Amigos w Dominikanie

Pojechaliśmy we trzech. Pablo, Arturo i ja. Tres hombres, tres amigos. Trzech facetów z Polski z imionami przestawionymi na lokalne odpowiedniki, tak jak przestawiliśmy czas, cofając go o kilka godzin, czyli… zyskując na czasie. Dawno nie miałem takiej żywej radości z podróżowania po Dominikanie, takiego wiatru we włosach, takiego bitnikowskiego zatracenia, a praktycznie większość tego co najlepsze w podróży zdarzyło mi się właśnie tam, gdzie zresztą zrozumiałem, że podróż to najpierw skracanie dystansu, każdego, że podróż spełnia się po kawałku, w drodze, en el camino, a nie gdy się kończy.

Choćby ktoś kazał mi lądować na księżycu, pewnie z marszu szukałbym porównań: w Dominikanie to, w Dominikanie tamto… Dawno nie jeździłem po tym kraju z kimś, nie włóczyłem się mając u boku towarzyszy podróży, występując w roli przewodnika, logistyka, trochę kaowca, czy „głównego mafiosa”, jak mnie raz ochrzcił Pablo. To było całkiem budujące doświadczenie i przyznam, że chętnie bym je powtórzył!

Dotąd odkrywałem Dominikanę w pojedynkę, albo z Bonitą, partnerką moją życiową tłukłem się jakimkolwiek transportem wielokrotnie, od wschodnich krańców wyspy przez „dziki dominikański zachód”, po zagubione w czasie rewiry Haiti, lub z południa na północ, z Santo Domingo do Puerto Plata, czy Sosua, czy gdzie tam jeszcze i z powrotem. Wtedy nachodziły mnie podobne odczucia: przeżywanie tego kraju wspólnie jest nową przygodą, świeżym doznaniem, uruchamia więcej emocji. Podróżując sam, odkładam ciągle w głowie to, co muszę koniecznie pokazać innym, albo inaczej – na co muszę spojrzeć znowu oczami innych. Chodzi o rzeczy duże, małe, spektakularne, czy niepozorne. Ich kaliber, gabaryty, forma, konsystencja nie mają znaczenia. Ważne są impresje, jakie powodują, to impresje są notowane w umyśle, do ponowienia przy kolejnej okazji.

Uwielbiam dzielić momenty zachwytu z drugim człowiekiem. To chyba uzależniające. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że potrafię wracać w te same miejsca wielokrotnie, choćby po tych samych śladach, bez znudzenia, z pożądaniem, z apetytem, ze spojrzeniem wyostrzonym na wszelakie zmiany wokół, mniej lub bardziej subtelne. Ponadto, dochodzi wrażenie, pewnie naiwne, iż człowiek wraca jakby do siebie, że dogląda swojego, że stworzył tam jakieś więzi. W każdym razie, gdy innej osobie wyjawię na żywo jedną, czy drugą „tajemnicę” moich wcześniejszych ekscytacji, mam wówczas przekonanie, iż poprzednia podróż dopełniła się, zyskała na wartości. W takim sensie, podróż może trwać w nieskończoność. Miejsca dobrze mi znane poznaję jeszcze lepiej, albo odczuwam mocnej dzięki zaciekawieniu ludzi, których tam zabieram, którzy widzą po swojemu to, co im stokrotnie zapowiadałem. Teraz chwytam ich emocje, spontaniczne reakcje, „olśnienia”. Są dla mnie cennym uzupełnieniem podróżniczych wrażeń. Zawsze.

W dominikańskich rewirach krążyłem z przyjaciółmi po raz pierwszy. Z Arturem byłem już wcześniej na „miejskim trekkingu” w Londynie i na wojażach po Andaluzji. Przed rokiem, w jakimś nocnym barze w Maladze, gdzie lali do szklanek rum z DominikanyBrugal, powiedziałem: „zobaczysz, przyjdzie dzień, gdy będziemy to pili w oryginalnej scenerii!” I przyszedł. Pablo zaś odwiedzał „Karaiby i inne rewiry”, od jakichś trzech, czterech lat. Znaliśmy się „wirtualnie”. Chłonął wszystko, co karaibskie, czytał, komentował, rozpalał wyobraźnię, choć ciałem przesiadywał tygodniami w Azji, bo miał tam kluski za półtora złotego na obiad. Kiedy przestała go bawić azjatycka muzyka (a jest to meloman pełnokrwisty!) zamienił ją na latynoską. W „realu” widzieliśmy się raz, aby się po męsku napić, co nam wyszło koncertowo.

Jestem szczęśliwy, że udało nam się popróbować tej niemożliwej Dominikany we trójkę, że mogłem im pokazać swoje ulubione „mety”, które odwiedzam z niegasnącym sentymentem, jak Las Galeras, czy Río San Juan. Mamy teraz „wspólną pamięć”, która mam nadzieję wzmocni naszą przyjaźń, pamięć, do jakiej możemy sięgać. A przynajmniej do tych jej fragmentów, jakich nie zdążył wyczyścić Brugal

Muchas gracias, Amigos!

Z Arturem wróciliśmy do Polski, dopadł go dominikański bakcyl, co było do przewidzenia. Jeśli w sklepie osiedlowym trafi Wam się dominikański rum, albo dominikańska kawa, podziękujcie Arturowi. Sądząc po jego bagażu ma dryg do kontrabandy. Kiedyś poleciłem mu książkę-reportaż Luki Rastello „Przemytnik doskonały”. Był lekturą zachwycony. Pablo został dłużej, niebawem wraca. Ciężko mu z tym powrotem. Napisał mi tak: „Mój drogi Przyjacielu! Już za tydzień o tej porze będę w domu. Jeszcze tu jestem. Jeszcze chodzę po tych ulicach. Jeszcze oddycham tym powietrzem, jem te owoce, ale zegar nieustannie tyka. Łzy mi się już w oczach kręcą. Pozdrawiam Cię serdecznie. Ech ta Dominikana”. Wzruszył mnie tym, autentycznie.

Gdy spytałem Artura, jak mu w rutynowej rzeczywistości, odpowiedział: „Masakra. Nie mogę się ogarnąć.”

Moi drodzy, Dominikana uzależnia!

Udostępnij artykuł na:
1 odpowiedź

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *