Bawełniany idol

Niedawno w hiszpańskim dzienniku El Pais i włoskim Corriere della Sera ukazały się artykuły o tym, że Dominikana domaga się od Włoch zwrotu pewnego bożka. Owe bóstewko mierzy 55 cm wzrostu i jego wiek szacuje się na minimum 500 lat. Oznacza to, że zrodziło się na zamieszkałej przez Tainów wyspie przed jej odkryciem przez Kolumba w 1492 roku lub po jej okryciu i ochrzczeniu La Española. Figurkę bóstwa utkano z przędzy bawełnianej (do tego kunsztownie – jak można dojrzeć na fotografii). Ponadto została w niej „zaszyta” naturalnych rozmiarów, choć zdeformowana, ludzka czaszka.

Przypuszczalnie należała do persony najbardziej prominentnej w społeczności Tainów, czyli do wodza-kacyka. Figurka (idol, totem, fetysz) – zwana zemí uosabiała przeważnie któregoś z bogów, ducha przodków, albo niejako „dwa w jednym”, czyli z grubsza przodka w randze boskiej. W dwóch ostatnich przypadkach figurki czy rzeźby pełniły funkcję relikwiarzy (na co dobitnie wskazuje wspomniana relikwia w formie czaszki).

Biorąc pod uwagę gabaryty owego idola oraz artyzm jego wykonania musiał służyć przywoływaniu z zaświatów kogoś doprawdy mocarnego, bardzo zasłużonego w świadomości Tainów. Utrzymywanie kontaktów z zaświatami (po gruntownym, rzecz jasna, odurzeniu) stanowiło domenę lokalnego szamana, którego Tainowie tytułowali behique. Idol, drewniany, ceramiczny bądź bawełniany był niejako „wtyczką” do owych zaświatów i poprzez niego moc – uzdrowicielska, wróżbiarska czy każda inna – spływała na potrzebującą społeczność.

 „Idol z bawełny” (zemí de algodón) jest unikatem w skali światowej, rzadkim prekolumbijskim reliktem i jedynym odnalezionym na Hispanioli, który zachował się do dnia dzisiejszego (nie tracąc przy tym wiele z swej kondycji).

Dlatego Dominikana domaga się od Włoch jego zwrotu.

Od dziesięcioleci właścicielem zemí jest bowiem Muzeum Antropologii i Etnografii Uniwersytetu w Turynie. Nawiasem mówiąc, muzeum niedostępne dla publiczności od prawie czterech dekad.

Jak to się stało, że ten niezwykły dominikański artefakt zawędrował tak daleko od macierzy?

Włosi utrzymują, że został im podarowany. Dokładnie w 1848 roku przez Pedro Santanę – pierwszego konstytucyjnego prezydenta powołanej cztery lata wcześniej Republiki Dominikańskiej. (Ten sam Santana ogłosił zdrajcą i skazał na wygnanie Juana Pablo Duarte, jednego z ojców-założycieli tejże republiki, dziś narodowego herosa).

Posążek miał otrzymać Giuseppe Giovanni Battista Cambiaso (w Dominikanie znany bardziej, jako Juan Bautista Cambiaso). Urodzony w Genui eksplorator, kupiec, marynarz, admirał. Osiadł w Santo Domingo w okresie okupacji haitańskiej (1822-1844), poparł powstanie niepodległej Republiki Dominikańskiej i przyczynił się do utworzenia dlań floty marynarki wojennej (obecnie zwanej Armada de República Dominicana), która gromiła flotyllę haitańską w długim okresie walk niepodległościowych, choćby w słynnej bitwie morskiej blisko Portu Tortuguero w Zatoce Ocoa.

W uznaniu zasług wojskowych Juan Bautista Cambiaso otrzymał stopień generała. Po wycofaniu się z działalności politycznej i militarnej wrócił do handlu. W międzyczasie stał się posiadaczem bohatera tej historii, czyli bawełnianego zemí. Ponoć istniała dokumentacja potwierdzająca, że nie tyle go otrzymał, co sam go zakupił i to znacznie później, bo w 1882 roku.

Tymczasem Dominikańczykom takie daty nie pasują do przebiegu zdarzeń. Według nich odkrycie zemí miało miejsce w 1891 roku, czyli de facto 50 lat po rzekomym „podarku Santany”. Odkrycia dokonał przypadkiem myśliwy w jednej z jaskiń prowincji San Cristóbal (na zachód od Santo Domingo). Mniej więcej z tego okresu, czyli z końcówki XIX w., pochodzą pierwsze szkice zemí. Autorem jednego z nich (bodajże najsłynniejszego) jest niemiecko-amerykański malarz i dziennikarz Rudolf Cronau. Zamieścił go w swojej książce „Amerika” (1892).

El Cemí de Algodón. Photo source: «Dioses...decorados con la aguja del bordador»: los materiales, la confección y el significado de un relicario Taíno de algodón, www.researchgate.net © British Library Board 9551.1.6

Jedno z pierwszych zdjęć „bawełnianego idola” (El Zemí de Algodón) w książce „Amerika” (1892) Rudolfa Cronau. Źródło zdjęcia/Photo source: www.researchgate.net / © British Library Board 9551.1.6

W 1903 roku bawełniany idol trafił, tak czy inaczej, w ręce… rodziny Cambiaso, być może krewnych Juana Bautisty, który zmarł w 1896 roku w Santo Domingo. (Nazwisko Cambiaso, podobnie, jak choćby Vicini, Bonetti, czy Billini było popularne wśród potomków włoskich imigrantów trafiających na wyspę od czasów kolonii hiszpańskiej).

Co dalej?

Za sprawą tejże rodziny Cambiaso zemí został przewieziony do Włoch. I ślad po nim zaginął. Do momentu, gdy w 1950 roku wystawiono go w muzeum turyńskim tyle, że z opisem wskazującym na jego pochodzenie… peruwiańskie. W jakimś sensie owo zaginięcie nie zostało rozwikłane.

W 1970 roku tematem zainteresował się wybitny dominikański historyk, antropolog i pisarz Bernardo Vega de Boyrie. W najstarszej dominikańskiej gazecie Listín Diario otrzymał nawet przydomek „kulturowy detektyw”. Rozpoczął śledztwo, które miało wskazać miejsce pobytu „dominikańskiego zemí”? Trop zaprowadził Vegę najpierw do Muzeum Brytyjskiego w Londynie. Lecz tam nie znalazł figurki tylko jej zdjęcie. Nowy trop wskazywał na Turyn. Bingo.

Okładka książki El zemí de algodón taíno. Opracowanie zbiorowe - redakcja: Bernardo Vega. Santo Domingo: Academia Dominicana de la Historia, 2014

Okładka książki El zemí de algodón taíno. Opracowanie zbiorowe – redakcja: Bernardo Vega.  Wyd. Academia Dominicana de la Historia, Santo Domingo, 2014

Badacze dominikańscy podejrzewają dziś, że ten wyjątkowy bawełniany relikwiarz mógł znaleźć się w zbiorach turyńskiego muzeum w drodze aukcji.

Włosi nie potwierdzają tej teorii. Według nich figurkę przekazał do muzeum w 1928 roku niejaki Cesare Buscaglia, prawnik z Genui, który wcześniej otrzymał ją od włosko-dominikańskiej rodziny Cambiaso, która z kolei otrzymała ją (pewnie poprzez Juana Bautistę Cambiaso) w formie wspomnianego podarku od dominikańskiego prezydenta Pedra Santany (albo w jakikolwiek inny sposób).

Różnicę między tym, co deklarują strony – włoska i dominikańska można właściwie wyliczyć w latach. Dokładnie wynosi ona 43 lata (przypomnijmy: 1848 r. versus 1891 r.). Oczywiście, Dominikańczycy nie mają nic przeciwko rodzinie Cambioso (człowiek o tym nazwisku wpisał się przecież chwalebnie w historię Dominikany). Za to nie dopuszczają wersji, w której ta sama figurka (dziś archeologiczna perełka o unikatowej wartości) mogłaby trafić w taki oficjalny sposób do rzeczonej rodziny Cambioso (i w konsekwencji do „zasobów kulturalnych” państwa włoskiego). Nawiasem mówiąc, to największą niewiadomą pozostaje tutaj sama data odkrycia bawełnianego zemí (w jaskini, czy gdziekolwiek).

Pierwsze próby nawiązania kontaktu z kuratorami turyńskiego muzeum w kwestii powrotu cemí do macierzy zostały podjęte w 2010 roku przez Danilo Manerę – pisarza, krytyka, profesora z uniwersytetu w Mediolanie i promotora literatury krajów hiszpańskojęzycznych (w tym szczególnie Dominikany). Liczący ponad pięćset lat taino-relikwiarz, przechowywany w szklanej gablocie, został mu pokazany „zakulisowo”. Pamiętajmy, że muzeum od połowy lat 80-tych XX w. nie funkcjonuje jako instytucja otwarta dla publiczności.

Po wstępnych mediacjach Manery władze jednego kraju zwróciły się oficjalnie się do władz drugiego o podjęcie negocjacji dotyczących warunków przekazania zemí do Dominikany. Problem w tym, że władze w Rzymie niewiele mogły w powyższej materii zdziałać. To władze uniwersytetu w Turynie, do którego należy Muzeum Antropologii i Etnografii mogą decydować o losach zemí. I jak łatwo się domyślić nie śpieszy im z oddaniem swego de facto najcenniejszego eksponatu. Oczywiście, podejmą współpracę z podobnymi placówkami w Dominikanie w celu kontynuacji badań nad obiektem tak rozgrzewającym wyobraźnię. Przed tym się nie wzbraniają.

Jednak Dominikana uważa, że to nie wystarczy. Badania badaniami, lecz chciałaby figurkę zemí z powrotem u siebie. Ponoć do jej ekspozycji zostanie przygotowana specjalna sala w „odświeżonym” Muzeum Człowieka Dominikańskiego (Museo del Hombre Dominicano) w Santo Domingo. Czy ta powstała w 1973 roku instytucja (i stale zaniedbywana) poradzi sobie z takiej rangi obiektem, zapewni mu bezpieczeństwo podczas wystaw, zagwarantuje właściwą konserwację? Wątpliwości nie kryje tu wspomniany wcześniej Bernardo Vega, który zresztą przed laty był dyrektorem tego muzeum.

Rozmowy trwają. Są w nie zaangażowane: ambasada Dominikany w Rzymie, Ministerstwo Kultury, Dyrekcja Generalna Muzeów, Dominikańskie Stowarzyszenie Prasy Turystycznej, etc. To sprawa ochrony tożsamości, zachowania narodowego dziedzictwa; to fundamentalna cześć dominikańskiej historii. O to chodzi Dominikanie, która się przebudziła, która teraz popędza.

Nie bez ironii można zauważyć, że wytropienie miejsca pobytu zemí w Turynie zajęło „dominikańskim śledczym” ładnych kilka dekad. Z drugiej strony, zemí przeważnie chowany w magazynach nieczynnego uniwersyteckiego muzeum (i sporadycznie pokazywany na wystawach gdzieś na świecie) to jednak przeciwnik wymagający. Tak czy inaczej, wniosek o zwrot zemí jest już podobno rozpatrywany.

Wymownie podsumowali to dziennikarze Gabriele Ferraris i Paolo Morelli piszący dla Corriere della Sera: „W tym momencie równie dobrze można zwrócić go Dominikańczykom. Tak przynajmniej Turyńczycy, którzy wyjadą na wakacje do Santo Domingo będą mogli go zobaczyć”.

Bawełniane fatum

Na koniec taka obserwacja, ciekawostka, refleksja.

Oto jak przewrotna potrafi być historia.

Kiedy 12 października 1492 roku załoga Kolumba ujrzała wreszcie Nowy Świat przybijając do małej wyspy Guanahani, miejscowi wywodzący się od Tainów i zwani Lucayan, przywitali przybyszów pierwszymi podarkami, którymi były „papugi, kłębki bawełny, strzały oraz wiele innych rzeczy”.

To zanotował Kolumb w swoim słynnym dzienniku.

Od razu też jasno zaznaczył co interesuje go najbardziej. „Z mej strony obserwowałem dobrze i starałem sobie zdać sprawę, czy istniało tam złoto”.

Jednak na każdej następnej odkrytej wyspie złota było jak na lekarstwo. Za to nie brakowało tam bawełny w różnej postaci. Kolumb wspomina o niej w zapiskach niemal trzydzieści razy! Wielokrotnie widział ją rosnącą na dziko lub przetworzoną. Zazwyczaj oferowano mu ją za bezcen: „tubylcy […] wymieniali kosz bawełny za kawałek sznurowadła […]”.

Po dotarciu na ostatnią z wysp, czyli na La Españolę, „widzieli wiele lentyszków i aloesów, a także krzewów bawełny; nie znaleźli złota i nie było w tym nic dziwnego, bo mieli zbyt mało czasu na szukanie”.

Kiedy zaś kacyk Guacanagarí podjął załogę Kolumba i „kazał Hiszpanów nakarmić, to wówczas wszyscy Indianie znosili najrozmaitsze przedmioty, jak tkaniny bawełniane albo kłębki nici”.

Na półwyspie Samaná, pod sam koniec pierwszej wyprawy, miejscowi Ciguayos (różniący się od Tainów, choćby temperamentem i językiem) „przybyli z bawełną, chlebem i ajes, wszyscy z łukami i strzałami […]”.

Innymi słowy, Tainowie, zamiast uszczęśliwić Kolumba workami złota, wszystko… owijali w bawełnę!

Parę wieków później zjawił się na Hispanioli znany nam już Giuseppe Giovanni Battista Cambiaso, podobnie jak Kolumb – Genueńczyk. I co tam otrzymał? No właśnie.

Hispaniola nie zapomniała o bawełnie…


Zdjęcie tytułowe: Lo Zemi di cotone, © Museo di Antropologia ed Etnografia dell’Università di Torino

Źródła cytatów w tekście:

  • Dziennik Corriere della Sera, «Torino deve ridarci Zemi», Santo Domingo chiede la restituzione del prezioso feticcio, 28.01.2020.
  • „Krzysztof Kolumb. Pisma”, tłum. Anna Ludwika Czerny, Wyd. P.I.W., Warszawa 1970.

 

4 Odpowiedzi
  • Robert
    Luty 5, 2021

    Jak zwykle bardzo interesująco, powinieneś założyć podcast lub vloga. Trafilbys do szerszego grona

  • JackWW
    Luty 6, 2021

    Znakomity artykuł. Natomiast cała sprawa jest tylko wierzchołkiem góry lodowej, a poczynania Republiki Dominikańskiej niestety mają niewielką szansę na powodzenie w odzyskiwaniu dziedzictwa kulturowego. Ale po kolei…nie bez zasadne było niedopuszczanie większości byłych kolonii do obszernych archiwów mieszczących się w Valladolid, Sevilli, Burgos i wielu innych. Jeśli mnie pamięć nie myli Dominikana zyskała dostęp do archiwum konkwisty dopiero w roku 2015 (Czy to jest pełny dostęp dla przeprowadzenia pełnowartościowej kwerendy to już zgoła inna kwestia, ponieważ bywa, że ów dostęp posiada różny zakres w zależności od muzeum/archiwum ). Dominikana straciła ogromną liczbę pozostałości po kulturze prekolumbijskiej za sprawą Hiszpanii, Francji, w latach późniejszych USA oraz plejady badaczy tychże kultur z całego świata ( tracąc przy tym i przy okazji zawieruch dziejowych wielką część tego co znajdowało się w archiwach i co już jest nie do odzyskania i czyni badania niestety jednostronnymi), niestety ten ostatni proceder trwa w najlepsze po dziś dzień.
    P.S. Znakomity archeolog dominikański Veloz Maggiolo wiele lat temu próbował wyciągnąć ową bawełnianą figurkę z Muzeum w Turynie, niestety z takim samym skutkiem z jakim MY próbujemy pozyskać od Szwedów czy choćby Niemców skarby kultury polskiej. Pozdrawiam JW

    • caribeya
      Luty 6, 2021

      Bardzo Ci dziękuję za ten cenny uzupełniający komentarz!

      To prawda, prekolumbijskie artefakty rozeszły się po świecie. Artefakty, które mogłyby tworzyć niewyobrażalne, magnetyzujące kolekcje w muzeach dominikańskich, kubańskich, czy innych. Jednak, artefakty te podziwiane są, badane, konserwowane z dala od macierzy. Zwiedzający popatrzą na taki ponad pięćsetletni relikt taino w elegancko podświetlonej gablocie muzealnej gdzieś w Europie, czy w Stanach Zjednoczonych i potem polecą wygrzać się na plażach, gdzieś w Dominikanie, czy na Kubie. I nawet nie skojarzą jednego z drugim.

      Oczywiście, zdarzają promotorzy prekolumbijskich rewelacji (wywiezionych tysiące kilometrów od macierzystych jaskiń etc.). Pośród nich byli też polityczni mocarze, jak choćby prezydent Francji Jacques Chirac, wielki orędownik kultury taino, który swą pasję do sztuki prymitywnej manifestował publicznie jeszcze jako głowa państwa. Wczuwał się w rolę przewodnika-wykładowcy, opowiadając ponoć z godną szacunku precyzją o rytuałach taino opartych na halucynogenach; nie pomijając takich detali, jak „szpatułki wymiotne”, które służyły sprawnemu oczyszczeniu ustroju pokarmowego ze wszelakich nieczystości mogących zakłócić radosne rytualne ćpanie.

      Potem otwarte w 2006 roku muzeum Musée du quai Branly dowartościowało się jego imieniem. Chirac zdążył jeszcze uświetnić inaugurację swoją wizytą. Ale to wszystko w Musée du quai Branly a nie, choćby np. w Museo del Hombre Dominicano w Santo Domingo – w Muzeum Człowieka Dominikańskiego, gdzie miałby trafić „bawełniany idol”. Muzeum, z którym byli ściśle powiązani: wymieniony w artykule Bernardo Vega de Boyrie i wspomniany przez Ciebie Marcio Veloz Maggiolo. Nawiasem mówiąc nie zdziwiła mnie ta wątpliwość Vegi, czy Museo del Hombre Dominicano sprosta potencjalnemu przyjęciu sławetnego zemí. To muzeum odwiedziłem pierwszy raz w 2008 roku. Do dziś pamiętam tamtą wizytę. Ale szczęka opadła mi nie na widok prekolumbijskich archeologicznych perełek, tylko z powodu niemożliwego zaniedbania tego kulturalnego przybytku. Fatalne ekspozycja (błędy w opisach, rozpiździelona infrastruktura, opiekunowie wpieprzający kurczaka z ryżem na środku sali wystawowej). Byłem w szoku. Zrobiłem kilka zdjęć, porozglądałem się, wyszedłem z niesmakiem.

      Zresztą, nie dotyczyło to jedynie tego muzeum. Kilka lat później poszedłem do Museo de Historia y Geografía, gdzie chciałem spojrzeć na samochód, którym 30 maja 1961 jechali zamachowcy, aby załatwić na amen L.R. Trujillo. Auto widziałem. Ponadto, mozaikę szaroburych zacieków i grzyba na ścianach. Najlepiej wypadło w okolicy Museo de Arte Moderno. Sztuka nowoczesna broniła się jeszcze w jako tako utrzymanych murach.
      Te wymienione muzea są zlokalizowane w dominikańskiej stolicy w obrębie miejsca, zwanego się Plac Kultury. Miejsca z ogromnym potencjałem (jak najbardziej – turystycznym). Dopiero relatywnie niedawno opamiętano się i przeszeregowano priorytety wydatków z budżetowej kasy. Przebudowane Museo de Historia y Geografía otwarto ponowie 13 sierpnia 2020 roku, czyli na 3 dni przed oficjalnym zmianą ekipy rządzącej. Ważne, że otwarto. I oby reszta przybytków z w/w Plaza De La Cultura wróciła do życia i realizowała swe cele dla dobra odwiedzających Santo Domingo i tych, którym zależy, aby ta najdawniesza kultura, choćby „uszczuplona” była w pełni eksponowana.

      Być może ta opieszałość Dominikany w „kulturowych śledztwach” wynika z czegoś więcej, niż tylko z „administracyjnych blokad” tychże rozmaitych fragmentów kultury Tainów w krajach, do których kiedyś, w różnych okolicznościach te fragmenty trafiły. Może Dominikanie powinno zależeć bardziej. To mi właśnie przychodzi do głowy, próbując ogarnąć tę w/w wątpliwość señora Vegi.
      Serdeczne saludos, Marcin.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *