Bodeguita wasza, mojito moje

W La Bodeguita del Medio byliśmy tylko raz. Wiadomo, po co. Aby mieć to za sobą. Aby załapać się na seryjną produkcję czegoś, co dawniej testował tu z ukontentowaniem Ernest Hemingway. Dzisiaj duch pisarza został zagłuszony. Za to, utrzymała się… duchota. Nie łatwo wejść do tego przybytku za dnia. Podobnie, jak do kapsuły warszawskiego metra o siódmej czterdzieści rano. Za tą różnicą, że w Bodeguicie gawiedź dysponuje świeższym oddechem. Za sprawą mięty, która właściwie miętą nie jest, tylko czymś co zwie się yerba buena. Poza tym, w powietrzu głównie twarde akcenty ludów północy, hiszpańskiego prawie nie słychać, chyba że barman odziany w guayaberę, którą nosi bo musi, zagada do kumpla po fachu w identycznej garderobie. Za czasów Ernesta obaj nosiliby te stylowe koszule chętniej. Bo wtedy coś znaczyły, dzisiaj są raczej elementem cepelii, wciąż jednak dobrej jakościowo.

Ci barmani, zakotwiczeni za wysłużonym kontuarem, nic innego nie robią tylko mieszają sławetny koktajl na trzyletnim, żółtawym rumie. I tak im szybko idzie to mieszanie, tak mechanicznie jakoś i laboratoryjnie, że się człowiekowi cała radość z tej Kuby cofa. Liczył na tropikalne orzeźwienie, a szykują mu jakby profilaktyczne lekarstwo. Ja nie bardzo lubię takich pro klienckich, akuratnych barmanów, wolę skurczybyków, którzy w drodze do roboty przywalili komuś z piąchy, którzy wiedzą, że są najlepsi na swoim podwórku, a klient nie jest żadnym panem tylko ma wybłagać to, co lubi. Ci tutaj wyjścia nie mają, muszą w tempie fabrycznym obsługiwać tę całą spragnioną tłuszczę opojów, którzy przekartkowali przewodnik wyobrażając sobie, że z „Papą” mogliby ramię w ramię tęgo popić.

A ja to co, mądrale, myślicie, że bym nie mógł? I to jeszcze jak, i to jeszcze ile! Powiedziałbym wam do słuchu, że Ernesta czytałem przed śniadaniem i swoje wiem, i wieczorem też zajrzę do „Starego człowieka…” bo to się przecież na Kubie dzieje, i tutaj czytane smakuje lepiej. A może tego nie widać, że mój ci jest ten Ernest, nie wasz? Mój ci on, tylko stoję z boku sterroryzowany tym całym przerobem. Łapię szklankę, bo nie mam odwrotu i powoli sączę, zresztą zapłaciłem za tę ciecz i to wcale niemało.

Najgorsze, że da się ją normalnie pić. Niestety, łatwiej ją przełknąć niż wypluć, cholera jest dobra. To niesprawiedliwe, jestem skończony! Lecz, z ust mej łaskawej Bonity słyszę tuż przed wyjściem coś, co słodzi mi życie, słyszę komplement: „W domu robisz lepsze mojito!” Ach, gdyby słowa te mogły również dotrzeć do uszu Hemingwaya, zakładając, że siedzi gdzieś obok i nadal jest trzeźwy. Nic tu po nas, Bonita, wychodzimy! A wy pijcie dalej, co tam pijecie, wy ignoranci! La Bodeguita del Medio jest wasza.

Jak się psuje koktajle, a jak nie.

Generalnie, to obawiałem się, że gdziekolwiek na Kubie dotrzemy, tam do mojito będą lać jakiś limonowy ersatz. Bo mi kolega kiedyś naopowiadał, że mu na Kubie w hotelu, czy gdzie tam jeszcze lali, zamiast po ludzku nakroić limonek, sok wycisnąć i dodać. Ale limonek jakoś wtedy brakowało. W kraju, gdzie ten mały owoc powinien rosnąć na potęgę, bo tu jego miejsce. I to nie tylko w koktajlowej szklanicy ale i w zwykłej kuchni. Obecnie sok się znalazł, było go dużo bo był wyciśnięty na zapas (można to wybaczyć). Co innego proporcje. Bo jak wiadomo, wszystko zepsuć można, to i koktajl można tak zamieszać, że się go pić nie da. A zdarzało się, że narodowe kubańskie koktajle były do wylania pod stół.

Nie jest regułą, że jak coś jej lokalnym specjałem, czy tam „klasykiem” to każdemu i zawsze wychodzi koncertowo. Trzeba przecież wiedzieć, co i jak po kolei zrobić, aby wyszło. Klasycznego, polskiego schaboszczaka też można spaprać, a polską wódkę źle nalać. I mojito czasem nie wchodziło najlepiej, bo było za słodkie, mięta źle roztarta, limonka słabo wyciśnięta i nie było jej tyle, ile dla równowagi potrzeba. Albo barman chciał błysnąć i chlapnął tyle rumu, że ledwo starczało już miejsca dla wody sodowej i gardło się rozpalało i piło się toto, jak za karę.

Z daiquri też bywały problemy. Przeważnie koktajl był przesłodzony. A to właśnie w tej mieszance tkwi najlepszy dowód na to, że rum i limonka są stworzone do wiecznego romansu. Barmani się cykają, że drink wyjdzie za kwaśny i sypią tyle cukru, że to się robi takie mdłe, że nawet fura lodu sytuacji nie uratuje. Nic dziwnego, że Hemingway preferował wersję bez cukru. Inna sprawa, że wolał podwójny rum. I nieźle zaprawiał się, pijąc naście kolejek z rzędu w drugiej ze swych hawańskich przystani – dotkliwie dziś folderowej knajpie El Floridita. Wolał sobie dosłodzić kapką soku z dojrzałego grejpfruta. Dlatego też jedno z daiquri ma nawet w swej nazwie Papa, albo Hemingway.

Jednak najłatwiej idzie schrzanić coś, co się zwie przewrotnie Cuba libre. Koktajl tak powszechny, jak kłamstwo, które w sobie zawiera. Dla wielu jest to „tradycyjna” mieszanka rumu z colą. W domowych pieleszach pija się wódkę z colą na imieninach, to i rum można z colą pić na wczasach w tropiku. Żadna filozofia. Tyle, że jest to po prostu rum z colą a nie Cuba libre zrobiona po bożemu. Barman, który zna się na swej robocie, zawsze zrównoważy ten nazbyt słodki miks sokiem z limonki, albo przynajmniej wrzuci słuszny plaster tego aromatycznego malucha, aby się kilka kropel soku uwolniło. Wtedy powstaje właściwa kompozycja. Kto ceni colę z plastrem cytryny, czy limonki, wie w czym rzecz. Smakuje jakoś szlachetniej. Odrobina wyczuwalnej kwaskowatości w Cuba libre czyni ten koktajl, rzec można, klasycznym.

Kiedy w jednej spelunie barman wlał mi coli do rumu i na tym poprzestał, poprosiłem o korektę. Jakoś bez wahania spełnił tę prośbę. Nagle przypomniał sobie o zapasie limonek. Widziałem w jego oczach, że było mu głupio, bo zorientował się, że trafił na „swego”.

W końcu nadszedł dzień, w którym dobrzy ludzie dali nam to, czego długo szukaliśmy. Absolutnie bezkonkurencyjny miks rumu, limonki i świeżuteńkiej mięty, tj. yerby bueny trafił nam się poza Hawaną, jakieś osiemnaście kilometrów na wschód od kubańskiej stolicy. Na plaży w Santa María del Mar. Można było tam podjechać miejskim busem przegubowcem. A potem pić mojito, jeden za drugim…

La Bodeguita del Medio
Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *