Amor na Malecónie

W Santo Domingo lał się żar na głowę, zawsze. Ratowałem się czapką „partyzanta lub policjanta”, rzadko uciekałem do cienia, rzadko sjestowałem, niemądry! Na nogach byłem już od kilku godzin. Wstawałem, jak Dominikańczycy, raczej bladym świtem. Najpierw, o piątej rano piał zwyczajowo kogut. Potem odzywał się pies, jakby chciał wyszczekać: „sąsiad, zamknij dziób!” Byli odseparowani, bo kogut by już nie piał. Tego koguciego budzenia nie zamawiałem, mogłem jeszcze swoje dospać, choćby do szóstej z minutami.

Po ostatecznym przebudzeniu, leżąc na wymiętolonym prześcieradle, przez kilka chwil wpatrywałem się w ogromny wiatrak na suficie, jak Martin Sheen w pierwszej scenie „Czasu apokalipsy”. Chodził łagodnie całą noc. Miałem szczęście, że taki mi się trafił, bo nie znoszę nieludzkiej klimatyzacji, paraliżuje mnie, zmienia w rezydenta chłodni. Poza tym, ten wiatrak urealniał tropik, w jakim się znalazłem. Zza okna dochodziły odgłosy szurania. Niżej, na dachu sąsiedniego domu, krzątała się starsza Dominikanka; przeważnie wieszała pranie, im wcześniej, tym lepiej. Nieco dalej rosło drzewo mangowe, rozłożyste, z dojrzewającymi owocami. Nie wyobrażam sobie tropikalnego ogrodu bez mangowca. Ten widok dobrze mnie nastrajał, jeszcze przed kawą, sokiem z marakui i ćwiartką soczystej papai.

Zaraz po śniadaniu, czy praktycznie od rana do wieczora krążyłem po mieście, przeszukując rewiry w poszukiwaniu tematów do zdjęć, działając jako fotoreportero independiente dla jednego z dominikańskich dzienników on-line, jaki prowadził Jorge. Roboty miałem sporo, lecz pomysłów i energii starczało na kolejne dni. Używałem raz po raz tanich carros públicos. Są niezawodne, to już wiecie, choć często wyglądają tak, jakby właśnie robiły ostatni kurs… na złomowisko. Bywało, że jechałem egzemplarzem bez kawałka przedniej maski. Jakimś cudem benzyna nie chlustała na boki. Policjanci stojący przy skrzyżowaniu nawet nie mrugali, słońce odbierało im czujność. Innym razem, zaraz po deszczu, wskoczyłem do carro público, jakiemu przemakała podłoga. Sekret wyszedł na jaw, gdyśmy wjechali w głęboką kałużę. Kierowca miał sucho; gazu, hamulca, czy sprzęgła nie zalało, za to mnie z tyłu woda podeszła pod kostki. W klapkach to żaden problem. Ważne, że nie traciliśmy czasu na jakieś postoje, odpompowywanie tej wody.

W takiej „zbiorowej taksówce” zacieśnienie więzów międzyludzkich przychodzi naturalnie (i w sensie dosłownym!), a z głośników wali przeważnie: reggaeton, salsa, merengue, bachata. Kierowca trzyma jedną ręką kierownicę, a drugą ściska gruby rulon sfatygowanych pesos. Wspomnę tu o nich. To są dopiero pieniądze! Dam głowę, że polubilibyście tę dominikańską „kapuchę”. Banknoty mają charakter, są kolorowe, fajne w dotyku. Nie to, co mdławe i bezpłciowe euro, jakimi płacę za szynkę w Hiszpanii, tęskniąc za pesetą; czy za sardelę w Palermo, nie mogąc „zagrać na lirze”.

Największy sentyment mam do nominałów: 20, 50 oraz 100. „Dwudziestka”, chyba najbardziej chodliwa, potrafiła być przetarta do granicy… „zniknięcia”. Dlatego w nowej serii wydano ją bardziej odporną na wilgoć. Czasem trafią się nowiutkie sztuki, jakby ledwie wydrukowane. Takie można zachować na pamiątkę. Jednak w obiegu krążą przeważnie papiery mocno zużyte, na których zalegają pewnie wszystkie możliwe molekuły: czy to np. wciąganego koksu, czy potu z pachwiny. Samo życie. Uwielbiam te walutę. Choćbym miał przy sobie tylko dwa, trzy banknoty, to i tak lubię je „przeliczyć”, popatrzeć na nie, pomacać. Lubię ich towarzystwo. I lubię je na prawo i lewo wydawać. Taka to miła symbioza z pesos dominicanos.

Buen día! – wchodzę do carro público i witam się. (Wiem już że Dominikańczycy mówią tak zamiast – buenos días). Słyszę zatem w odpowiedzi: buen día! Tęgiej Murzynce podobają się moje niebieskie oczy. Chce w nie popatrzeć. To dla niej jakaś egzotyka. Pozwalam przez moment, niech patrzy. Potem odwracam wzrok i sam patrzę na to, co za oknem. Śmigamy niekończącą się Avenida Independencia. Ileż ja się najeździłem tą trasą! Kiedyś na przecinającej miasto z północy alei Ave. Máximo Gómez było wielkie wykopalisko w asfalcie: budowali stołeczne metro, pierwsza linię. To już historia. Dzisiaj Santo Domingo na dwie linie, przecinają się jak te warszawskie, na krzyż. Obserwowałem wtedy robotników, robiłem im zdjęcia, pracowali w warunkach, w jakich można było zapomnieć o BHP.

Przy którymś skrzyżowaniu stał muchacho w wytartej bejsbolówce i serwował empanadas – zawijańce z pysznym, mięsnym farszem i kawałkami gotowanego jajka w środku. Brałem dwie sztuki oraz kawę: małą (laną do ni to kubka, ni to naparstka), bardzo słodką i diabelnie mocną. Jadłem obok sprzedawcy, promieniał, widząc że się nimi delektuję. Czasem prosiłem o drugą kawę: ta „uliczna” w Dominikanie uzależnia po stokroć. Pokrzepiony ruszałem na Malecón, na tę nadmorską promenadę w Santo Domingo, gdzie ciągle coś się dzieje, za dnia i o zmierzchu. Wielokrotnie tamtędy chodziłem, znajdując inspiracje, jak choćby te rozczulające pary…

Udostępnij artykuł na:
2 Odpowiedzi

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *