Aleja wspomnień

Pojechaliśmy z Kingą do Dominikany w 2006 roku, bo tak się złożyło. Miała być Kuba. Potem była. Ale wówczas trafiło na Dominikanę. I tak już zostało. To był szczęśliwy traf. Szczęki nam spadały na klapki, gdyśmy się włóczyli po tym kraju, gdyśmy sycili nim oczy. Taki to kraj! W 2007 roku poleciałem tam działać, jako fotoreportero. Szwendałem  się po ulicach Santo Domingo. Tak sobie wymyśliłem. I bakcyl dominikański zasadził się na mnie, dopadł mnie, przejął nade mną kontrolę. Zostałem wkręcony w czasoprzestrzenną spiralę o nazwie „Dominikana”. Nie ma znaczenia, czy widzę rok 2007, czy dajmy na to, 2010, 2014, 2017, bo i tak wszystko układa się w jakąś całość. Jak w nieliniowym montażu u Quentina Tarantino. To jest kawał mego życia, nie tylko podróżniczego. Za kilka dni skończę w tej „mojej” Dominikanie 40 lat. Niech to diabli! Ale dalej mi się chce…

Droga przyszłości

Wtedy nie wiedziałem, że aleją Máxima Gómeza spacerował niegdyś codziennie wieczorową porą dyktator Rafael Leónidas Trujillo Molina, bo lekarze mu ponoć powiedzieli, że to dobre na serce. Gdyśmy w 2006 roku przyjechali z Kingą z Sosúa do Santo Domingo i wysiedli na terminalu autobusowym Caribe Tours, poszliśmy najpierw aleją 27 de Febrero; zalaną słońcem, chaotyczną, owładniętą kakofonią dźwięków, rozjeżdżaną wehikułami wszelakiego sortu i kondycji.

Do głowy by mi nie przyszło, że rok później będę śmigał tą stołeczną arterią regularnie w zapchanych do szczętu carros públicos; że jej wschodnią cześć od Plaza de la Bandera po aleję Churchilla przejdę pieszo kilkakrotnie; że cztery lata później dam się tam wyprowadzić w pole wytrawnemu oszustowi, co opisałem w „Anatomii szwindlu”; że w sąsiedzkim Centro Olímpico Juan Pablo Duarte poznam fantastycznych młodocianych adeptów baseballu i sfotografuję ich podczas treningów; że w barze na skrzyżowaniu z aleją Dr. Fernanda Artura Defilló dostanę prawie każdego dnia na śniadanie „swoje” empanadas oraz „swój” sok z marakui – dopiero co zmiksowany, nie za słodki; że jedenaście lat później poprowadzę tamtędy, używając na przemian własnej orientacji i GPS-u, zagubionego kierowcę mini busa, który znał ponoć stolicę, lecz sprawiał wrażenie, jakby ostatnio był tam w dzieciństwie, z babcią na lodach kokosowych.

Aleja 27 de Febrero będzie mi się potem kojarzyć z podróżami po samej Dominikanie, bo ze wspomnianego terminalu Caribe Tours wielokrotnie ruszałem gdzieś w kraj; na zachód, czy na północ, od Barahony po Sánchez. Gdy tylko dostałem w kasie biało-żółty bilet, a raczej podwójny paragon w kolorystyce flagi Watykanu, i odczytałem z niego, jak się zwała kasjerka (co nieraz było czymś tak cudownie brzmiącym, jak Guadalupe Natera Vasquez), łapałem jeszcze przed odjazdem gorącą, słodką i diablo mocną kawę, „wyciskaną” z termosów do plastykowych „naparstków”. Wtedy byłem gotów podróżować dokądkolwiek, po tej kawie właśnie, Café Santo Domingo, najlepszej na świecie.

Santo Domingo, Avenida 27 de Febrero / Avenida Máximo Gómez.

Młodość. Skrzyżowanie alei 27 de Febrero z Aleją Máxima Gómeza. 12 lat wstecz, 2006 rok.

Jeździec pomylony

Przy pomniku tego „dominikańskiego Kościuszki” Máxima Gómeza, który trafił z ojczystego kraju do obcego, aby się o niego bić, przepłynął z wyspy na wyspę, aby walczyć o niepodległość Kuby, przy tej statui bohatera, który dosiada rumaka bełtającego powietrze przednimi kopytami, herosa wskazującego dłonią na wyprostowanym jak strzała ramieniu jedyny słuszny kierunek „wolność”, tam skręciliśmy z Kingą w poświęconą mu aleję, wiodącą w dół, jakieś trzy kilometry, aż do samego nabrzeża Morza Karaibskiego, do bulwaru Malecón, zwanego aleją Jerzego Waszyngtona.

To wszystko prawda poza jednym. Na rączym koniu siedzi ktoś inny. Nie Máximo Gómez. Ktoś równie zasłużony, lecz nie on. Siedzi José de San Martín; argentyński generał, bohater narodowy Argentyńczyków, Chilijczyków i Peruwiańczyków, zasłużony przywódca walk wyzwoleńczych w Ameryce Południowej i towarzysz broni Simóna Bolívara. Doczekał się chwały oraz… ignorancji. Taki nagłówek sprzed lat w najstarszym dominikańskim dzienniku „Listín Diario”: Monumento a don José de San Martín es usado como urinario. Z grubsza, posąg w randze pisuaru. Co więcej, sam Gómez wyjechał pierwotnie na Kubę nie dlatego, że chciał. Wyjechał, bo musiał. Przegrał we własnym kraju. Dopiero z czasem to przejrzałem…

Władca maczet

Kim był więc Máximo Gómez? Na pewno postacią nietuzinkową. Przyszedł na świat w miasteczku Baní, w zachodniej Dominikanie. Tam, skąd pochodzi najsłynniejsze dominikańskie mangoel banilejo; gdzie rokrocznie urządzane są mangowe dożynki. Zapamiętano go, jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość tego kraju. Wcześniej, jako nastolatek bronił Dominikany przez inwazją wojsk cesarza Haiti – Faustyna I. Haitańczycy sromotnie przegrali. Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej. Przeszkolono go za oceanem, w Saragossie.

Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez wyemigrował na Kubę. Oczywiście, w niesławie. Tam jednak przejrzał na oczy, przestał służyć w wojsku hiszpańskim i przystąpił do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego. Pokazał powstańcom taktykę, zwaną „szarża maczet”. Uzbrojeni w te narzędzia piechurzy nacierali na wroga, wycinając go do nogi. Coś, jak kościuszkowscy kosynierzy w trakcie insurekcji.

Do krwawej kampanii doszło w Guantanamo, gdzie plantatorzy dostali wycisk, choć chroniły ich oddziały Hiszpanów. W przerwach między walkami, Gómez dorabiał za granicą. m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem przyjął najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Niektóre budziły w nim mieszane uczucia, np. podpalanie hektarów trzciny cukrowej. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem wełny a szyję obwiązywał chustką.

Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej batalii przeciwko siłom Stanów Zjednoczonych. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 roku, pod protektoratem USA. Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Podobno uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą, polityka nie była jego żywiołem. Do rodzinnego kraju nie wrócił. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Kolumba. Na hawańskim bulwarze Malecón stoi teraz pomnik ku chwale Dominikańczyka.

W Santo Domingo również stanął. Tyle, że nie tam, gdzie mi się wcześniej wydawało. Nieco dalej, choć w pobliżu. Na skrzyżowaniu alei 27 de Febrero z Máximo Gómez trzeba skręcić w prawo, nie w lewo, i dojść do kolejnego skrzyżowania; z aleją Johna F. Kennedy’ego. Tam znajdziemy posąg bohatera, o którym mowa. Teoretycznie powinien dzierżyć w dłoni szablę, nieodłączny atrybut bojownika-wyzwoliciela. Niestety, dzierży powietrze, bo szabla regularnie znika. Za sprawą rabusiów.

Aleja zdarzeń

Zeszliśmy z Kingą aleją Máximo Gómeza podobnie, jak schodził dyktator, maszerując „szybkim krokiem w otoczeniu ministrów, doradców, generałów, adiutantów, dworaków idących w naznaczonej szacunkiem odległości, z czujnym spojrzeniem, z nadzieją w sercu, wypatrujących choćby jednego gestu, jednego ruchu, skinienia, które pozwoliłoby zbliżyć się do Szefa, wysłuchać go, zasłużyć sobie na rozmowę, chociażby miało się w niej kryć oskarżenie” („Święto Kozła”, M.V. Llosa).

Wtedy nawet nie pomyślałem, że rok później zatrzymają mnie w tamtej okolicy mundurowi, wylegitymują i łagodną perswazją wymuszą skasowanie zdjęć, które kilkanaście minut wcześniej zrobiłem pod konsulatem Stanów Zjednoczonych; nie podejrzewałem, że dwa lata później i dwa spojrzenia od miejsca tego zatrzymania, w ambasadzie Watykanu zamieszka nuncjusz apostolski o nazwisku niechybnie podobnym do mojego, którego świat zapamięta później, jako głównego obwinionego w dominikańskiej aferze pedofilskiej; nie mogłem przewidzieć, że Jorge, którego zresztą dopiero miałem poznać, poprosi mnie o sfotografowanie wielkiej dziury w ziemi, czyli placu budowy pierwszej linii metra w Santo Domingo, biegnącej dokładnie pod aleją Máxima Gómeza.

Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007

Jeden z budowniczych pierwszej linii metra w Santo Domingo.

Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007

Dziura w ziemi, która zamieni się później w stację metra Estación Joaquín Balaguer.

El Macho

Potem skręciliśmy z Kingą w lewo, aby wysadzaną smukłymi palmami nadmorską promenadą dotrzeć do obelisku El Macho, zwanego tak przewrotnie przez rubasznych Dominikańczyków, ze względu na jego falliczny kształt i będącego dość wierną kopią pomniku Waszyngtona z Nation Mall w amerykańskiej stolicy. Pod tym obeliskiem dyktator kończył spacer. W perspektywie miał choćby wyszukane nocne rozrywki takie, jak schadzki z nieletnimi dzierlatkami, które kazał sprowadzać swym akolitom do ekstrawaganckiej rezydencji Casa de Caoba w swoim rodzinnym mieście San Cristóbal, leżącym nieopodal stolicy.

Malecón w Santo Domingo, w tle El Obelisco Macho.

Obsadzony palmami Malecón w Santo Domingo. W tle El Obelisco Macho, 2006 rok.

El Obelisco Macho, 2014, Mural poświęcony siostrom Mirabal.

El Obelisco Macho w nowej szacie z 2014 roku. Zjawiskowy, eksplodujący kolorami mural poświęcony dominikańskim heroinom – siostrom Mirabal.

Aleję Máxima Gómeza przemierzałem wielokrotnie, z góry do dołu i na odwrót. Przeważnie na piechotę. Nieraz metrem, albo wskakując do carros públicos. Poświęciłem jej sporo czasu i potu. Fotografowałem jej życie w różnych okresach; od 2006 roku do dzisiaj… Często lądowałem w miejscu, gdzie krzyżuje się z aleją Independencia.

Wrażenia miałem podobne, jak Urania Cabral z cytowanej tu już powieści Llosy.

„Węchem rejestruje tyle różnych zapachów, że można to porównać do natężenia hałasu atakującego jej słuch. Spaliny wydobywające się z rur wydechowych autobusów, które kopcą dymem unoszącym się wprost na przechodniów, smród smażonego tłuszczu dobiegający ze straganu, na którym skwierczą dwie patelnie, gdzie sprzedają jedzenie i napoje, no i ten zapach – ciężki, nieokreślony, tropikalny fetor żywicy, gnijących zarośli, spoconych ciał, powietrza nasyconego zwierzęcymi, roślinnymi i ludzkimi zapachami, które konserwowane przez słońce, wolniej się rozkładają i ulatniają. Ta gorąca woń porusza jakąś intymna strunę w jej pamięci i przywraca czasy dzieciństwa […]”

Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.

Każdy pcha swój wózek…

Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.

Kolporterki dziennika „El Caribe” (tu logo z 2007 roku) i sprzedawczyni kart telefonicznych Orange.

Aleja wspomnień, aleja Máximo Gómez, Santo Domingo, Dominikana.

W oczekiwaniu na zielone światło…

Pucybut, Santo Domingo, Avenida Máximo Gómez.

Macho – pucybut.

Haitańscy robotnicy, Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.

Roześmiani haitańscy robotnicy…

Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.

Palacio de Bellas Artes, Pałac Sztuk Pięknych w renowacji…

Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.

Autobus szkolny. Jeden za drugim.

Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.

Funkcjonariusz nieistniejącej już „miejskiej drogówki” AMET – La Autoridad Metropolitana de Transporte, zastąpionej w 2017 przez nowe służby, zwane DIGESETT – Generalną Dyrekcją Bezpieczeństwa i Transportu Drogowego.

Nieopodal stacji metra Estación Joaquín Balaguer, czyli tej która w 2007 roku była bezładnym placem budowy, wyląduję razem z Kingą w połowie marca. Spotkamy się z Claudią, z którą w lipcu ubiegłego roku dzieliłem ścianę w „Centrum Obrazu” na starówce w Santo Domingo, na której wisiały nasze fotografie podczas wystawy „Everyday Dominican Republic – Miradas Cotidianas”.

I tak to się toczy. Od dwunastu lat. Daje o sobie znać, co i rusz. Dominikańskie uzależnienie…

*Cytowane teksty pochodzą z powieści „Święto Kozła”, Mario Vargas Llosa, wyd. Znak, Kraków 2016 

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *