szczególnie we wschodniej Dominikanie, stanowiły niejako ziemię obiecaną, do której należało dotrzeć. Poza tym, na światowym rynku cukru panowała hossa, co po uwzględnieniu sezonowości zbiorów, i tak gwarantowało ciągłość pracy. Potem nastąpił pamiętny czarny-październikowy-czwartek na Nowojorskiej Giełdzie a wraz z nim krach 1929 roku i w rezultacie kryzys, jaki niechlubnie pokrył praktycznie całą dekadę lat trzydziestych.

Ceny cukru runęły niemal do samego dna a Haitańscy macheteros przestali być potrzebni na plantacjach. Nie widząc jasnej przyszłości we własnej ojczyźnie, nie zamierzali tam wracać. Zamiast tego decydowali się pozostać w Dominikanie i bądź to próbowali szukać czegoś, co im zapewni przetrwanie w inny sposób, bądź żyjąc na krawędzi ludzkiej godności, czekali jedynie na to, co przyniesie los. Dla wielu z nich los zgotował potem koszmar…

Szef, przemierzając konno zachodnią Dominikanę, nieprzerwanie wysłuchiwał co wieczór, i po nocach – mądrości koniunkturalnych „doradców”, „analityków sytuacji”, czy innych okazjonalnych „radykałów” spośród popleczników, jacy tworzyli jego świtę w czasie inspekcji, a za dnia – niezliczonych lamentów bezradnych rolników i właścicieli podupadłych rancz oraz innych majątków, i był zaskoczony do reszty, że to właśnie bydła prawie w ogóle nie mógł dostrzec, za to widział w dolinach nietknięte połacie zielonej trawy.

Gdzie są stada, ja się pytam, Dominikana żyje z bydła a tu pastwiska dziczeją, bo oni Szefie, rozkradają co nasze i krów nie idzie się już doliczyć, bo one znikają tak, jak tamci przychodzą, i biorą naszą ziemię, aby tu żyć, i naszym kosztem mają z tej ziemi więcej, i pracują tam, gdzie my już pracować nie możemy, bo nie ma jak…

Umysł Szefa, podsycony świeżym ogniem podłych reminiscencji, wciąż kipiał. Dlatego, w Dajabón Trujillo gasił go rumem, nie marnując kolejek. Zanim jednak grupa inspektorów wjechała do tego miasta, ostatniego celu ich roboczej ekspedycji, by później zakończyć dzień na suto zakrapianym bankiecie, Trujillo zarządził dodatkowy postój na łonie natury, nieopodal brzegu Río Masacre.

Rzeka, mimo swej nazwy, należała do łagodniejszych w kraju, i raczej od zawsze sprzyjała masowym przeprawom wpław. Nie wciągała ofiar w bezdenną otchłań, bo nawet w porze deszczowej była na to zbyt płytka, nie zabijała rwącym nurtem, tylko niezmiennie toczyła swe niewinne wody po ziemiach prowincji Dajabón, aż do Zatoki Manzanillo, gdzie wpadała do Atlantyku. Jej koryto na kilku odcinkach niemal idealnie pokrywało się z granicą, jaką osiem lat wcześniej uzgodniono, aby formalnie oddzielić od siebie państwa Haiti i Dominikanę. W czasach kolonialnych Río Masacre spłynęła krwią osadników, dlatego ochrzczono ją potem tak „zabójczo”. Zanim, na mocy Układu z Aranjuez, oficjalnie uznano w 1777 roku francuską kolonię Saint-Domingue w obrębie Hispanioli, Francuzi i Hiszpanie żyli na krawędzi wojny.

Pierwsi z nich przepychali nieoficjalne granice w głąb terytorium sąsiada, gdyż brakowało im obszarów produkcyjnych dla pomnażania zamorskiego bogactwa. Drugim przede wszystkim zależało na tym, aby sukcesywnie wyeliminować obecność tych pierwszych na Wyspie. W 1728 roku, nad brzegiem Guatapana, rzeki o imieniu pochodzącym z języka rdzennych Taino wybitych prawie doszczętnie u zarania konkwisty w XVI wieku, hiszpańscy soldados zmasakrowali trzydziestu francuskich piratów – zwanych boucaniers. Wtedy rzeka zabarwiła się na czerwono i na cześć zabitych zyskała nowe miano.

Trujillo przypomniał sobie o tym historycznym fakcie, gdy w mętnym, piaskowym brodzie dojrzał haitańskie dzieciaki, taplające się w zapomnieniu, co i rusz besztane, pewnie przez matkę, wyżymającą górę prania.

Tymczasem zza wzgórza wyszło trzech dorosłych mężczyzn z maczetami w dłoni, powłócząc nogami, jakby po skończonej pracy w skwarze południa. Różnili się kolorem skóry. Pierwszy był niezbicie Mulatem, pozostali dwaj czarni. Wbrew zmęczeniu ochoczo gawędzili. Mówili po kreolsku, a gdy Mulatowi zdarzyło się wtrącić co nieco po hiszpańsku, reagowali w tym właśnie języku. Jeden z czarnych, gdy stanął na brzegu od razu porzucił narzędzie i wskakując do wody, zbliżył się do rozweselonej dziatwy. Był im wyraźnie bliski, być może, jako ojciec, albo starszy brat. Drugi czarny zauważył Trujillo stojącego w polowym mundurze w cieniu drzewa i odruchowo ścisnął rękojeść maczety. Raczej nie mógł rozpoznać dominikańskiego Wodza, za to mimo odległości poczuł na sobie jego świdrujące spojrzenie. Pozostał jednak niewzruszony. Ou byen?, spytał go Mulat, czy dobrze z nim. Sí, todo bien, odparł mu tamten, że tak, że dobrze.

To przez tę cholerną rzekę tak łatwo się tutaj dostają, pomyślał rozsierdzony Trujillo, łykając rum i zagryzając kawałkiem langusty, lepiej niech dobrze zapamiętają jej nazwę! Ogrodzimy ją, albo nie, kurwa, w diabły wysuszymy, zasypiemy i postawimy mur, zatkamy to wszystko betonem, szczur nie przejdzie przez Río Masacre!

Do żniw!

Prymitywne zalewanie robaka nie pasowało do jego stylu, chyba że robak ten spuchł do rozmiarów Haitańczyka. Wódz raczej wymownie gardził pijatykami, kiedy łatwo o kompromitację, i różne głupstwa, których nie tolerował, ganiąc wszelkie przejawy degrengolady. Jeśli gustował w alkoholu, to bardziej w koniakach najlepszego sortu, i to w niewielkiej ilości. Nierzadko wychodził z bankietów, nim podano mocniejsze trunki, zostawiając towarzystwo samopas. Słynął za to z upodobania do uciech cielesnych innego rodzaju, najchętniej z młódkami, które niecnie wykorzystywał w ulubionej willi Casa de Caoba w San Cristóbal, wzmagając swą reputację „Kozła”.

Jednak tamtego wieczoru Trujillo miał wypić sporo, i to dokładnie czystego, dominikańskiego rumu, słodkiego, zawsze dobrego, ale jakże zdradliwego, i wlewał go w siebie tak, jakby szukał wzmocnienia przed tym, co go nieodzownie czekało, i to jeszcze tej nocy, i pił wraz ze swoimi oficerami podczas fety wieńczącej trudy przygranicznej wizytacji. Niedługo potem Zbawca Ojczyzny był już gotowy i zrobił to, co musiał zrobić, aby ratować Republikę Dominikańską przed inwazją „afrykańskich hord”. Dał wojskowym przyzwolenie na rozpoczęcie El Corte, czyli „żniw”, bo taki alias zyskała operacja, która miała jeden tylko cel: metodycznie zgładzić wszystkich Haitańczyków w Dominikanie. Życie mieli zachować jedynie ci, których na plantacjach zatrudniały amerykańskie kompanie cukrownicze…

W niezmiennie miłej atmosferze tamtej uroczystości w Dajabón Trujillo powiedział do zgromadzonych: 

Już wiem o tym, że Haitańczycy okradają naszych rolników z żywności oraz bydła. Wiem o tych grabieżach od was, obywatele Dominikany. I odpowiem wam, co zrobię. Rozwiążę ten problem! Zresztą, to się już dzieje. W Bánice zabito dotąd ze trzystu Haitańczyków. I to rozwiązanie będzie kontynuowane!”.**

I tu uderzył pięścią w stół… 

Chwilowe napięcie, wywołane przemową Szefa, nie zakłóciło dalszego ucztowania a nawet je wzmogło.

Regularne masakry rozpoczęły się o północy…

Maczety

Mówi Cocozumba, Dominikańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „W samym tylko Dajabón, powiadają ludziska, wymordowanych jest blisko dziesięć tysięcy… W naszych stronach każdy boi się gadać, ale na pewno będzie tego u nas tysiące i setki… Kiedym jeszcze ścinał trzcinę, znałem Haitańczyków. Och, może z nich i zawadiaki, ale ludzie „całą gębą”. Nigdy nikomu nie wadzą… I jego także znałem… Trujilla, znaczy się… Matkę ma uczciwą kobiecinę a sam taki hultaj… Teraz jest generalissimusem, prezydentem i Bóg wie, czym jeszcze… Wstyd dla nas wszystkich. Złodziej i dziwkarz… żeby tak na zimno wymordować dziesiątki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieciaków. Trzeba mieć ostatnią kurwę za matkę chrzestną, a za ojca brudnego wieprza, żeby coś takiego wymyślić i zrobić…”*

Przede wszystkim w ruch miały pójść maczety, a nie kule. Poza tym noże, łopaty i kilofy oraz pozostałe narzędzia, które mogły hurtowo i skutecznie zastąpić broń palną. Nie z oszczędności lecz z wyrachowania, dla zatarcia śladów. Dominikańczycy są z natury raczej rozrzutni, poza tym Trujillo uważał, iż na wroga nie szczędzi się  amunicji. A wrogiem numer jeden byli wtedy Haitańczycy, których w końcu należało się pozbyć. I zapewne plan ich metodycznej eksterminacji na terytorium Republiki Dominikańskiej byłby zrealizowany szybciej i sprawniej, gdyby normalnie użyto karabinów, z ogniem a nie tylko z bagnetem, co zostało jasno przykazane. Chodziło bowiem o stworzenie pozorów, o zadanie, jak najwięcej ran kłutych, głębokich, śmiertelnych, za pomocą każdego dostępnego, ostrego żelastwa.

Wiadomo, że kule zostawia ten, kto strzela, a w państwie politycznego ucisku z reguły strzela wojsko, albo milicje i bojówki na usługach bezpieki. Nie mówiąc o zwykłych kryminalistach, wspieranych po cichu przez reżim, dobrze uzbrojonych i złączonych w siejące pogrom szwadrony śmierci. Gdyby więc jakiekolwiek przecieki o masowej rzezi, z udziałem zarówno regularnych oddziałów wojskowych, jak i paramilitarnych wyszyły poza Dominikanę, czego się obawiano, wywołałby to od razu międzynarodowe reakcje i pogrążyło dyktaturę w oczach świata. Toteż dla zagwarantowania sobie niejako „linii obrony” Trujillo zarządził, aby rzeź wyglądała na spontaniczny chłopski zryw, tak jakby zdesperowani dominikańscy chłopi wzięli sprawy w swoje ręce, i sami zajęli się „problemem haitańskim” na swym terenie, masakrując sprawców własnej niedoli, bez jakiejkolwiek wiedzy i przyzwolenia władz.

Wtedy Trujillo pomyślał o żniwach tak, jak się o nich myśli na Karaibach od zawsze. Pomyślał o plantacji, o trzcinie cukrowej, o pracującym tam niegdyś czarnym niewolniku, a teraz Haitańczyku, i wreszcie o narzędziu bez którego trzciny się nie zetnie, o maczecie, której Haitańczyk na co dzień używa. Potem w głowie Trujillo zrodziła się alegoryczna wizja jego własnych, krwawych żniw, nazwanych później, nie inaczej – El Corte, i tak plantacja stała się Dominikaną, trzcina cukrowa Haitańczykiem, a maczeta w końcu trafiła we właściwe dłonie…

W ciągu trzydziestu sześciu godzin od momentu wydania przez Trujillo w Dajabón rozkazu zgładzenia Haitańczyków, horror masowego zabijania ogarnął niemal cały kraj, od zachodu po jego wschodnią cześć, z Półwyspem Samaná włącznie. Przeważającą liczbę wstrząsających zbrodni popełniono jednak na obszarach przygranicznych oraz w przyległym do nich regionie El Cibao, gdzie w samym Santiago de los Caballeros, drugim co do wielkości mieście Dominikany, w bestialski sposób stracono ponad tysiąc Haitańczyków, w tym także ucinając im głowy. Dokonali tego „działający w przebraniu” rządowi gwardziści. Sfory rozpitych tanim rumem i rozjuszonych żołnierzy wpadały raptem do siedzib Haitańczyków, po czym natychmiast mordowali wszystkich, jednego po drugim, całe rodziny. Ścinano dzieci na oczach matek, żony na oczach mężów, w powietrzu nieprzerwanie świstały maczety a krew zalewała bruki, uwalniając duszący, miedziany odór śmierci.

Ale nie zawsze zabijano Haitańczyków od razu tam, gdzie zostali schwytani podczas obławy. Sugerowano im wtedy, że jeszcze pożyją, a jedyne co ich czeka, to bezwarunkowe wydalenie z Dominikany. Nieco uspokojeni tym, że jakimś cudem ominęło ich najgorsze, bez większych podejrzeń poddawali się procedurom deportacyjnym, zainicjowanym przez wojsko i straż graniczną. Okazało się to jednak ponurą fikcją, dzięki której Trujillo i jego poplecznicy mieli zyskać dodatkowe alibi. Po wykonaniu papierkowej roboty, kiedy już dominikańskie władze miały wyraźny dowód na to, że nielegalni imigranci zostali, nie inaczej jak po ludzku i w zgodzie w prawem wysłani z powrotem do Haiti, przystąpiono do dalszych kroków. Wszystkich, wcześniej spisanych Haitańczyków zabierano w odludne miejsca i pod osłoną nocy masakrowano do ostatniego. Ich ciała przewożono następnie na wybrzeże, w okolice Montecristi, a tam wrzucone do Atlantyku, miały być pochłonięte przez ławice rekinów.

Ponoć, kurz przygranicznych dróg, którymi organizowano transport w kierunku oceanu, mieszał się ze strumieniami krwi, wyciekającej z ciężarówek, wypełnionych makabryczną zawartością. Wiele z tej krwi spłynęło do pobliskiej Río Masacre, gdzie łączyła się z krwią innych Haitańczyków, zabitych tu w czasie rozpaczliwej próby ucieczki wpław. Po raz drugi w historii nurt rzeki nabrał szkarłatnej barwy a jej nazwa stała się sugestywnie wzmocnionym symbolem tragedii.

Perejil, co po hiszpańsku oznacza "pietruszka"

To słowo zabijało

Jacques Stephen Alexis pisze: „Rzucili się ku nim gwardziści i zaczęli wyrywać im z rąk narzędzia pracy – maczety. Popychani ze wszystkich stron, ludzie zbili się w ciasną gromadę. Nikt nie miał już wątpliwości: byli w pułapce. Oficer kazał wystąpić wszystkim obywatelom Dominikany. Mówił ostrym tonem. Nie było innej rady. Należało posłuchać, aby nie dawać pretekstu do wystąpień pijanej bandzie żołdaków, która poruszała się niby bestia groźna, wyjąca, z ogłupiałą gębą rozjaśnioną dzikim zadowoleniem z własnego okrucieństwa. Waląc kolbami, żołnierze oddzielili od reszty grupę Dominikańczyków, zebraną na brzegu drogi. Oficer w otoczeniu kilku żołnierzy wygłosił krótkie przemówienie. Potem kazano Dominikańczykom przedefilować; każdy przechodząc obok oficera musiał wymówić słowo: perejil…”*

To hiszpańskie słowo – perejil – czyli zwykła „pietruszka”, stało się synonimem czystki etnicznej, wyroku, jaki Trujillo wydał na Haitańczyków w październikową noc 1937 roku.

W ciągu tamtych dramatycznych dni, wielokrotnie dochodziło do sytuacji, w których rozpanoszeni wszędzie mordercy, stając oko w oko ze swą potencjalną ofiarą, osaczoną gdzieś na ulicy albo nawet w szczerym polu, nie byli w stanie od razu ocenić, czy to obywatel Haiti, czy Dominikany. Niepewność dotyczyła koloru skóry. Dominikańczycy bywają zwykle Mulatami ale i pośród Haitańczyków występuje wielu równie jasnych. Z kolei Haitańczycy bywają zwykle czarni, ale i pośród Dominikańczyków występuje wielu im podobnych.

Chwilowy dylemat gwardzisty czy najemnika z uniesioną maczetą, sprowadzał się więc, z jednej strony do ryzyka nieopatrznego zabicia rodaka, czy rodaczki, a z drugiej – do ryzyka niezabicia Haitańczyka czy Haitanki. Innymi słowy, musiała istnieć jakaś prosta i skuteczna metoda trafnej klasyfikacji przynależności narodowościowej u podejrzanych Mulatów, schwytanych między czarnymi oraz podejrzanych czarnych, schwytanych między Mulatami. Problem raczej nie istniał w trakcie pustoszenia okolic, znanych głównie ze skupisk haitańskich domostw. Wtedy bez wahania ścinano każdego, za porządkiem, bo każdy wyglądał na czarnego Haitańczyka i nikt nie myślał o czarnych Dominikańczykach, mimo, że tacy się przecież zdarzali. Poza tym druzgotano mieszane, haitańsko-dominikańskie małżeństwa, jakich także nie brakowało, choćby w zachodniej Dominikanie; ginął zatem mąż Haitańczyk, ginęła żona Haitanka, a rozpoznanych Dominikańczyków, nagle owdowiałych puszczano wolno.

Trujillo ze swymi aparatczykami przewidział zawczasu „kłopotliwą” kwestię właściwego rozróżniania, kto jest kim i szybko znalazł dla niej rozwiązanie. W dalszej kolejności wojskowi egzekutorzy otrzymali jasne pouczenie, jak mają zadziałać, kiedy zabraknie im pewności przy selekcji kandydatów do egzekucji. Co więcej, zdarzało się iż żołdacy biorący udział w łapankach, oprócz maczety nosili ze sobą… witkę pietruszki, i korzystali z niej w razie konieczności, w dość kuriozalny sposób. Otóż, siepacze Trujillo stosowali ponurą „magię”, tak zwanego szyboletu, czyli znaku rozpoznawczego, słowa-klucza, które zawiera specyficzną dla danego języka głoskę, jakiej cudzoziemiec, obcy albo wróg nie potrafi poprawnie wymówić…

Szybolet, czyli językowy test

Szybolet (z hebr. szibbōlet, „kłos”) wywodzi się z Biblii i jest o nim mowa w dwunastym rozdziale Księgi Sędziów, traktującym o wojnie między Efraimem a Gileadem, którą przegrały plemiona Efraimitów. Ci z Efraimitów, którym udało się przetrwać, próbowali podszyć się pod swych wrogów, przekroczyć rzekę Jordan i wrócić na własne terytoria. Zostali jednak zdemaskowani i zabici. Zdradził ich błąd przy wymawianiu słowa „szibbolet”.

W języku hiszpańskim, w Dominikanie, takim testem lingwistycznym – szyboletem, przeciwko haitańskim imigrantom było słowo perejil. I tutaj podobnie, pozytywny wynik testu oznaczał życie, negatywny – natychmiastową śmierć. Kiedy gwardziści Trujillo nie wiedzieli, z kim mają do czynienia, sprawdzali to w dwojaki sposób. Albo potrząsali przed oczami zatrwożonego nieszczęśnika wiechciem pietruszki i pytali ¿Qué es esto?, „Co to jest?”, albo od razu kazali mu powiedzieć „pietruszka”, ¡Di perejil!. Los człowieka w obu przypadkach zależał od tego, czy prawidłowo wymówił słowo perejil lub czy w ogóle je wymówił…

Haitańczyk, który przecież mógł hiszpańskiego nie znać nic a nic, ale jakoś pojął, że dominikańskiemu oprawcy, ściskającemu maczetę, chodzi o nazwę warzywa, nie kombinował, tylko machinalnie odpowiadał po swojemu, pewnie po kreolsku – pèsi. I został ścięty. Inny Haitańczyk, który mówił już trochę po hiszpańsku, i być może nawet wiedział, że chodzi o perejil, i tak w odpowiedzi użył kreolskiego, bo tylko na to go było stać w ogromnym stresie i panice. Został ścięty. Kolejny Haitańczyk, który rozumiał hiszpański, bo przebywał w Dominikanie od dawna, albo wcześniej mieszkał w rejonie przygranicznym po stronie Haiti i mówił po hiszpańsku równie dobrze, jak po kreolsku, bez problemu mógł więc, czy to powtórzyć – „pietruszka” – za gwardzistą , czy też dać właściwą odpowiedź, w języku, w jakim tamten zadał pytanie. I odpowiedź dał. Po czym został ścięty. Niefortunnie, w słowie perejil (wym. perehil) zgubiła go głoska „r”.

Haitańczycy, mówiąc po hiszpańsku z kreolskim akcentem, nie radzą sobie z charakterystycznym, drżącym brzmieniem tej właśnie głoski, nie potrafią jej płynnie wymówić. Spotykając w Dominikanie imigrantów z Haiti, szczególnie w Santo Domingo, i z długą praktyką na obczyźnie, nie zawsze od początku miałem pewność, że to oni. Bywało, że mylił mnie kolor ich skóry. Wystarczyło jednak, że użyli przy mnie hiszpańskiego, i to całkiem poprawnego, a nie miałem już wątpliwości. W 1937 roku Haitańczyk tracił życie, ponieważ w czujnych uszach żandarma, zamiast perejil, wybrzmiewało coś wyraźnie płaskiego, coś pomiędzy „pe-he-żil” a „pe-we-żil”. O niezwłocznym wykonaniu wyroku decydowały w zasadzie dwie pierwsze sylaby…

Tę śmiercionośną komendę żandarmów, ¡Di perejil!, czyli „Powiedz pietruszka!” warto jeszcze lingwistycznie przeanalizować. W dominikańskim wariancie języka hiszpańskiego słowo perejil mogłoby zyskać, co najmniej trzy różne brzmienia, w zależności od regionu kraju. Jeśli pytanie padło na zachód od Santiago de los Caballeros, gdzieś w Dolinie Cibao, gdzie masakry miały intensywny przebieg, ofiary mogły raczej usłyszeć ¡Di peiejil! (wym. pejehil). Występuje tu dość popularna zamiana „r” na „i”. Dlatego na przykład w Santiago słychać, poi favoi zamiast por favor („proszę”), albo mi amoi zamiast mi amor („kochanie moje”).

Jeśli potencjalnego Haitańczyka osaczono w ulicznym zaułku Santo Domingo, albo w okolicach dominikańskiej stolicy, to pewnie usłyszał ¡Di pelejil! (wym. pelehil). W tej części kraju powszechnie zamienia się „r” na „l”, i można wyłapać, że por favor brzmi, jak pol favol, a mi amor, jak mi amol. Chyba, że powie to ktoś, kto akurat odwiedził stołeczne miasto, przyjeżdżając z El Cibao…

Z kolei podczas obław w południowo-zachodniej Dominikanie, Haitańczyk byłby zmuszony powtórzyć ¡Di perejir! (wym. perehir). Tutaj „l” przechodzi w „r”, czyli odwrotnie niż w Santo Domingo…

Jacques Stephen Alexis pisze: „Porucznik rzucił nowy rozkaz, aby pobudzić do działania swoich ludzi, którzy teraz, w obliczu rzezi, stracili poprzedni ferwor. Własnoręcznie, jednym dźgnięciem sztyletu w serce, dobijał rannych, potem odwracał trupy nogą. Podkomendni wzięli przykład z dowódcy. Któryś z robotników uniósł się wsparty na boku i ryknął ile sił w płucach: – Mordercy! Mordercy! Słowa zamarły mu w gardle. Dobił go sztylet oficera. Ale już inny, jakiś rudzielec trzymający się za rozszarpany brzuch, zaczął krzyczeć: Perejil! Perejil! Perejil! Czyżby to był obywatel Dominikany? Porucznik podszedł bliżej, zamierzył się, i nieszczęśnik znieruchomiał na zawsze…”*

Nietrudno wyobrazić sobie, że tego rodzaju zróżnicowanie językowego akcentu w relatywnie niewielkim kraju, szczególnie w tamtym dniach terroru i zmasowanego napięcia, w czasie popłochu i powszechnej trwogi, mogło przełożyć się na skutki, jakie bezpośrednio i dobitnie odczuli, zarówno Haitańczycy, mordowani systematycznie, oraz Dominikańczycy, których mordowano przez pomyłkę, ale i z premedytacją, w celu zgładzenia niewygodnych świadków masakry, jakiej mogli dać potem świadectwo…

Mówi Hilarion, Haitańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „…To, co nam zrobili złego… nie mogę ci przysiąc, że zapomnę, nie potrafiłbym chyba nigdy… Ale jeśli z życiem ujdziemy, nigdy nie pominę okazji, żeby powiedzieć, jak wiele niektórzy Dominikańczycy zrobili, aby nas ratować…”*

Perejil

Masowe mordy trwały tydzień, od 2 do 8 października 1937 roku, kiedy sam Trujillo oficjalnie nakazał je wstrzymać. Nieoficjalnie, trwały o wiele dłużej… Wtedy też porzucono maczety a załadowano karabiny, i kontynuowano czystki w sposób bardziej „wydajny”. Szacunki, co do ofiar są bardzo różne. Źródła podają, że zginęło od kilku do kilkudziesięciu tysięcy Haitańczyków…

Wielu z nich nie potrafiło wymówić perejil

Dwie młode Mulatki, Dominikanki, które spotkałem jadąc na pace terenowego wozu, i które poniekąd zainspirowały mnie do przybliżenia tu mrocznego wycinka dominikańsko-haitańskiej historii, wymawiały perejil bezbłędnie, jednocześnie otwarcie drwiąc z tego, co ponad siedemdziesiąt lat wstecz stanowiło efemeryczną granicę między życiem a śmiercią. Wygląda na to, że ta granica nadal istnieje, tyle że dzisiaj perejil nie zabija dosłownie, za to niejednokrotnie dzieli mikroświat Hispanioli na lepszych i gorszych…

 


* Cytaty pochodzą z powieści: Jacques Stephen Alexis „Generał Słońce”, w tłumaczeniu Małgorzaty Hołyńskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Czytelnik w 1958 roku.

** Sparafrazowana wypowiedź Trujillo pochodzi z: Michele Wucker „Why the cocks fight. Dominicans, Haitians and the struggle for Hispaniola”, Hill and Wang 1999.

Moc Wayuu

Daleko na północnym krańcu Ameryki Południowej, w rejonie gdzie pustynia i Morze Karaibskie schodzą się, aby tworzyć oszałamiające scenerie; gdzie rozgrzane, wirujące powietrze kryje jakąś wieczną tajemnicę; gdzie pasterze przeganiają stada kóz pośród kaktusów yosú w zapylonym pasażu między jawą a snem; tam właśnie, na pograniczu kolumbijsko-wenezuelskim istnieje kraina zapomnianych ludzi, Wayuu.

Klany tworzące tę rdzenną wspólnotę etniczną, mówiącą językiem wayuunaiki, zasiedlają obszary departamentu La Guajira w Kolumbii i departamentu Zulia w Wenezueli. Pomimo wielu bolączek, wynikających z surowości warunków codziennego życia oraz z ciągłego zaniedbywania przez państwo, Wayuu pozostają niezłomni. Pielęgnują barwne tradycje plemienne, respektują system dawnych wierzeń i rytuałów religijnych, a także chronią pamięć o swoich przodkach. Ich kultura jest przepełniona duchowością, intryguje, zachwyca. Na szczęście, ma żarliwych i skutecznych orędowników. Dzięki nim Wayuu zyskują głos dający się usłyszeć.

Ediana Tamar Montiel Larreal urodziła się w Paraguaipoa, w Zulii, po stronie wenezuelskiej, dwadzieścia kilometrów od granicy z Kolumbią. Jest dumną ze swego pochodzenia kobietą Wayuu z klanu Ipuana. Ma 23 lata i w procesy społeczne kształtujące byt i świadomość rdzennych społeczności angażuje się od 16. roku życia. Działaniami wspiera m.in. Szkołę Komunikacji Narodu Wayuu (La Escuela de Comunicaciones del Pueblo Wayúu). Skończyła turystykę, pracowała nad projektami dotyczącymi ochrony środowiska i praw człowieka. Mówi po hiszpańsku i w języku wayuunaiki. Pasjonuje się fotografią oraz komunikacją audiowizualną.

Jest fundatorką oraz liderką powstałego w 2018 roku kolumbijsko-wenezuelskiego projektu Wayuuando Films, z którym dociera do dzieci i młodzieży Wayuu, zachęcając ich do rozwoju kreatywności, choćby na polu sztuki filmowej. Nieustannie pracuje w terenie, choć teraz, niestety, ogranicza ją pandemia. Z telefonem i notatnikiem trafia do kolejnych rancherías (małych wiejskich osad Wayuu, rozproszonych po całym półwyspie Guajira), gdzie przekonuje do swoich edukacyjnych, kulturalnych i społecznych inicjatyw. Ediana to postać charyzmatyczna, odważna, mądra i wrażliwa. Chociaż sama mówi o sobie, że jest „tylko pomostem, który łączy”, jest czymś więcej. Jest nadzieją.

O pracy na rzecz wspólnoty Wayuu, o problemach w Guajirze oraz o swoich marzeniach opowie nam w tym wywiadzie.

Zapraszam.

Rozmowa z Edianą Tamar Montiel Larreal

Marcin Wesoly / Caribeya: Ediana, dziękuję, że zechciałaś ze mną porozmawiać. Jesteś bardzo zajęta, szczególnie teraz, w trudnych czasach pandemii. La Guajira to „stan umysłu”. Można powiedzieć – oddzielna planeta, kawałek magicznej Kolumbii, której nie sposób objąć racjonalnym myśleniem. Guajirę trzeba poczuć. Trzeba się w nią wsłuchać. Z duchowością tych kolumbijskich Karaibów, z ich sekretem świat został zapoznany także dzięki prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To są niesamowite przestrzenie, gdzie podróżnik, przybysz, obcy – alijuna mogą zagubić się fizycznie, ale równie dobrze mogą odnaleźć tam coś nowego i wartościowego w swoim własnym życiu. Przejechaliśmy tę część Kolumbii od Riohacha do Punta Gallinas, najdalej na północ wysuniętego krańca Ameryki Południowej. Niełatwo było stamtąd wrócić. Zatrzymują człowieka krajobrazy. Ale przede wszystkim ludzie, Wayuu. Dlaczego ta kolumbijska kraina potrafi tak magnetyzować? Skąd to się bierze?

Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films:  Nie ma właściwej odpowiedzi, która zdołałaby objąć wszystko to, co La Guajira uosabia dla Wayuu. Stanowimy jedność z tą ziemią. Według nas pustynia wyraża obecność Mma („Matki Ziemi”). To miejsce, które oczarowuje, w którym można się zakochać. Duchy – los aseyu – manifestują się tam niespodziewanie w kształtach krajobrazów. Pradawni bogowie przybierają formy piasku, wiatru lub morza. Nieprzerwanie czuć ich obecność.

Kobiety Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Kobiety Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

La Guajira, choć dziś jest podróżniczą atrakcją i zachwyca wszystkich poszukujących w drodze czegoś odmiennego, może być również bardzo trudnym miejscem do życia dla jej mieszkańców, a szczególnie dla Wayuu. Natura jest tam surowa, dzika, jakże prawdziwa, ale tworzy także olbrzymie przestrzenie, gdzie susza i głód, zwłaszcza głód dzieci, kształtują przeznaczenie człowieka. Obecnie jest jeszcze gorzej. Społeczności te są odizolowane od źródeł utrzymania z powodu koronawirusa. Narasta desperacja. Jak Wayuu radzą sobie w tych trudnych czasach, kiedy kluczowym wyzwaniem w życiu codziennym jest przetrwanie?

Departament La Guajira jest obszarem pełnym kontrastów i ofiarą wielu problemów. Przylega do granicy z Wenezuelą, dlatego część terytorium Wayuu znajduje się również w tym kraju. Mówimy więc o ludności tubylczej dwu-narodowej. Ponad 270 tysięcy Wayuu żyjących w Guajirze jest zorganizowanych w 23 klanach. Ta rdzenna społeczność z największą liczbą ludności zarówno w Wenezueli, jak i Kolumbii jest zarazem jedną z najbardziej zapomnianych. Przede wszystkim, mamy do czynienia z problemem zmian klimatycznych. Obszar staje się coraz bardziej pustynny i słodkowodne zasoby wysychają. Woda uzyskana po wykopaniu chałupniczych studni niemal zawsze nie nadaje się do spożycia przez ludzi, powodując zatrucia pokarmowe. To tylko zarys tego problemu. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat spadła suwerenność żywnościowa. Obszary, które wcześniej były uprawne są obecnie wykorzystywane do hodowli bydła. Co gorsza, pomimo faktu, że La Guajira jest drugim najbiedniejszym departamentem w Kolumbii, nadal generuje duże dochody zwłaszcza z wydobycia węgla. Przy okazji, mimo iż wiedziano, że największa kopalnia odkrywkowa w Ameryce Południowej znajduje się na terytorium Wayuu skutecznie osuszono ponad dziewięć rzek, które zaopatrywały sąsiadujące społeczności w wodę. To doprowadziło do ekobójstwa i co za tym idzie, do pogorszenia sytuacji z wodą pitną. Na naszej ziemi wydobywa się gaz, węgiel, sól. Ponadto, jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc turystycznych w kraju. Jednak korzyści z tego generowane nie wracają na terytoria klanów. Dodaj do tego eksploatację znanego na całym świecie rękodzieła Wayuu, z czego rzemieślnik otrzymuje czasem jedynie 20% wartości swojej pracy oraz postrzeganie Guajiry, jako kolebki cichej korupcji. Nauczyliśmy się więc przetrwania z tym, co nam zostało. A teraz mamy nowy problem w postaci wirusa, który sieje strach. Ale, jak mówię urodziliśmy się, aby walczyć, urodziliśmy się, aby przetrwać i znieść wszystko. Kluczem jest iść dalej i przetrwać. Jesteśmy narodem, który żyje na pustyni, jesteśmy świadectwem odporności.

Cabo de la Vela, Guajira, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Cabo de la Vela, Guajira, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

To prawda. Sztuka i rzemiosło Wayuu są znane na całym świecie. Turyści, ludzie biznesu, gwiazdy filmowe i muzyczne, a także osoby żywo zainteresowane kulturą, obyczajami i folklorem promują to niezwykłe ludowe rękodzielnictwo. Co więcej, te wyroby są bardzo trwałe i przydatne w życiu codziennym. Torby, hamaki, bransoletki, itp. zachwycają kolorami, kunsztem wykonania i w opinii wielu stanowią unikalne oraz inspirujące dzieła sztuki. Jak wyobrażasz sobie promocję, dystrybucję, a zwłaszcza uczciwą sprzedaż tych produktów? Innymi słowy, co gwarantuje twórcom odpowiednie postrzeganie wartości ich dzieł i pomaga zapewnić realne oraz regularne źródło dochodów?

To naprawdę złożona kwestia. Nie mogłabym powiedzieć, że mam konkretny pomysł lub plan na to, jak ją rozwiązać. Ale oczywiście, jest kilka kluczowych sugestii. Po pierwsze, należy pamiętać, że Wayuu są jedną z największych wspólnot rzemieślniczych w Ameryce Łacińskiej, po drugie terytorium jest bardzo rozległe. To sprawia, że trudno ujednolicić strategię, która przynosi korzyści wszystkim. Ale trzeba mieć jasność; rzemieślnicy Wayuu zarabiają mniej, niż wynosi płaca minimalna i w rzeczywistości ponad połowa z nich nie kończy szkoły podstawowej. W rezultacie są wykorzystywani i zupełnie nieświadomi tego, w jaki sposób ich rzemiosło jest sprzedawane. Jednak to ono stanowi dla nas główne źródło utrzymania. Oddychamy rzemiosłem. Fach przekazywany od pokoleń zapewnia przychody tysiącom rodzin Wayuu. Najbardziej denerwujące w tym temacie jest to, że wszystko sprowadza się do łańcucha pośredników, w którym rola rzemieślnika-twórcy jest niemal zawsze marginalizowana. Uważam, że kluczem do sukcesu jest etnoedukacja. Ona pomoże rzemieślnikom stać się małymi przedsiębiorcami oraz nauczy ich używania narzędzi, dzięki którym będą mogli rozwijać, chronić i komercjalizować swoją pracę na godziwych warunkach. Nie można zaprzeczyć, że torby Wayuu są znane na całym świecie, a ich sprzedaż wzrasta od około 10 lat. Ale to nie zmniejszyło poziomu ubóstwa pośród tych, którzy je wytwarzają. Co więcej, często widuje się mochilas sprzedawane po wygórowanych cenach. Niektórzy nawet ośmielają się głosić, że rzemiosło Wayuu stanowi ich własność. Należy postawić na podnoszenie kwalifikacji, uczciwą wycenę rękodzieła oraz przedsiębiorczość.

Dzieci Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Dzieci Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

Opowiedz nam teraz o projekcie / fundacji – Wayuuando Films. Kim jesteście, jakie są Wasze cele oraz misja?

Projekt Wayuuando Films jest pedagogicznym procesem komunikacji społecznej, w którym dzieci i młodzież Wayuu za pomocą narzędzi audiowizualnych rejestrują i udostępniają obrazy, historie oraz elementy kultury swoich wspólnot. Inicjatywa rozwija się od maja 2018 roku w społeczności Cabo de la Vela na terenie gminy Uribia w Guajirze. W tym miesiącu mija kolejny rok naszej działalności. Aktualnie tworzymy zespół siedmiu młodych osób: pięcioro Wayuu i dwóch Afro-Kolumbijczyków. Łączymy się, aby zasiać nadzieję. Prowadzimy warsztaty audiowizualne, edukacyjne, społeczne i kulturalne, które mają na celu szerzenie wartości przywództwa w społecznościach. Jesteśmy organizacją, która przyczynia się do odbudowy tkanki społecznej i promowania polityki publicznej ukierunkowanej na rozwój ludności Wayuu. Zarządzamy inicjatywami rdzennych wspólnot poprzez tworzenie, funkcjonowanie i legitymizację lokalnych mediów non-profit, oraz poprzez nieformalną edukację i szkolenia w zakresie „dziennikarstwa etnicznego” (periodismo étnico) umożliwiając tym samym dynamizację procesów społecznych i kulturowych narodu Wayuu.

Dziewczyna Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Młoda kobieta Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

Jak udało Wam się do tej pory zmienić jakość życia Wayuu, tych młodszych i starszych, których nadzieja na lepszą przyszłość wzrasta dzięki takim inicjatywom, jak Wasza?

Cóż, przyznaję, że kiedy narodził się ten pomysł, nie sądziłam że zmieni się w coś tak dużego. Czuję się jednak uprzywilejowana posiadaniem wielu sprzymierzeńców, od wspaniałego mentora po świetnych współpracowników. To wszystko było pokłosiem mojej poprzedniej pracy. W Guajirze działa już turystyka społeczna i przynosi korzyści lokalnym wspólnotom. Tam zadałam sobie pytanie – jak jeszcze można poprawić ich sytuację? Przyjaciel uświadomił mi, że dorośli są często zbyt tradycyjni i przez to zamknięci na nowe, podczas gdy młodzież i dzieci stanowią wciąż podatny grunt dla zmian. Dotarło do mnie, że kluczem jest pomóc młodym uwierzyć w siebie, aby mogli wykorzystywać tę siłę w życiu. Tak zrodziło się to marzenie i rosło z biegiem czasu. Co ciekawe, nie dysponujemy dużym zapleczem. Na zajęciach używamy materiałów z recyklingu, bawimy się, tańczymy, śpiewamy, dzieci występują również w roli nauczycieli. To przestrzeń, gdzie proponują możliwe rozwiązania problemów, nękających ich społeczności. Nie mamy własnego biura, własnych krzeseł, tym bardziej stołów. Lekcji udzielamy w skromnych warunkach, czasem brakuje nam środków, aby kupić wodę, wszyscy jesteśmy wolontariuszami. Jednak widok młodych ludzi pełnych entuzjazmu wynagradza to. Jeżeli chcemy zmienić coś na lepsze, musimy zacząć od siebie i korzystać z tego co już wiemy. Udało nam się przeprowadzić kampanię darowizn, w tym odzieży, obuwia, a zwłaszcza przyborów szkolnych. Przekazujemy to uczniom w zamian za ich opowieści, dziecięce poezje, mini-scenariusze, lub krótkie filmy, które wymyślili, wyreżyserowali i nakręcili telefonami komórkowymi. Uczymy, że jest to rodzaj równorzędnej wymiany. Obecnie, z powodu pandemii dostarczamy jedynie żywność, w tym duże ilości kukurydzy, oraz wodę. Dotąd pomogliśmy 96 rodzinom w 7 wspólnotach, choć tylko w dwóch z nich Wayuuando Films ma swoje stałe punkty. Jednak ludzie piszą do nas, albo dzwonią prosząc po pomoc. To co, pozyskamy podczas zbiórek rozprowadzamy potrzebującym we współpracy z biurem podróży History Travelers z Riohachy. Mówimy tu o społecznościach z Górnej i Środkowej Guajiry, które ponadto zmobilizowały się i wysyłają cyklicznie swoich przedstawicieli do miasta Uribia, gdzie odbierają czekające na nich dary. To wielki wysiłek, lecz codziennie przybywa rodzin, którym brakuje żywności. Zresztą, ta sytuacja nie dotyczy tylko okresu pandemii. Czasami przeraża mnie to, że nie zawsze będą przekazywane donacje. Co wtedy będą jeść ci ludzie? Musimy myśleć o zrównoważonej strategii.

Chłopiec Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Chłopiec Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

Wrażliwość moich Czytelników i zaufanie przyjaznych ludzi pomogło nam zebrać fundusze dla Wayuuando Films. Na co mogą przydać się te środki przekazane przez Waszych przyjaciół z dalekiej Polski?

Na zakup żywności, przede wszystkim kukurydzy, oraz wody pitnej. Dostarczamy również ryż, fasolę, kawę, mąkę, itp.. Ponadto, mydło i wodę do mycia. Dobrze byłoby także kupić krzesła i stoły, aby dzieci miały gdzie siedzieć w czasie lekcji, lub tablice do rysowania, oraz dużo książek. Przyznam, że dopadł mnie mały smutek, co w tej sytuacji jest uzasadnione. W tym miesiącu planowaliśmy przegląd filmowej twórczości młodych, podczas którego miała odbyć się zbiórka funduszy. Zdaję sobie sprawę, że te filmy które robią dzieci nie są czymś profesjonalnym, ale mają swoją wartość. Mam nadzieję, że pewnego dnia ujrzę przytulne miejsce z odpowiednimi warunkami do lepszej nauki. Na razie cieszę się tym, że pomimo barier językowych, kulturowych, społecznych, a nawet geograficznych zjednoczyły się serca, a wszystko po to, aby pomagać. Miłość, wiara i nadzieja są tym, co sprawia, że budzę się każdego dnia. Nie można sobie wyobrazić uśmiechu ludzi otrzymujących torbę z jedzeniem i tego ciepła, które przekazują. Czasami płaczę, kiedy ich widzę, wzbiera we mnie mieszanka radości i smutku. Mają tak mało, ale jednocześnie tak dużo. Dzisiaj, co ciekawe, otrzymałam prezent od dwóch liderów społeczności, którym dostarczyliśmy żywność. I byłam taka szczęśliwa, bo to najpiękniejsza rzecz, jaką dla mnie zrobili. Sama jestem tylko pomostem, który pomaga się połączyć. Wiem, że świat się nie zmieni, ale dopóki słońce wschodzi każdego ranka i pustynia ma swoje żywe kolory, jest nadzieja. Jak powiedziała pewna wspaniała pani nauczyciel – we wszystkim kochajcie i służcie.

Bohaterka wywiadu - Ediana Tamar Montiel, (c) Wayuuando Films
Bohaterka wywiaduEdiana Tamar Montiel Larreal, (c) Wayuuando Films 

https://www.wayuuando.com

https://www.instagram.com/wayuuandofilms

https://www.instagram.com/soywayuuando

Zdjęcie tytułowe za pozwoleniem (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

STOPKA PRASOWA: Akcja Pomoc rodzinom Indian Wayuu w Kolumbii została zorganizowana jako jedna z wielu inicjatyw współtworzonych w ramach caribeya oraz luloplanet
luloplanet to nasz społecznie odpowiedzialny biznes rodzinny, który rozwijamy od 5 lat konsekwentnie wcielając w życie ideę sprawiedliwego handlu – przy bezpośredniej pomocy niesionej indiańskim rzemieślnikom z różnych krajów Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza z Kolumbii (Wayuu, Embera-Chami). Nasza aktywność zaowocowała w ubiegłym roku stworzeniem pierwszej autorskiej kolekcji wspólnie z Indiankami Wayuu, zakorzenionej w etnicznej stylistyce Karaibów. Kontynuujemy współpracę, troszcząc się o poprawę jakości życia artystów rzemieślników i dbając o to, aby za swoją żmudną, twórczą pracę otrzymywali odpowiednie wynagrodzenie.

Czy Wschód, czy Zachód – zawsze Południe…