Biuro kolonialne

Było tak, że wróciłem z Gwadelupy, Dominiki, z tych niesamowitych wysp na Małych Antylach i z marszu wezwała mnie Dominikana. Odebrałem e-mail w telefonie, w taksówce, jadąc z lotniska w Warszawie, co wywróciło mi porządek żywota na kilka miesięcy. To była propozycja. Miałbym napisać przewodnik. Po Dominikanie. Dwa tygodnie później znowu lądowałem na Karaibach. Lubię wracać do Santo Domingo i obwąchiwać stare kąty, choćby po stokroć. Potrzeba mi chaosu latynoskiej ulicy. To mnie ożywia. Tak, jak szatan café dominicano. Łażę po tym mieście, jak po domu. Dość zdążyłem je dotąd poznać. Weszło mi w pamięć, w duszę, zostało tam.

Poleciałem karkołomnie przez Rygę i Brukselę. Tak się kalkulowało najlepiej. Wolałbym trafić z Dominiki do Dominikany bezpośrednio, z jednego tropiku w drugi. Lecz kto wiedział, co go czeka?

Portoryko i współpasażerowie

Tym razem jakoś mi się udało po drodze. Widziałem z góry Portoryko, z lotu stalowego ptaka. Przypadkiem dostałem takie miejsce, aby widzieć. Północne wybrzeże tej wyspy, tego kraju. Przed oczami miałem mapę z trasą lotu, wszczepioną w siedzenie. Gdy inni oglądali filmy, słuchali muzyki, ja gapiłem się w tę mapę, ciągle kojarząc jej fragmenty z tym, co miałem na żywo, za szybą, jakby mi za to płacono. Gdzieś tam w dole musiało być San Juan, Mayagüez, cieśnina Mona, gdzie nieraz przepadają nielegalni imigranci w łodziach przemytników. Ja leciałem do Santo Domingo, na wyspę sąsiednią. Nie było chmur. Kiedy indziej bywały gęste, burzowe. Trzęsło wtedy maszyną, gdy zniżała lot. Albo była noc. I tylko nikłe światła gdzieś tam w dole. I znowu wstrząsy, szaleńcze bujanie i gwałtowne „windy” góra-dół, przy lądowaniu. I kwaśny odór wymiocin, bo biedak siedzący za twoimi plecami tego nie wytrzymał. Chcesz się wyswobodzić z pasów i ewakuować, lecz współpasażer obok śpi twardo i nie czuje katastrofy, na oczach ma te takie, no wiecie, klapki do spania, nie widzi, że chcesz wyjść, że chcesz wyskoczyć, on leci do San Jose w Kostaryce, ma czas. Nie wiem, jak go zbudzić, czy lekko trącić, przeprosić, czy przetoczyć się nad nim wiele ryzykując, bo człowiek wybity ze snu zmienia się niekiedy bestię, psychopatę, różnie bywa. Kręcę się, bez dotykania człowieka, jakieś puste ruchy wykonuję, schylam się, podnoszę, szarpię sam ze sobą, bo te jadowite opary mieszają mi we łbie, w nozdrza mi się wwiercają, powietrze wibruje już od mojej hiper-aktywności, i te wibracje budzą mi wreszcie współpasażera, ten ledwo przytakuje, że nie wysiada w Santo Domingo, i jakiś nabzdyczony się wydaje, co potwierdza regułę, że śpiących lepiej nie tykać. Zresztą tego tutaj budziłem już drugi raz.

Dwie godziny wcześniej miałem własne problemy natury gastrycznej. Kurczyłem się w toalecie, bo mi jedzenie jakoś źle weszło, źle się ułożyło i zechciało raptownie wyjść, poskręcało mnie porządnie i poszedłem na stronę, zaryglowałem się w nadziei, że się w spokoju tam wymęczę, ale zaraz ktoś zaczął mi w drzwi stukać pukać, coraz mocniej, w końcu zaczął walić, jak opętany, bo potrzeba fizjologiczna zmieniła go w barbarzyńcę, a ja wciąż byłem daleko od finału, i nie mogłem tego nagle przerwać na żądanie, bo w żołądku wciąż mi kipiało, jak w Laboratorium Dextera, to się wydarłem po niemiecku, zakładając, że monstrum po drugiej stronie z napęczniałym pęcherzem, albo pełną kiszką zna ten język, bo wówczas z Niemiec lecieliśmy, a wystrzeliłem dokładnie i tamten to usłyszał, że „Ich habe, kurwa, Bauchschmerzen!”, czyli że mi brzuch rozwala, że mnie boli kretynie i nie wal, to nic nie da, i przestał walić, może zrozumiał, albo ton głosu go uświadomił, że niczego nie ugra, tak, ton głosu to chyba potrafi zmienić każdy język w coś jakby esperanto. Tak było kilka lat wcześniej.

Dominikańczyków dwóch

Za to, teraz leciałem wygodnym Dreamlinerem, w dodatku o nazwie „Diamond”, czyli diament jaki podstawiono na brukselskim lotnisku. Mogłem poczuć się, like diamonds in the sky w teledysku Rihanny. Po dziesięciu godzinach lotu tą maszyną człowiek nie czuje się wyżęty, tylko jakiś nienormalnie świeży, cicho tam jest w środku, choćbyś siedział z uchem przy silniku, i nie wysusza człowieka na wiór na wysokości jedenastu kilometrów. Resztę można znieść, także brzydki zapach z ust współpasażera pod warunkiem, że ten jest Dominikańczykiem, mówi po hiszpańsku-karaibsku, tj. z kluchą w gębie, a ty lecisz do Dominikany, i masz szansę złapać odpowiednie fale grubo wcześniej. Ja to miałem szansę podwójną. Towarzyszyło mi dwóch Dominikańczyków. Starszy i młodszy. Ten pierwszy, zresztą tęgi żartowniś, a jaki rubaszny, nazywał rzeczy po imieniu. Dawno nie jadł porządnego dominikańskiego obiadu, dawno nie widział żony. Czułem, co się szykuje, domyślałem się, ale on mi musiał sam wyklarować dosadnie, abym wiedział, że zaraz, jak tylko dotrze na miejsce, to będzie wpychał w siebie sancocho, ile wlezie, i będzie nadrabiał zaległości małżeńskie, powiedział mi to, jak kumplowi, że pociupcia niemożliwie, aż mu żona od tego zbzikuje, i oblizał się na myśl o jednym i drugim, i prawie mi pokazał, jak się za to zabierze, no miał stary ogień w lędźwiach, miał, buhahaha, musiałem się roześmiać, bo jak inaczej reagować, widać ta cała Europa, ta sztywna Bruksela, organizująca „rozrywkowe” mitingi w stylu „Dni Stali” nic a nic go nie poskromiła, poza tym on zobaczy wnuki, bo kawał czasu ich nie widział, całą szóstkę, bo ma dla nich walizkę prezentów. Wnuki są takie szczere, dorzuca. Wyobraziłem sobie, jak ta gromadka rozgrabi tę walizkę w trymiga i rozniesie wszystko po okolicy.

Młodszy współpasażer wystroił się, jak gangster z teledysku, lecz był spokojniejszy. Mówił niewiele. Raczej słuchał, gdy ten jurny dziadek nawijał, jak najęty. Młodszemu urodziła się właśnie córka, tylko to się liczyło. Ciągle kontrolował czas, co rusz spoglądał na wielką, błyszczącą busolę ciążącą mu na wątłym przegubie. Potem starszemu odbiło, chyba niektórym na wysokości odbija, zachciało mu się napić pokładowej „kawy”, czyli diabelskich szczyn po dziesiątym filtrowaniu. Sugeruję mu, jak anioł stróż, aby dał spokój, że za dwie godziny napije się kawy u siebie, przecież napije się café dominicano, niech sobie nie psuje smaku, no i mnie senior cudem posłuchał. W Santo Domingo obaj wyrwali, jakby im nie zależało na bagażach. Kiedy odebrałem własne toboły, wziąłem taksówkę, a raczej naganiacz mnie do niej zaciągnął. Miałem trochę pesos z poprzedniego razu, kilka wymiętolonych setek, dolary i jakieś euro. Zapłaciłem taksówkarzowi w trzech walutach, nie narzekał, tak wyszło. Mógł mi nieco spuścić za to, że mu się przysłużyłem w roli nawigatora, gdyśmy do centrum dojechali i nie wiedział, jak ma kręcić, aby mnie wysadzić tam, gdzie chciałem. Wcześniej łapałem klimat niedzielnego popołudnia na przedmieściach.

Williams o twe łoże zadba

Jeśli dolatujecie do stolicy Dominikany i potem z lotniska szykuje wam się kurs do miasta, to jedno macie zapewnione – przyjemny prolog, dojazd autostradą Las Americas. Prawie cała trasa, dwadzieścia parę kilometrów, biegnie wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego. Za dnia wpatrujecie się w to połyskujące, pomarszczone morze, zmieniające kolory, a nocą, albo nad ranem, po prostu wychylcie głowę przez okno, owieje was orzeźwiająca bryza, poczujecie morski zapach, być może usłyszycie odgłos fal rozbijających się o nabrzeżne skały. Radość jest z tego wielka, dopiero początek wagabundy, można się wspaniale nastroić, odchodzi zmęczenie, a jakaś bachata z radia dopełni reszty, na lokalnych szoferów można liczyć, gorzej, gdy człowiek jedzie w odwrotnym kierunku, bo zaraz wylatuje, kończy mu się dominikański czas, wtedy to, co wcześniej radowało, teraz raczej przygnębia, bo nie łatwo się tropiki opuszcza.

W hotelu, blisko Malecónu, wita mnie chłopak, którego imię brzmi, jak nazwisko Sereny, tenisistki, czyli Williams. Mówię mu, że mam rezerwację, a on mi na to, że nie ma problemu, bo są wolne pokoje i mogę sobie wybrać, jaki chcę. To idziemy na górę, abym mógł się na któryś zdecydować. Ale jestem taki niezdecydowany, że zaczynam czuć się głupio, zaczynam żałować za tego chłopaka, że mi taką opcję zaproponował. Williams widział to inaczej, przekładał karty magnetyczne, otwierał kolejne wrota komnat bez zniecierpliwienia, pokazywał, co i jak, chciałem wiatrak, bo wolę epokę wiatraków od epoki klimatyzatorów, lecz cywilizacja niestety w tym hotelu rozpanoszyła się na dobre i musiałem spasować, niech zatem będzie klimatyzacja, no ale gdzie biurko, Williams, ja muszę mieć biurko, bo ja będę biurka używał, ja będę na nim pisał, rum stawiał, no to mamy kolejną kwaterę, jest już biurko, krzesło nieco chybotliwe, okrutny klimatyzator z pilotem i balkon w bonusie, jednak ten balkon mi się nie widział, człowiek-maczeta, człowiek-pająk, ninja-amator wsunie mi się do pokoju bez trudu, gdy mnie nie będzie, albo i będę, to sobie wyobraziłem, pewnie na wyrost, że mnie do gołej rufy ktoś obrobi we śnie, czy na jawie, no i nie czułem się z tym pewnie, zobaczmy inny pokój, mam, mówi Williams, z nadzieją w głosie, ten ci się spodoba, jest odnowiony, spał tam Hiszpan przez miesiąc, tylko dużo kopcił papierosów, nie cygar, no wytrzymam, prowadź, uznam, że to były cygara, ale nie dało się wytrzymać, cuchnęło, jak w klitce woźnych w podstawówce, ten dym już zakodował się tam we wszystkim, no ale masz całkiem nowe łóżko, zobacz jakie jest, i tu mnie Williams zaskoczył tak, że najpierw mi się wydawało, że mam przewidzenia.

Otóż Williams wskoczył na łóżko i zaczął mi dość wymownie demonstrować, jaki sprawny jest materac, jak on elegancko sprężynuje, jak odbija, normalnie, nie przymierzając grzmocił ten materac, gdy sobie zaczniesz chicas sprowadzać na nocki do pokoju, co powiedział bez mrugnięcia okiem, to będziesz miał pełen komfort, bo trzeba wiedzieć, że w dominikańskich hotelach nie robi się na recepcji takich podchodów, jak w polskich akademikach, tutaj jeśli chcesz przygruchać kogoś na noc, do towarzystwa, to recepcjonista pożyczy tobie oraz jej, albo jemu buenas noches z szelmowskich uśmiechem, no rozbawił mnie Williams tą wielkodusznością do łez, z boku mogło to wyglądać tak, jakby mnie, no wiecie, sam zanęcał, łóżko było naprawdę wytworne, wcześniej pewnie ujeżdżane przez tego Donkiszota-palacza, ale właśnie woń parowozowni skutecznie zniechęcała, wreszcie trafiliśmy do tej „mojej” docelowej komnaty, na samym końcu korytarza, miała wszystko, czego mi było trzeba, wielkie wyrko skrzypiało, jakieś sędziwe się jawiło, wyglądało na skradzione z kasztelu Ponce de Leóna, w każdym razie chciałem w nim spać, na chropowatej ścianie ktoś cudnie rozpaćkał moskita, wyszedł z tego szkarłatny niby goździk, impresjonistyczne dzieło, brakowało mi jedynie lampki na biurko, poprosiłem o nią Williamsa, no i ją wytrzasnął, a ja sobie urządziłem „tymczasowe biuro kolonialne” w Santo Domingo.

Potem poszedłem wyściskać się z „Prezydentem” w sklepie na rogu, una fría por favor, poprosiłem i dostałem lodowate piwo Presidente. Wtedy byłem już w Dominikanie obiema nogami i głową, powiedziałbym, że byłem jak u siebie.

Kiedy zawinąłem wieczorem do hotelu, ten cały Williams, który wcześniej pokazywał mi, jak „używać” materaca, teraz opierając się o ścianę, podczytywał niewinnie… biblię. „Świętoszek”. Jest taka komedia.

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *