Anatomia szwindlu

Swego czasu odbyłem w Santo Domingo osobliwy city-tour, którego w ogóle nie planowałem, w towarzystwie równie osobliwego „przewodnika”, którego nie miałem poznać, tym bardziej w żaden sposób wynająć. No i nie miałem dać mu się wyprowadzić w pole! Stało się jednak inaczej.

Oto, co się wydarzyło…


Tamtego dnia w Santo Domingo wyłączył mi się kompletnie mózg, emocje pogoniły rozum. W rezultacie straciłem czujność… Gdy teraz to wspominam, wciąż odczuwam resztki zażenowania. Zarazem mam dość dystansu, by spojrzeć na całe zajście inaczej, by również obśmiać własną wręcz szczenięcą naiwność, jaka wówczas doszła do głosu i przejęła nade mną kontrolę, konsekwentnie czyniąc mnie ofiarą przemyślanego matactwa.

Było tak, jak w noweli G. G. Marqueza „Kronika zapowiedzianej śmierci”. Wszelkie znaki wokół wskazywały na to, że Santiago Nasar wkrótce zastanie zabity. Można było zrobić cokolwiek, by do zbrodni nie dopuścić. Ale nikt na to nie wpadł. Patrząc z perspektywy wiem, że mogłem przerwać swój udział w ewidentnej, występnej farsie, nim było za późno. Miałem jednak do czynienia z hochsztaplerem pierwszego sortu, powiedzmy, profesjonalistą. Dobrze wiedział, czego chce i jak chce to osiągnąć. W dodatku cwaniak był diabelsko sympatyczny, rozgadany, dowcipny. Przy tym, uważnie słuchał, co mam do powiedzenia, co zamierzam i na bieżąco reagował na moje potrzeby. Mówił w zasadzie to, co chciałbym usłyszeć. Oferował pomoc, która mogła mi się przydać. Sugerował kontakty, które mogłem wykorzystać. Wciąż metodycznie robił swoje. Bez pośpiechu pracował na moje zaufanie. A ja mu w tym łaskawie pomagałem.

Spędziliśmy razem kilka godzin, pokonując ponad jedenaście kilometrów ze wschodu na zachód Santo Domingo, nieraz pieszo, nieraz wskakując do carro público, od niemal samej starówki, aż do wylotu na San Cristóbal, gdzie kończy się Av. 27 de Febrero, w miejscu zwanym potocznie Pintura. Wydawało mi się, iż pozyskałem kompana z krwi i kości. Pod koniec naszej wielkomiejskiej odysei coś sprawiło, że musiałem mu jakoś zaufać. I wtedy przeliczyłem się, wtedy „kompan” wyprowadził mnie w pole. Zresztą, dosłownie i w przenośni.

Oto anatomia tego szwindlu…

AVENIDA MEXICO / AVENIDA DUARTE

Jeśli jemu się wydawało, że pierwszy mnie namierzył, to się mylił. Ja namierzyłem go już wcześniej. Tylko jeszcze tego nie wiedziałem. Dopiero potem okazało się, że jest uwięziony na jednym ze zdjęć, zrobionych nim zdążyliśmy się poznać. Widać tam oszusta w tle, w białej koszuli i czarnych spodniach, jak stoi i przygląda się temu, co robię. Wyraźnie obserwuje mnie. A wszystko zaczęło się od koguta, a konkretnie gallo de pelea czyli koguta bojowego. Jego właściciel, dumy ze swego podopiecznego pozwolił mi go obfotografować. Poza tym, sesją zdjęciową szybko zainteresowali się inni muchachos. Podchodzili, szacowali pierzasty okaz, komentowali, mądrzyli się. Sami też ustawiali się do obiektywu, pozując z głównym bohaterem. Nawet w Dominikanie nieczęsto trafia się wystawa bojowego ptactwa niemal na samym skrzyżowaniu raczej ruchliwych stołecznych arterii. Kogut zyskał swoje bonusowe pięć minut poza areną do walk, choć pewnie niewiele go to obchodziło. Za to więcej przyjemności miał z tego el gallero, czyli koguci trener.

Kiedy skończyłem sesję, szykowałem się do przejścia na drugą stronę Av. Mexico. Zatrzymało mnie czerwone światło. Ruch był gęsty. Sznur pędzących osobówek – guaguas, carros públicos i motoconchos. W powietrzu zapach spalin i przejrzałych owoców. Wtedy zza pleców pozdrowił mnie człowiek, który za kilka godzin będzie bogatszy o kilkaset pesos moim kosztem, człowiek, którego nie powinienem poznać…

Tymczasem zaintrygował mnie.

O zielonym świetle zapomniałem. Obaj zapomnieliśmy. Tego dnia nie przekroczyłem Av. Mexico, nie ustawiłem się w cieniu wrót do Chińskiej Dzielnicy w Santo Domingo, by robić kolejne zdjęcia. Ten człowiek od razu powiedział, że podziela mój entuzjazm, bo dawniej sam był reporterem i swoje na ulicy odrobił. Co prawda, więcej pisał, niż fotografował, ale w sumie chodzi o to samo, o klimat, o to, że ulica jest nieprzewidywalna, że ciągle daje ciekawe tematy. Musiałem się z nim zgodzić, mówił do rzeczy. Zaraz też dodał, że aktualnie więcej przesiaduje za biurkiem, tyle że nie jako dziennikarz, a jako prawnik, od prawa budowlanego. Bo dziennikarstwem parał się za młodu. Chyba przypomniałem mu tamte czasy. Teraz doradzał różnym drobnym inwestorom, również zagranicznym. Podobno pracował w jakiejś małej kancelarii. Nazwijmy go Mecenasem.

Właśnie zrobił sobie fajrant, chciał dotrzeć do domu i tam poprzeglądać jeszcze papiery. Trzymał pod pachą jakąś teczkę z dokumentami. W oczy rzucał się jego zegarek. Wyglądał na markowy, albo na porządną podróbkę. Miał też foliową siatkę z tajemniczą zawartością. Mecenas mieszkał gdzieś przy Avenida Churchill, czyli spory dystans od miejsca naszej konwersacji. Tego dnia był skazany na transport publiczny. Żona zabrała mu rano samochód i pojechała w delegację do Santiago de los Caballeros.

Spytał znienacka, czy cokolwiek wiem o bojowych kogutach, czy widziałem kiedyś walki na żywo, czy mnie to interesuje. Potwierdziłem. Miałem okazję przyglądać się takowym. Co prawda, nie w Coliseo Galistico w Santo Domingo lecz na północy kraju oraz w Haiti. Zażartowałem, że kogutami zaraził mnie G.G. Marquez i Hemingway. Mecenas odparł, że woli tego pisarza, o którym pisali właśnie w gazetach, że dostał Nobla, i że napisał powieść o Dominikanie i Trujillo, którą powinienem przeczytać. Chodziło, rzecz jasna, o Mario Vargasa Llosę i jego „Święto Kozła”. Uśmiechnąłem się pod nosem. Tę lekturę już dawno temu przerobiłem.

Zaraz też usłyszałem, że Ojciec Mecenasa od lat hoduje bojowe koguty. Potem wozi je do dzielnicy Villa Mella i wystawia do walk. Ponoć regularnie czerpie z tego niezłe dochody. Mogłem się wszystkiemu dokładnie przyjrzeć, zrobić zdjęcia i mieć materiał z pierwszej ręki. Sam Mecenas również wizytował niedzielne walki lecz unikał hazardu. Nie obstawiał faworytów, lubił jedynie poobserwować. Wspomniał, że zbliża się kolejny koguci turniej. Oczywiście, była to perspektywa kusząca. Podsunął, że wcześniej bym się zaznajomił z jego ojcem. Senor – el gallero chętnie przyjmie butelkę rumu, w zamian opowie o swoim hobby i zapewni wejściówki na arenę. Mieliśmy się jakoś dogadać, umówić.

Nie odebrałem tego, jak żartu. To zabrzmiało, jak konkretna propozycja. Zacząłem niby to zastanawiać się, niby rozważać zmianę planu dnia, chociaż już dobrze wiedziałem, co zaraz zrobię. I, niestety, zrobiłem to. A mogłem się jeszcze wycofać…

Mecenas zerknął na zegarek i napomknął, że musi iść. Wyczuł moje wahanie. A ja nie chciałem się jeszcze żegnać. Podjąłem decyzję. Zbyt dużo mi w krótkim czasie naopowiadał, naobiecywał. Zapaliłem się. Chyba zwietrzyłem, że kroi się jakiś intrygujący temat. Koguty stanowiły zaledwie kuszący wstęp. A nuż, tym właściwym „tematem” był Mecenas we własnej osobie. Chciałem się o tym przekonać. Musiałem go bardziej pociągnąć za język. Pewnie wciąż siedział w nim dziennikarz, niektóre bakcyle zostają we krwi na zawsze. Potrzebowałem jego doświadczenia, może wskazówek, przestróg, może źródeł informacji. Zaproponował w końcu, bym mu potowarzyszył w drodze do domu. Zgodziłem się.

Najpierw szliśmy wzdłuż Av. Mexico, lawirując między stertami śmieci. Potem na tyłach Pałacu Narodowego, mniej więcej na wysokości Av. Doctor Delgado wskoczyliśmy do carro público. O dziwo, był całkiem pusty. Mecenas podał szoferowi odliczone pesos za mnie i za siebie. Chciałem mu od razu oddać. Machnął ręką, bym się nie wygłupiał, że to żadne pieniądze, że jestem jego gościem. Dodał, że wysiądziemy przy Av. Máximo Gómez. I tak się stało. Dalej, idąc w górę wspomnianą aleją, dotarliśmy do skrzyżowania z Av. 27 de Febrero. Wcześniej, przy Uniwersytecie APEC, minęły nas dwie gauguas, przeładowane pasażerami. Tutaj zdziwiło mnie zachowanie Mecenasa. Po prostu przysłonił twarz teczką z dokumentami, jakby przewidując, że promienie słońca odbiją się od szyb przejeżdżających autobusów i go oślepią. Albo też obawiał się przypadkowego rozpoznania przez któregoś z pasażerów. Tak to wyglądało. Wszak prawnikom trafia się różna klientela…

Avenida 27 DE FEBRERO

Przy Av. 27 de Febrero, ku swej uciesze, rozpoznałem Centro Olímpico. W przeszłości spędziłem tam sporo czasu, podglądając zmagania młodych adeptów peloty. Taką potoczną nazwę ma w Dominikanie baseballnarodowy sport tego kraju.

Mecenas nie mógł uwierzyć, że tak dobrze kojarzę, gdzie się aktualnie znajdujemy. Wówczas streściłem mu przygodę z bejsbolową młodzieżówką. Obaj byliśmy zgodni, co do tego, że bez latynoskich graczy, szczególnie graczy dominikańskich liga bejsbolowa w USA – Major League byłaby ligą bezbarwną. On zaś zrewanżował się wspomnieniami swojego kolegi, który niegdyś wyjechał do Wenezueli omamiony charyzmą Hugo Chaveza a niedawno wrócił zupełnie zdruzgotany przestępczością, szalejącą na ulicach Caracas.

Przypomniałem Mecenasowi, że bezpieczeństwo w Dominikanie ostatnio również pozostawia wiele do życzenia. I to nie tylko w najbiedniejszych rewirach. Przestępczość pospolita ogólnie wzrasta. Skarżą się na to Dominikańczycy, częściej ostrzegają przyjezdnych, by się mieli na baczności, również w strefach turystycznych. To głównie wina nielegalnych imigrantów, taka panuje opinia, uciął. Miał na myśli imigrantów z Haiti. Ich liczba skokowo wzrosła po trzęsieniu ziemi w styczniu 2010 roku. Nie obwiniam ich bezpośrednio, bardziej im współczuję, jednak coś jest na rzeczy, dodał.

Ale przecież strzelają do siebie Dominikańczycy, przeważnie gdy brakuje im na prochy, albo mają prochów za dużo, giną młodzi ludzie, mówię. Bo nie mają pracy, słyszę. Bo ją oddali Haitańczykom, ripostuję, wystarczy popatrzeć, kto wokół uprawia obwoźny handel, to, co dzisiaj kupuję u Haitańczyka, dwa lata temu kupowałem u Dominikańczyka. Mecenas chyba zgodził się ze mną. Gdzie jest dzisiaj Dominikańczyk, pytam. Kombinuje, jak przeżyć, stwierdził Mecenas. Stąd tyle nowego, drażniącego żebractwa na ulicach, pomyślałem, i nagabywania przez elementy, którym daleko do aparycji zabiedzonych łachmytów.

Tymczasem Mecenas przeskoczył na inny wątek. Jako reporter niekiedy jeździłem do los bateyes, zaczął, by wesprzeć Haitańczyków, by pisać o warunkach, w jakich żyją, a były to i dalej są, wierz mi, terribles condiciones, te-rri-bles!. Tam też słuchałem ich muzyki, granej na bębnach, i tu Mecenas zamarkował bicie dłońmi w kotły, i do dzisiaj mam tę muzykę w głowie, te ich ritmos africanos, i widziałem, jak tańczą w transie, bo trans to fakt, i co potrafią zrobić z kogutem albo kozą, i jak bardzo ich vodú różni się od naszego, fascynujące to, choć inne…

Los bateyes to prowizoryczne osady, niejako robotnicze kolonie, położone w pobliżu plantacji trzciny cukrowej, gdzie mieszkają głównie haitańscy macheteros, pracujący przy zbiorach. Często jednak przebywają tam całe haitańskie rodziny, zmieniając te miejsca, często pozbawione jakiegokolwiek zaplecza sanitarnego w osiedla ludzkiej nędzy. Wierzyłem Mecenasowi, bywałem w los bateyes w zachodniej Dominikanie. Sprawiały przygnębiające wrażenie, dominował marazm, niedosyt, szczególne poza sezonem, gdy brakowało pracy, a robotnicy zostawali w Dominikanie i musieli jakoś przeżyć do kolejnych żniw.

Pamiętam Haitańczyka, który zatrzymał guaguę, jaką podróżowałem z Barahony do Neiby, zatrzymał ją unosząc ręce do góry. Kierowca wyhamował i zaklął. Odwrócił się i spojrzał przepraszająco na pasażerów. Z szutrowej drogi podniósł się tuman kurzu. Młody Haitańczyk miał w oczach desperację lecz nie agresję. Nie powiedział ani słowa, nie wydał żadnego dźwięku. Natychmiast zerwał z siebie strzępy koszuli i zaczął nimi wycierać szybę busa, po kawałku, dokładnie. Kierowca wyczekał i dał mu za to kilka pesos.

Wtedy Mecenas zapytał, czy chciałbym z nim pojechać do el batey niedaleko Santo Domingo. Chciałem. Prawdę mówiąc, na takie pomysły liczyłem.

Mógł to zorganizować jeszcze tego samego dnia. Wspomniał o Marii Isabel, która pracowała tam od lat. Pomagała Haitańczykom, mówił Mecenas, odkąd pamiętam, zawsze stała po ich stronie, była mocno zaangażowana, niewiele się zmieniła, wciąż jest charakterna, poznasz ją, polubicie się, zapewnił. Podobno znali się z czasów dziennikarskich. Chyba kiedyś łączyło ich coś więcej, niż tylko zawodowe wyzwania. Mecenas wyrażał się o niej z typową czułością. Brzmiał nieco sentymentalnie. Przy Av. Alma Mater, prowadzącej do kampusu uniwersyteckiego UASD, wykonał telefon. Zaczęli rozmawiać, jakby się dawno nie słyszeli. Po dłuższej chwili Mecenas nagadał jej trochę o mnie, o moich zamiarach i naszej włóczędze po Santo Domingo. Wydawało mi się, że wyczuwam pewien entuzjazm. Co więcej, Maria Isabel zaprosiła nas w swoje rewiry. Za parę godzin mieliśmy się we trójkę spotkać. Byłem na serio zaciekawiony, co z tego wyniknie. I podekscytowany. Spontanicznie wydobyłem aparat, by zrobić Mecenasowi zdjęcie. Zasłonił się wymownie. Nie lubię tego, nie chcę, uciął. Przyjąłem.

Avenida 27 DE FEBRERO / AV. A. LINCOLN / AV. W. CHURCHILL

Problem transportu został szybko rozwiązany. Za wynajem samochodu miał zapłacić Mecenas. Kilka razy to podkreślił. Miałem się nie przejmować: on wystąpił z propozycją, on pokryje koszty wyprawy. Zapewniał, że będzie tanio. Samochód należał jego przyjaciółki. Prowadziła auto-wypożyczalnię. Podobno, zdarzało mu się prosić ją o różne przysługi i raczej nie odmawiała. Wykonał telefon. Rozmawiali przez jakiś czas, nie wszystko zdołałem podsłuchać. Nie byłem pewien, czy rozmawiali również o mnie. Tak czy inaczej, potwierdził, że się dogadali. Dodał, że wyjdzie drożej, niż myślał, lecz no hay problema. On bierze to na siebie. Poklepał mnie po ramieniu, jak starego kumpla. Zaraz też nieco zmarkotniał, co mnie zastanowiło.

Przez dłuższy moment szliśmy w milczeniu. Mecenas miał prawo się zmęczyć. Słońce paliło. Wciąż ocierał chustką pot z czoła. Dotąd większość drogi pokonaliśmy pieszo. Nie w jego stylu. Dominikańczycy przecież nie chodzą, Dominikańczycy jeżdżą, dają się podwozić, czym tylko można. Rozejrzałem się. Znałem okolice Avenida Churchill. W pobliżu jest centrum handlowe Plaza Lama, gdzie kiedyś kupiłem koszulę – guayaberę i gdzie pierwszy raz w Dominikanie jadłem chińszczyznę. Raptem Mecenas wrócił do życia, rozpoznając na jezdni w korku jakiegoś policjanta. Pozdrowili się wzajemnie, zamienili kilka słów o niczym. Zaraz przywołał nas nieszczęśnik na wózku inwalidzkim. Nie miał nóg. Mecenas dał mu papierowe dwadzieścia pesos. Trzeba wspierać ludzi na ulicy, podsumował, bo takie dobro potem wraca. Potem znowu zamilkł.

Zaproponowałem relaks przy zmrożonym Presidente. Pamiętałem, że w jednej z bocznych ulic, odchodzących od Av. Churchill stał niewielki colmado. Tam mogliśmy się napić. Mecenas ponownie nie krył zdziwienia, że ja się tak dobrze orientuję w terenie. Był autentycznie zaskoczony. Odniosłem wrażenie, że również poirytowany. Powiedział, że to już prawie jego rewiry. W tej sytuacji to on zaprasza na piwo. Nie odmówiłem.

Poszliśmy na Calle Francisco Prats Ramirez. Przed colmado czekały na nas sterane taborety. Mecenas wyłowił z lodówki największą dostępną butelkę Presidente, legendarny rozmiar jumbo. Rozlał lodowaty trunek do plastykowych kubków. Spragnieni wypiliśmy na raz. Przy drugiej kolejce Mecenas nalał sobie mniej. W trzeciej też wypiłem więcej od niego. Takim trybem szło nam picie. On miał niebawem prowadzić samochód, nie ja.

COLMADO – CALLE FRANCISCO PRATS RAMIREZ

Luźna pogawędka przy piwie zeszła na historię Dominikany, dzieje najnowsze. Mecenas, jak zresztą wielu Dominikańczyków, podobno gromadził książki o „Erze Trujillo”, minionej dyktaturze, trwającej w kraju przeszło trzydzieści lat. Chwalił się, że ma tych książek sporo. Gdybym kiedyś zechciał, mógłbym je przejrzeć, to mi sugerował. Podziękowałem. A tak swoją drogą to Mecenas pierwotnie zamierzał wrócić do domu i dalej pracować, o czym mówił przy Av. Mexico, niósł ze sobą trochę urzędowych kwitów, ja mu tylko miałem towarzyszyć. Jakoś uleciało mi to z głowy. Byłem już zanadto pochłonięty wizją wspólnej eskapady. Ten dzień rozwijał się bardzo dynamicznie. Mecenas zmieniał plany na gorąco, przy czym zdążył tyle zaaranżować. Odparł, niby żartem, że nie łatwo jest siedzieć w domu za biurkiem i jednocześnie pokazywać komuś haitańskie rewiry. Stwierdził, że się oderwie od roboty, od rutyny, i spędzi popołudnie z „kolegą po fachu”, że ta decyzja przyszła nagle, że go zainspirowałem, czy coś w tym stylu. Też się zapalił. Przynajmniej, tak to odbierałem.

Trzy godziny wystarczyły, bym go dość polubił. Przypadł mi do gustu, bo był spontaniczny, promieniował świeżą energię. Co więcej, uczył mnie hiszpańskiego. Bez ogródek wytykał błędy, mówił wolno, cedził słowa, hamując te typowe dominikańsko – karaibskie arpeggia, powtarzał dwa, trzy razy to samo, bym wszystko rozumiał. Starał się być rasowym „pedagogiem”. W dodatku niczego ode mnie nie chciał. Nie wiedziałem jeszcze, że to się wkrótce zmieni, że czekał na odpowiednią chwilę – cierpliwie lecz aktywnie. Wzniosłem toast za naszą znajomość, za wyprawę. Wypiliśmy do dna.

I tu przerwał nam człowiek z workiem na ramieniu. Podszedł znienacka. Wyglądał na bardzo zabiedzonego Haitańczyka. Zwracając się do adwokata łamanych hiszpańskim, poprosił o wsparcie. W istocie, był Haitańczykiem. Mecenas sięgnął do kieszeni i wyciągnął same złote monety, czyli żadne pesos tylko jakieś marne centavos – grosze. Wręczył je proszącemu. Zrobił to jednak z dającą się wyczuć niechęcią. Chyba osłupiałem. Brakowało, by powiedział: „bierz i spieprzaj lumpie!”. Zrobiło mi się nieswojo albo raczej głupio. Niedawno ten sam Mecenas nadmieniał o pomocy dla Haitańczyków, o wspieraniu ulicznych biedaków i tym podobne. Dopiero co dał zadziornemu kalece konkretny banknot. W dodatku mieliśmy jechać do el batey. Przyjrzałem mu się bacznie. Przez moment nie wiedziałem, co sądzić o tej nagłej „metamorfozie”.

Obcy przyjął jałmużnę, wyliczył centavos na swej dłoni, zerknął na mnie ukradkiem i spuścił wzrok. Nie poprosił o więcej, odszedł. Eh ci, Haitianos, wycedził w końcu Mecenas. Jednak zreflektował się, że go poniosło, bo zaraz dodał, że czasem ma dość tej ich ciągłej żebraniny i tego, że Haiti nie radzi sobie z niczym. W pewnym sensie go rozumiałem. Zdarzało mi się podobnie albo dosadniej reagować na żebrzących Dominikańczyków. Dopiliśmy piwo. Należało się zbierać. Czekała nas wizyta w auto-wypożyczalni a potem, jak sądziłem, przygoda.

CALLE PADRE EMILIANO TARDIF

Wtedy Mecenas napomknął mimochodem o kaucji, którą trzeba dodatkowo uiścić… Wcześniej o niej nie wspominał. Jakieś 100 dolares americanos, nie więcej, dodał całkiem naturalnie. Tym razem liczył, że się dołożę do interesu.

Amerykańskie „zielone”, przeliczone po ówczesnym kursie, dawały ponad 3800 dominikańskich pesos. Zbyt okrągła sumka, by ją oddawać w niepewny depozyt. Z grubsza miesięczny „kupon obiadowy”. To na wypadek, dorzucił Mecenas, pewnie widząc moje marszczące się czoło, gdyby z autem stało się coś niedobrego po drodze. Domyśliłem się, czemu ma służyć ta kaucja. Ale zaskoczył mnie i nie kryłem tego. Jeśli czegoś nie znoszę to właśnie wynalazku, jakim jest kaucja. To przez Cyganów w Londynie, u których dawniej wielokrotnie pomieszkiwałem. Mieli obsesję na jej punkcie. Przy wynajmie chcieli mnie oskubać do żywego, kazali płacić dodatkowy czynsz, jako zastaw. Zabierają ci na dzień dobry furę pieniędzy, bo widzą w tobie jedynie człowieka -demolkę. A ja się buntowałem. Tak ich zwodziłem, takie dramaty odgrywałem, że im miękły te cygańskie charaktery i mi odpuszczali. Za to lojalnie do nich wracałem.

Ale tak się tutaj robi, klarował Mecenas, to norma, sam rozumiesz, sam byś tak robił. Ludzie tu jeżdżą po wariacku, bez zasad, la gente está muy loca, amigo, widziałeś te wgniecenia, obicia, szramy na karoseriach. Widziałem nie raz, tu miał rację. Wszędzie trafi się oszpecona gablota, obtłuczony klekot albo SUV, elegancki, połyskujący tylko fatalnie draśnięty, zarysowany, nieco bity z boku, odkształcony. Nawet moje kontakty w wypożyczalni nie pomogą, ciągnął Mecenas, kaucji nie ominiemy, zresztą kaucja jest do zwrotu, amigo. Gdyby żona nie zabrała mi rano samochodu, nie byłoby problemu, już byśmy byli poza miastem i słuchali bębnów w el batey, zakończył. Inna sprawa, że gdyby tak było, jak mówił, na sto procent byśmy się w ogóle nie spotkali.

Mecenas zasugerował, że rozegramy to fifty-fifty. Oczywiście, zrozumiałem, że dzielimy się po połowie zapłatą wysokości kaucji. Brzmiało rozsądnie, zważywszy na to, że Mecenas miał już ponieść jakieś koszty z własnej kieszeni. Tymczasem wykoncypował inaczej: on w całości opłaci wynajem auta tak, jak wcześniej obiecał, ja natomiast wpłacę całą kaucję, czyli blisko 3800 pesos, które i tak później odzyskam. Zakładając, że nie wrócimy z eskapady złomem na czterech kółkach. Takie oto fifty-fifty widział Mecenas.

Kto wie, czy nie powinno mi się wówczas zapalić w głowie, co najmniej żółte światło, bardziej wpadające w pomarańczowe. Lecz tam paliło się wciąż zielone, nie przeszło w stan gotowości. Z prostej przyczyny: nie miałem przy sobie takiej forsy. Czyli nie miałem na kaucję. Dolarów też nie posiadałem pod ręką. Leżały w sejfie, w hotelu. Chyba były bezpieczne. Z ostatniej wymiany zostało mi jakieś 1300 pesos, czyli jedna-trzecia sumy, która interesowała Mecenasa. Powiedziałem mu, jak się sprawy mają, jakimi „aktywami” dysponuję. To ostatnie dodałem niepotrzebnie. Zafrasował się tęgo. Coś tam zaczął szacować. Pomyślałem, że nasza wycieczka dobiega końca. Na szczęście, myliłem się. Mecenas wreszcie zebrał się w sobie i oznajmił to, co chciałem usłyszeć, że nic nie szkodzi, że to się załatwi inaczej. O kaucji, amigo, na razie zapomnij, zalecił. Nie musiał mnie przekonywać.

Avenida 27 DE FEBRERO

Po przejściu całej Calle Padre Emiliano Tardif, wróciliśmy na Av. 27 de Febrero, by złapać drugi tego dnia carro público. Nim pojawił się transport, Mecenas wyjął z portfela jeden banknot, by mi go pokazać. Był to banknot meksykański, gładki jak z drukarni. Pamiętam nominał – 20 pesos. To pamiątka z Cancún, pochwalił się, spędziłem tam z żoną tydzień na wakacjach. Ona leżała na plaży a ja chodziłem tu i tam, by fotografować i jeść. Kuchnia tamtejsza bardzo dobra, tylko ostra. Też jedzą fasolę. Ponoć dużo fasoli, wtrąciłem. Znasz Meksyk, spytał. Dotąd nie poznałem na żywo. To musisz poznać, zachęcał. Cancún to pewnie taki Meksyk dla turystów, kurort nad kurortami, pomyślałem złośliwie. W Cancún nie byłem, mówię. Za to znam tego człowieka, zażartowałem wskazując na awers banknotu, spotkałem go ostatnio, stałem przy nim, mam jego zdjęcie!

To rozbawiło Mecenasa. Pojął żart. Przy tym znowu go zadziwiłem mym obeznaniem z topografią dominikańskiej stolicy. Na awersie widniał Benito Juárez, bohater narodowy Meksyku, przywódca, orędownik praw Indian. Darzony estymą również poza swoim krajem. W Santo Domingo wzniesiono mu monument w bliskim sąsiedztwie kwatery głównej prezydenta Dominikany. Stąd „znałem” Benito Juáreza. Co ciekawe, wcześniej stojąc na Av. Mexico, na tyłach Palacio Nacional obaj mieliśmy ten sam monument w zasięgu wzroku. Mecenas schował banknot. Ostentacyjnie rozchylił portfel. Zanotowałem, że trzymał w nim spory plik innych banknotów. Wyglądało na to, że „miał forsę”. Albo miało tak wyglądać.

Wreszcie podjechał carro público. Wsiedliśmy, mocując się. Teraz trafił nam się ścisk, jak w puszce sardynek. Licząc z nami jechało w sumie sześciu pasażerów. A la Pintura, chofer!, zażądał Mecenas. Czyli zostało nam do celu kilka kilometrów wzdłuż Av. 27 de Febrero, aż do „pętli”. Znowu Mecenas zapłacił za nas obu. I nie przyjął mojego zwrotu. W czasie jazdy powtórnie zadzwonił do znajomej z wypożyczalni, by wypytać czy wszystko w porządku. Podobno auto już na nas czekało. Wkrótce minęliśmy Plaza de la Bandera, reprezentatywny skwer nad którym łopocze ogromna trójkolorowa flaga Republiki Dominikańskiej. Za przepastnym rondem szofer wysadził nas dokładnie na przystanku zwanym przez tutejszych Pintura. Teraz przejdziemy kawałek pieszo, oznajmił Mecenas, to już bardzo blisko. Wypożyczalnia mieściła się na Av. Isabel Aguiar.

PARADA DE LA „PINTURA”

Tymczasem utknęliśmy teraz obaj w przedsionku małego piekła. W Santo Domingo znajdzie się kilka bądź kilkanaście takich miejsc. Trzeba się o nie otrzeć, by mieć realne pojęcie o całej egzotyce tego karaibskiego city-molocha. Pintura nadaje się do tego idealnie. Swoją potoczną nazwę zawdzięcza pobliskim zakładom chemicznym – Pinturas Popular – produkującym farby. To jeden z bardziej ożywionych, przeładowanych a gdzieniegdzie szemranych komunikacyjnych węzłów na obrzeżach dominikańskiej stolicy. Rządzi tam wieczny chaos i zgiełk, bez przerwy warczą silniki różnych środków transportu, ciągle coś się dzieje. Mnóstwo ludzi przewija się tamtędy od świtu do nocy. Ciągną do centrum albo za miasto, do San Cristóbal, San Juan, San José czy dalej na zachód i północ.

Do tego dochodzi rój ulicznych handlarzy, pospolitych meneli, żebraków i wszelkiej maści kombinatorów, którym nierzadko źle z oczu patrzy. Rewir ten, jak by nie było barwny, sprzyja lepkim dłoniom oraz innym przestępczym ekscesom, przeważnie drobnym, choć różnie może być. Niedawno zdesperowany macho zastrzelił tam w ludzkim gąszczu swoją „byłą”, potem siebie i ranił w głowę czterolatkę, która zmarła w szpitalu. Pintura bywa niepohamowana, lepiej się tam pilnować, szczególnie w czasie wieczornych przesiadek.

Mecenas zaprowadził mnie do niewielkiego baru przy Av. Isabel Aguiar. Siedzieli tam, bądź stali oparci o ścianę kierowcy minibusów i „naganiacze”, hałaśliwi i dziarscy, odpoczywali, coś przegryzali. Kręciło się tam również paru speców od „sprzedaży bezpośredniej”, lecz nie szkodzili. Któryś próbował wcisnąć mi swoje buble ale go spławiłem. Mecenas wyjaśnił naprędce, że wszystko przemyślał i chyba lepiej będzie, jak sam zajdzie do wypożyczalni i odbierze auto. Tu na mnie zaczekasz, powiedział, a ja po ciebie potem podjadę i ruszymy dalej. Znajoma, gdy zobaczy żeś obcy, dodał, pewnie potraktuje cię, jak normalnego klienta i skasuje nas obu na więcej. Czyli znajoma nie wiedziała o moim istnieniu. Widać, Mecenas zapowiedział się u niej solo. To poczekam, żaden problem, odparłem. Po co mam przepłacać ekstra za europejską, białą gębę. Wtedy Mecenas podsunął mi krzesło z baru. Usiądź wygodnie, zaproponował, bo raczej minie dłuższa chwila zanim wrócę. Usiadłem. Wręczył mi teczkę z dokumentami, z którą dotąd się nie rozstawał i niebieską reklamówkę z nieznaną zawartością. Chciał, bym tego przypilnował. Po czym zostawił mnie.

Wrócił po dziesięciu, może piętnastu minutach. Na luzie oznajmił, że sprawy mają się dobrze, że auto, zgodnie z tym, co zostało dogadane, jest do naszej dyspozycji. Ale kaucji nie odpuściła, rzucił, muszę diablicy zapłacić. Podobno powiedział jej, że skoczy do bankomatu, by wypłacić ile trzeba. Tym bankomatem, oczywiście, byłem ja. To daj, amigo, ile masz, ile możesz, poprosił bez ponaglania w głosie. Przechodząc na stronę, wyciągnąłem gotówkę poupychaną w szortach i w plecaku. Przeliczyliśmy wspólnie. To były głównie setki i pięćdziesiątki, w sumie, jak poprzednio szacowałem, blisko 1300 pesos. Zabiorę ci 1000, uznał Mecenas, to powinno wystarczyć. Odliczył i schował do kieszeni.

Po czym spojrzał na mnie dziwnym, przeciągłym wzrokiem, jakby chciał ze mnie wyciągnąć jakiś ostateczny, niemy sygnał, że mu naprawdę ufam. Tak się złożyło, że mu jakoś zaufałem… Do dziś pamiętam tamto spojrzenie, tylko teraz odbieram je inaczej. Było w nim coś, no nie wiem, przepraszającego? Na odchodnym rzucił, że resztę dołoży ze swoich, przecież to tylko kaucja. Potem, już nieco oddalony ode mnie, odwrócił i niby zasalutował. Na twarzy miał grymas śmiechu. I tyle go widziałem…

Zaniepokoiłem się, gdy nie wrócił po kwadransie. Zacząłem nerwowo lustrować każdą przemykającą obok furę. Żadnej nie prowadził Mecenas. Dałem mu więcej czasu. Przecież mogło go coś zatrzymać. Dalej wierzyłem, że prędzej czy później, nadjedzie. Musiał nadjechać! Jednak minuty goniły a on nie nadjeżdżał. Traciłem cierpliwość. Zerknąłem na gadżety, które mi zostawił. Coś mnie kusiło, by zajrzeć do jego zagadkowej teczki. Wreszcie ciekawość zwyciężyła i dyskretnie, łamiąc porządek rzeczy, zajrzałem. Wtedy fala gorąca zalała mi głowę.

W teczce zamiast „ważnych prawniczych kwitów”, ku swojej rozpaczy odkryłem luźne, czyściuteńkie kartki. I tylko kartki. Teraz wystarczyły sekundy, bym pojął, że zostałem po całości orżnięty. Od niemal półgodziny Mecenas gdzieś triumfował. Pewnie zdążył już wrócić do centrum. A ja wciąż na niego czekałem…

Wciągnął mnie w ten szwindel, od początku do końca. Zainwestował przeszło cztery godziny ze swego „pracowitego” dnia. Odgrywał przede mną prawnika, dziennikarza, samarytanina, wolontariusza, czy kogo tam jeszcze, przede wszystkim człowieka, który ma cokolwiek do powiedzenia, człowieka ciekawego świata i człowieka dobrego. Być może każdym z nich po części był, tak czy inaczej. Nie wszystko w nim było sztuczne i skrojone jedynie pod ten szwindel. Tego jestem pewien. Cokolwiek w nim polubiłem, mam przynajmniej nadzieję, że było to autentyczne. W finale dopiął swego. Inwestycja zwróciła mu się z nawiązką. Ja natomiast szukałem historii, intrygującego tematu i tego dostarczył mi Mecenas. On był tą „historią”. Stało się tak, jak niechcący na początku przewidziałem. Niestety, musiałem za to zapłacić. Wtedy, gdy mnie wyprowadził w pole, i przerobił na te 1000 pesos, byłem zrezygnowany. Potem się z tym pogodziłem. Dzisiaj nie miałbym już do niego żalu. Za to chętnie dałbym mu zdrowo w mordę. Dla równowagi.

Mecenas zostawił mi coś jeszcze, czego świadomie na pewno nie chciałby mi zostawić. Lecz zrobił to nieświadomie, co było jedynym błędem, jaki popełnił. Przecież ja mam Mecenasa na zdjęciu! Razem z kogutem na skrzyżowaniu Av. Mexico i Av. Duarte. Tam się wszystko zaczęło…

Postscriptum

Mecenas liczył na więcej. Potencjał tego szwindlu był, co najmniej cztery razy większy. Blisko finału musiałem go mocno rozczarować. Chyba zabrał się za późno za sondowanie głębokości mojej kieszeni. Pierwotnie zakładał, że skubnie mnie na znacznie większą sumę. Pewnie podejrzewał, że te minimum 100 dolarów będę przy sobie miał. Może dzień, albo dwa dni wcześniej bym miał…

Później chciał tę farsę wykończyć, powiedzmy to, z klasą. Dlatego dociągnął mnie do tej „Pintury”. To miejsce świetnie się nadaje od strony, nazwijmy ją, logistycznej, aby by kogoś wyprowadzić w pole. Można więc kogoś wywieźć w okolice „Pintury”, tak jak mnie wywiózł Mecenas, potem zostawić tam na pastwę losu i dość szybko wrócić do centrum, wykorzystując carros públicos kursujące na innej, powrotnej trasie: najpierw wzdłuż Ave. Isabel Aguiar do Av. John F. Kennedy i dalej ekspresowo „do domu”.

Tak pewnie zrobił Mecenas. Co więcej, on pewnie myślał, że ja się przy tej „Pinturze” porządnie zagubię. Lecz ja znałem tamte okolice bardzo dobrze. Kiedyś ten odcinek, który wspólnie przejechaliśmy, przemaszerowałem pieszo w całości. Dobrze się tam orientowałem. W efekcie, gdy mnie już orżnął, bardzo szybko złapałem właściwy transport i wróciłem do centrum, niemal do punktu wyjścia. Potem nastała rzęsista burza, niebo zaszło granatem, a ulicami spływały rwące potoki wody. Schroniłem się w barze blisko starówki i odtwarzałem w głowie tę całą farsę. Wciąż miałem ze sobą gadżety Mecenasa. Oprócz tej teczki z czystymi kartkami była jeszcze niebieska reklamówka. A w niej: woda kolońska, zużyta do połowy, nowy talk do stóp oraz rachunek za ten talk na 80 pesos, z marketu przy Av. Duarte. Oto cały spadek po Mecenasie…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *