Archiwum kategorii: Dominika

Dominika po Marii, raj utracony?

Dominika na Małych Antylach. O nią chodzi. Tym razem nie chodzi o Dominikanę. Bo jedna jest mylona z drugą bardzo często, ta mniejsza z tą większą. Najbardziej w porze huraganów. Gdy obie widzą nieuchronne zagrożenie, jak ostatnio. Myślę o małej, górzystej Dominice, wyspie zasnutej lasem deszczowym, jaką przeszło tydzień temu rozharatała Maria. Nie ma już takiej Dominiki, jaka dotąd była. Nie wiadomo, kiedy znowu będzie w pełni sobą. Może nigdy…

Nie przestaję o niej myśleć. Patrzę za siebie, trzy lata wstecz. Wtedy ją zobaczyłem i poznałem, zauroczyła mnie, uczepiła się duszy. Kawalątek karaibskiego „raju”, wciśnięty między Gwadelupę a Martynikę. Już tydzień, odkąd Maria rozpętała piekło na Dominice. Zniweczyła cały jej powab zmieniając wieczną zieleń w bury pył, drzewa w zapałki, kolorowe chatynki w oberwane budy. Pozrywała jej szaty i ogołociła. Rozdarła do szpiku. I wyzuła z tajemnicy.

Nosi mnie teraz, aby tak pisać. Tak emocjonalnie, z wnętrza. Aby tamto piękno sprzed kilku lat przywołać, powspominać w obliczu tego, co nastało. Jakbym nie mógł uwierzyć w istnienie tego cholernego żywiołu, tego toczącego pianę barbarzyńcy, z jakim nie sposób walczyć. To jest dzika loteria natury, gdzie można wielokrotnie wygrać i napawać się szczęściem. Ale można przegrać jeden jedyny raz. I wtedy jest po wszystkim. Przegrana niesie wiele bólu.

Jakiś smutek mnie dopadł. I chyba tego nie kryję. Bo piękne przeżycia łączą się przecież z pięknymi miejscami, z podróżami. I niektóre z tych miejsc obchodzą potem człowieka bardziej, niż inne. Nieważne, że leżą daleko; gdzieś tam na drugiej półkuli, za wielką wodą, kto wie, czy nie w innym świecie? Ważne, że z jakiegoś powodu stały się człowiekowi bliskie, dając mu żywe wspomnienia, jakie ostały się w pamięci w stanie nienaruszonym. Jak choćby te z wędrówek po Dominice, jakie odbyliśmy z Kingą wszerz i wzdłuż wyspy; po rewirach Soufrière, Scotts Head, Pointe Michel, Roseau i Castle Bruce. Albo Portsmouth, Calibishie i Kalinago Territory.

To są wspomnienia rozjaśnione tamtejszym słońcem, ubarwione, zaprawione czułością. Na pewno. Jednak źródło tych wspomnień rozmyło się kilka dni temu. Nie w czasie. Nie we mgle przeszłości. Rozmyło się w przestrzeni. Dosłownie. Pękło. Rozpadło się. Tego mi szkoda najbardziej. Miejsca mi szkoda. I ludzi. Właśnie ludzi. Tych najmocniej. Związanych z tym miejscem – z karaibskim kraikiem, wabiącym przybysza z zewnątrz czymś bez reszty naturalnym; z tą wyspą, jaka być może jedyna w tamtych stronach łączy/łączyła pragnienia „odkrywania” wciąż nienaruszonych Karaibów z rzeczywistością.

Jest mi przykro, że tak się to potoczyło. Ściska mnie w środku, gdy widzę tych biednych ludzi, zbierających do kupy to, co pozostało z ich rozbitych domów, z ich okaleczonego życia. Nie mieli na to wpływu. Tamtej przed-huraganowej nocy szli spać z jakąś nadzieją, że Maria złagodnieje, że okaże się łaskawsza chociaż trochę. Ale Maria nie złagodniała. Urosła do monstrualnych rozmiarów i uderzyła w bezsilny ląd Dominiki z zabójczą prędkością. Nie oszczędziła niczego. Rano świat wyglądał, jak po wojnie. Bo destrukcyjny żywioł jest, jak wojna. Zmienia wszystko. Zostawia po sobie zgliszcza.

Premier Dominiki Roosevelt Skerrit powiedział to przez Zgromadzeniem Ogólnym ONZ; że Dominika przypomina strefę wojenną, że „Eden is broken” –  raj rozbity. Dokładnie, widać to na zdjęciach, filmach, słychać w relacjach świadków. Jest ich coraz więcej, uzupełniają koszmarny obraz sytuacji. Po Armagedonie, jaki Dominice zafundowała Maria…

Ludzie z tego wyspiarskiego kraju są silni. Starsi pamiętają huragan David z 1979 roku, że nie było po nim łatwo żyć, ale jakoś dali radę. Trudno ich złamać. Zapewne wiele marzeń będzie musiało teraz poczekać. Lecz skoro i tym razem przetrwali to dzień po dniu podniosą Dominikę z kolan. Może z nadzieją, że limit pecha już się wyczerpał. Lepiej mieć taką nadzieję. Każdą nadzieję.

Straty są ogromne i odbudowa kraju potrwa latami. Pochłonie mnóstwo siły, środków, bo teraz Dominice potrzeba wszystkiego. Dominika zaczyna od początku. Będzie się odradzać. Trzeba być z Dominiką. Pamiętać o niej, mając przed oczami jej dotychczasowy niewymowny urok…

To tyle mych emocji, moi drodzy. Wybaczcie, jeśli było ich zbyt dużo. Jakoś, proszę, znieście tę ckliwość człowieka, któremu po prostu smutnawo. Kocham Karaiby, szanuję je. I boleje wraz z nimi. Ale pozostaję z nadzieją. Jak one.

Oto, cały urok Dominiki…

no images were found

Wyspa „Piratów z Karaibów”

Swego czasu na karaibskiej wyspie, bujnej i pięknej Dominice rozpanoszyła się ekipa „Piratów z Karaibów”. Ponoć zjechało tam pół tysiąca różnej maści speców-filmowców z całym majdanem, osprzętem, wałówką, zablokowano większość przejezdnych dróg, co wywołało prawie „kryzys logistyczny” na tym dotąd słabo rozwiniętym kawałku lądu. Na szczęście, wszystko poszło, jak trzeba; pogoda dopisała, aktorzy z Johnnym Deppem na czele oraz statyści zrobili swoje. Łatwo im nie było w parnym tropiku; przecież musieli nosić epokowe fatałachy, tęgie makijaże, pirackie gadżety. Ponad miesiąc, w kwietniu i maju 2005 roku, kręcono tam bez wątpienia miłe dla oka fragmenty „Skrzyni umarlaka”, czyli drugiej części tej kinowej, hollywoodzkiej produkcji.

Jeśli komuś przyjdzie do głowy, aby jechać na Dominikę, co jest zamysłem pysznym, wartym każdego zachodu, powinien koniecznie obejrzeć, albo przynajmniej odświeżyć sobie dwójkę „Piratów”. Tam jest, można rzec, wszystko czego człowiek potrzebuje, aby się doskonale nastroić przed karaibskimi wojażami. Właściwe ten film stanowi w sporej części efektowną promocję Dominiki, ukazuje jej niezwykły przyrodniczy, krajobrazowy urodzaj. Dominika to jeszcze Karaiby nienaruszone, miejscami nadal dzikie, tajemnicze. Producenci „Piratów” wiedzieli, gdzie trafić.

Dominika filmowa

Dominika odgrywa z rozmachem fikcyjną wyspę Pelegosto. Po jednej stronie tropikalnego raju, na wzgórzach porośniętych dżunglą żyją praktykujący kanibale, wymalowali jak do danse macabre, po drugiej zaś, w mrocznych, zamglonych czeluściach bagiennych rozlewisk urzęduje zagadkowa (do tego całkiem seksowna!) wiedźma Tia Dalma, z grubsza, wieszczka, kapłanka wudu z konkretnym zapasem fetyszy tudzież spiżarnią magicznych ingrediencji. Kanibale wierzą, że kapitan Jack Sparrow jest wcieleniem ich boga. Dla Jacka byłaby to całkiem zacna nobilitacja, gdyby nie fakt, że ci sami kanibale pragną wyzwolić go pilnie z cielesnej, „mięsnej powłoki”. Spryciarze planują ucztę z jasno ustalonym daniem głównym. Podrzucają drewien, preparują ruszt, zaczynają tańczyć i złowrogo buczeć. Nie wygląda to dobrze. Jack ma kłopoty.

Z opresji ratują go jednak starzy znajomi. Natomiast kanibale nie zapuszczają się na przerażające mokradła, gdyż Tia Dalma budzi w nich paniczny lęk. Sądzą, że jest ludzkim wcieleniem morskiej bogini Calypso, w czym zresztą mają rację. Jack nie zdradza takich oporów. Zabiera towarzyszy do siedziska czarownicy. Ona wie, jak obchodzić się z kapitanem statku „Latający Holender”, kreaturą zwaną Davy Jones. Wyruszają łodziami w głąb lądu, płyną upiorną Pantano River. Obserwowani są przez tajemniczych autochtonów, zasiedlających brzegi rzeki. Ich szałasy maskują się w plątaninie konarów poskręcanych, jak kończyny gigantycznych starców, zanurzone w mętnej wodzie. Atmosfera gęstnieje, w powietrzu wibruje jakaś abrakadabra, zapada zmrok…

Łodzią po Indian River

Pantano River to w rzeczywistości Indian River, rzeka w Dominice, bodaj jedna z dwóch w tym kraju, po której można swobodnie pływać łodzią, wije się z zasięgu miasta Portsmouth, w oszałamiających okolicznościach przyrody. Powiosłujemy tą rzeką śladami „Piratów z Karaibów”…

Wyprawa po Indian River jest „miniaturą amazońskiej przygody” miał powiedzieć Lennox Honychurch, czołowy piewca Dominiki, popularyzator jej historii, jeden z najbardziej prominentnych obywateli tego kraju. Można mu uwierzyć. Spróbujmy…

 

no images were found

Żyć nie umierać na Dominice

Pierwszą pieczątkę w nowiuśkim paszporcie wbito mi z hukiem w kraju wciśniętym między Gwadelupę a Martynikę – w Dominice. Zrobił to urzędnik w porcie promowym, w Roseau. Zapytał, where are you from, człowieku. To mu powiedziałem. Nie zrozumiał, zmarszczył czoło. To mu wyrysowałem mapę w powietrzu. Tu jest jakby Russia, tu Germany, a tu pośrodku, Poland. Nie skojarzył, zaciekawienie stracił, ziewnął. A ja się uparłem. Z Polski jestem sir, z Europy, mogłem dorzucić, że zza wielkiej wody! Europe? Oh, Europe! I tu jegomość wreszcie wyszczerzył zęby w uśmiechu. Były białe, jak kokos od środka. Welcome to Dominica, usłyszałem!

Dominika to imię urocze

Chenney zawiózł mnie do hotelu, takiego bardziej na odludziu, który od lat prowadzi jego dziarska babcia. Mówił, że Dominika jest bezpieczna, bo ten babciny hotel tylko raz próbowano okraść. Nie potrzebowałem noclegu. W Roseau mieszkałem przy Federation Drive. Pamięć pracuje. Niektóre „drive” kryją w sobie tajemnicę, jakieś fatum. Przy Cielo Drive grasował Charles Manson, czego mu nie zapomni Polański. Przy Mulholland Drive rozwijał swą kryminalną intrygę David Lynch. U mnie pozostał spokój, nie licząc aktywności małych krwiopijców. Byłem szczęśliwy. W ogrodzie miałem mango na drzewie, bugenwillę na płocie, w laptopie wifi, w toalecie pięć rolek papieru. Chenney chciał mi pokazać, jakie widoki z balkonu czekają niektórych hotelowych gości, szczęściarzy, którzy więcej zapłacili. Kiedy przejdą chmury będą mogli napatrzeć się na Morne Trois Pitons, czyli na flagową górę Dominiki, posępną górę trzech szczytów.

Kolumb odkrył Dominikę w niedzielę rano, 3 listopada roku Pańskiego 1493, w czasie drugiej wyprawy w rewiry karaibskie i niezbyt się siląc, nadał wyspie miano, nie inaczej – „Niedziela”. Dominika to imię urocze. Jednak w geografii częsta mylona jest z Dominikaną. Tak, jak Haiti mylone jest z Tahiti a Gwinea z Papuą Nową Gwineą. Dominika mówi po angielsku, Dominikana po hiszpańsku, jedna leży na Dużych Antylach, druga na Małych. Dwie różne bajki, różne wiatry historii, lecz ignorancji to nie przeszkadza.

Inna sprawa, w Dominice słychać tu i ówdzie język imigrantów z Dominikany, przywieźli swoją muzykę, te rzewne bachaty, piją własne piwo „Presidente”, zamiast lokalnego „Kubuli” i widać, jak się obłapiają po werandach. Żyje tam również liczna diaspora Chińczyków, kręcą interesy, jak wszędzie. Chińscy budowlańcy postawili stadion narodowy Windsor Park, gdzie chodzi się oglądać krykieta, piłkę nożną albo wybory miss. Przybytek ten widać najlepiej ze wzgórza Morne Bruce. Przy wchodzeniu mija się wielkie bambusowe chaszcze i płoszy gekony. Oczywiście tam, gdzie Chińczycy, tam ich kuchnia. Otwierają knajpy, kiedy wszystko wokół jest totalnie closed, np. w niedzielę. Wtedy dzień święty jedzie się święcić na plażę Mero Beach, po kościele, rzecz jasna. A turysta chodzi głodny, do czasu, aż poczuje typowe wyziewy rodem z woka. Nie ma chyba na świecie chińskiego menu po angielsku bez różnych zabawnych byków. Z marszu wziąłem „Singepore Noodles”, czyli po prostu kluchy z „Singepuru”, ha, moje „ulubiene”.

Tropik pełnokrwisty

Dominika daje przykład, jak powinien wyglądać prosty, nieinwazyjny marketing. Ponoć, gdyby Odkrywca Nowego Świata Kolumb trafił znowu jakimś cudem na Karaiby, to właśnie tę wyspę, jako jedyną rozpoznałby obecnie bez trudu. Tak powiadają. Działa na wyobraźnię, czyż nie?

Na punkcie przyrody można tam oszaleć. Pewnie Kolumbowi i jego ekipie szczęki pospadały na ciżmy. Wyspa wybija się pod niebo, jak szalona, jest górzysta, pofałdowana, niczym ciasto karpatka i niemal wszędzie zielona, bujna, jakby nadal dziewicza, choć na pewno nie w stanie bezgrzesznym! Dawniej zwano ją Waitukubuli, co ponoć znaczy „wysokie jest jej ciało”. Doprawdy wabi `nieucywilizowaniem`, to jakby tropik pełnokrwisty, nie zamieniony w wyspiarki resort, gdzie pachnący olejkami kolektyw uprawia salsę w brodziku.

Dominika to Karaiby bosko nieuporządkowane, można zaryzykować twierdzenie, że to wciąż Karaiby totalne. Do tego inne. Nie ma tam typowych, folderowych plaż, jak np. na Antigui, na Gwadelupie, nie ma lazurowego kisielu wylewającego się na piasek koloru kukurydzianej mąki. Być może to jest zbawieniem tego miejsca. Jeśli komuś marzy się szukanie czegoś w miarę nietkniętego, niech postawi stopę na Dominice, niech wyryczy tam swoje „Born to be wild”. Po prostu nie sposób nie zakochać się w kraju, którego flagę narodową opanowała papuga, w dodatku zwana cesarską, a logo banku narodowego przejęła żaba, w dodatku zwana „górskim kurczakiem”. Poza tym, gmach tamtejszego parlamentu wymalowano na różowo i zamknięto na cztery spusty. Słońce skutecznie ogrywa politykę. A stolica Dominiki, Roseau jest tak mała, że jak się człowiek dobrze ustawi to z jednego jej końca zobaczy drugi. Do Roseau idealnie pasuje fraza „znać miejsce na wylot”. Miasto znika w mgnieniu oka. Za mostem, na północy, jest już Goodwill, a kawałek za ambasadą Wenezueli, na południu jest już Newtown. Właśnie opuściłeś stolicę kraju, pieszo, bez większego wysiłku. Roseau to bardziej nieskończone przedmieście, do tego żywotne, kolorowe i zwykle przyjazne. To rozgrzany za dnia, wibrujący ul.

Ja odkryłem Dominikę dzień po Kolumbie, w poniedziałek. Pierwsze” wschodnio-karaibskie dolary” (co za piękna waluta!) wydałem na lokalną gazetę The Chronicle, czyli Kronikę. Sądziłem, że kupuję świeży dziennik, z którym rozpocznę tydzień. Nic podobnego. Wyszło, że dziennikiem na Dominice, jest… tygodnik i w dodatku nie wychodzi w poniedziałek, tylko w piątek. Czyli każdy, kto chciał go przeczytać, to pewnie już to zrobił przez weekend. Zapach świeżości uleciał. Byłem spóźniony o kilka dni. Ludzie zdążyli się dowiedzieć wszystkiego przede mną. Nie szkodzi. W The Chronicle, tak czy inaczej, mamy przegląd lokalnych ciekawostek, nieraz kuriozów, mamy Dominikę w miniaturze, całość jest pisana miejscowym dialektem angielskiego, dosyć barwnym.

Sadzenie „trawy” między maniokiem jest słabo dopuszczalne

Oto pewien obywatel Dominiki z Yam Piece, czyli powiedzmy z naszego Pochrzynowa, hodował we własnym ogródku marihuanę. Było tego dokładnie dwa krzaki. Oddział antynarkotykowy najechał chatę obywatela. Chcieli wywęszyć, czy ten nie rozprowadza swoich plonów szerzej, czy nie jest dilerem. Nie rozprowadzał, nie był. Ale pod sąd tak czy owak trafił, bo sadzenie „trawy” między maniokiem jest słabo dopuszczalne. Obywatel się bronił. Wyklarował, że hoduje zioło tylko dla siebie, że jest od palenia uzależniony. Ponadto dodał że nie jest jego winą to, iż popadł w nałóg! Sąd wysłuchał obywatela i poinstruował, iż kultywowanie marychy, posiadanie jej oraz, rzecz jasna, używanie jest nielegalne, bez względu na to co się uważa w innych tzw. postępowych krajach. Ponieważ ilość zioła na dwóch wspomnianych krzakach nie przerażała, sąd darował obywatelowi jakąkolwiek karę i puścił go wolno. Dał mu jedynie pouczenie, aby ten przestał kurzyć skręty i zaczął się o siebie troszczyć.

Chciałoby się rzec, żyć nie umierać na Dominice!

Na czym mogłaby taka troska polegać zrozumiemy, poznając historię staruszki z wioskiCray Fish River, czyli z takiego naszego „Rakowa Rzecznego” w północno-wschodniej Dominice. Przyszło jej gładko celebrować wiek sto lat! Staruszka rezyduje na tzw. Terytorium Karaibów. Żyją tam do dziś potomkowie pewnych Indian, którzy za konkwisty mieli notorycznie złą prasę, o czym wiemy z notatek Kolumba. Chodziło o ich, prawda to czy nie, kontrowersyjne zwyczaje żywieniowe. Ponoć jedli ludzi. Stąd Karaibowie miało się równać – kanibale. Dzisiaj bać się ich nie warto. To są ludzie do rany przyłóż. Wyplatają koszyki, tworzą rękodzieło, uprawiają maniok, kokosy, pokazują obcym takie landszafty, że kręci się od nich w głowie. Zdarza się tubylcom przyćpać. Jeden z nich na haju próbował opylić mi kozią skórę. Taka chyba najlepsza na bęben. Udało mi się jakoś z tego wywinąć. Dieta dzisiejszych Karaibów, ludzi zwanych także Kalinago składa się z raków, kakao, placków maniokowych oraz lokalnego szpinaku, zwanego callaloo. Podobnie żywi się wspomniana, stuletnia starowinka. Dotąd bez cukrzycy, bez nadciśnienia, z dość charakterystyczną indiańską buziulką pomarszczoną, jak skórka przejrzałej passiflory. Zdrowotny wikt szykuje sobie samodzielnie! Co więcej, jest matką dwanaściorga dzieci, babką dziewiętnaściorga wnucząt i prababką czterdzieściorga jeden prawnucząt.

Chciałoby się rzec, żyć nie umierać na Dominice!

no images were found