Bejsbol w Dominikanie

Dominikańczycy mają pelotę, czyli bejsbol we krwi. Za sprawą amerykańskich żołnierzy, jacy pojawili się w ich kraju na początku XX wieku. Wysłano ich tam w latach 1916-1924, aby przywrócili porządek i chronili jankeskich interesów, co przypominało okupację. Kiedy wojskowi gringos nudzili się, dla zabicia czasu zakładali rękawice, łapali za kije i  grali w swoją grę narodową. Miejscowi przyglądali się z ciekawością rozgrywkom swych okupantów. Wreszcie zamarzyło im się popróbować własnych sił w tej grze. Zaraz okazało się, że do odnoszenia sukcesów w baseballu Dominikańczycy są stworzeni, zwyczajnie. Ogrywali Amerykanów, nie poprzestając na tym. Sport zadomowił się na ich podwórku i dynamicznie rozwinął. Do jego popularyzacji przyczynił się również sam dyktator Rafael Leonidas Trujillo, ponoć rozmiłowany w tej dyscyplinie. Dzisiaj przystojni latynoscy gracze z Dominikany podpisują milionowe kontrakty w Major League Baseball, czyli profesjonalnej lidze bejsbolowej w Stanach Zjednoczonych. Ich dominacja na tym polu jest tam wyraźnie zaznaczona. Zawodnicy tacy, jak Manny Ramirez, Vladimir Guerrero, czy Miguel Tejeda stają się półbogami dla setek młodych chłopców, szczególnie tych dorastających w nędznych barrios, w najbiedniejszych dzielnicach dominikańskich miast. Sukces w pelocie oznacza prestiż i byt w lepszym świecie. Dlatego treningi dają nadzieję.

Młodzi adepci ćwiczą niezmordowanie, aby któregoś dnia łapać i wybijać piłkę tak, jak ich idole. Często, z braku właściwego sprzętu, używają do gry np. twardej łodygi z trzciny cukrowej oraz niedojrzałej pomarańczy. Chodzi o to, by ciągle rozwijać umiejętności. Sparingi rozgrywają gdziekolwiek: w parku, na ulicy, w tumanach brunatnego kurzu na kawałku pola w kształcie diamentu.

Zawodowa liga w Dominikanie (LIDOM, Liga de Béisbol Profesional de la República Dominicana) liczy sześciu zespołów: Águilas Cibaeñas z Santiago, Estrellas Orientales z San Pedro de Macorís, Gigantes del Cibao z San Francisco de Macorís, Leones del Escogido z Santo Domingo, Tigres del Licey również z Santo Domingo, Toros del Este z La Romana

Teamy te rokrocznie toczą bój o mistrzostwo w sezonie zimowym (nie koliduje to z później startującą ligą w USA). Rozgrywki przyciągają tłumy fanatyków, zarówno na rozświetlone stadiony, jaki i przed huczące telewizory, wystawione przed domy, w colmados, czyli barach za rogiem, albo na stacjach benzynowych. Bywa, że bilety rozchodzą się na długo przed rozpoczęciem zawodów. Ostatni tytuł czempiona, w sezonie 2015/16 wywalczyła ekipa z Santo DomingoLeones del Escogido. Nie sposób zliczyć drużyn amatorskich, rozproszonych po całym kraju. Do tego dochodzą akademie szkoleniowe, zakładane przez „łowców głów” ze Stanów Zjednoczonych. Utalentowane żółtodzioby dają z siebie wszystko, by ktoś ich zauważył i pomógł spełnić „amerykańskie marzenie”.

Złośliwi mawiają, że baseball to taka gra, która składa się głównie z przerw. Dominikańczykom to nie przeszkadza. Oni kochają baseball. W pewnym sensie, jest dla nich krzepiącą „karmą”, dumą narodową, ucieczką od trudnej codzienności. Starzy i młodzi, w czapkach z logo swoich ulubionych drużyn nie przepuszczą żadnego meczu. Warto potowarzyszyć kibicującej gawiedzi, by poczuć wielkie emocje i to co naprawdę łączy Dominikańczyków.

Napatrzyłem się na bejsbol w Dominikanie. Najwięcej czasu spędziłem wśród młodych adeptów tej gry, np. w Centro Olímpico Juan Pablo Duarte, czyli w „Centrum Olimpijskim” w Santo Domingo. Byli doskonali. Pełni pasji. Oczarowała mnie ich determinacja, postawa, kształtujące się silne charaktery.

Ponadto, muszę przyznać, iż bejsbol to jest sport niezwykle fotogeniczny.

Na pożegnanie życzyłem tym wytrwałym chłopcom mucha suerte, czyli dużo szczęścia. I oni, i ja dobrze wiedzieliśmy, o co chodzi.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *