Auto wycisk

W miastach takich, jak Santo Domingo, Santiago czy gdzieś na północnym wybrzeżu Dominikany rządzą na drogach wieloosobowe publiczne taksówki, tzw. carros públicos. To zwyczajne osobowe bryki, w dużej ilości stare toyoty, mazdy czy inne modele made in Japan sprzed lat, do których nagminnie wchodzi więcej typków, niż powinno wejść zgodnie z przepisami. Nie mówimy tu, rzecz jasna, o brykach odpicowanych, tylko prędzej o wyjeżdżonych truchłach, sto razy stukanych, obolałych ze starości, bez połowy bebechów. Jakież to potrafią być czasem totalne gruchoty, jakież zombie na czterech kółkach, z przebiegiem Ziemia – Księżyc. Wiele z tych maszyn jeździ o dziwo normalnie, inne tylko udają, że jeżdżą… Tak czy inaczej, pasażerów nie brakuje, bo carros públicos są w miarę tanie, łatwo dostępne i świetnie zorientowane muzycznie. Co więcej, można zacieśnić (i to dosłownie!) więzy towarzyskie

Łatwo rozpoznać carros públicos po typowych oznaczeniach na dachu, na sfatygowanych drzwiach, czy przedniej szybie (bywa, że solidnie strzaskanej). Wtedy też wiadomo, skąd i gdzie jadą. Ich trasy, tzw. rutas, są ściśle ustalone i zwykle dotyczą ważniejszych komunikacyjnych arterii w mieście. Szoferom wybitnie zależy na wydajnym przerobie pasażerów, stąd na trasie rządzi zasada: im większy ścisk, tym lepiej. Powietrze ma przez auto przepływać (i co najwyżej chłodzić pasażerów), a nie się autem wozić. Kto był w Dominikanie i korzystał z tej formy transportu, ten dobrze pamięta chwile ofiarnego dzielenia dyskomfortu ze współpasażerami: ściskanie ud, wciąganie rufy, skręcanie w precel rąk i nóg. W tym samym czasie, inne części anatomii (o których właśnie pomyśleliście) w potwornej ciasnocie gubiły pierwotny fason.

Można mieć o carros públicos złe zdanie i pluć na beton, widząc je w pobliżu, lecz nie sposób ich zupełnie zignorować. Trzeba im oddać jedno: są diabelsko przydatne, nierzadko wręcz niezastąpione, nawet gdy swą aparycją zbiega ze złomowiska, jasno komunikują coś zupełnie innego…

Siedem musi wejść

Szczęśliwą cyfrą dla każdego szofera w każdym krążącym po Santo Domingo carro público jest siedem. Oznacza ona, iż szofer zgarnął już komplet pasażerów i może wcisnąć mocniej gaz. Teraz obejdzie się bez specjalnego zwalniania, ciągłego trąbienia, dawania stojącym na poboczu ludziom sygnałów, że wciąż jest miejsce. Nastaje czas kiedy szofer sobie odpuszcza. I nie dlatego, że ma jakieś opory, że się martwi o przeciążenie auta, czy może myśli o kontroli drogowej. Nic podobnego. Chętnie by jeszcze kogoś wcisnął na dokładkę i dorzucił do sakwy syndykatu ekstra pesos. Tyle, ze pasażerowie mu na to nie pozwolą, bo chociaż ryby głosu nie mają, to sardynki zapuszkowane w carro público to nie leszcze i mówić potrafią dobitnie, co uważają.

Szofer ma jechać, nie kombinować za bardzo i wysadzać ludzi tam, gdzie akurat chcą. Carro público to taki rodzaj wieloosobowej taksówki, która zawsze na swej ustalonej trasie „od pętli do pętli” korzysta z przystanków na żądanie. Te istnieją jedynie… w głowach pasażerów i tylko od woli pasażerów zależy gdzie i kiedy się zmaterializują. Co oznacza, że znajdują się gdziekolwiek. Czasem ktoś od razu powie, gdzie ma zamiar wysiąść i szofer to zapamięta, i potem stanie, gdzie trzeba, bez dopytywania. Czasem żądanie wysiadki pojawi się znienacka, bo się na przykład chłop w baby apetyczne walory zapatrzy i wtedy kierowca daje po hamulcach, dobija do krawężnika a chłop się żegna, do baby cmoka i nie do końca chętnie wychodzi.

Szofer nie szachruje

Bywa, że płaci się tuż przed opuszczeniem auta, ale przeważnie wymagane pesos są wręczane szoferowi zaraz na wejściu, albo choćby w trakcie jazdy. Jeśli kierowca otrzyma wyliczoną kwotę to świetnie, jeśli musi coś tam wydać to wydaje, albo od ręki, albo gdy ma więcej luźnego grosza lub więcej swobody w ruchach. Toteż, gdy pasażer nie otrzyma od razu reszty nie piekli się, nie komentuje, tylko czeka, bo wie, że zwrot wnet dostanie. Jeśli pasażerowi brakuje w tej materii obycia, bo jest np. żółtodziobem, jakim niegdyś sam autor bywał, to może nieopacznie pomyśleć, że go szofer wycyckał. Ale to raczej mało prawdopodobne.

Taryfy są z góry ustalone i szoferzy trzymają się ich twardo. Poza tym cała pasażerska brać czuwa. Dominikańczycy są dość wrażliwi na wszelkie próby zrobienia kogoś na szaro, szczególnie gdy na pokładzie jedzie z nimi potencjalna ofiara, czyli obcy. Wiedzą, że szofer odda kasę białasowi, dobrze to wiedzą, ale po swojemu troszczą się o białasa, więc gdy szofer jakoś przedłuża sprawę to mu uwagę zwrócą, że białas czeka zbity z tropu i nie kuma o co biega, i trzeba białasa uspokoić.

Zamiast reszty kawa

Kiedy nadeszły już te czasy, że się białas w transporcie dominikańskim jako tako wyrobił i nawet stał fanem miejskiego śmigania w carros públicos, i kiedy mu się zdarzyło, że chciał tylko dwie przecznice podjechać, a mimo to bezmyślnie dał kierowcy tyle, że ten musiał wydawać na raty, bo na raz nie miał, i kiedy się białasowi spieszyło, bo już właśnie wysiadał a kierowca nie dokończył wydawania, to białas się z kierowcą dogadał, że ten mu nie wyda tylko kiedyś kawę postawi. I ludziska w aucie to podchwycili i z aprobatą głowami kiwali, że bien, muy bien, że białas taki na kawę łasy i wie czego chce. Nie szło przecież o gadanie dla samego gadania. Spora szansa na to, że na tego szofera się jeszcze trafi. Oraz na jego kawę. Za którą zapłaci grosze ale zawsze będzie to café dominicano, czyli konkretna waluta a nie jakiś żart…

Na jednym siądzie dwóch

Klasyczny rozkład pasażerów w przeładowanej publicznej taksówce to 1:2:4. Oczywiście, kierowca siedzi dokładnie na swoim miejscu, choć często nie jest to takie oczywiste, szczególnie, gdy w aucie dyskusja wrze, a dyskusje dominikańskie wymagają zagęszczonych czynności ruchowych, toteż nie można w pełni gestykulować i zarazem auto po bożemu prowadzić, z obiema dłońmi na kierownicy. Trzeba ich dla emfazy używać, co i rusz. Dlatego ktoś tam na górze, ktoś odpowiedzialny za „dominikański gatunek”, pamięta o tym i sprawia, że takie czy inne auto cudem przechodzi na autopilota.

Po prawej stronie kierowcy zalega, jak wiadomo, fotel dla pasażera: w teorii – jednego, w praktyce – dwóch. Z tyłu gnieżdżą się cztery osoby. Prawie nie słychać, jak postękują, gdy im nieznośnie ścierpną kończyny, bo w radiu huczy skoczne merengue. Oto szczęśliwa siódemka.

Jeśli ktoś wysiądzie i zwolni się siedzenie, to szczególnie z tyłu wszyscy poczują niewymowną ulgę, ale wówczas zniknie tempo przelotowe i wróci ślimacze, bo szofer znowu będzie skanował pobocza i na klienta polował, aby wyeliminować nierentowny luz…

Udostępnij artykuł na:
3 Odpowiedzi
  • Tomek
    Październik 16, 2016

    Miałbym opory, żeby wsiąść… 😀
    Chyba chłopaki za dużo nie zarabiają na tym, bo ich narzędzia pracy wyglądają na leciwe i z deka zaniedbane?

    • caribeya
      Październik 16, 2016

      Tomek, pierwszy raz to zawsze jakaś niepewność, a potem już idzie gładko (albo gładko jedzie, zależy od kondycji wehikułu ;)).
      Carros públicos to „zjawisko społeczne”, trzeba mu się przyjrzeć, najlepiej podczas obserwacji… uczestniczącej.
      A szoferom tych zombie – gablot nie opłaca się ich klepać na warsztatach, mazać nowym lakierem, dokręcać reflektorów, podnosić zderzaków piłujących asfalt. Wóz ma jeździć, trzymać się na kołach. I wozić ludzi po swej trasie. Jego aparycja ma drugo-, albo i trzeciorzędne znaczenie. Kiedy dwa gruchoty pukną się, drasną gdzieś tam w korku, albo w innym zamieszaniu, to może takie puknięcie poprawi im coś tam w tej sto razy już pukanej karoserii. Podsumowując, nowe auto lub nader odpicowane na carro público się nie nadaje. Kierowcy o tym wiedzą.
      Saludos,
      Marcin

    • dominikana
      Listopad 6, 2016

      zalezy. przy obecnych cenach pesos i usd co bardziej obrotny szofer w Santiago zarobi tyle co ktos w pierwszej pracy na sluchawkach w IBM, Capgemini czy innych „specjalnych strefach ekonomicznych” w Polsce 🙂
      tyle ze koszty zycia potrafia byc zabojcze, a jak sie jeszcze lubi wypic i z dziewuchami czasami poszalec to ledwo na swoje dzieci wystarcza 🙂
      poza tym Toyota rzadzi, wiedza to wszyscy, nawet ci z „umiarkowanej opozycji” na Srodkowym Wschodzie.
      Takze co z tego ze corolla z 1992 wyglada jak trup, wazne ze slinik smiga 😉

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *