Archiwum kategorii: Dominikana

Bawełniany idol

Niedawno w hiszpańskim dzienniku El Pais i włoskim Corriere della Sera ukazały się artykuły o tym, że Dominikana domaga się od Włoch zwrotu pewnego bożka. Owe bóstewko mierzy 55 cm wzrostu i jego wiek szacuje się na minimum 500 lat. Oznacza to, że zrodziło się na zamieszkałej przez Tainów wyspie przed jej odkryciem przez Kolumba w 1492 roku lub po jej okryciu i ochrzczeniu La Española. Figurkę bóstwa utkano z przędzy bawełnianej (do tego kunsztownie – jak można dojrzeć na fotografii). Ponadto została w niej „zaszyta” naturalnych rozmiarów, choć zdeformowana, ludzka czaszka.

Przypuszczalnie należała do persony najbardziej prominentnej w społeczności Tainów, czyli do wodza-kacyka. Figurka (idol, totem, fetysz) – zwana zemí uosabiała przeważnie któregoś z bogów, ducha przodków, albo niejako „dwa w jednym”, czyli z grubsza przodka w randze boskiej. W dwóch ostatnich przypadkach figurki czy rzeźby pełniły funkcję relikwiarzy (na co dobitnie wskazuje wspomniana relikwia w formie czaszki).

Biorąc pod uwagę gabaryty owego idola oraz artyzm jego wykonania musiał służyć przywoływaniu z zaświatów kogoś doprawdy mocarnego, bardzo zasłużonego w świadomości Tainów. Utrzymywanie kontaktów z zaświatami (po gruntownym, rzecz jasna, odurzeniu) stanowiło domenę lokalnego szamana, którego Tainowie tytułowali behique. Idol, drewniany, ceramiczny bądź bawełniany był niejako „wtyczką” do owych zaświatów i poprzez niego moc – uzdrowicielska, wróżbiarska czy każda inna – spływała na potrzebującą społeczność.

 „Idol z bawełny” (zemí de algodón) jest unikatem w skali światowej, rzadkim prekolumbijskim reliktem i jedynym odnalezionym na Hispanioli, który zachował się do dnia dzisiejszego (nie tracąc przy tym wiele z swej kondycji).

Dlatego Dominikana domaga się od Włoch jego zwrotu.

Od dziesięcioleci właścicielem zemí jest bowiem Muzeum Antropologii i Etnografii Uniwersytetu w Turynie. Nawiasem mówiąc, muzeum niedostępne dla publiczności od prawie czterech dekad.

Jak to się stało, że ten niezwykły dominikański artefakt zawędrował tak daleko od macierzy?

Włosi utrzymują, że został im podarowany. Dokładnie w 1848 roku przez Pedro Santanę – pierwszego konstytucyjnego prezydenta powołanej cztery lata wcześniej Republiki Dominikańskiej. (Ten sam Santana ogłosił zdrajcą i skazał na wygnanie Juana Pablo Duarte, jednego z ojców-założycieli tejże republiki, dziś narodowego herosa).

Posążek miał otrzymać Giuseppe Giovanni Battista Cambiaso (w Dominikanie znany bardziej, jako Juan Bautista Cambiaso). Urodzony w Genui eksplorator, kupiec, marynarz, admirał. Osiadł w Santo Domingo w okresie okupacji haitańskiej (1822-1844), poparł powstanie niepodległej Republiki Dominikańskiej i przyczynił się do utworzenia dlań floty marynarki wojennej (obecnie zwanej Armada de República Dominicana), która gromiła flotyllę haitańską w długim okresie walk niepodległościowych, choćby w słynnej bitwie morskiej blisko Portu Tortuguero w Zatoce Ocoa.

W uznaniu zasług wojskowych Juan Bautista Cambiaso otrzymał stopień generała. Po wycofaniu się z działalności politycznej i militarnej wrócił do handlu. W międzyczasie stał się posiadaczem bohatera tej historii, czyli bawełnianego zemí. Ponoć istniała dokumentacja potwierdzająca, że nie tyle go otrzymał, co sam go zakupił i to znacznie później, bo w 1882 roku.

Tymczasem Dominikańczykom takie daty nie pasują do przebiegu zdarzeń. Według nich odkrycie zemí miało miejsce w 1891 roku, czyli de facto 50 lat po rzekomym „podarku Santany”. Odkrycia dokonał przypadkiem myśliwy w jednej z jaskiń prowincji San Cristóbal (na zachód od Santo Domingo). Mniej więcej z tego okresu, czyli z końcówki XIX w., pochodzą pierwsze szkice zemí. Autorem jednego z nich (bodajże najsłynniejszego) jest niemiecko-amerykański malarz i dziennikarz Rudolf Cronau. Zamieścił go w swojej książce „Amerika” (1892).

El Cemí de Algodón. Photo source: «Dioses...decorados con la aguja del bordador»: los materiales, la confección y el significado de un relicario Taíno de algodón, www.researchgate.net © British Library Board 9551.1.6
Jedno z pierwszych zdjęć „bawełnianego idola” (El Zemí de Algodón) w książce „Amerika” (1892) Rudolfa Cronau. Źródło zdjęcia/Photo source: www.researchgate.net / © British Library Board 9551.1.6

W 1903 roku bawełniany idol trafił, tak czy inaczej, w ręce… rodziny Cambiaso, być może krewnych Juana Bautisty, który zmarł w 1896 roku w Santo Domingo. (Nazwisko Cambiaso, podobnie, jak choćby Vicini, Bonetti, czy Billini było popularne wśród potomków włoskich imigrantów trafiających na wyspę od czasów kolonii hiszpańskiej).

Co dalej?

Za sprawą tejże rodziny Cambiaso zemí został przewieziony do Włoch. I ślad po nim zaginął. Do momentu, gdy w 1950 roku wystawiono go w muzeum turyńskim tyle, że z opisem wskazującym na jego pochodzenie… peruwiańskie. W jakimś sensie owo zaginięcie nie zostało rozwikłane.

W 1970 roku tematem zainteresował się wybitny dominikański historyk, antropolog i pisarz Bernardo Vega de Boyrie. W najstarszej dominikańskiej gazecie Listín Diario otrzymał nawet przydomek „kulturowy detektyw”. Rozpoczął śledztwo, które miało wskazać miejsce pobytu „dominikańskiego zemí”? Trop zaprowadził Vegę najpierw do Muzeum Brytyjskiego w Londynie. Lecz tam nie znalazł figurki tylko jej zdjęcie. Nowy trop wskazywał na Turyn. Bingo.

Okładka książki El zemí de algodón taíno. Opracowanie zbiorowe - redakcja: Bernardo Vega. Santo Domingo: Academia Dominicana de la Historia, 2014
Okładka książki El zemí de algodón taíno. Opracowanie zbiorowe – redakcja: Bernardo Vega.  Wyd. Academia Dominicana de la Historia, Santo Domingo, 2014

Badacze dominikańscy podejrzewają dziś, że ten wyjątkowy bawełniany relikwiarz mógł znaleźć się w zbiorach turyńskiego muzeum w drodze aukcji.

Włosi nie potwierdzają tej teorii. Według nich figurkę przekazał do muzeum w 1928 roku niejaki Cesare Buscaglia, prawnik z Genui, który wcześniej otrzymał ją od włosko-dominikańskiej rodziny Cambiaso, która z kolei otrzymała ją (pewnie poprzez Juana Bautistę Cambiaso) w formie wspomnianego podarku od dominikańskiego prezydenta Pedra Santany (albo w jakikolwiek inny sposób).

Różnicę między tym, co deklarują strony – włoska i dominikańska można właściwie wyliczyć w latach. Dokładnie wynosi ona 43 lata (przypomnijmy: 1848 r. versus 1891 r.). Oczywiście, Dominikańczycy nie mają nic przeciwko rodzinie Cambioso (człowiek o tym nazwisku wpisał się przecież chwalebnie w historię Dominikany). Za to nie dopuszczają wersji, w której ta sama figurka (dziś archeologiczna perełka o unikatowej wartości) mogłaby trafić w taki oficjalny sposób do rzeczonej rodziny Cambioso (i w konsekwencji do „zasobów kulturalnych” państwa włoskiego). Nawiasem mówiąc, to największą niewiadomą pozostaje tutaj sama data odkrycia bawełnianego zemí (w jaskini, czy gdziekolwiek).

Pierwsze próby nawiązania kontaktu z kuratorami turyńskiego muzeum w kwestii powrotu cemí do macierzy zostały podjęte w 2010 roku przez Danilo Manerę – pisarza, krytyka, profesora z uniwersytetu w Mediolanie i promotora literatury krajów hiszpańskojęzycznych (w tym szczególnie Dominikany). Liczący ponad pięćset lat taino-relikwiarz, przechowywany w szklanej gablocie, został mu pokazany „zakulisowo”. Pamiętajmy, że muzeum od połowy lat 80-tych XX w. nie funkcjonuje jako instytucja otwarta dla publiczności.

Po wstępnych mediacjach Manery władze jednego kraju zwróciły się oficjalnie się do władz drugiego o podjęcie negocjacji dotyczących warunków przekazania zemí do Dominikany. Problem w tym, że władze w Rzymie niewiele mogły w powyższej materii zdziałać. To władze uniwersytetu w Turynie, do którego należy Muzeum Antropologii i Etnografii mogą decydować o losach zemí. I jak łatwo się domyślić nie śpieszy im z oddaniem swego de facto najcenniejszego eksponatu. Oczywiście, podejmą współpracę z podobnymi placówkami w Dominikanie w celu kontynuacji badań nad obiektem tak rozgrzewającym wyobraźnię. Przed tym się nie wzbraniają.

Jednak Dominikana uważa, że to nie wystarczy. Badania badaniami, lecz chciałaby figurkę zemí z powrotem u siebie. Ponoć do jej ekspozycji zostanie przygotowana specjalna sala w „odświeżonym” Muzeum Człowieka Dominikańskiego (Museo del Hombre Dominicano) w Santo Domingo. Czy ta powstała w 1973 roku instytucja (i stale zaniedbywana) poradzi sobie z takiej rangi obiektem, zapewni mu bezpieczeństwo podczas wystaw, zagwarantuje właściwą konserwację? Wątpliwości nie kryje tu wspomniany wcześniej Bernardo Vega, który zresztą przed laty był dyrektorem tego muzeum.

Rozmowy trwają. Są w nie zaangażowane: ambasada Dominikany w Rzymie, Ministerstwo Kultury, Dyrekcja Generalna Muzeów, Dominikańskie Stowarzyszenie Prasy Turystycznej, etc. To sprawa ochrony tożsamości, zachowania narodowego dziedzictwa; to fundamentalna cześć dominikańskiej historii. O to chodzi Dominikanie, która się przebudziła, która teraz popędza.

Nie bez ironii można zauważyć, że wytropienie miejsca pobytu zemí w Turynie zajęło „dominikańskim śledczym” ładnych kilka dekad. Z drugiej strony, zemí przeważnie chowany w magazynach nieczynnego uniwersyteckiego muzeum (i sporadycznie pokazywany na wystawach gdzieś na świecie) to jednak przeciwnik wymagający. Tak czy inaczej, wniosek o zwrot zemí jest już podobno rozpatrywany.

Wymownie podsumowali to dziennikarze Gabriele Ferraris i Paolo Morelli piszący dla Corriere della Sera: „W tym momencie równie dobrze można zwrócić go Dominikańczykom. Tak przynajmniej Turyńczycy, którzy wyjadą na wakacje do Santo Domingo będą mogli go zobaczyć”.

Bawełniane fatum

Na koniec taka obserwacja, ciekawostka, refleksja.

Oto jak przewrotna potrafi być historia.

Kiedy 12 października 1492 roku załoga Kolumba ujrzała wreszcie Nowy Świat przybijając do małej wyspy Guanahani, miejscowi wywodzący się od Tainów i zwani Lucayan, przywitali przybyszów pierwszymi podarkami, którymi były „papugi, kłębki bawełny, strzały oraz wiele innych rzeczy”.

To zanotował Kolumb w swoim słynnym dzienniku.

Od razu też jasno zaznaczył co interesuje go najbardziej. „Z mej strony obserwowałem dobrze i starałem sobie zdać sprawę, czy istniało tam złoto”.

Jednak na każdej następnej odkrytej wyspie złota było jak na lekarstwo. Za to nie brakowało tam bawełny w różnej postaci. Kolumb wspomina o niej w zapiskach niemal trzydzieści razy! Wielokrotnie widział ją rosnącą na dziko lub przetworzoną. Zazwyczaj oferowano mu ją za bezcen: „tubylcy […] wymieniali kosz bawełny za kawałek sznurowadła […]”.

Po dotarciu na ostatnią z wysp, czyli na La Españolę, „widzieli wiele lentyszków i aloesów, a także krzewów bawełny; nie znaleźli złota i nie było w tym nic dziwnego, bo mieli zbyt mało czasu na szukanie”.

Kiedy zaś kacyk Guacanagarí podjął załogę Kolumba i „kazał Hiszpanów nakarmić, to wówczas wszyscy Indianie znosili najrozmaitsze przedmioty, jak tkaniny bawełniane albo kłębki nici”.

Na półwyspie Samaná, pod sam koniec pierwszej wyprawy, miejscowi Ciguayos (różniący się od Tainów, choćby temperamentem i językiem) „przybyli z bawełną, chlebem i ajes, wszyscy z łukami i strzałami […]”.

Innymi słowy, Tainowie, zamiast uszczęśliwić Kolumba workami złota, wszystko… owijali w bawełnę!

Parę wieków później zjawił się na Hispanioli znany nam już Giuseppe Giovanni Battista Cambiaso, podobnie jak Kolumb – Genueńczyk. I co tam otrzymał? No właśnie.

Hispaniola nie zapomniała o bawełnie…


Zdjęcie tytułowe: Lo Zemi di cotone, © Museo di Antropologia ed Etnografia dell’Università di Torino

Źródła cytatów w tekście:

  • Dziennik Corriere della Sera, «Torino deve ridarci Zemi», Santo Domingo chiede la restituzione del prezioso feticcio, 28.01.2020.
  • „Krzysztof Kolumb. Pisma”, tłum. Anna Ludwika Czerny, Wyd. P.I.W., Warszawa 1970.

 

Roztańczeni tropikiem

Moi dzisiejsi rozmówcy, Zosia i Cristian de los Santos, mają w sobie dużo karaibskiej radości i polotu. To bardzo pozytywni, sympatyczni ludzie. Do tego aktywni i wiedzą czego chcieć od życia.

Ona Polka, On Dominikańczyk – zakochani w sobie i w Dominikanie. Potrafią dzielić się tym krajem mądrze, z wigorem i pasją – prywatnie i zawodowo (co i tak na jedno wychodzi).

Parę lat temu stworzyli nad Wisłą „De los Santos Project” popularyzując wśród Polaków dominikańską historię, kulturę oraz to, co stanowi istotną część tożsamości Dominikańczyków, czyli muzykę i taniec. To bardzo taneczne małżeństwo. Przekonacie się!

Obecnie mieszkają w Santo Domingo i rozwijają projekt podróżniczy Pal’Caribe. O wszystkim opowiedzą.

Ponadto dowiemy się:

  • jak ogarnąć dominikańską stolicę,
  • jak wygląda „covidowa” godzina policyjna,
  • jak kochliwi są Dominikańczycy,
  • co zostawili po sobie Tainos,
  • jak zrozumieć bachatę,
  • jak Polka przekonała Dominikańczyka (nie odwrotnie!) do tańczenia?

Oddaję im zatem głos.

„Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.”

Przenieśmy się w rzeczywistość Dominikany.

Zapraszam.

Rozmowa z Zosią i Cristianem de los Santos

Caribeya:  Od razu zapytam Was o to miasto. Przyznaję, mam do niego słabość. Elektryzuje, nęci; wchodzi w krew, w pamięć. Do tego, wyciska morze potu. To bardzo karaibskie, nienasycone miasto. Zatopione w lepkim, wilgotnym powietrzu. Czasem tajemnicze, albo lubieżne. Oczywiście, potrafi także dręczyć: właśnie tym palącym słońcem, ulicznym chaosem, co i rusz bajzlem do kwadratu. Melymel, dominikańska „Mama Rapu” śpiewa o nim „kiedy jestem daleko, tęsknię za tobą, nie ma nic takiego, jak ty”. Jak Wam się żyje w Santo Domingo?

Zosia de los Santos: Wiedziałam, że to pytanie się pojawi! A odpowiedź na nie jest równie zawiła jak i samo miasto Santo Domingo. Myślę, że każdy postrzega stolicę trochę inaczej i dotyczy to też nas. Dlatego proponuję, żebym ja opowiedziała o niej z perspektywy osoby „przyjezdnej”, która zdecydowała się tutaj zamieszkać, a Cristian z perspektywy człowieka, który się w tym mieście urodził.

Cristian de los Santos: Tak, Santo Domingo to zawsze był i będzie mój dom. Tutaj się urodziłem i wychowałem. Moim barrio była Sabana Perdida, Santo Domingo Norte – koniec świata, wszędzie daleko, transport fatalny. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Mamy metro, teleférico (miejska kolejka linowa), połącznie do centrum jest o wiele lepsze. Kiedyś w centrum miasta (Stare Miasto/ Malecón) bywaliśmy bardzo rzadko, życie toczyło się w dzielnicy. Przy okazji muszę powiedzieć, że Santo Domingo to miasto bardzo rozwarstwione, ma w sobie dużo kontrastów. Są tu zarówno przepiękne dzielnice z luksusowymi wieżowcami, szerokimi ulicami, gdzie jest czysto, a o porządek dba policja, ale są też nadal dzielnice, gdzie nawet policja bałaby się wejść i gdzie nie zawiezie Cię żaden taksówkarz. Jest też oczywiście klasa średnia, mieszkająca w tzw. residenciales, czyli zamkniętych, nowoczesnych osiedlach. Warto o tym mówić, bo od jakiegoś czasu widzę, że Dominikanę przedstawia się bardzo jednostronnie, jako biedny kraj Trzeciego Świata, a tak naprawdę znaleźć można tutaj wszystko. Kraj się rozwija i idzie w dobrą stronę, a przykładem tego jest Santo Domingo. 

Zosia: Faktem jest jednak, że wielu turystów, a nawet Dominikańczyków omija Santo Domingo szerokim łukiem, bo głośno, chaotycznie, wszędzie korki, zgiełk i jak sam wspomniałeś powietrze jest jakby bardziej wilgotne, słońce jakby praży mocniej. Mając do wyboru ten chaos i gwar oraz piękną plażę w Punta Cana, większość będąc na wakacjach wybierze pewnie to drugie. Coś więcej kryje się jednak pod tą skorupą. Myślę, że są takie rzeczy, które dostrzega się dopiero po pewnym czasie. Trzeba poczekać, aż to miasto się przed Tobą otworzy, albo inaczej – aż to Ty otworzysz się na nie i zdecydujesz się tak naprawdę je poznać. Wtedy pojawią się chwile, kiedy poczujesz je tak mocno, że to uczucie pozostanie z Tobą na zawsze. To dlatego wiele osób chce stąd uciec, ale kiedy są już daleko, tęsknią do tego klimatu.

Cristian: Santo Domingo ma wiele wad, ale ma też takie rzeczy, których nie znajdziesz w żadnym innym miejscu na ziemi. Chaos z jednej strony jest przytłaczający, z drugiej jednak strony ma w sobie pewną magię, jest wibrujący, sprawia, że życie tutaj jest bardziej aktywne, nie czuć monotonii. Ludzie tworzą specyficzny klimat. El Capitaleño (mieszkaniec stolicy) reprezentuje karaibski luz próbując dostosować się do życia w wielkiej metropolii o szybkim tempie. To niesamowite, jak potrafimy uzyskać ten balans. To miasto codziennie daje Ci też przykłady ile jest w życiu dróg, że Twój los jest tylko w Twoich rękach; możesz odpuścić i żyć z dnia na dzień, albo guayar la yuca (lit. trzeć maniok – ciężko pracować), żeby do czegoś dojść. Poza tym, nie ma nic lepszego jak usiąść niedzielnym popołudniem w ulubionym colmadon i darse pal de fría’ (lit. dać sobie parę zimnych – wypić kilka orzeźwiających piw); oddać się długim spacerom po Maleconie i dać się otulić przyjemną morską bryzą, zagrać w domino z niezwyciężonymi starszymi panami w Ciudad Colonial, a później zatańczyć merengue na koncercie Bonyé w ruinach klasztoru i po głośniej imprezie zgłodniałym wstąpić na chicharroncito (smażona wieprzowina).

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Zosia: Warto wspomnieć, że życie w stolicy wiele też ułatwia. W przeciwieństwie do innych dominikańskich miast (może oprócz Santiago), jest to miasto z prawdziwego zdarzenia, które oferuje całą gamę atrakcji kulturowych; mamy teatry, kina, operę, restauracje, dyskoteki, parki etc., a z rzeczy bardziej praktycznych – uniwersytety, rozwinięty rynek pracy, ładne mieszkania w niskiej cenie, sklepy i usługi wszelkiego rodzaju. To tutaj znajdują się też wszystkie urzędy, dlatego mieszkając w Santo Domingo wszystkie sprawy formalne załatwiamy na miejscu.

Na koniec dodam jeszcze kwestie historyczne. Santo Domingo, a konkretnie Zona Colonial to dla osób zainteresowanych historią krajów latynoskich czy historią kolonialną nie lada gratka! Najstarsze miasto obu Ameryk, budynki z XVI wieku, większość bardzo dobrze zachowana; każda ulica, każdy kąt kryje w sobie jakąś część burzliwej historii tego kraju. I ten niesamowity klimat tutejszych patios! Uwielbiam się tutaj zgubić, wtedy zawsze odkrywam nowe, wyjątkowe miejsca. Jeśli w którymś momencie przyjdzie nam przeprowadzić się do innego miejsca, to i tak na pewno często będziemy tutaj wracać.

Cristian: Dodam, że capitaleño rodzisz się i umierasz! Santo Domingo to ludzie, kultura, historia, klimat i flow. To miasto zawsze będzie miało swoje miejsce w moim sercu!

Pamiętam, że na początku pandemii trafiłem na fotografie stolicy robione dronem o różnych porach dnia. Patrzyłem na nie z niedowierzaniem. Dzielnice, szczególnie po zmroku, były wyludnione. Główne arterie komunikacyjne, przeważnie nabite huczącą masą pojazdów, świeciły pustkami. Dotąd nie widziałem dominikańskiego życia w stanie takiego „zamrożenia”. Normalnie te stołeczne ulice są codziennie poligonem dla zmysłów – od rana do nocy. Jak Santo Domingo radziło sobie przez te „pandemiczne tygodnie” pełne restrykcji? Był lockdown, różne warianty godziny policyjnej, nadzór przestrzegania dystansu społecznego w barrios, etc. I jak wyglądał Wasz dzień w tym zupełnie nieoczekiwanym okresie?

Zosia: Ten okres trwał raczej krótko, potem wszystko zaczęło powoli wracać do normy. Szybko wróciły budki z chicharrones, a reggaeton zaczął dudnić jak wcześniej. Odnośnie do samej pandemii i przestrzegania obostrzeń, podobnie jak w innych przypadkach i tutaj relację między teorią a praktyką opisałabym raczej jako „to skomplikowane”. Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.

Cristian: Jeśli chodzi o toque de queda (godzina policyjna) to na samym początku bardziej to respektowano i policja faktycznie docierała nawet do barrios, później jednak zewsząd zaczęły dochodzić nas słuchy, że godzina policyjna to fikcja. Kiedy pytaliśmy o aktualną sytuację znajomych z różnych regionów, w odpowiedzi usłyszeliśmy: „Jakie toque de queda? Tutaj nie ma toque de queda”… Z tego co zaobserwowaliśmy, ludzie szybko zaczęli przyzwyczajać się do sytuacji i żyć w miarę normalnie, przynajmniej w obrębie swojego miejsca zamieszkania, co oznacza działalność sklepików, budek z jedzeniem wieczorem, a kiedy wszystko jest zamknięte, spotkania towarzyskie w domach czy też na ulicy.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Zofia De los Santos (@sofayer.andayer)

 

Zosia: Trzeba powiedzieć, że w kraju tropikalnym ciężko jest zamknąć ludzi w domu, szczególnie bez klimatyzacji… Zaduch i wilgoć zadręczy każdego. Dominikańskim zwyczajem wszyscy po południu wychodzą na balkon, patio lub chodnik przed domem i tam spędzają czas – tego nie da się w ludziach zmienić. To dotyczy również maseczek, jeśli w Polsce ludzie mają z tym problem, wyobraź sobie co może się dziać tutaj. Bądźmy szczerzy, w maseczce nie da się oddychać w tym klimacie, i to dlatego wiele osób, będąc na zewnątrz, zwykło nosić ją na brodzie, albo trzymać w ręce…

Cristian: W okresie, kiedy godzina policyjna była w Santo Domingo od 17:00, najgorsze były korki! To było nie do zniesienia, nawet nie chciało się wychodzić gdziekolwiek. Później była od 21:00 (w weekendy od 19:00), więc było to w miarę znośne, można było się swobodnie przemieszczać, pojeździć po kraju, otwarto też wiele restauracji i barów. Ludzie zaczęli spotykać się po prostu wcześniej, chodzić do restauracji czy do colmadonu na piwko, a później wracać do domu i tam kontynuować imprezę. Dominikańczyk ma w naturze chęć zabawy i tego nie da się go oduczyć. Tak naprawdę nie potrzebujemy lokalu, żeby się dobrze bawić! Aha, oczywiście otwarto też cabañas (domy schadzek) tak, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie!

To zostańmy przy tej dobrej zabawie. Cristian wspomniał wcześniej o koncercie kapeli Grupo Bonyé. To już kultowe wydarzenie muzyczne. Pod ruinami klasztoru św. Franciszka w Zona Colonial. Od lat, w każdy niedzielny wieczór. Wtedy nobliwi dżentelmeni pod wodzą maestra Félixa Báeza wycinają karaibskie rytmy: son, merengue, bachata… Jest głośno, energetycznie, leje się rum. No i rządzi taniec. Wy tańczycie, prawda? Od zawsze tańczycie? Santosowie tańcem żyją? Gdziekolwiek, kiedykolwiek?

Zosia: Taniec to faktycznie ważna część naszego życia. Dla mnie to życiowa pasja. Muzyka i taniec towarzyszą mi odkąd pamiętam. Pierwszy raz zapach sceny poczułam mając zaledwie 4 latka. Powiadają, że jako jedyne dziecko podskakiwałam do rytmu! 

Cristian: U mnie historia jest zupełnie inna. Muzyka dla Dominikańczyka to część codzienności, wszystko jest nią przesiąknięte, jest wszechobecna, od rana do nocy. Pamiętam, kiedy zaprosiłem Zosię po raz pierwszy do mojego rodzinnego domu. Od razu zlecieli się sąsiedzi i kazali mi zatańczyć z nią merengue. Dla mnie to był obciach, bo za tancerza się nie uznawałem, a wiedziałem, że ona kocha taniec. Jakoś poszło… Najważniejsze, że ona była zadowolona!

Zosia: Tak, pamiętam ten dzień! To wtedy pierwszy raz zatańczyłam merengue i to z rodowitym Dominikańczykiem! To było coś! Kilka lat później, kiedy Cristian przyleciał do Polski, ja już prowadziłam kursy tańca. Wpadłam wtedy na pomysł, żeby Cristiana w to zaangażować, widziałam w nim duży potencjał. Opierał się, ale wyszło na moje i powstało „De los Santos Project” – nasze wspólne taneczne dziecko. Teraz czuję satysfakcję, bo dzięki temu, Polska mogła doświadczyć niezwykłego klimatu bachaty czy merengue z pierwszej ręki.

 

 

Cristian: Lekcje tańca oraz wszystkie taneczno-muzyczne wydarzenia, które organizowaliśmy pod flagą „De los Santos Project”, traktowałem jako dzielenie się kulturą Dominikany. Miło było patrzeć na radość i pozytywną energię, którą powodowała w ludziach dominikańska muzyka. Zafascynowani tymi karaibskimi klimatami, pytali często o mój kraj, chcieli wiedzieć więcej o jego kulturze, ludziach. A ja z wielką radością opowiadałem im o Dominikanie. 

Zosia: Teraz kiedy jesteśmy już w Dominikanie też często tańczymy, muzyka gra u nas prawie cały czas; pobudzające merengue, gitarowa bachata, romantyczne bolero, a w niedziele obowiązkowo salsa! Zaczęliśmy też prowadzić lekcje tańca on-line, dla tych, którzy zamknięci w domu, poszukują dodatkowej dawki pozytywnej energii. Szczególnie w tych pandemicznych czasach, muzyka daje dużo radości, dystansu i wytchnienia. To zdecydowanie najlepsza terapia na stres!

Ponoć, aby zrozumieć bachatę trzeba znać dominikańską duszę. I odwrotnie, aby pojąć Dominikańczyków, warto oswoić się z bachatą. Czym jest bachata? W jaki sposób dominikańska mentalność jest zaszyfrowana w tych rytmach, w tej śpiewnej liryce, w tej nierzadko ckliwej ekspresji?

Cristian: Bachata to zdecydowanie jeden z najbardziej popularnych gatunków muzycznych w Dominikanie. Powstała w latach 60-tych i w odróżnieniu do merengue, które jest rytmem wesołym i skocznym, ma charakter bardziej uczuciowy, pochodzi m.in. od bolero – romantycznego, subtelnego rytmu kubańskiego.

Zosia: Mówi się, że słowem, które najtrafniej opisuje bachatę jest amargura, czyli gorycz, zgorzkniałość, głęboki smutek i faktycznie, słuchając wielu utworów, nawet nie rozumiejąc tekstu, można wpaść w stan melancholii. Powoduje to m.in. charakterystyczna „płacząca” gitara.

Cristian: Mimo, że Dominikańczycy sprawiają wrażenie ludzi bardzo wesołych i zawsze uśmiechniętych, są też wrażliwi i bardzo, bardzo kochliwi. Szczególnie mężczyźni! Zawsze to powtarzam – dominikański macho żyje dla kobiet. Od najmłodszych lat uczymy się jak zwrócić uwagę kobiet i je zdobyć. Czasami nam się uda, czasami nie. O tym właśnie jest bachata, opowiada o wszystkich odcieniach miłości – zakochaniu, odrzuceniu, zdradzie, nienawiści – wpisanych w dominikańską kulturę i mentalność.

Zosia: Kobieta pokazywana jest często w roli „femme fatale”, jest dumna, zimna i bezlitosna, nie zważa na uczucia mężczyzny. Faktycznie, w pewnym stopniu oddaje to rzeczywistość, podobnie jak Cristian, też mam wrażenie, że to mężczyźni są tutaj bardziej uczuciowi i to oni ganiają za kobietami zabiegając o nie na każdy możliwy sposób. Ten stan rzeczy wpisał się już na stałe w dominikańską kulturę, aż do tego stopnia, że od kilku Dominikanek mieszkających w Europie usłyszałam, że czują się tam mniej atrakcyjne, bo brakuje im komplementów, uwagi mężczyzn, którą w swoim kraju mają na co dzień. Cóż, trzeba przyznać, że Dominikańczycy są niezwykle szarmanccy i umieją sprawić, żeby kobieta poczuła się wyjątkowo, trudno im się oprzeć. Mnie się nie udało…

 

 

Zosia, obroniłaś w Polsce intrygującą pracę dyplomową o pierwotnych mieszkańcach Hispanioli, którymi byli Tainowie; pisałaś o tzw. indygenizmie, czyli nurcie, głównie literackim, odwołującym się w kulturze dominikańskiej do rdzennych tradycji i wartości. Powiedz, co odkryłaś dzięki tej pracy? Czy indygenizm wpływa na poczucie tożsamości narodowej wśród dzisiejszych Dominikańczyków?

Kiedy poznałam Cristiana, zaczynałam właśnie studia na Filologii Hiszpańskiej, ale o Dominikanie nie miałam wielu informacji. Szybko zaintrygowała mnie jednak historia i kultura tego kraju, co rozwinęło się jeszcze bardziej po moim pierwszym pobycie na Hispanioli. Szczególnie zainteresowała mnie historia prekolumbijska i czasy kolonialne, dlatego postanowiłam zagłębić się w ten temat przy okazji pisania pracy dyplomowej. Fascynujący jest dla mnie fakt, jaką mieszanką kulturową są Dominikańczycy, w ich żyłach płynie krew trzech różnych ras: rdzennych mieszkańców, Hiszpanów oraz Afrykańczyków.

W pracy skupiłam się na Tainach, ich wpływie na kulturę dominikańską i tożsamość narodową Dominikańczyków. Szybko jednak odkryłam, że temat jest bardziej zawiły niż mi się z początku wydawało. W Dominikanie, w przeciwieństwie do krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie nadal żyją potomkowie pierwotnych plemion, nie zachowało się wiele pozostałości po plemieniu Taíno. Po słynnej rzezi dokonanej przez gubernatora Nicolasa de Ovando, nastąpił nagły spadek liczebności tubylców, co sprawiło, że do połowy XVI w. praktycznie zniknęli oni z powierzchni ziemi. Dlatego myślę, że plemię Taíno jest dla Dominikańczyków pewnego rodzaju mitem osławionym krwawą historią, który zarówno w czasach niepodległościowych jak i dziś, spełnia rolę fundamentu dominikańskiej tożsamości narodowej.

W wyniku tego tragizmu historycznego i mitologizowania kultury rdzenni mieszkańcy są idealizowani i gloryfikowani, a pamięć o nich jest przejawem najszczerszych patriotycznych uczuć, zakorzenionych głęboko w sercu i duszy. To dlatego dominikańscy patrioci na Dominikanę powiedzą Quisqueya (jak mieli nazywać wyspę Tainowie), a w hymnie zamiast określenia dominicanos pojawia się quisqueyanos. Hołd kulturze przodków składają również artyści pisząc poematy o ukochanej przez lud królowej Anacaonie i jej areytos (utwory poetyckie służące do odśpiewywania na uroczystościach religijno-kulturowych Tainów) oraz nieugiętym Enriquillo, który przez 13 lat walczył z Hiszpanami o prawo do godnego życia i wolności dla swoich współplemieńców. Te postacie pojawiają się także w kulturze popularnej – w piosenkach czy na muralach. W sztuce często spotkać można symbole zainspirowane sferą religijno-duchową Tainów czy też ich piktogramami. Nadal kultywuje się również prekolumbijską tradycję kulinarną – przygotowanie tzw. casabe, prostego placka z manioku.

Dziś, po przeanalizowaniu wielu źródeł, do którym mam dostęp dopiero będąc tutaj, nie mam wątpliwości, że największy wkład w szeroko pojętą kulturę Dominikany ma element afrykański, jednak myślę, że Tainowie zawsze będą mieli swoje miejsce w pamięci i sercach Dominikańczyków.

Wróćmy teraz do Waszych pomysłów na życie. W samej Dominikanie chcecie rozwijać kolejny „rodzinny projekt” – tym razem podróżniczy – Pal’Caribe. Włóczęga po tym kraju jest zawsze konkretną przygodą. Niektóre prowincje, szczególnie w zachodniej Dominikanie, te położone najbliżej granicy z Haiti pozostają nadal w turystycznej niszy. I to sprzyja, choćby indywidualnym eksploracjom. Jakiej Dominikany można spodziewać się podróżując z Wami?

Cristian: Pal’Caribe powstało, aby przybliżyć Polakom poznanie właśnie tych miejsc, do których wciąż ciężko dostać się na własną rękę, a które obfitują w najpiękniejsze dominikańskie skarby. Trzeba przyznać, że Dominikana znana jest na całym świecie przede wszystkim jako mekka all inclusive; Punta Cana zdecydowanie przyczyniła się do rozwoju dominikańskiej turystyki i otwarła drzwi innym regionom, żeby mogły dać się poznać. I chwała jej za to! Dominikana w całej swojej okazałości jest jednak wciąż niedostępna, tutejszy system poruszania się czy zdobywania informacji jest dość chaotyczny i często utrudnia turystom dostęp do dominikańskich perełek. Pal’Caribe powstało jako opcja dla tych, którzy mają ochotę na głębszą eksplorację, ale niekoniecznie chcą stresować się kwestiami organizacyjnymi.

 

 

Zosia: Po zakończeniu pandemii z pewnością znów wystartujemy z naszym flagowym projektem o nazwie „Dominikana Twoich Marzeń”. Ma on na celu tworzenie spersonalizowanych programów dla osób indywidualnych. W tym przypadku, to nasz klient decyduje jakiego rodzaju wyjazd go interesuje, a my zajmujemy się jego organizacją. Ktoś woli zupełny relaks i obserwacje tropikalnej natury, kogoś innego interesuje turystyka aktywna i nutka adrenaliny. Każdy program jest inny, bo dopasowany w 100 procentach do konkretnej osoby. Głównym przewodnikiem w tym projekcie jest oczywiście Cristian, bo kto pokaże nam Dominikanę lepiej niż rodowity Dominikańczyk? Wycieczki z nim są nasycone nie tylko solidną wiedzą „książkową”, ale przede wszystkim historiami z życia wziętymi, ciekawostkami, które może znać tylko osoba, która się tutaj urodziła i wychowała.

Cristian: Wszyscy, którzy zdecydują się ze mną podróżować, muszą się też nastawić na dużo muzyki, tańca, śmiechu i rumu, bo w naszym „wesołym autobusie” zawsze się dzieje! A to, co się wydarzy w guagua (autobus), zostaje w guagua!

Gdzie lubicie jeździć najbardziej? Wasze ulubione dominikańskie rewiry?

Cristian: Odpowiedź na to pytanie to spore wyzwanie, bo jak to mówią, Dominikana „lo tiene todo” (ma wszystko). Po tych latach podróżowania po Dominikanie mamy jednak swoich faworytów, do których często wracamy.

Zosia: Pierwszym miejscem jest, bez wątpienia, Półwysep Samaná. Dla mnie, jest on kwintesencją karaibskiego klimatu, w jego obrębie mieści się wszystko to, co mnie osobiście kojarzy się z Dominikaną – soczysta, egzotyczna natura, nieziemsko piękne plaże, górzyste przylądki, ciepło i przyjacielskość bijąca od lokalnych mieszkańców, muzyka i taniec za dnia i w nocy, wyśmienite jedzenie oraz na koniec najlepsze – kameralność i poczucie intymności.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Cristian: Dokładnie, Samaná wciąż jest jeszcze niedostępna dla masowej turystyki, przez co nie jest wyeksploatowana, ma nadal świeżość i dziewiczy klimat. Kolejnym naszym azylem jest tzw. Sur Profundo, okolice Barahony i Pedernales, region zupełnie wyjątkowy, niepowtarzalny. Tamtejszy kolor wody uznaliśmy zgodnie za najpiękniejszy w całej Dominikanie.

Zosia: W najgorętszych miesiącach lubimy też spędzić kilka dni w górzystym centrum Dominikany, np. w Jarabacoa. Trzeba przyznać, że dominikańskie góry mają w sobie magię i specyficzny klimat, a rześkie powietrze daje wytchnienie od stołecznego upału.

Cristian: Na koniec muszę wymienić wybrzeże północne, od Cabrera po Monte Cristi – tutaj wybór jest bardzo ciężki, bo perełek jest tam sporo, ale warto wspomnieć szczególnie o rzekach czy naturalnych kąpieliskach, w które obfituje ten region – a to Dominikańczycy lubią nawet bardziej niż plaże.

Cristian, gdybyś miał określić swoich rodaków tylko trzema słowami, czymś co idealnie opisuje dominikańską kulturę, tę esencję – „dominicanidad„, tę codzienność wymieszaną z aspiracjami i pragnieniami lepszej przyszłości  – co by to mogło być i dlaczego?

Cristian: Namiętni, zdystansowani, solidarni.

Namiętni, bo kochamy życie i umiemy się nim cieszyć. Żyjemy intensywnie, impulsywnie, mamy gorącą krew. Nie tracimy czasu na zamartwianie się, korzystamy z tego co jest i po prostu dobrze się bawimy, w biedzie czy w luksusie, w chorobie czy w zdrowiu, w pracy czy w domu, przy porannej kawie czy wieczornym rumie… zawsze jest dobry czas, żeby celebrować życie!

Zdystansowani do świata, innych ludzi i samych siebie. Zauważ, że tutaj nikt się nie obrazi, kiedy krzykniesz do niego „Ey, gordito” (Hej, grubasku). Żartujemy sobie ze wszystkiego, nawet z naszych wad i kompleksów. Nie bierzemy życia zbyt na poważnie. W innych krajach ludzie sprzeczają się o politykę, religię, problemy społeczne… my też, ale kończymy te rozmowy nie podziałem, a śmiechem.

Solidarni z tymi, którzy potrzebują naszej pomocy. Na co dzień widzę te gesty solidarności i chęć pomocy w najbardziej przyziemnych sytuacjach, kiedy przypadkowy przechodzień pomoże mi zaparkować, kiedy sąsiadka wiedząc, że jestem chory przyniesie mi caldo con cilantro y mucho ajo (rosół z dużą ilością kolendry i czosnku), kiedy pytam o adres jedną osobę, a odpowiada mi pięć, z czego trzy z nich chcą mnie tam zaprowadzić osobiście… to zwykłe, wydawać by się mogło, nieznaczące sytuacje, które sprawiają, że żyje się nam wszystkim po prostu lepiej.

Dziękuję Wam, Amigos, za tę rozmowę…

 


Cristian de los Santos – Dominikańczyk, patriota, po uszy zakochany w swojej ojczyźnie, jak mówi: „Mogę żyć w wielu krajach świata, ale umrzeć zamierzam w Dominikanie”. W Polsce spędził 6 lat, przywiedziony tam przez los i miłość do blondynki o niebieskich oczach; tam studiował, pracował i z pasją przekazywał Polakom wiedzę o kulturze Dominikany. Obecnie jest przewodnikiem po Dominikanie dla polskich turystów.

Zofia de los Santos-Gonzalezfilolog języka hiszpańskiego, tancerka, pasjonatka kultury i historii Dominikany. Śmieje się, że „amor wystrzelił do niej naraz dwie strzały: męża Cristiana i Dominikanę; obydwoma trafił w samo serce”. Współtwórczyni dwóch projektów mających na celu promocję kultury dominikańskiej w Polsce: projektu tanecznego „De los Santos Project” oraz podróżniczego „Pal’Caribe”.

Zdjęcie tytułowe, zrobione w półwyspie Samaná, za pozwoleniem (c) Pal’Caribe / De Los Santos

Ziele zguby

Księga Sędziów 12, 5-6 / 5 Następnie Gileadczycy odcięli Efraimitom drogę do brodów Jordanu, a gdy zbiegowie z Efraima mówili: «Pozwól mi przejść», Gileadczycy zadawali pytanie: «Czy jesteś Efraimitą?» – A kiedy odpowiadał: «Nie», 6 wówczas nakazywali mu: «Wymówże więc Szibbolet». Jeśli rzekł: Sibbolet – a inaczej nie mógł wymówić – chwytali go i zabijali u brodu Jordanu. Tak zginęło przy tej sposobności czterdzieści dwa tysiące Efraimitów.

***

W 2007 roku w londyńskim Tate Modern kolumbijska artystka-rzeźbiarka Doris Salcedo stworzyła symboliczne dzieło pt. „Shibboleth”. W centralnym holu tego muzeum w polerowanym betonie posadzki wykuła ona długą na kilkadziesiąt metrów szczelinę, z początku niewielką, lecz dalej coraz szerszą i rozwidlającą się.

Gra w kolory

Poszło im o kolor skóry, a zaczęło się od białego, czyli ode mnie. Miejsce akcji – Dominikana, droga z Las Terrenas do Sánchez, paka toyoty-pickup pełna pasażerów lokalnego transportu publicznego. Czas akcji – późne popołudnie zalane blaskiem słońca w „złotej godzinie”. Dwóm, młodym Mulatkom spodobał się kolor mojej skóry. Właśnie tam, w trakcie jazdy, pośród wzgórz półwyspu Samaná, w obfitości gajów kokosowych co czyni tę krainę, zwaną tu tierra de coco, wyjątkowo czarowną. Zwłaszcza, o tej porze dnia.

Mulatki dyskutowały bez ogródek, do tego kokietując, jaki to jestem biały, jaki inny i wreszcie chciały tej bieli dotknąć. Pozwoliłem im, skoro miały taką pilną potrzebę zaznajomienia się. Czy zbliżenie kultur, ras, albo obcych z różnych światów nie jest czasem inicjowane takimi właśnie gestami? Dotykały mnie zatem badawczo i z zaciekawieniem, jak okaz egzotycznej przyrody, jak żywy zoologiczny eksponat. Na przemian lub jednocześnie przykładały swoje przedramiona do moich porównując je metodycznie, komentując, akcentując różnice. Wszystko zmieniło się, gdy jedna z nich posłała drugiej ostrzegawcze, pełne jadu spojrzenie. Wówczas zawrzało bo, nie bacząc na mnie, Mulatki zaczęły chandryczyć się, która z nich jest mniej czarna…

W rezultacie, to z pozoru niewinne zbliżenie ras obróciło się w starcie na tle rasowym z mojego powodu, ale bez mego udziału. Wszcząłem nieumyślnie konflikt i potem siedziałem skonfundowany, patrząc i słuchając, jak dwie strony piętnują się. 

Ja jestem jaśniejsza, ty jesteś ciemniejsza i basta, orzekła ta pierwsza. Właśnie, że ty jesteś ciemna, kochaniutka, tak ciemna, jak twoja brocha, ripostowała ta druga.

Ścierały się w stylu kiczowatej groteski, w dużych emocjach, zajadle i diabelsko hałaśliwie, i trwało to dobrych kilkanaście minut, może dłużej. Robiły to na serio. Kto widywał latynoskie muchachas podczas kłótni na pełnych obrotach, mniejsza o co, wie w czym rzecz. Obie zerkały na mnie co i rusz na wpół proszalnym, na wpół rozeźlonym wzrokiem jakby liczyły, że którąś wesprę; jakby chciały, aby ten obcy biały, który wszystko sprowokował, rozniecił iskry chorego pobudzenia, stał się teraz arbitrem w ich doraźnym, bądź co bądź lichym, podwórkowym sporze. Bo biały widzi chyba najlepiej, gdzie więcej czarnego a gdzie mniej?

Czy ja wiem? Na moje oko, kolor skóry tych dziewczyn nie zdradzał wielkich różnic. Czyli, nie mogłem przysłużyć się żadnej z nich i pozostałem, chcąc nie chcąc, neutralny. Mało tego, te Mulatki były do siebie podobne. Prędzej uwierzyłbym, że są siostrami, choć niekoniecznie z krwi tych samych rodziców. Lecz im chodziło wtedy po głowie co innego. One próbowały, korzystając z mojej obecności, poczuć się lepiej, jedna przed drugą, co było zupełnie irracjonalne. Ale najbardziej to dziko pragnęły wzajemnego upokorzenia. 

No, ale o Boże, patrz na moją rękę, mamuśka, a teraz patrz na swoją, nie widzisz, że twoja jest inna? Jest czarniejsza, czarna, jak sto dziur!

I tak jedna dominikańska Mulatka ciskała drugiej, a druga nie odpuszczając, też wrzucała do pieca, ile mogła. W końcu, aby tę scysję przypieczętować ta bardziej wygadana, kąśliwa jak żararaka rzuciła ostro do swej przeciwniczki, niemalże plując jej żółcią w twarz. 

Jeżeli myślisz, że jesteś lepsza to dawaj, powiedz… perejil, no powiedz to! ¡Di perejil

I tak ze trzy razy to powtórzyła. ¡Di perejil!

Ale tamta, którą miało to sponiewierać, powiedziała perejil pod nosem, jakby do siebie, jakby na próbę i zaraz zamilkła, chociaż mogła przecież odeprzeć atak, mogła ryknąć w przaśnym stylu tej afery, „sama se kurwa powiedz perejil!”. Jednak, nie zrobiła tego, ani niczego podobnego, gdyż ponad perejil nie było już argumentów do użycia w tym sporze. Do tego, rywalka wycofała się z dalszej akcji z uśmieszkiem triumfu. Jak z bicza strzelił nastąpił rozejm, co zdumiało mnie dokumentnie.

Paradoks

To, co wedle mej wcześniejszej wiedzy powinno zabrzmieć tu, jak najgorsza obraza, jak wyrok potępienia, jak coś po czym człowiek już tylko pęka z nerwów, i albo zaczyna tłuc drugiego, dzierżąc w dłoni but z koturnem, albo mu do reszty urąga i grozi zrobieniem najgorszego – zabrzmiało przewrotnie inaczej. Jak trafiony w punkt sytuacyjny gag, który uwalnia towarzystwo od udręki napięcia. I właśnie to słowo perejil, wywołane z taką arogancją w szczytowym momencie sporu, zamiast osłabić doszczętnie przynajmniej jedną z dziewczyn, podziałało na obie, jak wytrych do lepszego nastroju. W rezultacie obie Dominikanki obśmiały się z tej puenty – perejil, aż do przesady. I zawiesiły broń, pozostając tam samo „mulackie”, jak przedtem, jak zawsze. 

Pogodzone zajęły się innymi sprawami. Codziennością. Rybakiem-topielcem ze wsi nad zatoką. Najbardziej – tipsami. U obydwu pstrokate szpony wyglądały na świeżo nałożone. Trzeba je było przepaplać. Ponadto, jedna z nich podróżowała z dzieciakiem, o czym wcześniej nie wspomniałem. Próbowała go teraz zabawiać. Podrzucała maluchem dość ryzykownie, jak wielką lalką, albo przekładała go z kolana na kolano. Przy okazji, maluch ten miał skórę zdecydowanie ciemniejszą od swojej opiekunki, chyba matki i jej koleżanki, z którą chwilę wcześniej tamta szła na udry. Kiedy więc señoritas miały już co robić, ja mogłem pomyśleć. Bo tak, czy inaczej „przypadek perejil”, dał mi porządnie do myślenia. Siedząc tam, na pace terenowego wozu, najpierw w zwykłej roli współpasażera a potem także, jako postronny świadek groteskowego poróżnienia dwóch dominikańskich Mulatek w sprawie stężenia pigmentu w ich skórze, i wreszcie widząc, w jaki sposób osiągnęły one wyż tej całej akcji darcia kotów, zrozumiałem, że mam do czynienia z niebywałym i ponurym paradoksem…

Aby ten paradoks wyjaśnić, wejdziemy w mroki karaibskiej przeszłości, w erę dyktatury Rafaela Leónidasa Trujillo, którą Karaiby zapamiętały dobitnie, i to w sumie erę nie tak odległą, a przynajmniej wciąż bliską w pamięci zbiorowej, bo nie można zapomnieć czegoś, co trwało trzydzieści jeden lat, i odcisnęło swe piętno na wszystkim. Cofając się w tym czasie historycznym do 1937 roku, trafimy na pogranicze stosunków dominikańsko – haitańskich. Pogranicze – w przenośni i dosłownie, bo o to w tym wszystkim chodzi. I wtedy dotrzemy do perejil, do tego koszmarnego słowa-wyroku, które w tamtych dniach pomogło trujillowskim zbirom uskutecznić krwawe żniwo a dzisiaj, po wielu dekadach, wciąż pozostaje niepokojąco dwuznaczne.

To jedno słowo, perejil, mówi tu, na Hispanioli więcej, niż każde inne, bo mówi o ciągle żywotnej, wzajemnej i w ostatecznym rozrachunku fatalnej historii dwóch sąsiadów: Dominikany i Haiti…

Granica

Jak uwiecznił niegdyś Jacques Stephen Alexis, pisarz haitański: „Tego dnia pod gwałtownym deszczem działy się tu rzeczy tak straszne, że w ustach czuło się smak popiołu, powietrze wciągane w płuca było gorzkie, wstyd zalewał serce, życie wydawało się odrażające. Nikt sobie nie wyobrażał, że takie potworności mogą zdarzyć się kiedykolwiek na dominikańskiej ziemi. Wszystko, co szlachetne, czyste i wielkie w duszy prostego, uczciwego ludu, zostało przez Szakala i jego zbirów wywleczone i tarzane w błocie wśród ulewnego deszczu. Dopóki istnieć będzie ta ziemia, zachowa ona ślady po kałużach bratniej krwi, a dzieci tutejsze w przyszłości będą pochylały głowy przed tymi plamami hańby…” *

Podobno Rafael Leónidas Trujillo był podpity, gdy tamtej pamiętnej nocy, w październiku 1937 roku, wydał rozkaz ostatecznego rozwiązania „problemu haitańskiego”. Od chwili pojawienia się na wystawnym raucie, wydanym na jego cześć przez zamożną dominikańską matronę z Dajabón, nie rozstawał się z kieliszkiem. Alkohol był mu potrzebny, i to jak nigdy przedtem, aby się znieczulić, aby już nie myśleć o tym całym paskudztwie, jakiego z narastającą odrazą doświadczał w ostatnich dniach, kiedy osobiście kierował inspekcją terenów przygranicznych.

Zaledwie dwa miesiące upłynęły od jego poprzedniej i – mimo że krajem już władał od siedmiu lat – dokładnie pierwszej wizyty w zachodniej Dominikanie. Trujillo cenił wszelkie wyjazdy w głąb wyspy i nawet dla klimatu zwykłej wsi chętnie opuszczał niespokojną stolicę, przemianowaną rok wcześniej z Santo Domingo na Ciudad Trujillo. Miał wówczas sposobność, aby nieco odetchnąć od bezustannej czujności, do jakiej był zmuszony z powodu aktywnych działań oponentów reżimu. Do przeczulonych uszu Szefa regularnie dochodziły informacje o możliwych próbach spiskowania przeciwko niemu, co w oczywisty sposób zakłócało mu codzienny rytm wykonywania obowiązków dyktatora. Musiał jednak istnieć naprawdę znaczący powód, aby Trujillo zostawił swoją kwaterę główną dla takich odległych miejsc, jak Dajabón. Wcześniej wysłał tam brygadę sprawdzonych tajniaków i ludzi z bronią, aby zajęli się eliminacją wszelkich możliwych zagrożeń, czyhających na jego życie.

Za pierwszym razem chodziło o lustrację postępów w rozpoczętej niedawno budowie Carretera Internacional. Wedle śmiałej wizji Trujillo miała to być popisowa autostrada, biegnąca równolegle do granicy, która połączy południe kraju z północą i tym samym wzmocni pozycję Dominikany w pasie przygranicznym. Obecnie wzywały sprawy równie ważne, a być może i ważniejsze, jakim bezwarunkowo należało się przyjrzeć z bliska, poznać i wysłuchać ludzi, którym te sprawy zatruwają byt i w razie konieczności właściwie zareagować. W efekcie, długa i wyczerpująca konna ekspedycja przy niepewnej, październikowej aurze znacznie pogorszyła nastrój Szefa.

Masowe skargi rozjuszonych rodaków, żyjących w pobliżu granicy z Haiti, od Pedernales przez Elías Piña po Dajabón nie były przesadne, teraz mógł je sam jeden potwierdzić, bo na własne oczy dojrzał, że znajdowały uzasadnienie w realiach. Gdzie Trujillo nie obrócił głowy, tam po drodze, widział masy Haitańczyków, jak przymuszeni pracowali przy wspomnianej Carretera Internacional, co go zdziwiło do żywego; widział, jak pilnowali własnych, coraz liczniejszych domostw, byle jak utrzymywanych w obrębie folwarków albo doraźnie pobudowanych w szczerym polu, widział też ich połyskujące od potu, hebanowe plecy, i naraz wzdragał się, gdy tamci pochyleni, ramię w ramię karczowali w pełnym słońcu kępy buszu pod nowe zagony…

Oni, Szefie, nie uznają granicy, cichcem mijają tutejsze patrole, to po kiego tę cholerną granicę wzmacniałem, słałem tam gwardię i policję, tych nie brakuje Szefie, tych widać na każdym kroku, że czuwają, że pilnują, ale tamci łażą tak nisko przy ziemi, że ich nie można zauważyć, a gdzie cło w takim razie, ja się pytam, gdzie legalne papiery, nie mają żadnych, Szefie, to ich łapać, spisywać i deportować, instrukcje były jasne, i są wykonywane, Szefie, ale tamci nie chcą siedzieć u siebie, bo tam niczego nie ma, Haiti to bieda, dlatego idą tu do nas, albo zawracają, jeden za drugim, przelewają się tu, jak woda przy powodzi, i docierało do Szefa, że to prawda, i że panoszą się wszędzie, i po przedostaniu na stronę dominikańską większość od razu osiada, łapiąc się czegokolwiek ale reszta ciągnie dalej, w dominikański interior na wschód, a potem prosto do Santiago, do San Juan czy do Azua, do miast, które za moment zadławią się obecnością Haitańczyków, gdzie na ulicach nasz język ginie w potokach ichniej barbarzyńskiej mowy, jakby z Afryki, i ta zaraza pleni się szybko i rozchodzi po całym kraju, Szefie, takie są raporty, pisane nie dziś, nie wczoraj, ale już od dawna, znam te przeklęte raporty, i wiem, jak jest niestety, bo tak mówią Szefie, ci których spotkałeś tu, przy granicy, taka jest prawda, że naszym źle z powodu tamtych, nie swoich, to po kiego mnie wzywali do Port-au-Prince, po co robili ze mnie w Haiti wielkiego, kurwa, amigo, z jakim się idzie dogadać, chcę to wiedzieć, po kiego podpisywałem to, podpisywałem tamto, gówna warte klauzule, zafajdane poprawki, granica ma osiem lat, bo tyle ma, prawda czy nie prawda, kurwa, a śmierdzi, jakby jej nie było, z kim robiłem politykę rok czy dwa temu, z prezydentem ichnim, Vincentem, czy nieudacznikiem, którego dzika swołocz ma gdzieś wszelkie prawa, i najeżdża Dominikanę, mój kraj, który znowu muszę, kurwa, zbawić ode złego, tak Szefie, Dobroczyńco Narodu, ta swołocz gwałci naszą suwerenność, naszą wolność i nasze kobiety, z czego nie wiadomo co się potem rodzi, bo ci za bardzo czarni to już nie my, to się musi skończyć, Szefie, bo kraju potem nie poznamy, ty, Stenio Vincent, ty sąsiedzie od siedmiu boleści, prezydenciku, mógłby zagrzmieć Trujillo, puścić w eter całą swoją żółć, no cośmy ustalili, że teraz masz to gdzieś, ty perfidny zaborco, i nawet mógłby Vincentowi otwarcie pogrozić, gdyby ex-okupant Ameryka nie miała dobrze na oku całej Wyspy i nie doglądała co i rusz swego wychowanka, dominikańskiego marines, tego raptusa Trujillo, czy czegoś tam nie mąci na tych Karaibach przypadkiem, a ten by chętnie namącił, i jeśli mnie słyszysz Vincent, pomówmy raz jeszcze, jak, no niech ci będzie, równy z równym, popatrz łaskawie na granicę swego kraju, a lepiej popatrz dalej, poza tę ziejącą dziurę, i każ się swych najeźdźcom zabierać stąd w trymiga, kurwa, albo sam im w końcu pokażę, gdzie ich miejsce…

W kształtującej się ocenie Trujillo granica wytyczona w 1929 roku, po prawdzie za pomocą piór poprzednich prezydentów Dominikany i Haiti, Vásqueza i Borno nie spełniała swojej kluczowej funkcji. Nie potrafiła zastopować przepływu nielegalnych imigrantów, czyli w zasadzie nie była respektowana. Nie pomogły również aneksy, jakie w roku 1935 i 1936 podpisali Trujillo ze Stenio Vincentem, obecnym haitańskim przywódcą, mające zagwarantować wyraźnie oddzielenie jednego państwa od drugiego. Układ stanowiący granicę okazał się być może porozumieniem dobrym, tyle że jedynie na płaszczyźnie dyplomacji. To co zostało wykreślone na papierze, nijak się miało do rzeczywistości, w jakiej od kilku lat funkcjonowały „nowe” przygraniczne społeczności dominikańsko – haitańskie, wcześniej od dekad wymieszane, dwujęzyczne (tzw. rayanos) i związane wspólnym handlem, przemytem i ogólnie mniej lub bardziej łaskawym losem. Dla nich niewiele się zmieniło, poza jednym. Pojawił się dylemat narodowościowy.

W rezultacie po stronie dominikańskiej znalazło się po pierwsze, wielu, de facto obcokrajowców, jacy nie przestali przecież mówić po kreolsku na żądanie, i po drugie wielu obywateli, mówiących w tym języku równie dobrze, jak po hiszpańsku, którzy mogli należeć tak samo do Haiti, jak i Dominikany, i to bez względu na kolor skóry, jaki niestety w nowych warunkach bytowych stanowił już silną bazę do identyfikacji przynależności, nie tyle rasowej, co narodowościowej, często identyfikacji zdawkowej, przez co po wielokroć do cna błędnej. Obaj panowie rządzący ewidentnie nie czuli konsekwencji tego, tak czy inaczej, zgubnego wdrożenia sztucznych granic. Trujillo wydawał się nie mieć o tym pojęcia, albo grał ignoranta celowo. W każdy razie, widział jedynie to, co miał przed oczami, a miał tam, u siebie, spory kawałek Haiti.

Rzeka Masakra

Jednak wielu Haitańczyków przybyło do jego kraju znacznie wcześniej, niekoniecznie z ostatnią falą nielegalnej imigracji. Przybyli jeszcze przed 1929 rokiem, kiedy dominikańskie plantacje trzciny cukrowej, zarządzane przez wielkie amerykańskie cukrownie, szukały taniej siły roboczej. Dla rzeszy bezrobotnych mieszkańców Haiti ogromne areały tego słodkiego badyla po sąsiedzku, szczególnie we wschodniej Dominikanie, stanowiły niejako ziemię obiecaną, do której należało dotrzeć. Poza tym, na światowym rynku cukru panowała hossa, co po uwzględnieniu sezonowości zbiorów, i tak gwarantowało ciągłość pracy. Potem nastąpił pamiętny czarny-październikowy-czwartek na Nowojorskiej Giełdzie a wraz z nim krach 1929 roku i w rezultacie kryzys, jaki niechlubnie pokrył praktycznie całą dekadę lat trzydziestych.

Ceny cukru runęły niemal do samego dna a Haitańscy macheteros przestali być potrzebni na plantacjach. Nie widząc jasnej przyszłości we własnej ojczyźnie, nie zamierzali tam wracać. Zamiast tego decydowali się pozostać w Dominikanie i bądź to próbowali szukać czegoś, co im zapewni przetrwanie w inny sposób, bądź żyjąc na krawędzi ludzkiej godności, czekali jedynie na to, co przyniesie los. Dla wielu z nich los zgotował potem koszmar…

Szef, przemierzając konno zachodnią Dominikanę, nieprzerwanie wysłuchiwał co wieczór, i po nocach – mądrości koniunkturalnych „doradców”, „analityków sytuacji”, czy innych okazjonalnych „radykałów” spośród popleczników, jacy tworzyli jego świtę w czasie inspekcji, a za dnia – niezliczonych lamentów bezradnych rolników i właścicieli podupadłych rancz oraz innych majątków, i był zaskoczony do reszty, że to właśnie bydła prawie w ogóle nie mógł dostrzec, za to widział w dolinach nietknięte połacie zielonej trawy.

Gdzie są stada, ja się pytam, Dominikana żyje z bydła a tu pastwiska dziczeją, bo oni Szefie, rozkradają co nasze i krów nie idzie się już doliczyć, bo one znikają tak, jak tamci przychodzą, i biorą naszą ziemię, aby tu żyć, i naszym kosztem mają z tej ziemi więcej, i pracują tam, gdzie my już pracować nie możemy, bo nie ma jak…

Umysł Szefa, podsycony świeżym ogniem podłych reminiscencji, wciąż kipiał. Dlatego, w Dajabón Trujillo gasił go rumem, nie marnując kolejek. Zanim jednak grupa inspektorów wjechała do tego miasta, ostatniego celu ich roboczej ekspedycji, by później zakończyć dzień na suto zakrapianym bankiecie, Trujillo zarządził dodatkowy postój na łonie natury, nieopodal brzegu Río Masacre.

Rzeka, mimo swej nazwy, należała do łagodniejszych w kraju, i raczej od zawsze sprzyjała masowym przeprawom wpław. Nie wciągała ofiar w bezdenną otchłań, bo nawet w porze deszczowej była na to zbyt płytka, nie zabijała rwącym nurtem, tylko niezmiennie toczyła swe niewinne wody po ziemiach prowincji Dajabón, aż do Zatoki Manzanillo, gdzie wpadała do Atlantyku. Jej koryto na kilku odcinkach niemal idealnie pokrywało się z granicą, jaką osiem lat wcześniej uzgodniono, aby formalnie oddzielić od siebie państwa Haiti i Dominikanę. W czasach kolonialnych Río Masacre spłynęła krwią osadników, dlatego ochrzczono ją potem tak „zabójczo”. Zanim, na mocy Układu z Aranjuez, oficjalnie uznano w 1777 roku francuską kolonię Saint-Domingue w obrębie Hispanioli, Francuzi i Hiszpanie żyli na krawędzi wojny.

Pierwsi z nich przepychali nieoficjalne granice w głąb terytorium sąsiada, gdyż brakowało im obszarów produkcyjnych dla pomnażania zamorskiego bogactwa. Drugim przede wszystkim zależało na tym, aby sukcesywnie wyeliminować obecność tych pierwszych na Wyspie. W 1728 roku, nad brzegiem Guatapana, rzeki o imieniu pochodzącym z języka rdzennych Taino wybitych prawie doszczętnie u zarania konkwisty w XVI wieku, hiszpańscy soldados zmasakrowali trzydziestu francuskich piratów – zwanych boucaniers. Wtedy rzeka zabarwiła się na czerwono i na cześć zabitych zyskała nowe miano.

Trujillo przypomniał sobie o tym historycznym fakcie, gdy w mętnym, piaskowym brodzie dojrzał haitańskie dzieciaki, taplające się w zapomnieniu, co i rusz besztane, pewnie przez matkę, wyżymającą górę prania.

Tymczasem zza wzgórza wyszło trzech dorosłych mężczyzn z maczetami w dłoni, powłócząc nogami, jakby po skończonej pracy w skwarze południa. Różnili się kolorem skóry. Pierwszy był niezbicie Mulatem, pozostali dwaj czarni. Wbrew zmęczeniu ochoczo gawędzili. Mówili po kreolsku, a gdy Mulatowi zdarzyło się wtrącić co nieco po hiszpańsku, reagowali w tym właśnie języku. Jeden z czarnych, gdy stanął na brzegu od razu porzucił narzędzie i wskakując do wody, zbliżył się do rozweselonej dziatwy. Był im wyraźnie bliski, być może, jako ojciec, albo starszy brat. Drugi czarny zauważył Trujillo stojącego w polowym mundurze w cieniu drzewa i odruchowo ścisnął rękojeść maczety. Raczej nie mógł rozpoznać dominikańskiego Wodza, za to mimo odległości poczuł na sobie jego świdrujące spojrzenie. Pozostał jednak niewzruszony. Ou byen?, spytał go Mulat, czy dobrze z nim. Sí, todo bien, odparł mu tamten, że tak, że dobrze.

To przez tę cholerną rzekę tak łatwo się tutaj dostają, pomyślał rozsierdzony Trujillo, łykając rum i zagryzając kawałkiem langusty, lepiej niech dobrze zapamiętają jej nazwę! Ogrodzimy ją, albo nie, kurwa, w diabły wysuszymy, zasypiemy i postawimy mur, zatkamy to wszystko betonem, szczur nie przejdzie przez Río Masacre!

Do żniw!

Prymitywne zalewanie robaka nie pasowało do jego stylu, chyba że robak ten spuchł do rozmiarów Haitańczyka. Wódz raczej wymownie gardził pijatykami, kiedy łatwo o kompromitację, i różne głupstwa, których nie tolerował, ganiąc wszelkie przejawy degrengolady. Jeśli gustował w alkoholu, to bardziej w koniakach najlepszego sortu, i to w niewielkiej ilości. Nierzadko wychodził z bankietów, nim podano mocniejsze trunki, zostawiając towarzystwo samopas. Słynął za to z upodobania do uciech cielesnych innego rodzaju, najchętniej z młódkami, które niecnie wykorzystywał w ulubionej willi Casa de Caoba w San Cristóbal, wzmagając swą reputację „Kozła”.

Jednak tamtego wieczoru Trujillo miał wypić sporo, i to dokładnie czystego, dominikańskiego rumu, słodkiego, zawsze dobrego, ale jakże zdradliwego, i wlewał go w siebie tak, jakby szukał wzmocnienia przed tym, co go nieodzownie czekało, i to jeszcze tej nocy, i pił wraz ze swoimi oficerami podczas fety wieńczącej trudy przygranicznej wizytacji. Niedługo potem Zbawca Ojczyzny był już gotowy i zrobił to, co musiał zrobić, aby ratować Republikę Dominikańską przed inwazją „afrykańskich hord”. Dał wojskowym przyzwolenie na rozpoczęcie El Corte, czyli „żniw”, bo taki alias zyskała operacja, która miała jeden tylko cel: metodycznie zgładzić wszystkich Haitańczyków w Dominikanie. Życie mieli zachować jedynie ci, których na plantacjach zatrudniały amerykańskie kompanie cukrownicze…

W niezmiennie miłej atmosferze tamtej uroczystości w Dajabón Trujillo powiedział do zgromadzonych: 

Już wiem o tym, że Haitańczycy okradają naszych rolników z żywności oraz bydła. Wiem o tych grabieżach od was, obywatele Dominikany. I odpowiem wam, co zrobię. Rozwiążę ten problem! Zresztą, to się już dzieje. W Bánice zabito dotąd ze trzystu Haitańczyków. I to rozwiązanie będzie kontynuowane!”.**

I tu uderzył pięścią w stół… 

Chwilowe napięcie, wywołane przemową Szefa, nie zakłóciło dalszego ucztowania a nawet je wzmogło.

Regularne masakry rozpoczęły się o północy…

Maczety

Mówi Cocozumba, Dominikańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „W samym tylko Dajabón, powiadają ludziska, wymordowanych jest blisko dziesięć tysięcy… W naszych stronach każdy boi się gadać, ale na pewno będzie tego u nas tysiące i setki… Kiedym jeszcze ścinał trzcinę, znałem Haitańczyków. Och, może z nich i zawadiaki, ale ludzie „całą gębą”. Nigdy nikomu nie wadzą… I jego także znałem… Trujilla, znaczy się… Matkę ma uczciwą kobiecinę a sam taki hultaj… Teraz jest generalissimusem, prezydentem i Bóg wie, czym jeszcze… Wstyd dla nas wszystkich. Złodziej i dziwkarz… żeby tak na zimno wymordować dziesiątki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieciaków. Trzeba mieć ostatnią kurwę za matkę chrzestną, a za ojca brudnego wieprza, żeby coś takiego wymyślić i zrobić…”*

Przede wszystkim w ruch miały pójść maczety, a nie kule. Poza tym noże, łopaty i kilofy oraz pozostałe narzędzia, które mogły hurtowo i skutecznie zastąpić broń palną. Nie z oszczędności lecz z wyrachowania, dla zatarcia śladów. Dominikańczycy są z natury raczej rozrzutni, poza tym Trujillo uważał, iż na wroga nie szczędzi się  amunicji. A wrogiem numer jeden byli wtedy Haitańczycy, których w końcu należało się pozbyć. I zapewne plan ich metodycznej eksterminacji na terytorium Republiki Dominikańskiej byłby zrealizowany szybciej i sprawniej, gdyby normalnie użyto karabinów, z ogniem a nie tylko z bagnetem, co zostało jasno przykazane. Chodziło bowiem o stworzenie pozorów, o zadanie, jak najwięcej ran kłutych, głębokich, śmiertelnych, za pomocą każdego dostępnego, ostrego żelastwa.

Wiadomo, że kule zostawia ten, kto strzela, a w państwie politycznego ucisku z reguły strzela wojsko, albo milicje i bojówki na usługach bezpieki. Nie mówiąc o zwykłych kryminalistach, wspieranych po cichu przez reżim, dobrze uzbrojonych i złączonych w siejące pogrom szwadrony śmierci. Gdyby więc jakiekolwiek przecieki o masowej rzezi, z udziałem zarówno regularnych oddziałów wojskowych, jak i paramilitarnych wyszyły poza Dominikanę, czego się obawiano, wywołałby to od razu międzynarodowe reakcje i pogrążyło dyktaturę w oczach świata. Toteż dla zagwarantowania sobie niejako „linii obrony” Trujillo zarządził, aby rzeź wyglądała na spontaniczny chłopski zryw, tak jakby zdesperowani dominikańscy chłopi wzięli sprawy w swoje ręce, i sami zajęli się „problemem haitańskim” na swym terenie, masakrując sprawców własnej niedoli, bez jakiejkolwiek wiedzy i przyzwolenia władz.

Wtedy Trujillo pomyślał o żniwach tak, jak się o nich myśli na Karaibach od zawsze. Pomyślał o plantacji, o trzcinie cukrowej, o pracującym tam niegdyś czarnym niewolniku, a teraz Haitańczyku, i wreszcie o narzędziu bez którego trzciny się nie zetnie, o maczecie, której Haitańczyk na co dzień używa. Potem w głowie Trujillo zrodziła się alegoryczna wizja jego własnych, krwawych żniw, nazwanych później, nie inaczej – El Corte, i tak plantacja stała się Dominikaną, trzcina cukrowa Haitańczykiem, a maczeta w końcu trafiła we właściwe dłonie…

W ciągu trzydziestu sześciu godzin od momentu wydania przez Trujillo w Dajabón rozkazu zgładzenia Haitańczyków, horror masowego zabijania ogarnął niemal cały kraj, od zachodu po jego wschodnią cześć, z Półwyspem Samaná włącznie. Przeważającą liczbę wstrząsających zbrodni popełniono jednak na obszarach przygranicznych oraz w przyległym do nich regionie El Cibao, gdzie w samym Santiago de los Caballeros, drugim co do wielkości mieście Dominikany, w bestialski sposób stracono ponad tysiąc Haitańczyków, w tym także ucinając im głowy. Dokonali tego „działający w przebraniu” rządowi gwardziści. Sfory rozpitych tanim rumem i rozjuszonych żołnierzy wpadały raptem do siedzib Haitańczyków, po czym natychmiast mordowali wszystkich, jednego po drugim, całe rodziny. Ścinano dzieci na oczach matek, żony na oczach mężów, w powietrzu nieprzerwanie świstały maczety a krew zalewała bruki, uwalniając duszący, miedziany odór śmierci.

Ale nie zawsze zabijano Haitańczyków od razu tam, gdzie zostali schwytani podczas obławy. Sugerowano im wtedy, że jeszcze pożyją, a jedyne co ich czeka, to bezwarunkowe wydalenie z Dominikany. Nieco uspokojeni tym, że jakimś cudem ominęło ich najgorsze, bez większych podejrzeń poddawali się procedurom deportacyjnym, zainicjowanym przez wojsko i straż graniczną. Okazało się to jednak ponurą fikcją, dzięki której Trujillo i jego poplecznicy mieli zyskać dodatkowe alibi. Po wykonaniu papierkowej roboty, kiedy już dominikańskie władze miały wyraźny dowód na to, że nielegalni imigranci zostali, nie inaczej jak po ludzku i w zgodzie w prawem wysłani z powrotem do Haiti, przystąpiono do dalszych kroków. Wszystkich, wcześniej spisanych Haitańczyków zabierano w odludne miejsca i pod osłoną nocy masakrowano do ostatniego. Ich ciała przewożono następnie na wybrzeże, w okolice Montecristi, a tam wrzucone do Atlantyku, miały być pochłonięte przez ławice rekinów.

Ponoć, kurz przygranicznych dróg, którymi organizowano transport w kierunku oceanu, mieszał się ze strumieniami krwi, wyciekającej z ciężarówek, wypełnionych makabryczną zawartością. Wiele z tej krwi spłynęło do pobliskiej Río Masacre, gdzie łączyła się z krwią innych Haitańczyków, zabitych tu w czasie rozpaczliwej próby ucieczki wpław. Po raz drugi w historii nurt rzeki nabrał szkarłatnej barwy a jej nazwa stała się sugestywnie wzmocnionym symbolem tragedii.

Perejil, co po hiszpańsku oznacza "pietruszka"

To słowo zabijało

Jacques Stephen Alexis pisze: „Rzucili się ku nim gwardziści i zaczęli wyrywać im z rąk narzędzia pracy – maczety. Popychani ze wszystkich stron, ludzie zbili się w ciasną gromadę. Nikt nie miał już wątpliwości: byli w pułapce. Oficer kazał wystąpić wszystkim obywatelom Dominikany. Mówił ostrym tonem. Nie było innej rady. Należało posłuchać, aby nie dawać pretekstu do wystąpień pijanej bandzie żołdaków, która poruszała się niby bestia groźna, wyjąca, z ogłupiałą gębą rozjaśnioną dzikim zadowoleniem z własnego okrucieństwa. Waląc kolbami, żołnierze oddzielili od reszty grupę Dominikańczyków, zebraną na brzegu drogi. Oficer w otoczeniu kilku żołnierzy wygłosił krótkie przemówienie. Potem kazano Dominikańczykom przedefilować; każdy przechodząc obok oficera musiał wymówić słowo: perejil…”*

To hiszpańskie słowo – perejil – czyli zwykła „pietruszka”, stało się synonimem czystki etnicznej, wyroku, jaki Trujillo wydał na Haitańczyków w październikową noc 1937 roku.

W ciągu tamtych dramatycznych dni, wielokrotnie dochodziło do sytuacji, w których rozpanoszeni wszędzie mordercy, stając oko w oko ze swą potencjalną ofiarą, osaczoną gdzieś na ulicy albo nawet w szczerym polu, nie byli w stanie od razu ocenić, czy to obywatel Haiti, czy Dominikany. Niepewność dotyczyła koloru skóry. Dominikańczycy bywają zwykle Mulatami ale i pośród Haitańczyków występuje wielu równie jasnych. Z kolei Haitańczycy bywają zwykle czarni, ale i pośród Dominikańczyków występuje wielu im podobnych.

Chwilowy dylemat gwardzisty czy najemnika z uniesioną maczetą, sprowadzał się więc, z jednej strony do ryzyka nieopatrznego zabicia rodaka, czy rodaczki, a z drugiej – do ryzyka niezabicia Haitańczyka czy Haitanki. Innymi słowy, musiała istnieć jakaś prosta i skuteczna metoda trafnej klasyfikacji przynależności narodowościowej u podejrzanych Mulatów, schwytanych między czarnymi oraz podejrzanych czarnych, schwytanych między Mulatami. Problem raczej nie istniał w trakcie pustoszenia okolic, znanych głównie ze skupisk haitańskich domostw. Wtedy bez wahania ścinano każdego, za porządkiem, bo każdy wyglądał na czarnego Haitańczyka i nikt nie myślał o czarnych Dominikańczykach, mimo, że tacy się przecież zdarzali. Poza tym druzgotano mieszane, haitańsko-dominikańskie małżeństwa, jakich także nie brakowało, choćby w zachodniej Dominikanie; ginął zatem mąż Haitańczyk, ginęła żona Haitanka, a rozpoznanych Dominikańczyków, nagle owdowiałych puszczano wolno.

Trujillo ze swymi aparatczykami przewidział zawczasu „kłopotliwą” kwestię właściwego rozróżniania, kto jest kim i szybko znalazł dla niej rozwiązanie. W dalszej kolejności wojskowi egzekutorzy otrzymali jasne pouczenie, jak mają zadziałać, kiedy zabraknie im pewności przy selekcji kandydatów do egzekucji. Co więcej, zdarzało się iż żołdacy biorący udział w łapankach, oprócz maczety nosili ze sobą… witkę pietruszki, i korzystali z niej w razie konieczności, w dość kuriozalny sposób. Otóż, siepacze Trujillo stosowali ponurą „magię”, tak zwanego szyboletu, czyli znaku rozpoznawczego, słowa-klucza, które zawiera specyficzną dla danego języka głoskę, jakiej cudzoziemiec, obcy albo wróg nie potrafi poprawnie wymówić…

Szybolet, czyli językowy test

Szybolet (z hebr. szibbōlet, „kłos”) wywodzi się z Biblii i jest o nim mowa w dwunastym rozdziale Księgi Sędziów, traktującym o wojnie między Efraimem a Gileadem, którą przegrały plemiona Efraimitów. Ci z Efraimitów, którym udało się przetrwać, próbowali podszyć się pod swych wrogów, przekroczyć rzekę Jordan i wrócić na własne terytoria. Zostali jednak zdemaskowani i zabici. Zdradził ich błąd przy wymawianiu słowa „szibbolet”.

W języku hiszpańskim, w Dominikanie, takim testem lingwistycznym – szyboletem, przeciwko haitańskim imigrantom było słowo perejil. I tutaj podobnie, pozytywny wynik testu oznaczał życie, negatywny – natychmiastową śmierć. Kiedy gwardziści Trujillo nie wiedzieli, z kim mają do czynienia, sprawdzali to w dwojaki sposób. Albo potrząsali przed oczami zatrwożonego nieszczęśnika wiechciem pietruszki i pytali ¿Qué es esto?, „Co to jest?”, albo od razu kazali mu powiedzieć „pietruszka”, ¡Di perejil!. Los człowieka w obu przypadkach zależał od tego, czy prawidłowo wymówił słowo perejil lub czy w ogóle je wymówił…

Haitańczyk, który przecież mógł hiszpańskiego nie znać nic a nic, ale jakoś pojął, że dominikańskiemu oprawcy, ściskającemu maczetę, chodzi o nazwę warzywa, nie kombinował, tylko machinalnie odpowiadał po swojemu, pewnie po kreolsku – pèsi. I został ścięty. Inny Haitańczyk, który mówił już trochę po hiszpańsku, i być może nawet wiedział, że chodzi o perejil, i tak w odpowiedzi użył kreolskiego, bo tylko na to go było stać w ogromnym stresie i panice. Został ścięty. Kolejny Haitańczyk, który rozumiał hiszpański, bo przebywał w Dominikanie od dawna, albo wcześniej mieszkał w rejonie przygranicznym po stronie Haiti i mówił po hiszpańsku równie dobrze, jak po kreolsku, bez problemu mógł więc, czy to powtórzyć – „pietruszka” – za gwardzistą , czy też dać właściwą odpowiedź, w języku, w jakim tamten zadał pytanie. I odpowiedź dał. Po czym został ścięty. Niefortunnie, w słowie perejil (wym. perehil) zgubiła go głoska „r”.

Haitańczycy, mówiąc po hiszpańsku z kreolskim akcentem, nie radzą sobie z charakterystycznym, drżącym brzmieniem tej właśnie głoski, nie potrafią jej płynnie wymówić. Spotykając w Dominikanie imigrantów z Haiti, szczególnie w Santo Domingo, i z długą praktyką na obczyźnie, nie zawsze od początku miałem pewność, że to oni. Bywało, że mylił mnie kolor ich skóry. Wystarczyło jednak, że użyli przy mnie hiszpańskiego, i to całkiem poprawnego, a nie miałem już wątpliwości. W 1937 roku Haitańczyk tracił życie, ponieważ w czujnych uszach żandarma, zamiast perejil, wybrzmiewało coś wyraźnie płaskiego, coś pomiędzy „pe-he-żil” a „pe-we-żil”. O niezwłocznym wykonaniu wyroku decydowały w zasadzie dwie pierwsze sylaby…

Tę śmiercionośną komendę żandarmów, ¡Di perejil!, czyli „Powiedz pietruszka!” warto jeszcze lingwistycznie przeanalizować. W dominikańskim wariancie języka hiszpańskiego słowo perejil mogłoby zyskać, co najmniej trzy różne brzmienia, w zależności od regionu kraju. Jeśli pytanie padło na zachód od Santiago de los Caballeros, gdzieś w Dolinie Cibao, gdzie masakry miały intensywny przebieg, ofiary mogły raczej usłyszeć ¡Di peiejil! (wym. pejehil). Występuje tu dość popularna zamiana „r” na „i”. Dlatego na przykład w Santiago słychać, poi favoi zamiast por favor („proszę”), albo mi amoi zamiast mi amor („kochanie moje”).

Jeśli potencjalnego Haitańczyka osaczono w ulicznym zaułku Santo Domingo, albo w okolicach dominikańskiej stolicy, to pewnie usłyszał ¡Di pelejil! (wym. pelehil). W tej części kraju powszechnie zamienia się „r” na „l”, i można wyłapać, że por favor brzmi, jak pol favol, a mi amor, jak mi amol. Chyba, że powie to ktoś, kto akurat odwiedził stołeczne miasto, przyjeżdżając z El Cibao…

Z kolei podczas obław w południowo-zachodniej Dominikanie, Haitańczyk byłby zmuszony powtórzyć ¡Di perejir! (wym. perehir). Tutaj „l” przechodzi w „r”, czyli odwrotnie niż w Santo Domingo…

Jacques Stephen Alexis pisze: „Porucznik rzucił nowy rozkaz, aby pobudzić do działania swoich ludzi, którzy teraz, w obliczu rzezi, stracili poprzedni ferwor. Własnoręcznie, jednym dźgnięciem sztyletu w serce, dobijał rannych, potem odwracał trupy nogą. Podkomendni wzięli przykład z dowódcy. Któryś z robotników uniósł się wsparty na boku i ryknął ile sił w płucach: – Mordercy! Mordercy! Słowa zamarły mu w gardle. Dobił go sztylet oficera. Ale już inny, jakiś rudzielec trzymający się za rozszarpany brzuch, zaczął krzyczeć: Perejil! Perejil! Perejil! Czyżby to był obywatel Dominikany? Porucznik podszedł bliżej, zamierzył się, i nieszczęśnik znieruchomiał na zawsze…”*

Nietrudno wyobrazić sobie, że tego rodzaju zróżnicowanie językowego akcentu w relatywnie niewielkim kraju, szczególnie w tamtym dniach terroru i zmasowanego napięcia, w czasie popłochu i powszechnej trwogi, mogło przełożyć się na skutki, jakie bezpośrednio i dobitnie odczuli, zarówno Haitańczycy, mordowani systematycznie, oraz Dominikańczycy, których mordowano przez pomyłkę, ale i z premedytacją, w celu zgładzenia niewygodnych świadków masakry, jakiej mogli dać potem świadectwo…

Mówi Hilarion, Haitańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „…To, co nam zrobili złego… nie mogę ci przysiąc, że zapomnę, nie potrafiłbym chyba nigdy… Ale jeśli z życiem ujdziemy, nigdy nie pominę okazji, żeby powiedzieć, jak wiele niektórzy Dominikańczycy zrobili, aby nas ratować…”*

Perejil

Masowe mordy trwały tydzień, od 2 do 8 października 1937 roku, kiedy sam Trujillo oficjalnie nakazał je wstrzymać. Nieoficjalnie, trwały o wiele dłużej… Wtedy też porzucono maczety a załadowano karabiny, i kontynuowano czystki w sposób bardziej „wydajny”. Szacunki, co do ofiar są bardzo różne. Źródła podają, że zginęło od kilku do kilkudziesięciu tysięcy Haitańczyków…

Wielu z nich nie potrafiło wymówić perejil

Dwie młode Mulatki, Dominikanki, które spotkałem jadąc na pace terenowego wozu, i które poniekąd zainspirowały mnie do przybliżenia tu mrocznego wycinka dominikańsko-haitańskiej historii, wymawiały perejil bezbłędnie, jednocześnie otwarcie drwiąc z tego, co ponad siedemdziesiąt lat wstecz stanowiło efemeryczną granicę między życiem a śmiercią. Wygląda na to, że ta granica nadal istnieje, tyle że dzisiaj perejil nie zabija dosłownie, za to niejednokrotnie dzieli mikroświat Hispanioli na lepszych i gorszych…

 


* Cytaty pochodzą z powieści: Jacques Stephen Alexis „Generał Słońce”, w tłumaczeniu Małgorzaty Hołyńskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Czytelnik w 1958 roku.

** Sparafrazowana wypowiedź Trujillo pochodzi z: Michele Wucker „Why the cocks fight. Dominicans, Haitians and the struggle for Hispaniola”, Hill and Wang 1999.

Kopalnia lazurowych kamieni

W masyw Sierra de Bahoruco pojechaliśmy z Kingą pierwszy raz jedenaście lat temu. W poszukiwaniu larimaru, legendarnego dominikańskiego kamienia półszlachetnego. Wtedy zamglone, wilgotne góry przypominały nam pejzaże afrykańskie Konga, czy Rwandy, zachowane w pamięci z programów przyrodniczych. Droga wiodąca do kopalni była długa (ponad 8 km podjazdu), wyboista i kręta. Jednak mieliśmy przygodę – wspólny transport z górnikami na pace terenówki!

Potem, już u celu, niesamowite wrażenie wywarły na nas prymitywne, klaustrofobiczne szyby kopalniane i metodologia pracy zatrzymana w jakimś odległym czasie. Spece od bezpieczeństwa i higieny pracy pocięliby się pewnie w pachwinach, gdyby to wszystko zlustrowali. Górnicy eksploatujący złoże, wydzierali górze lazurową kopalinę w warunkach dalekich od komfortu, bardzo ciężkich, narażeni na konkretne ryzyko. Bywało, że do kostnicy szpitala Jaime Mota w Barahonie trafiały ofiary uduszeń z powodu braku powietrza na głębokości kilkudziesięciu metrów. Ponoć, górnicy opłacani są dość godziwie (ale o tragiczne wypadki nietrudno).

Tamtą wyprawę opisałem szczegółowo i zilustrowałem zdjęciami w materiale „Karzeł i larimar”.

Fragment:

Wreszcie spojrzałem w otchłań szybu. Na jego dnie tkwił górnik, kopacz larimarów, tkwił po pas w cieczy tłustej od gliny. Przepłukiwał skalną drobnicę, garść za garścią, szukał okazu, który byłby cokolwiek wart. Za sztuki najwyższej próby płaci się górnikom ekstra. Jakość kamienia zależy od jego barwy. Im bielszy, tym gorszy i tańszy. Im bardziej błękitny, tym lepszy i rzecz jasna, droższy. Kolor tanizny balansuje przeważnie pomiędzy białym i jasnoniebieskim takim, jak zachmurzone niebo nad Karaibami. Za to dobry kamień od razu ściąga wzrok swoim niemalże odbiciem lazurowej tafli Morza Karaibskiego?” Więcej…

W marcu 2018 roku dominikański Kongres Narodowy ogłosił 22 listopada „Narodowym Dniem Larimaru” (Día Nacional del Larimar). Dokładnie tego dnia w 1916 roku, ksiądz Miguel Fuertes Domingo Lorén, odkrył ów kamień w pobliżu miasta Barahona. Księdza-odkrywcę uhonorowywano wcześniej pomnikiem przyrody. Jego imię nosi rezerwat biologiczny El Monumento Natural Miguel Domingo Fuertes we wschodniej części pasma górskiego Sierra de Bahoruco w prowincji Barahona.

W styczniu 2019 wróciliśmy z ekipą do górskiej kopalni larimaru…

Oto fotoreportaż z tej wizyty.

DSC_0077

DSC_0071

DSC_0078

DSC_0087

DSC_0098

DSC_0050

DSC_0053

DSC_0061

DSC_0149

DSC_0047

DSC_0109

DSC_0206

DSC_0114

DSC_0112

DSC_0138

DSC_0119

DSC_0148

DSC_0201

DSC_0126

DSC_0209

DSC_0127

DSC_0217

Domowa restauracja Alexa

Alejandro, albo krócej Alex zaprasza do swojej restaurante casero, czyli „domowej restauracji” D’Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas. Nie chodzi jedynie o to, że jedzenie jest domowe. Co i tak brzmi już dość zachęcająco! Chodzi też o to, że takie jedzenie serwowane jest dokładnie w domu Alexa; w dużym pokoju, w przedsionku, albo gdy ktoś ma ochotę – przed domem, przy ulicy, oraz z drugiej strony, na patio. Ale w środku najlepiej! Wszędzie biega urocza, żywotna suczka o imieniu Aruna. Chce nowych przyjaciół. I od razu znajduje. Alex mówi do gości: „teraz to jest także wasz dom!”. I to sprawia, że człowiek zadomawia się tam momentalnie.

D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas, Alex
Zadowolony Alex w swojej kuchni.

Wchodzi się do Alexa z ulicy Calle 19 de Marzo, pokonując parę wysokich schodów. Nie jest to wejście „na salony”. Można się zdziwić. Jest tam, powiedzmy, osobliwie. Wąsko, ciasnawo. Ponadto, bez mocnego światła – naprawdę kameralnie. Inaczej. Ale widać wielki, zajmujący prawie całe przejście, stół przykryty purpurowym obrusem. Stół trochę się chybocze, bo podłoga ma ubytki, ale kogo to obchodzi. Jeśli brakuje przy nim miejsca, dostawia się stolik numer dwa, mniejszy, niższy i kolejne krzesła; kto chce, może siąść na kanapce w przedsionku koło starszej señory, teściowej Alexa; gdzie komu wygodniej. Duszno? Jest przecież wiatrak. Zwiększamy moc i robi się przyjemnie. Jeszcze wczoraj Alex nie wiedział, dzisiaj już wie, jaką bachatę puścić nam na powitanie. Zapuszcza „Como Sanar” Franka Reyesa. Jest sympatyczny gospodarz, jest muzyka. Teraz trzeba rumu na rozruch!

Alex łapie za telefon (milknie bachata, bo szła z telefonu, który ma łączność z głośnikiem) i dzwoni do colmado, czyli do sklepu „na rogu” ze wszystkim. Zamawia litrową flaszkę rumu Brugal Extra Viejo, dwa kartony soku pomarańczowego Rica, kubki styropianowe i worek lodu. Za sześć minut zamówienie przyjeżdża motorem. Płacimy dostawcy. Rozlewamy kolejkę. Bursztynowy płyn idzie w krew. Alex obserwuje gości stojąc przy kolorowych zasłonkach między kuchnią, gdzie pomaga mu żona Ivelise, a „jadalnią”; coś tam zagaduje, uśmiecha się, znów powtarza, abyśmy czuli się, jak u siebie. Jest radosny, wyluzowany; czeka cierpliwie na gwóźdź programu, czyli nasze zamówienie posiłku!

Empanadas, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas

DSC_0237
Kawał pieroga!

Empanadas, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas

Sprawa będzie prosta, ale zwlekamy z konkretami, jakbyśmy upajali się samą wizją tego, co nas czeka. Wczoraj było tak dobrze, że jesteśmy tu dzisiaj. Tak nas Alex nakarmił, takie rarytasy zaserwował, tak od siebie uzależnił. A wpadliśmy tylko na empanadas. Wiecie, co to empanadas? Przypomnijmy! To pierogo-podobne, nadziane rozmaitym farszem i łatwo „wchodzące” przegryzki, usmażone, rumiane i np. podane do ręki. Alex podaje duże empanadas. Mówi, że skoro sam jest „duży”, to jego empanadas nie mogą być inne. Uczciwe podejście. I tym gwarantuje zachwyt i rozpustę swoim gościom.

Co zjemy zatem? Ktoś wybierze empanadas z serem oraz warzywami, albo kurczakiem (Empanadas de Queso y Vegetales, Empanadas de Pollo) i będzie zadowolony. Ktoś inny zje te z wołowiną (Empanadas de Res) i zacznie ryczeć ze szczęścia; mięso w farszu jest podsmażone, połączone z papryką, cebulką, idealnie doprawione – jest fantastyczne. Ma wielu fanów. Ale to dopiero połowa sukcesu, kto wie, czy nie mniej?

Empanadas de Lambí, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas
Bogate wnętrze empanady ślimakowej (Empanada de Lambí)

Całą resztę splendoru zagarniają bowiem Empanadas de Lambí (ze ślimakiem skrzydelnikiem) i Empanadas de Cangrejo (z nadzieniem krabowym). Tak aromatycznego, delikatnego i sublimowanego farszu długo by szukać. To jest poezja. Ambrozja. Alex chowa jakiś sekret. Jakąś tajną recepturę. Podpisał pakt z diabłem na rozstaju dróg. Nieważne. Niech pilnuje tajemnicy. I pichci te empanadas do końca świata i jeden dzień dłużej.

Empanada de Cangrejo, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas
Krabowy czar (Empanadas de Cangrejo)

Ten człowiek był moim odkryciem. Jak słowo daję. Szukałem, jeszcze z Polski, miejscówki blisko Parque San Miguel, gdzie da się zjeść dobrze, niedrogo i w rodzinnym klimacie; gdzie można zasiąść z grupą i trochę pobiesiadować. Skanując Zona Colonial na Google Maps trafiłem do D’Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas, do Alexa.  Nazwa restauracji pochodzi od czułego zdrobnienia imienia żony gospodarza – Ive. Romantycznie, prawda? Skontaktowałem się z nim via WhatsApp i „zażarło”. Nomen omen. Alex wali prosto z mostu, że nie oferuje luksusów, on po prostu krami gości tak, aby sami ten luksus poczuli. Uroczy kuchta, który wie, co mu w garnkach buzuje! Jedzenie jest proste i pyszne, podane od serca, czego więcej trzeba?

Empanadas, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas
Empanadas. Krótki stop-over w drodze do żołądka.
Jugo de chinola, sok z marakui, D'Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas
Jugo de chinola, czyli lodowaty sok z marakui. Samo złoto.

Po kilku wizytach w tej „domowej restauracji” uznałem, że inne rodzaje przekąsek mogłyby dla mnie nie istnieć. Zestaw w postaci empanady ślimakowej, krabowej i soku z marakui stanie się moim kolejnym, wysuniętym na samo czoło i zapewne do znudzenia powtarzanym dominikańskim klasykiem. Oczywiście, tylko u Alexa. Przy najbliższej wizycie w Santo Domingo.

Jeśli nie ja, to Wy.

Zajrzyjcie tam, dajcie się wciągnąć w nałóg spożywania empanadas. I potem wróćcie. Również z własnym rumem. Jak chcecie. No hay problema. Rum-biby dozwolone!

Gdzie:

D’Ive Empanadas Y Pasteles En Hojas

Skrzyżowanie Calle 19 de Marzo/Calle Santiago Rodríguez, Zona Colonial, Santo Domingo; Tel. +1 809-638-9767; WhatsApp +1 829-994-0207

Przykładowe ceny:

Empanadas de Lambí, 150 pesos (ok. 11 pln)

Empanadas de Cangrejo, 150 pesos

Empanadas de Res, 100 pesos (ok. 7,50 pln)

Empanadas de Queso y Vegetales, 100 pesos

Jugo natural de chinola, de tamarindo (sok z marakui, albo owoców tamaryndowca),  50 pesos (ok. 3,50 pln)

Uwaga: Na rachunki od 500 pesos (ok. 36 pln) obowiązuje zniżka 10 % na hasło „Marcin Cangrejo” (czyt. Marcin Kangreho). Oferta bardzo atrakcyjna, szczególnie przy konsumpcji grupowej! 🙂

Dominikana razy dziesięć

W tej dacie, 13 listopada 1492 roku, Krzysztof Kolumb lawirował między wyspami obecnych Bahamów a wybrzeżem dzisiejszej Kuby. Brakowało mu jeszcze ponad trzech tygodni do odkrycia innej wyspy, która później zawładnęła nim najmocniej i jaką ochrzcił mianem „La Española”. Mnie, szczęśliwcowi, do powrotu na ten czarujący kawałek karaibskiego lądu, pozostało dokładnie dwa miesiące. Dochodzi coś jeszcze. W styczniu 2019 roku wyląduję tam już po raz dziesiąty w ciągu minionych trzynastu lat.

Choć, gdyby zagęścić wszystkie wyprawy, to spędziłem w Dominikanie łącznie niespełna siedem miesięcy. Co pewnie nie jest wynikiem imponującym w porównaniu np. z rodakami, rezydentami biur podróży, którzy zadomowili się tam na dłużej. Z drugiej strony, parafrazując Indianę Jonesa, wolałbym bardziej liczyć przebieg, niż bieg. A przyznam, że czuję tę intensywność zarówno w ciele, jak i w duszy.

Przez ponad dekadę żyłem Dominikaną wręcz namiętnie i kogo mogłem wciągałem w ten kraj; w jego klimat, w ludzkie historie. Był on każdorazowo planowaną z rozmysłem odskocznią od regularnej pracy, wszelakiej rutyny, od jesiennego, czy zimowego marazmu. Był odniesieniem do innych podróży i źródłem niekończących się porównań. Próbowałem odkrywać go zawsze po swojemu, podróżując na własną rękę i w bliskości Dominikańczyków: solo, z Kingą, z rodziną, ze znajomymi.

Przy okazji, poznałem (na żywo i wirtualnie) mnóstwo fantastycznych ludzi, którzy dali ponieść się pasji podróżniczej i ku mej radości, decydowali, że ruszą na wyspę po własne przygody. Lubiłem im pomagać, szkicować plany, omawiać punkty na mapie, a potem wyczekiwać relacji, upewniając się, czy wszystko jest w porządku. Przeważnie wracali z petardą wrażeń i emocji, porządnie zarażeni „dominikańskim bakcylem” i oczarowani serdecznością miejscowych. Usłyszałem wiele dobrych i krzepiących słów, wiele szczerych podziękowań; pozostały cenne kontakty. Pośród nich są tacy, którzy uczestniczą w moim karaibskim zawrocie głowy od samego początku.

A ten sięga stycznia 2006 roku…

Dzikości odkrycie

Kto był w mieście Santa Bárbara de Samaná być może kojarzy, że wzdłuż mariny rozstawione są kilkumetrowe wieżyczki widokowe; można tam wejść i spojrzeć na zatokę, albo na wysepki Cayo Linares i Cayo Vigía połączone mostem, zwanym niegdyś „mostem prowadzącym donikąd”.

W 2006 roku przyjechaliśmy z Kingą do Samany z urokliwej mieściny Sánchez, gdzie jedyny „kantor wymiany walut” mieścił się na zapleczu sklepu z mydłem i powidłem, gdzie o szóstej rano budziły nas wyjeżdżające zewsząd motorki i gdzie hotelowa sprzątaczka częstowała kawą; gorącą, mocną i słodką. W Samanie spacerowaliśmy tamtejszą promenadą przy porcie, zjedliśmy świeżo usmażone tostones, potem weszliśmy krętymi schodami na jedną z takich wieżyczek, wysuniętą najbardziej na wschód, wciąż w zasięgu mariny, lecz prawie przy rogatkach miasta.

To był idealny punkt do obserwacji oraz fotografowania motoconchos przejeżdżających tamtędy bez przerwy. Wtedy, mieliśmy już za sobą niezapomniane doświadczenie podróżowania tym środkiem transportu. Od razu przyszło nam to zrobić z rozmachem – na trasie z Cabarete do Puerto Plata, choć pierwotnie chcieliśmy dojechać tylko do Sosúa. Ale tak nam się spodobało (ten wiatr we włosach i dzikość w sercu), że nasz kierowca Jorge musiał podchwycić w końcu ten entuzjazm, mimo że wpierw kręcił nosem (bo tacy wolą motorkami podwozić raczej na krótszych dystansach).

Uzupełniwszy bak, kontynuowaliśmy drogę mijając widziane po raz pierwszy w życiu zielone łany trzciny cukrowej. Jorge nosił skórzaną kurtkę, która zapięta do połowy wypełniła się podczas jazdy powietrzem, czyniąc z jej właściciela gigantycznego chrabąszcza. Wysadził nas na rondzie w centrum Puerto Plata. Na „stalowym rumaku” przejechaliśmy wówczas we trójkę prawie 40 kilometrów. Spotkaliśmy Jorgego w Cabarete dwa lata później. Zmężniał i nabrał ciała. Widać, poprawiło mu się. Może te długie dystanse oferował regularnie, biorąc za to ładne pesos.

Klejnot półwyspu Samaná

Natomiast, w Samanie stojąc na szczycie wieżyczki, co najmniej przez godzinę, rejestrowaliśmy coraz to bardziej kuriozalne egzemplarze motoconchos razem z ich pasażerami: babcią i dwojgiem wnucząt, lolitką w stroju szkolnym, siedzącą tak, jakby miała wyskoczyć w biegu, señorem z wielką sztachetą na ramieniu,  innym señorem z lodówką, jeszcze innym z pomarańczową, wyglądająca jak bomba, butlą gazową; ponadto wielokrotnie przemknął nam przed oczami wehikuł będący krzyżówką motocykla, meleksa oraz deski do prasowania; co okazało się lokalną, jakże charakterystyczną odmianą rikszo-podobnego, czy też tuk-tuko-podobnego motoconcho

To wówczas zapaliłem się do pomysłu i, choć czas gonił nas całkiem nie po latynosku, przekonałem Kingę, aby za wszelką cenę dotrzeć na północno-wschodni kraniec półwyspu Samaná, gdzie ponoć niczego nie było, poza tym, że było tam pięknie. Tak trafiliśmy do Las Galeras. Reszta to historie, które znacie, bo o Las Galeras wspominam, kiedy tylko przyjdzie mi ochota…

Kończąc na dziś zastanawiam się, jaka Dominikana we mnie pozostała, jaka jej cześć odłożyła się gdzieś w tam w środku przez te wszystkie lata, i co jeszcze moglibyśmy dla siebie wzajemnie zrobić?

W styczniu, zabieram moją szaloną Grupę i Was do zachodnich rewirów tego kraju. Przede wszystkim tam, gdzie niegdyś oddychało mi się najpełniej, podobało najbardziej, tam blisko granicy z Haiti, gdzie podróż zbliża się do jakiegoś sedna, gdzie nastaje szaleństwo przestworzy, pośród których podróżnik odkrywa niejako kraj w kraju, co tylko potęguje jego radość z nowych odkryć.

Dominikana, wioska Enriquillo
Fale Morza Karaibskiego obmywające nabrzeże wioseczki Enriquillo, na trasie z Barahony do Oviedo.
Dominikana, Cabo Rojo
Dominikańskie czerwonoziemy w okolicach Cabo Rojo, Pedernales

Odwiedzimy prowincje Barahona, Independencia, Bahoruco i Pedernales. Zobaczymy takie miejsca, jak Laguna de Oviedo, Cabo Rojo, Bahía de las Águilas, Lago Enriquillo… Wjedziemy do zaszytej w masywie Sierra de Bahoruco jedynej na świecie kopalni larimaru – błękitnego, półszlachetnego kamienia, który wydobywany jest tylko w Dominikanie.

Enriquillo, Pedernales
Muchachos z Enriquillo

Wierzę, że spotkamy ludzi, który nie pogubili się w tych rozległych i różnorodnych krajobrazowo przestrzeniach. Ufam, że ci ludzie zbliżą się do nas bardziej, niż gdziekolwiek indziej. I zachwycą prostotą, pokorą, mądrością życiową oraz spojrzeniem, które jest gwarantem atencji dla przybysza; spojrzeniem, w które wpisany jest uśmiech…

Tak, mniej więcej, wyobrażam sobie moją dziesiątą podróż do kraju, który dał mi dotąd tyle frajdy…

Upadek tropiciela

Miałem tam jechać z Rodolfem, który obiecał mi, że się wszystkim zajmie raz jeszcze, że wszystko naprostuje. Chyba chciał zachować twarz, może udowodnić, że potrafi zarobić po męsku pięćset pesos. Tyle mu zapłaciłem dzień wcześniej za udawanie mojego przewodnika, między Oviedo a Pedernales. Po prostu go wynająłem. Dogadaliśmy się na trasie. Chodziło o wytropienie iguan, chciałem je obfotografować na czyjeś zlecenie. Rodolfo ponoć wiedział, gdzie i jak je podejść. „Muchas iguanas na Cabo Rojo”, zapewniał, „łażą w poprzek drogi, tyle ich jest”. Tak mi to sprzedał, że mu uwierzyłem. W podróży wiara się przydaje. Do tego wydawał się zabawnym kompanem. Wiadomo, dola obcego zależy od nastroju miejscowych.

Tropiciel, zachodnia Dominikana, prowincja Pedernales
Tropiciel do tropienia gotów!
Umowa na pace

Rodolfo towarzyszył mi na pace terenówki. Jechał bez niczego. Musiał załatwić „malutki interesik” w Pedernales. Tak powiedział. Nie pasował na szmuglera haitańskich imigrantów. Chociaż to mogło być jego atutem. W sumie, to jechał po jakieś ciuchy do swego brata, nie zdradził, o jaki „interesik” chodzi. Podsunąłem mu herbatniki Club Social, aby sobie pochrupał, tylko je miałem, jako prowiant. Nie chciał jeść, wolał patrzeć, łapać wiatr we włosy. Po obu stronach szosy panoszył się busz.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana.
Czerwona ziemia, jakby afrykańska, jakby z „Pożegnania z Afryką”…

Mijaliśmy grupy robotników. Wycinali maczetami chaszcze, czyścili teren pod cokolwiek. Wyglądali na Haitańczyków. Przypuszczalnie pracowali legalnie, za nijakie dniówki. Pickup zwolnił przy blokadzie wojskowej, osiem kilometrów przed granicą z Haiti. Na obszarach przygranicznych takie blokady są normą. Zeskoczyliśmy z paki. Co się potem zadziało (i wesołe to nie było) opisałem szczegółowo w „Farsie pod akacją”. Ziemia wokół była wyraźnie czerwona. Pewnie od boksytów. Wydobywano je w okolicy. Dalej chcieliśmy iść pieszo. Rodolfo oznajmił, że wkrótce zobaczę pierwsze iguany.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel szuka gniazada.
Rodolfo kombinator.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel i ptasie gniazdo.
Jaja iguany..?
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel i ptasie jajka.
Zobacz, jakie nakrapiane, na pewno jaja iguany… Czyżby?
Zrobiony w jajo (iguany?)

Albo gady miały sjestę, albo mój kompan pomylił rewiry. W każdym razie musiał coś szybko wykombinować. Wręczył mi znienacka kilka nakrapianych tycich jajek, dumnie klarując że oto właśnie odkrył jajka iguanie! Byłby to dobry znak. Zbawienny. Niestety, kątem oka zdążyłem dostrzec, jak mój cwany amigo plądruje ptasie gniazdo w jakichś zaroślach. Szkoda, że się nie nabrałem. Bodaj ze trzy godziny siedzieliśmy w suchej dziczy. Na próżno. Udało nam się jedynie wytropić zdechłą kozę, zresztą po zapachu. W dodatku kozę bez czerepu. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej leżała czaszka obrobiona do białości przez robactwo. Wyglądała, jak rasowy totem indiański. Jakby idealna na okładkę płyty Dead Can Dance.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, czaszka idealna na indiański totem.
Półprodukt na totem indiański.
Zagadka

W dzieciństwie intrygowało mnie słowo – padlina. Czasem używał go dziadek, mówiąc mi o kulinarnych zwyczajach różnych zwierząt: sęp, proszę ja ciebie, żre padlinę, hiena żre padlinę. Może i wtedy sądziłem, że to jakiś rarytas. Potem, w lesie dowiedziałem się wreszcie, co to takiego, ta padlina. Dziadek mi pokazał, bym zapamiętał. To był rozdęty cielak toczony okrutnym czerwiem. Najpierw go poczuliśmy. Śmierdział, jak diabli. Gorzej od smażonego sera, który czasem pichciła babcia. Nos zatkałem obiema dłońmi. Skąd martwy cielak w tamtym lesie? Nie wiadomo. Skąd martwa koza tutaj w buszu? Też zagadka. W każdym razie pół tysiąca pesos za cuchnące truchło to lekka przesada!

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, kaktusy, sucho, tropikalny busz.
Kaktusy się panoszą.

Rodolfo wiedział, że nawalił, że wyprowadził mnie w pole (i to dosłownie!) i było mu głupio. Ponadto, znowu zostały nam resztki wody a słońce nie przestawało dopiekać. Odechciało mi się maszerowania, tropienia iguan i zabaw w zwierzęcego patologa, odechciało mi się wszystkiego. Doskwierające pragnienie wywołało ciszę między mną a Rodolfem. Siedliśmy na rozgrzanym poboczu, jak dezerterzy, którzy urwali się z pielgrzymki i zaczynają tego żałować. Rodolfo zupełnie spasował. Położył się na kępie żółtej trawy. Może nie powinien się kłaść. Może tamta koza też się położyła i już nie wstała.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, colmado tylko zamknięte.
Colmado podczas sjesty.
Kanadyjski wagabunda

Ktoś nas wreszcie wyratował i podwiózł do Pedernales. Tam rzuciłem się na piwo w najbliższym colmado. Podobnie Rodolfo, na mój koszt. Osuszył butelkę Presidente i poszedł załatwiać swoje interesy. A ja kręciłem się po sennym miasteczku w pobliżu przejścia granicznego. Przypadkiem zaszedłem do „sklepu-hurtowi”, gdzie haitańskie kobiety stały w długiej kolejce po ryż. Każda z nich kupowała go w ilości – w moim pojęciu – na jedno skromne danie, dla jednego człowieka. Niczego tam nie kupiłem, wycofałem się zażenowany. Potem trafił mi się wiekowy Kanadyjczyk z plecakiem, z kijem w dłoni, wagabunda z krwi i kości. Liczył ze dwa metry wzrostu. Dopiero co przekroczył granicę. Był zakochany w Haiti. Zazdrościłem mu znajomości francuskiego. Dominikany nie znał. Chciał nocować w Pedernales, dalsze wojaże planował z dnia na dzień.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, ludzie.
Rodzina w Pedernales.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, koza na ulicy.
Przyszła koza do woza?
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, zielony domek.
Chatka karaibska, jak malowana.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, rodzina.
Twarze Pedernales.
Powrót, rewizja i obietnica

Mnie i Rodolfa czekał powrót do Barahony. Męczący, bo przerywany kilkoma postojami na wspomnianych blokadach wojskowych. Znowu sprawdzano, czy wśród pasażerów wyładowanego po brzegi minibusu nie kryją się nielegalni haitańscy imigranci. Zaglądano pod siedzenia, do bagażnika, do wielgachnych tobołów. Chyba szukano haitańskich krasnoludków. Co ciekawe, podejrzenie wzbudził mój aparat. Dominikański pogranicznik potrząsał nim, jak marakasami, jakby oczekiwał, że wysypie się z niego trochę „koksu”. Nie życzyłbym sobie tego. Spojrzałem na niego z politowaniem. Opamiętał się. Do Barahony dotarliśmy pod wieczór, umawiając się na rano, w celu podjęcia nowej próby podboju „iguaniego świata”. Tym razem Rodolfo miał się bardziej postarać, to mi właśnie obiecał…

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel w Pedernales.
Rodolfo w Pedernales.
Odmowa samobójstwa

W umówionym miejscu stawił się z godzinnym spóźnieniem. Przybył na motocyklu razem z kumplem i wylewnie mnie przywitał. Jakże ostatnia noc zmieniła tego muchacho! Był ogolony na zero i zionął przetrawionym rumem na kilometr. Ewidentnie odwiedził fryzjera i przetrzebił monopolowy. Pewnie też zaimponował swej kobiecie, przynosząc do domu jakieś pieniądze. Moje pesos. Jednak, wciąż pamiętał o iguanach. Imponujące! Nowy plan Rodolfa zakładał, że pojedziemy zwietrzyć je przy Jeziorze Enriquillo, kawał drogi z Barahony, pojedziemy we trójkę na jednym motorze! Genialne! Jego właściciel, podobnie jak Rodolfo, miał w czubie wspomnienie nocnego alkoholowego rajdu. Pewnie obaj świętowali moją naiwność i rozrzutność…

Stanowczo odmówiłem rychłego samobójstwa. Nie chciałem podzielić losu tamtej padniętej kozy. Pożegnałem Rodolfa z pewną ulgą. Wyściskał mnie, jak brata. A „brat” nie mógł przecież odmówić wyłożenia kilkudziesięciu dodatkowych pesos. W porządku. Wczoraj płaciłem mu za to, aby mi towarzyszył. Dzisiaj za to, aby już tego nie robił. W jakimś sensie, obaj zyskaliśmy. A to najważniejsze.

Z Rodolfem, czy bez niego zamierzałem kontynuować „dominikański western”.  W końcu sam wytropiłem iguany.

I jeszcze was zabiorę do zachodniej Dominikany!

Gówniana Saona

Nie będę tego miejsca odczarowywał złośliwością, bo prawda jest taka, że Saona jest tak samo zajebista, jak i nijaka, plastykowa; jak te setki białych leżaków czekających w rządkach na chmary turystów złaknionych raju prosto z folderu. Ładnie opakowanego, podlanego do granicy sponiewierania rumem „Imperial” z colą, albo ze spritem. Saona jest piękna; zielona w stu odcieniach, żółta i złotawa w swej rozbuchanej przyrodzie; bielusieńka na plażach, błękitna, lazurowa, turkusowa w oblewających ją wodach Morza Karaibskiego. Ponadto, chowa na zapleczu jakąś nieposkromioną dzicz, szczątki czegoś pierwotnego, tajemniczą historię. Lecz kogo to obchodzi?

Plaża na wyspie Saona, Morze Karaibskie.
Wyspa Saona. Raj opanowany.
Palmiarnia

Zdjęcia można tak wykadrować, tak pokazać tamtejsze pejzażyki (bez psucia ich znamionami „postępu”), tak chwycić to niemożliwe słońce, te kolory, te pochylone palmy oraz ich cienie, tę tryskającą zewsząd witalność, że niejednemu szczęka opadnie na laczki. I nie jest to odkrycie z wczoraj. Tę wyspę wieki temu ubóstwiali Taínos, wnet wyrżnięci przez osiłków ze Starego Świata, zwali ją Adamanay i obsadzali maniokiem, z którego wypiekali przaśny chleb casabe; wówczas zawinął tam Kolumb z załogą, aby przeczekać wichurę i obejrzeć zaćmienie księżyca; później wzięli się za nią łajdacy wszelakiego sortu, barbarzyńcy, kolonizatorzy i prymitywne indywidua, którzy szczuli psami, ponoć wielkimi mastiffami, miejscowych kacyków dla rozrywki; potem rodzina satrapy Rafaela L. Trujillo rozcapierzyła swe macki nad tą nieskończoną palmiarnią; dalej kolumbijscy przemytnicy wodowali tam swoje paczuszki ze „śniegiem” i w końcu zjawili się turyści w masie nie do ogarnięcia. Taka ewolucja.

Wybrzeże Morza Karaibskiego, palmy, plaża, wyspa Saona.
Typowa pocztówka z Saony.
Wyspa Saona, wybrzeże, plaża, Morze Karaibskie, Dominikana.
Palmy. Dużo palm.
Zbawienna Saona

W sumie, dobrze Dominikanie, że ma tę Saonę pod sobą, że ta wyspa daje się tak drenować do cna każdego dnia. Dzięki temu, wiele innych rewirów w tym oszałamiającym kraju pozostanie długo poza zasięgiem miażdżącej wszystko bezmyślnej turystyki, jakże potrzebnej do zbawienia ludzkości. Saona jest skutecznym lekarstwem na to. Jest samarytanką, rzec można. Miłosiernie daje się zadeptywać, okrajać, oszpecać; odsłania nowe kawałki plaż, stawia kolejne „karmniki” pod palmową strzechą. I chwała jej za to poświęcenie.

Pojechaliśmy tam z moją Szaloną Ekipą, jak inni – na finalne harce, na rum-bibę totalną, na wygłupy taneczne na katamaranie, na cyrkowe sesje zdjęciowe; pojechaliśmy tam, aby przekonać się, co do jednego; że to, co najlepsze już nas spotkało w Dominikanie. Z dala od Saony…

Wyspa Saona, Dominikana. Plaża, palmy, bieg do Morza Karaibskiego.
Sporty wodne.
Plaża na wyspie Saona, dziesiątki leżaków.
Leżeć każdy może. Trochę lepiej, lub trochę gorzej.
Chiński paw

Zrobił to. Ten okrutny Chińczyk z Massachusetts. Albo ten Amerykanin w skórze Chińczyka. Wszystko jedno. Zrobił to. Na łodzi – lancha rapida. Na szybkiej łodzi. Prującej z Bayahibe na wyspę Saona. Dwa siedzenia ode mnie. Dzieliła nas tylko jego żona. Amerykanka w skórze Chinki. Z Massachusetts. Z lewej strony miałem Chilijkę. Oto nasz rząd. Cała czwórka. Przed Chilijką w rzędzie poprzedzającym siedziała jej koleżanka. Chyba pasowało im bardziej siedzieć obok siebie. Najpierw poczułem kwaśny odór. Jakby porzygał się berbeć. Nie patrz tam, a przeżyjesz, oddychaj skromniej. Przeżyłeś to nie raz. Rzygały przy tobie objedzone chipsami dzieci w ciasnym dominikańskim busie, rzygał współpasażer podczas turbulencji w samolocie, wąchałeś dojrzały owoc noni o zapachu rzygów zmieszanych z miodem… Myśl o czymś przyjemnym. O zaczarowanym ogrodzie, o kapciach dziadka pachnących cygarami, o białych gołąbkach niosących pokój, o wielkim lukrowanym torcie, który popijesz wodą po kiszonych ogórkach. Myśl o lepszym świecie, to poskromisz chińskiego pawia.

Szybka łódź, lancha rapida, wyspa Saona, Morze Karaibskie.
Lancha rápida, czyli szybka łódź.
Po rewolucji

Kątem oka widzę, że Chińczyk gmera przy pasku, przy rozporku, słychać zip, ściąga spodnie. Co za ulga. Sprząta po rewolucji. Będzie po wszystkim. Wtedy łódź hamuje. Nie dobija do brzegu. Tylko rzuca kotwicę na środku czegoś, co przypomina wielki seledynowy basen kawałek od lądu. Woda sięga w nim do pasa. To Piscina Natural. Kto nie zna tego „basenu”, choć zapłacił za wypad na Saonę tego wyrolowano. Padły instrukcje. Można się kąpać, żłopać rum w pokładowym barze i wyginać się do zdjęć, ile wlezie.

Ledwo zdążyłem podnieść się z własnego siedzenia, Chińczyk przemknął mi przed nosem z plugawym zawiniątkiem w dłoniach. Jego żona spojrzała na mnie zażenowana, jakby wiedziała znacznie więcej o tym, co się zdarzyło. Dla mnie sprawa była zamknięta. Chwyciłem oparcie na siedzeniu przede mną, aby się podeprzeć przy luzowaniu bermudów, pod którymi nosiłem kąpielówki. I znowu poczułem atomowy podmuch rzygowin, ale ciut inny, bardziej niepokojący. Skąd dochodził? Przecież skutki katastrofy zostały złagodzone. Wcale nie. Najgorsze dopiero nadchodziło. Miałem coś na dłoniach. Coś jakby w kolorze rdzy. Czegoś dotknąłem. Chyba na tym oparciu. Powąchałem odruchowo. I dostałem po gębie lewym sierpowym. Padłem na deski. Ktoś wcisnął mi paluchy w nozdrza i przeciągnął z rogu do rogu, jak w lucha libre – meksykańskiej rozwałce pod publiczkę. Słyszałem odliczanie. To nie były rzygowiny. To było, moi drodzy, gówno. Rzadkie.

Chińczyk nawalił

Poleciałem prosić o ratunek, błagać o mokre, pachnące wybawieniem chusteczki osobę, która zawsze miała je w pogotowiu. Dyskretnie podzieliłem się swoją tragedią. Chciałbym usłyszeć, że przesadzam, że jestem przewrażliwiony, czy coś w ty stylu. „Weź dwie”, usłyszałem. Wtedy pojąłem. Nie było odwrotu, to się zadziało naprawdę. W panice przetarłem dłoń ze sto razy, potem oparcie siedzenia ze dwadzieścia razy i wskoczyłem do „basenu”, aby zatopić ten horror. Woda była wspaniała. Kapitan lał obficie rum z pokładu. Wystarczyło podejść pod burtę i wyciągnąć proszalnie dłoń. Było przyjemnie. Naprawdę przyjemnie. Rodzina i przyjaciele w pobliżu. Byłem w raju, co tu gadać. Wtedy zjawił się diabeł. Zobaczyłem okrutnego Chińczyka z Massachusetts, jak na stronie pierze gorączkowo swoje spodnie. Chwilę później wykręca z mozołem swoje… gacie. W tym cudownym „naturalnym basenie”! Wyobrażacie to sobie? W porządku. Wyobraźcie to sobie, gdy będziecie tam następnym razem.

Już wiedziałem, że za… Chiny nie wrócę na tę łódź, nie usiądę tam… Jednak w końcu przemogłem się. I wtedy zdarzył się cud. Wróciła dobra energia. Z pomocą przyszła Chilijka. Ta w moich rzędzie. Będzie tak. Ona zostanie tu, ja przesiądę się do przodu, jej koleżanka zajmie moje miejsce. Zgadliście! Siedziałem z przodu, nim zdążyła powiedzieć muchas gracias.

Bar na katamaranie. wyspa Saona - Bayahibe
Rum wyszedł, została mamajuana

Dalej było znacznie lepiej. Na tej wyspie Saonie. A najlepiej w drodze powrotnej do Bayahibe –  na katamaranie. Działo się. W barze i na „pokładzie tanecznym” kocioł. Imprezowali z nami Wenezuelczycy, Kolumbijczycy, Brazylijczycy, Portugalczycy i oczywiście, Dominikańczycy. Gorącej krwi nie brakowało. Kompletny odjazd na rumowym rauszu.

Taki to był finał naszej dominikańskiej wyprawy, której opisywanie zacząłem, jak widać, od dupy strony…

Katamaran u brzegów wyspy Saona.
Katamaran imprezowy.

Aleja wspomnień

Pojechaliśmy z Kingą do Dominikany w 2006 roku, bo tak się złożyło. Miała być Kuba. Potem była. Ale wówczas trafiło na Dominikanę. I tak już zostało. To był szczęśliwy traf. Szczęki nam spadały na klapki, gdyśmy się włóczyli po tym kraju, gdyśmy sycili nim oczy. Taki to kraj! W 2007 roku poleciałem tam działać, jako fotoreportero. Szwendałem  się po ulicach Santo Domingo. Tak sobie wymyśliłem. I bakcyl dominikański zasadził się na mnie, dopadł mnie, przejął nade mną kontrolę. Zostałem wkręcony w czasoprzestrzenną spiralę o nazwie „Dominikana”. Nie ma znaczenia, czy widzę rok 2007, czy dajmy na to, 2010, 2014, 2017, bo i tak wszystko układa się w jakąś całość. Jak w nieliniowym montażu u Quentina Tarantino. To jest kawał mego życia, nie tylko podróżniczego. Za kilka dni skończę w tej „mojej” Dominikanie 40 lat. Niech to diabli! Ale dalej mi się chce…

Droga przyszłości

Wtedy nie wiedziałem, że aleją Máxima Gómeza spacerował niegdyś codziennie wieczorową porą dyktator Rafael Leónidas Trujillo Molina, bo lekarze mu ponoć powiedzieli, że to dobre na serce. Gdyśmy w 2006 roku przyjechali z Kingą z Sosúa do Santo Domingo i wysiedli na terminalu autobusowym Caribe Tours, poszliśmy najpierw aleją 27 de Febrero; zalaną słońcem, chaotyczną, owładniętą kakofonią dźwięków, rozjeżdżaną wehikułami wszelakiego sortu i kondycji.

Do głowy by mi nie przyszło, że rok później będę śmigał tą stołeczną arterią regularnie w zapchanych do szczętu carros públicos; że jej wschodnią cześć od Plaza de la Bandera po aleję Churchilla przejdę pieszo kilkakrotnie; że cztery lata później dam się tam wyprowadzić w pole wytrawnemu oszustowi, co opisałem w „Anatomii szwindlu”; że w sąsiedzkim Centro Olímpico Juan Pablo Duarte poznam fantastycznych młodocianych adeptów baseballu i sfotografuję ich podczas treningów; że w barze na skrzyżowaniu z aleją Dr. Fernanda Artura Defilló dostanę prawie każdego dnia na śniadanie „swoje” empanadas oraz „swój” sok z marakui – dopiero co zmiksowany, nie za słodki; że jedenaście lat później poprowadzę tamtędy, używając na przemian własnej orientacji i GPS-u, zagubionego kierowcę mini busa, który znał ponoć stolicę, lecz sprawiał wrażenie, jakby ostatnio był tam w dzieciństwie, z babcią na lodach kokosowych.

Aleja 27 de Febrero będzie mi się potem kojarzyć z podróżami po samej Dominikanie, bo ze wspomnianego terminalu Caribe Tours wielokrotnie ruszałem gdzieś w kraj; na zachód, czy na północ, od Barahony po Sánchez. Gdy tylko dostałem w kasie biało-żółty bilet, a raczej podwójny paragon w kolorystyce flagi Watykanu, i odczytałem z niego, jak się zwała kasjerka (co nieraz było czymś tak cudownie brzmiącym, jak Guadalupe Natera Vasquez), łapałem jeszcze przed odjazdem gorącą, słodką i diablo mocną kawę, „wyciskaną” z termosów do plastykowych „naparstków”. Wtedy byłem gotów podróżować dokądkolwiek, po tej kawie właśnie, Café Santo Domingo, najlepszej na świecie.

Santo Domingo, Avenida 27 de Febrero / Avenida Máximo Gómez.
Młodość. Skrzyżowanie alei 27 de Febrero z Aleją Máxima Gómeza. 12 lat wstecz, 2006 rok.
Jeździec pomylony

Przy pomniku tego „dominikańskiego Kościuszki” Máxima Gómeza, który trafił z ojczystego kraju do obcego, aby się o niego bić, przepłynął z wyspy na wyspę, aby walczyć o niepodległość Kuby, przy tej statui bohatera, który dosiada rumaka bełtającego powietrze przednimi kopytami, herosa wskazującego dłonią na wyprostowanym jak strzała ramieniu jedyny słuszny kierunek „wolność”, tam skręciliśmy z Kingą w poświęconą mu aleję, wiodącą w dół, jakieś trzy kilometry, aż do samego nabrzeża Morza Karaibskiego, do bulwaru Malecón, zwanego aleją Jerzego Waszyngtona.

To wszystko prawda poza jednym. Na rączym koniu siedzi ktoś inny. Nie Máximo Gómez. Ktoś równie zasłużony, lecz nie on. Siedzi José de San Martín; argentyński generał, bohater narodowy Argentyńczyków, Chilijczyków i Peruwiańczyków, zasłużony przywódca walk wyzwoleńczych w Ameryce Południowej i towarzysz broni Simóna Bolívara. Doczekał się chwały oraz… ignorancji. Taki nagłówek sprzed lat w najstarszym dominikańskim dzienniku „Listín Diario”: Monumento a don José de San Martín es usado como urinario. Z grubsza, posąg w randze pisuaru. Co więcej, sam Gómez wyjechał pierwotnie na Kubę nie dlatego, że chciał. Wyjechał, bo musiał. Przegrał we własnym kraju. Dopiero z czasem to przejrzałem…

Władca maczet

Kim był więc Máximo Gómez? Na pewno postacią nietuzinkową. Przyszedł na świat w miasteczku Baní, w zachodniej Dominikanie. Tam, skąd pochodzi najsłynniejsze dominikańskie mangoel banilejo; gdzie rokrocznie urządzane są mangowe dożynki. Zapamiętano go, jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość tego kraju. Wcześniej, jako nastolatek bronił Dominikany przez inwazją wojsk cesarza Haiti – Faustyna I. Haitańczycy sromotnie przegrali. Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej. Przeszkolono go za oceanem, w Saragossie.

Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez wyemigrował na Kubę. Oczywiście, w niesławie. Tam jednak przejrzał na oczy, przestał służyć w wojsku hiszpańskim i przystąpił do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego. Pokazał powstańcom taktykę, zwaną „szarża maczet”. Uzbrojeni w te narzędzia piechurzy nacierali na wroga, wycinając go do nogi. Coś, jak kościuszkowscy kosynierzy w trakcie insurekcji.

Do krwawej kampanii doszło w Guantanamo, gdzie plantatorzy dostali wycisk, choć chroniły ich oddziały Hiszpanów. W przerwach między walkami, Gómez dorabiał za granicą. m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem przyjął najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Niektóre budziły w nim mieszane uczucia, np. podpalanie hektarów trzciny cukrowej. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem wełny a szyję obwiązywał chustką.

Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej batalii przeciwko siłom Stanów Zjednoczonych. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 roku, pod protektoratem USA. Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Podobno uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą, polityka nie była jego żywiołem. Do rodzinnego kraju nie wrócił. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Kolumba. Na hawańskim bulwarze Malecón stoi teraz pomnik ku chwale Dominikańczyka.

W Santo Domingo również stanął. Tyle, że nie tam, gdzie mi się wcześniej wydawało. Nieco dalej, choć w pobliżu. Na skrzyżowaniu alei 27 de Febrero z Máximo Gómez trzeba skręcić w prawo, nie w lewo, i dojść do kolejnego skrzyżowania; z aleją Johna F. Kennedy’ego. Tam znajdziemy posąg bohatera, o którym mowa. Teoretycznie powinien dzierżyć w dłoni szablę, nieodłączny atrybut bojownika-wyzwoliciela. Niestety, dzierży powietrze, bo szabla regularnie znika. Za sprawą rabusiów.

Aleja zdarzeń

Zeszliśmy z Kingą aleją Máximo Gómeza podobnie, jak schodził dyktator, maszerując „szybkim krokiem w otoczeniu ministrów, doradców, generałów, adiutantów, dworaków idących w naznaczonej szacunkiem odległości, z czujnym spojrzeniem, z nadzieją w sercu, wypatrujących choćby jednego gestu, jednego ruchu, skinienia, które pozwoliłoby zbliżyć się do Szefa, wysłuchać go, zasłużyć sobie na rozmowę, chociażby miało się w niej kryć oskarżenie” („Święto Kozła”, M.V. Llosa).

Wtedy nawet nie pomyślałem, że rok później zatrzymają mnie w tamtej okolicy mundurowi, wylegitymują i łagodną perswazją wymuszą skasowanie zdjęć, które kilkanaście minut wcześniej zrobiłem pod konsulatem Stanów Zjednoczonych; nie podejrzewałem, że dwa lata później i dwa spojrzenia od miejsca tego zatrzymania, w ambasadzie Watykanu zamieszka nuncjusz apostolski o nazwisku niechybnie podobnym do mojego, którego świat zapamięta później, jako głównego obwinionego w dominikańskiej aferze pedofilskiej; nie mogłem przewidzieć, że Jorge, którego zresztą dopiero miałem poznać, poprosi mnie o sfotografowanie wielkiej dziury w ziemi, czyli placu budowy pierwszej linii metra w Santo Domingo, biegnącej dokładnie pod aleją Máxima Gómeza.

Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007
Jeden z budowniczych pierwszej linii metra w Santo Domingo.
Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007
Dziura w ziemi, która zamieni się później w stację metra Estación Joaquín Balaguer.
El Macho

Potem skręciliśmy z Kingą w lewo, aby wysadzaną smukłymi palmami nadmorską promenadą dotrzeć do obelisku El Macho, zwanego tak przewrotnie przez rubasznych Dominikańczyków, ze względu na jego falliczny kształt i będącego dość wierną kopią pomniku Waszyngtona z Nation Mall w amerykańskiej stolicy. Pod tym obeliskiem dyktator kończył spacer. W perspektywie miał choćby wyszukane nocne rozrywki takie, jak schadzki z nieletnimi dzierlatkami, które kazał sprowadzać swym akolitom do ekstrawaganckiej rezydencji Casa de Caoba w swoim rodzinnym mieście San Cristóbal, leżącym nieopodal stolicy.

Malecón w Santo Domingo, w tle El Obelisco Macho.
Obsadzony palmami Malecón w Santo Domingo. W tle El Obelisco Macho, 2006 rok.
El Obelisco Macho, 2014, Mural poświęcony siostrom Mirabal.
El Obelisco Macho w nowej szacie z 2014 roku. Zjawiskowy, eksplodujący kolorami mural poświęcony dominikańskim heroinom – siostrom Mirabal.

Aleję Máxima Gómeza przemierzałem wielokrotnie, z góry do dołu i na odwrót. Przeważnie na piechotę. Nieraz metrem, albo wskakując do carros públicos. Poświęciłem jej sporo czasu i potu. Fotografowałem jej życie w różnych okresach; od 2006 roku do dzisiaj… Często lądowałem w miejscu, gdzie krzyżuje się z aleją Independencia.

Wrażenia miałem podobne, jak Urania Cabral z cytowanej tu już powieści Llosy.

„Węchem rejestruje tyle różnych zapachów, że można to porównać do natężenia hałasu atakującego jej słuch. Spaliny wydobywające się z rur wydechowych autobusów, które kopcą dymem unoszącym się wprost na przechodniów, smród smażonego tłuszczu dobiegający ze straganu, na którym skwierczą dwie patelnie, gdzie sprzedają jedzenie i napoje, no i ten zapach – ciężki, nieokreślony, tropikalny fetor żywicy, gnijących zarośli, spoconych ciał, powietrza nasyconego zwierzęcymi, roślinnymi i ludzkimi zapachami, które konserwowane przez słońce, wolniej się rozkładają i ulatniają. Ta gorąca woń porusza jakąś intymna strunę w jej pamięci i przywraca czasy dzieciństwa […]”

Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.
Każdy pcha swój wózek…
Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.
Kolporterki dziennika „El Caribe” (tu logo z 2007 roku) i sprzedawczyni kart telefonicznych Orange.
Aleja wspomnień, aleja Máximo Gómez, Santo Domingo, Dominikana.
W oczekiwaniu na zielone światło…
Pucybut, Santo Domingo, Avenida Máximo Gómez.
Macho – pucybut.
Haitańscy robotnicy, Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Roześmiani haitańscy robotnicy…
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Palacio de Bellas Artes, Pałac Sztuk Pięknych w renowacji…
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Autobus szkolny. Jeden za drugim.
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Funkcjonariusz nieistniejącej już „miejskiej drogówki” AMET – La Autoridad Metropolitana de Transporte, zastąpionej w 2017 przez nowe służby, zwane DIGESETT – Generalną Dyrekcją Bezpieczeństwa i Transportu Drogowego.

Nieopodal stacji metra Estación Joaquín Balaguer, czyli tej która w 2007 roku była bezładnym placem budowy, wyląduję razem z Kingą w połowie marca. Spotkamy się z Claudią, z którą w lipcu ubiegłego roku dzieliłem ścianę w „Centrum Obrazu” na starówce w Santo Domingo, na której wisiały nasze fotografie podczas wystawy „Everyday Dominican Republic – Miradas Cotidianas”.

I tak to się toczy. Od dwunastu lat. Daje o sobie znać, co i rusz. Dominikańskie uzależnienie…

*Cytowane teksty pochodzą z powieści „Święto Kozła”, Mario Vargas Llosa, wyd. Znak, Kraków 2016 

Javier był kimś

Za pieniądze klienta wszystko idzie załatwić. Javier tak mawiał. Lubił to powtarzać. Był obrotny. Zresztą, jak wielu Dominikańczyków. No, to załatw mi chłopie duże mango, czasem go przedrzeźniałem. Wtedy mrużył oczy i cedził, że może skombinować „coś do palenia”, albo dziewczynki. Nie jestem el frutero, ripostował, tych od owoców masz na ulicy. Trzeba myśleć o rzeczach, które dają zarobić jakieś sensowne pesos a nie o bzdurach, które zabierają czas. Tego uczył Javier. Czasem mi się chłop przypomina. Niegdyś mieszkałem w Santo Domingo w dystrykcie Bella Vista, w hotelu o tej samej nazwie. Ulokował mnie w nim po znajomości Jorge, redaktor dziennika, z którym wtedy współpracowałem, jako samozwańczy (foto)reporter. Javier był tam boyem, chłopakiem od wszystkiego. Dla mnie był boyem rasowym, był Kimś.

Cristina

Hotel „Bella Vista” traktowałem, jako bazę wypadową. Częściej mnie w nim nie było, niż byłem, co oczywiste, lecz za każdym razem z uciechą tam powracałem; czy to z dziennych misji w Santo Domingo, czy z kilkudniowych wypadów w dominikański interior. Zajmowałem tani pokój z wiatrakiem na suficie i z widokiem na mangowiec. W mini chłodziarce trzymałem podstawowe zapasy: piwo, owoce i maść na wszystko. Właścicielką hotelu była Cristina. Do pracy podjeżdżała białym jeepem i z marszu brała się do rządzenia. Miałem w zwyczaju „meldować” jej, gdzie wybieram się danego dnia; szczególnie informowałem ją o wyjazdach dłuższych na zachód, gdzieś pod granicę z Haiti, albo na północ: do Puerto Plata, Río San Juan, czy Samaná. Przywykła do tych moich briefingów. Nie mogłem ich zaprzestać. Nie chciałem, by snuła najgorsze domysły, gdy ktoś ze służby doniesie jej, że moje łóżko stoi nieruszane od trzech, czy czterech dni.

Mangowiec rosnący w ogrodzie, Dominikana
Dojrzewające mango-zwisy.
Ulica karmiąca

Większość z posiadanych pesos, poupychanych gdzieś po kieszeniach, przepuszczałem w pobliżu. Wszystko miałem tam pod ręką. Dominikańska ulica jest samowystarczalna i codziennie kusi tym samym, w tych samych punktach, o tej samej porze. Jeśli mały biznes jest na kółkach, to i tak podjedzie tam, gdzie poprzednio. W Dominikanie można się spokojnie do czegoś przyzwyczaić i potem z tego przyzwyczajenia do woli czerpać korzyści. Gdy od „swojego” sprzedawcy empanadas usłyszałem: estoy operando aqui, „tu jestem, tu działam, tu operuję!”, byłem szczęśliwy, wiedząc, że jutro, pojutrze czy za tydzień nic się nie zmieni, i dostanę te swoje frykasy tam, gdzie zawsze.

El frutero, czyli sprzedawca owoców na ulicy w Santo Domingo, Dominikana.
Wózek owocowy.
Karaibskie śniadanie, w pobliżu hotelu Bella Vista, Santo Domingo
Karaibskie śniadanie mistrzów. Od lewej kawał papai, ananasa, sok z marakui, 3 empanadas. I kawa. Café dominicano. Jak narkotyk.

To samo, jeśli chodzi o każdą inną rzecz, najsłodszą kawę na świecie, jugos naturales, owoce, tostones, piwo, losy na loterię, używane komórki, karty telefoniczne, gazety, jakieś breloki, jakieś baterie, fosforyzujące lody, słodkości z gwajawy, czy co tam jeszcze. Swoje obchody ulicy robiłem przeważnie wcześnie rano, kupując wszystko, co mi się nawinęło i z czego mogłem skompletować własną wersję karaibskiego śniadania.

Piwo z Javierem

Za to późnym popołudniem niewiele już jadłem, raczej wpadałem do colmado by posiedzieć, posłuchać bachaty i wypić piwo albo dwa, albo trzy. Decydowała pojemność butelki, jaką spragniony wydobyłem na chybił trafił z arktycznych czeluści firmowej lodówki Presidente. Taka lodówka to podstawowy mebel w każdym spożywczaku, czy barze w Dominikanie, od Santo Domingo po odległe grajdoły.

Piwo Presidente w Santo Domingo, Dominikana
„Prezydent” nabity w butelkę.

Piwo kupowałem dla siebie i dla Javiera. Bywało, że dzieliłem z nim momenty przyjemnego rauszu po całodziennym kieracie. Potem on wracał do swoich na przedmieścia, w mało-turystyczne rewiry zwane Km. 9, a ja do pokoju i do komputera, oblepionego kolonią cyber-mrówek. Javier nie był zwykłym boyem hotelowym, był prawą ręką Cristiny, co oznaczało, że robił wszystko. Nobilitacja i frustracja w jednym.

Kiedy uparłem się, aby mieć w pokoju hotelowym caja fuerte, czyli sejf, Javier powiedział, że to nie ma sensu. Szybko dowiedziałem się, w czym rzecz. Poszliśmy do innego pokoju z sejfem. Javier zatrzasnął go, po czym otworzył bez klucza i większego wysiłku, jak Sztukmistrz z Lublina. Dałem sobie spokój.

Macho i jego koszula

Często widywałem go, ubranego w guayaberę, karaibską koszulę z czterema kieszeniami. Najpewniej pochodzi z Meksyku, albo z Kuby. Mnie podoba się jej kubańskie pochodzenie. Chłopak miał dziewczynę. Na randki zakładał elegancką koszulę z dwoma kieszeniami. Upychał w nich owoce gwajawy, dla wsparcia miłości witaminą. Jeden owoc dla siebie, drugi dla wybranki. Wreszcie stało się. Dostał zaproszenie do domu przyszłych teściów. Nie mógł tam iść z pustymi rękami. Znowu pomyślał o gwajawach. Tylko teraz miał do zabrania cztery sztuki. A tylko dwie kieszenie. Wtedy sprytna matula doszyła mu jeszcze dwie na dole. I tak zrodziła się pełna guayabera! Fantastyczna historia, czyż nie?

Dominikańczycy mają dla niej własną nazwę – chacabana. Ponoć Javier odziedziczył tę koszulę po dziadku. Chwaliłem ją za każdym razem, gdy w niej przychodził. Była pięknie skrojona, w kolorze kremowym, z podwójnym haftem z przodu, bez oznak znoszenia. Można powiedzieć, krawiecki majstersztyk. Zakonotowałem, że Javier nosił ją chętnie, niejako dumy z rodzinnej pamiątki. Dzisiaj młodzi Latynosi raczej nie przepadają za zbyt staroświeckim krojem chacabany. Za to Javier wyglądał w niej bardzo gustownie, prawdę mówiąc, zazdrościłem mu tej koszuli i tej prezencji.

Relaks po oględzinach

Muchacho zasuwał na trzy etaty i nieraz ciężko było go wyciągnąć z roboty do baru o sensownej porze, zważywszy na to, że musiał jeszcze jakoś dotrzeć do domu na krańcu świata. Wtedy, z moją pomocą, bar przychodził do niego. Javier na to zasługiwał. Najbardziej podłe obowiązki wykonywał popołudniami. Przede wszystkim ogarniał bałagan po gościach, którzy zdążyli opuścić hotel. Wietrzył zapotniałe komnaty, wciąż zalatujące mieszaniną sexo y amor. Do czarnego worka w rozmiarze lubianym przez medycynę sądową ładował wymęczoną pościel, notorycznie czymś zabrudzoną; pełna galeria podejrzanych wymazów, z krwią włącznie. Sam widziałem, bo Javier dopuszczał mnie do oględzin. Ze wszystkich tych okrutnych plam dało się wyczytać najświeższą historię cielesnych zmagań, gwałtownych miłości, czy miłosnych gwałtów, no jakichś niemożliwych kopulacji, kulminacji, jakichś no nie wiem, boleści…

Kiedy Javier robił swoje, ja siedziałem u siebie, przeglądając ostatni urobek zdjęciowy. Czekałem na telefon od niego. W końcu dzwonił, podając mi numer pokoju, do którego miałem się udać z tym, co najlepsze. Brałem z lodówki butelki z „Prezydentem”, wciąż zmrożone, jak igloo i gnałem tam, gdzie mnie wzywał. Chyba nie było takiego pokoju w Buena Viście, którego byśmy nie zamienili na tymczasowy bar.

Władca noży

Innym zadaniem Javiera, zwłaszcza o poranku, było doglądanie kuchni. Poganiał tam kucharza i jego asystenta, obiboka. Nie za wiele mieli obaj do roboty, lecz to nie oznaczało, że mogli siedzieć bezczynnie. W międzyczasie zauważyłem u mego przyjaciela słabość do kuchennego osprzętu. Wyraźnie cenił noże. Wielokrotnie kciukiem szacował ich ostrość, jak rzeźnik przed jatką. W jego zachowaniu było coś niepokojąco naturalnego. Mieć go po swojej stronie – oto reguła przetrwania!

Kiedy któregoś dnia wybrał nóż formatu maczety, przeżegnawszy się w duchu, pomyślałem, że oto Javier podjął właśnie jakieś kluczowe decyzje w swoim zapracowanym życiu. Zbiegło się to z przyjazdem Cristiny do hotelu. On jednak wykorzystał połyskujące ostrze noża w roli podręcznego lusterka. Przeglądając się w nim z bliska, badał stan uzębienia. Było to bardzo charakterne. Bo Javier charakter miał.

Najlepiej odnajdywał się w trzeciej ze swoich hotelowych ról – w roli recepcjonisty: witającego, rozliczającego i żegnającego gości. Witał serdecznie i żegnał, bo musiał, za to rozliczać uwielbiał. Był przy tym irytująco skrupulatny. Kiedy nieraz z czymś zalegałem, dobrze o tym wiedział i przystępował do windykacji. Szelma jeden, wolał zapomnieć, ile to piwa razem wypiliśmy. Na mój koszt! Ale cóż, mając świeżo w pamięci jego przymiarkę do roli „władcy noży”, wolałem płacić. Jeśli chodziło o forsę, Cristina mogła na niego liczyć. A nie wyglądał na skarbnika. Raczej na kogoś, kto regularnie przyjmuje zlecenia mokrej roboty i przeliczając pesos, albo „zielone”, po prostu przelicza zainkasowane wadium.

Chłopak z „dzielni”

Powierzchowność Javiera stawiała go raczej wśród osobników przestępczej konduity. Umówmy się, nie jest to typowy wymóg dla kandydata na recepcjonistę. Jednak Cristina myślała inaczej. Albo po prostu miała nosa, zatrudniając go w hotelu. Ten domniemany brutal z obrzeżnych barrios, o jakich Márquez pisał – „dzielnice psich bójek”, ten śniady macho z blizną pod okiem, potrafił być elokwentny, do żywego zabawny i na swój sposób spolegliwy. Javier – delikwent chodzący krokiem „praskiego cwaniaka”, był barwną namiastką tego najprawdziwszego Santo Domingo – chaotycznego i lubieżnego, do którego być może, co bardziej rozbudzony turysta chciałby dotrzeć, by je zobaczyć na własne oczy, dotknąć, posmakować, tj. po ludzku poznać, lecz tkwiące w nim obawy (poniekąd uzasadnione) trzymają go na dystans. Wtedy Javier mógł sprawę ułatwić.

Wnosił do hotelu aurę tych właśnie rewirów latynoskiego molocha, gdzie wstaje się o świcie za głosem bojowego koguta i stawia diabelską kawę na ogniu, gdzie słucha się radia na cały regulator, gdzie ryk motorów walczy o eter z dudniącym reggaetonem, czy bachatą, gdzie czuć spaliny wymieszane z wonią przejrzałych owoców, mydlin wylewanych do rynsztoka i jedzenia smażonego na ulicy, gdzie w ciągu dnia żyje się tak, by jakoś przeżyć, gdzie kombinuje się pesos, jak tylko można, bo w końcu jest rodzina, bo rosną długi, gdzie zawsze znajduje się czas na domino i baseball, na tipsy i papiloty, na piwo, jeśli nie na rum, gdzie zawsze jest kogo obgadać, czy zbesztać po uszy, gdzie chicos, gangsterzy z MTV, opuszczają jeansy tak nisko, że im widać przecinek z tyłu, gdzie chicas, dziewuchy gangsterów z MTV, podciągają legginsy tak wysoko, że im widać przecinek z przodu, gdzie amorów wszelakich nigdy dość w tym lepkim, jak syrop powietrzu, gdzie jęki miłości nie gorszą sąsiadów tylko aktywizują, i gdzie się w końcu to całe towarzystwo z inwentarzem wszelakim kładzie spać bez świadomości, że gdzieś tam istnieje jakiś przyjezdny, turysta, słowem obcy, któremu by trzeba jakoś uatrakcyjnić wycieczkę czy ogólnie zrobić dobrze. W rewirze Javiera obcy musiałyby na swoje pięć minut zasłużyć.

Javier bałamut

Natomiast w hotelu Bella Vista od razu liczono się z Javierem. Był gwiazdą i tyle. Przyjezdni podskórnie wyczuwali, że miał w sobie jakiś autentyczny kawał życia, blisko którego warto pobyć chociaż przez moment. Dlatego lgnęli do niego, zamęczając chłopaka w recepcji, na korytarzu, na patio. Szczególnie osaczały go białe turystki z Ameryki, czy Europy. Latały do tropików solo, wyraźnie wyposzczone. Kręciły się przy Javierze, zagadując go w spanglishu.

Javier, mimo że zawalony robotą, korzystał ze swego uroku, ile mógł. Odpowiadał na zaczepki. Był przystojnym draniem, trzeba mu to oddać. Rozgrywał te całe ksiuty po swojemu, niby od niechcenia, urabiając panny, jedną po drugiej. Nie wiem, czy on te wszystkie przelotne znajomości sprowadzał do oczywistego finału. Niewykluczone. Tak czy inaczej, był południowcem i południowa krew się w nim kotłowała. Raczej nie przepuszczał okazji. Z natury lubił zdrowo pochędożyć. I lubił o tym poopowiadać z detalami.

Javier „dobra rada”

Bywały noce, gdy zdarzało mi się w zupełnym negliżu przeleżeć pod buczącym wiatrakiem od zmierzchu do świtu, bo inaczej się nie dało, parność mnie gnębiła, ratowałem się, jak mogłem. Raz zapomniałem zaryglować drzwi, no i wreszcie zasnąłem. Rano wpadł znienacka do pokoju Javier i mnie przyfilował w adamowej odsłonie, dopiero oczy przecierałem po przebudzeniu. Zmieszany chwyciłem za piernaty, by się nimi owinąć, jak to robią aktorzy na filmach, gdy mają przejść po seksie z łóżka do garderoby i wybełkotałem jakoś tak, że „Javier, dzisiaj nie, por favor!”. Drań ten, kogut jeden co bierze wszystko, co się rusza, zaśmiał się podejrzanie, a mi chodziło o usługę sprzątania pokoju, że „dzisiaj nie”.

Kiedyś, stojąc przy recepcji, narzekałem na zmienność czerwcowej pogody. Wtedy mnie Javier uświadomił, hultajsko szczerząc zęby: „są takie rzeczy, amigo, które robisz przy słońcu i przy deszczu„. Lubował się w rozwijaniu tej życiowej sentencji, bezczelnie bazując na własnym, donżuańskim doświadczeniu. Wyjawiając mi swoje sypialniano – łóżkowe albo kuchenno – stołowe sekrety ars amandi, zarazem udawał buchaltera, rewidował rachunki gości i wklepywał je do komputera jednym paluchem.

Dr Javier zaskoczony 

Raz udało mi się Javiera zaskoczyć własnym popisem rubaszności. Któregoś popołudnia poszliśmy obaj do sklepu elektrycznego za rogiem. Cristina wysłała chłopaka po żarówki. A ja mu towarzyszyłem. Na miejscu poleciałem wzrokiem ku półce, gdzie kłębiła się jakaś drobnica, w tym wyjątkowo absorbujące różowawe niby zaślepki. W ich kształcie było coś bezwstydnie anatomicznego, a szło o anatomię kobiecą. Musiał to potwierdzić „dr Javier”. Wziąłem jedną taką „zaślepkę” i podsunąłem mu po nos, pytając z udawaną powagą, co też mu to-to przypomina. Ten, dławiąc się ze śmiechu wypalił: tú estás loco, amigo!, że szalony jestem. Jakby przyznał, że większy ze mnie zbereźnik od niego. Cóż, wypadało potraktować to, jako komplement.

Na koniec wspomnę, że Javiera poznałem w dość osobliwych okolicznościach. Muchacho w stroju recepcjonisty wymiatał psie bobki na parkingu przed hotelem „Bella Vista”. Stałem obok, oparty o palmę i patrzyłem, jak mu idzie. Obchodził się z nimi, jak z pralinami, które nieszczęśliwie pospadały na zakurzoną podłogę. Brał je na szufelkę i ostrożnie przenosił do śmietnika. Zlitowałem się nad nim, demonstrując łatwiejszą metodę – „futbolową”; wykopałem to gówno na aut. Po czym zaprosiłem chłopaka na kawę. Jakby nie było, kawa i praliny świetnie się dopełniają. Tak poznałem Javiera. Nie widziałem go jedenaście lat. Nigdy go potem nie spotkałem. Został w mej pamięci.