Bejsbolowy narybek

Spotkałem w Santo Domingo dziarskiego i obrotnego człowieka, który własnym sumptem zbudował i rozkręcił „profesjonalną podwórkową” ligę bejsbola. Pozbierał z ulic szwendające się wyrostki, zorganizował im kije, rękawice oraz resztę ekwipunku, rozdał stylowe t-shirty, wymyślił logo dla swego dream teamu a każdemu wychowankowi twardo i jasno wyklarował, że jeśli mają się obijać, to będą to robić w grze – dosłownie! I chyba udało mu się młokosów przekonać. Niejeden „kijbolista” z polskiego osiedla mógłby się tęgo zdziwić, widząc czemu faktycznie służy bejsbolowa pała.

Te zdjęcia to gdzie wykorzystasz? – spytał mnie niski i krępy Mulat, poprawiając swą bejsbolówkę. Siedzieliśmy na zużytej murawie boiska w Centro Olímpico Juan Pablo Duarte. Odpowiedziałem mu, że zbieram materiał do reportażu o „normalnym” życiu Dominikańczyków, dodając iż bejsbol wydaje mi się być jego ważną częścią.

Skoro żółtodziobom, których tu widzisz chce się grać, to znaczy, że coś jest na rzeczy – zamyślił się przez moment i dokończył. Tak, gramy w bejsbol i gramy dobrze. Widzisz tego pałkarza, o tam? – wskazał dzieciaka, gotowego uderzyć piłkę. Jak myślisz, ile ma lat?

Z dziesięć to ma… – próbowałem zgadnąć.

Osiem! – poprawił mnie mój rozmówca. Ma osiem lat i myśli, że pewnego dnia stanie się wielkim. Musi tak myśleć. Bo jeśli grasz tylko dla samej gry to jasne, że od czasu do czasu wygrasz ale… we własnym rewirze. Ale jeśli myślisz, że jesteś w stanie zmienić swoje życie, to tak się stanie, światła areny zapalą się dla ciebie. Zabłyśniesz!

Czy señor jest jego ojcem? – spytałem mimochodem

Nie. Chociaż mógłbym powiedzieć, że jestem ojcem ich wszystkich. Za to, jestem ich trenerem. Nazywam się Miguel! – powiedziawszy to z dumą rozciągnął przede mną swą czarną, sportową koszulę, abym mógł dobrze zobaczyć logo teamu. A potem dodał – Jeśli napiszesz coś o bejsbolu, to dopisz tam, że potrzebujemy sponsora…

I zaczął wydzierać się na jednego ze swych „kaczorów”. Miał, trzeba mu przyznać, stanowczy charakter. Do tego był prostolinijny. Trochę przypominał mi w sposobie zachowania trenera piłkarzy Franciszka Smudę. No i na co się gapisz? Na piłkę się patrz, jak leci, a nie na drzewo! No gdzie ta piłka? Straciłeś ją, tak jest – stra-ci-łeś!

Señor Miguel, ile pan potrzebuje? – nawiązałem do tego „sponsora”.

Każde peso byłoby mile widziane… – odparł zachrypniętym głosem – Problem w tym, no wiesz, że my potrzebujemy… pesos.

Chciał się dowiedzieć, skąd przyjechałem. Gdy mu wyjaśniłem, spytał czy bejsbol jest w Polsce popularny.

Nie, szczerze mówiąc, prawie nie znamy tej gry – wyznałem.

Za to futbol to pewnie znacie?

Kiwnąłem głową.

Tutaj, amigo, tutaj baseball… znaczy COŚ…

Najpierw podwórko, potem bejsbolowa akademia i w końcu Stany…

Raczej trudno zignorować bejsbol w tym latynoskim kraju. Sam, wolno bo wolno, ale nabieram przekonania do tej gry. Jest krzepiącą karmą Dominikańczyków. I senior, i junior w wysłużonych bejsbolówkach na głowach, z dzikim zapałem obejrzą każdy mecz. Czy to na wielkim, rozświetlonym Estadio Quisqueya w Santo Domingo, wypełnionych arenach w Santiago, albo San Pedro de Macoris, czy na wytartym poletku w kształcie diamentu w biednej dzielnicy, albo na wsi. Czy zwyczajnie, w huczącym telewizorze, wystawionym przed chałupę, w knajpie za rogiem, albo na stacji benzynowej.

A jest co oglądać! I to praktycznie non-stop. Kiedy miejscowi giganci po zabójczych styczniowych finałach kończą rozgrywki, zyskują zasłużoną sportową sjestę. Muszą zregenerować siły, ale i przeczekać: najpierw porę deszczową a później sezon upałów i huraganów. Jednak wtedy za kije chwytają zawodowcy ze Stanów Zjednoczonych. Świeże uniformy i wypolerowane rękawice zakładają Jankesi. Staruje tzw. Major League Baseball. A w niej mocno wyróżniającą się grupę Latynosów niezmiennie tworzą znakomici gracze z Dominikany. No to, jak im nie kibicować przed TV?

Dominikana, zresztą podobnie, jak i rozwijająca się w konkurencyjnym tempie na „bejsbolowym polu” Wenezuela zyskują sporą przewagę w treningach i w „produkcji” zdolnych zawodników. A ci, zarówno profesjonaliści, jaki i niepoliczalni amatorzy od wyrostków poczynając, mogą się niestrudzenie szkolić w wybijaniu i chwytaniu piłki praktycznie przez okrągły rok na świeżym powietrzu. Na wyniki nie trzeba długo czekać. Tym bardziej, że sprytni menedżerowie czołowych amerykańskich klubów latają do Dominikany na regularne „polowania” i nie wracają bez zdobytych „głów”.

Klimat tropikalnej wyspy wykorzystują również spece od zakładania bejsbolowych akademii, z roku na rok coraz intensywniej. W nich ma się rozwijać i kształcić narybek dla amerykańskich teamów, takich jak New York Yankees, czy Boston Red Sox. Niewykluczone, że każda drużyna z MLB zyska swój dominikański przyczółek. Na terenie kraju funkcjonuje wiele akademii, gdzie pod okiem wymagających coachów uczą się fachu, być może, następne gwiazdy największej ligi bejsbola.

Akademie dają możliwość wybicia się młodym talentom z Dominikany, jednak nic za darmo. Ulgi w treningach nie obowiązują. Adepci przechodzą podobno koszmarną zaprawę. Do samej akademii też niełatwo jest trafić. Najpierw trzeba „coś pokazać na podwórku”. I nad tym czuwał, między innymi, señor Miguel…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *