Archiwum kategorii: Felieton

Wyciąg z baby ślimaka

Miałem w Dominikanie bojowe zadanie, miałem pójść do supermarketu i nabyć krem ze ślimaka: baba de caracol. Tego sobie zażyczyły moje Dziewczyny, bo skoro już tam jestem to mogę się wystarać o jakiś użyteczny souvenir, a nie tylko zwozić fetysze z Małego Haiti i figurki bożków z grymasem zaparcia na twarzy. I nie chodzi o jakieś francuskie kulinarne wariacje na dominikańskim stole, ale o urody konserwację…

W celu uskutecznienia misji, płynę w pocie czoła za głosem Syreny (La Sirena) w Santo Domingo, i wpadam do jej sieci w jednym z centów handlowych, gdzie całe mydło i powidło zalega na dwóch piętrach, i zaczynam od rozpoznania terenu. Na dzień dobry, albo na buenos días, w sektorze spożywczym biorę ze dwa litrowe rumy, abym jakoś wyglądał, objuczony po męsku, bez żartów, gdy już dotrę w babskie rewiry. Godnie wzmocniony zaczynam kluczyć po rozległym parterze, już między rzędami uginających się półek z kosmetyką wszelaką, preparatami, esencjami i mazidłami sortu rozmaitego, którymi się wiara latynoska płci obojga ciągle polepsza, zabiegając o niegasnący powab, i tak się snuję, mijam talki czy balsamy, jakieś maści, jakieś pudry, pianki, wianki i skakanki, i wreszcie przy żelach do prostowania włosów gubię się…

Ślimak, ślimak schowaj rogi, daj mi śluzu, mój ty drogi…

Gdyby ten uparty brzuchonóg, jakiś ślad chociaż zostawił, ale gdzie tam, wszędzie posucha. A mówią, że to właśnie ma w zwyczaju robić, paprać wszystko lepkim szlamem. Przynajmniej, tak to klarował Lucyfer de Niro detektywowi Rourke’owi w „Harrym Angelu”. Dobra scena – może pamiętacie? A że de Niro nie miał wtedy ślimaka pod ręką to Rourke’owi rzecz na jajku pokazał. Nie na swoim, na kurzym, gotowanym. Wziął je i do talerza czarcią grabą docisnął, przewalcował od skraju do skraju tak, że jajeczko się poddało i wilgoci popuściło. Co innego u mnie, to znaczy u ślimaków, które tropić próbuję. Żadnego śluzu, żadnych wilgotnych smug ani na podłodze, ani na żadnej ścianie w pobliżu.

To kiedy już nie wiem, gdzie mam iść za tym ślimakiem, idę po pomoc do señority, cynamonowej Mulatki, w koszulce takiej fest wypukłej, która mówi, że señorita tutejsza i ładnie odchowana, i z logiem takim, że wiadomo, że señorita to sklepowa i pewnie wie, gdzie znajdę to, co mi znaleźć i kupić polecono. I rzeczywiście, zbawczyni moja z praktyki wiedziała, gdzie ślimaki zostawiają śluz i mnie tam zaprowadziła, ale po drodze zdążyła dziwnie zlustrować, i nie wytrzymała, i skomentować musiała, że to, czego chcę, to jest raczej dla kobiet! To ja jej mówię, że wiem, że dla kobiet, ale za wymowną kpinę z równouprawnienia, rzucam jej chore spojrzenie Buffalo Billa z „Milczenia owiec” w stylu „niech włoży krem do koszyczka” i żądam satysfakcji.

Ponieważ w reakcji nastaje niezręczne milczenie tychże „owiec”, to odpuszczam psychodramę i do reszty klaruję, że ten ślimak, to idzie dla moich kobiet, na wyproszone podarki, dlatego się tu kręcę. Wtedy usta jej rozeszły się w niesfornym uśmieszku i już bez obaw, że właśnie wspomogła dewianta, poszła innym klientom doradzać, kremy czy żele wybierać.

A ja od razu rzuciłem się na ślimacze lubricatio, jak Olo Jedlina na Polo Cocktę w „Kingsajzie” i ślizgiem do kasy. Przyznam, że nakładłem śluzu do koszyka, jak cwany prywaciarz, który pchnie to z niezłą przebitką na festynie podczas Nocy Kupały. I potem śluz ten do walizki na klucz, do samolotu, i do kraju na Wisłą, aby świeże zamówienie dostarczyć, szybciej niż ten cały FedEx. No i udało się, a że śluzu nawiozłem co niemiara, bo i do włosów, do ciała, do lica, to go jeszcze dość zostało, i stoi w domu na wykończeniu, między łazienkowymi akcesoriami.

I raz nie wytrzymałem, zakręciłem się koło tego śluzu, zwąchałem, czy aby nie zalatuje obmierźle, i też go sobie dałem kapkę na twarz, i rozprowadziłem fachowo, normalnie, jakbym znienacka mięczaka za mobilną daczę na plecach capnął i przejechał sobie jego wilgotnym, śluzowatym spodem, po gębie a solidnie. Nie w głowie mi takie perwersje, ale nawiasem mówiąc, gdzieś wyczytałem, że ludzie, jak ich przypili, to podobne koncepty wdrażają. Zamiast płacić za żele czy kremy ze szlamu ślimaka, robią nalot na własny trawnik i pacyfikują tam kolonię tych sierot zawilgoconych i się nimi „leczą”, przykładając w różne miejscach ciała; na rany, blizny, na trądzik, cellulit, rozstępy, zmarszczki, ogólnie na skórę, po całości.

Nie wiem, jak dokładnie działa to magiczne ślimacze mazidło, napchane alantoiną i kolagenem i czym tam jeszcze, i dlaczego jest znośne mimo zapachu czegoś, co mogło być rarytasem w PRL’u, jak nie poleżało za długo w cieple, ale gęba mi się po tym lepiej trzyma, słowo daję. Zawsze kładę sobie „babę” na twarz po goleniu. O czym pisałem wyraźnie w przewodniku „Dominikana”, żeby faceci używali! Bo działa!

Odkąd pamiętam gęba mi się paliła po żylecie. Ale przyszedł ślimak i problem zniknął. Raz, gdy „babę” chwyciłem za rogi, aby się „nią” potraktować, to już na samej gębie nie poprzestałem, ale i we włosy ochoczo wtarłem, i w szynkę wmasowałem, przed snem, bo tak podobno trzeba i taki, prawda, Francja elegancja, „zaślimaczony” do łóżka się wśliznąłem, do mej lubej też „zaślimaczonej” należycie i gdyby nie to, że mi wówczas typowy dzień drwala baterie wyczerpał, to byśmy pewnie, jak to jurna młodzież mawia, w ślimaka poszli.

Malta Morena ratuje

W całym tym bajecznym Las Galeras dostałem najgorsze mondongo dominicano w życiu. Pewnie dlatego ciągle tam wracam, bo nie mogę w to uwierzyć. Nawet zażalenia wtedy nie złożyłem. Pewnie z powodu szoku. Mondongo to flaczki. Czy jedliście kiedyś flaczki – zakładając, że za nimi przepadacie – które ktoś Wam upitrasił w piętnaście minut!? Bo mnie się to przytrafiło a przynajmniej takie mam wrażenie…

No jakieś rurki i tuleje w talerzu mi pływały, jakieś półsurowe fragmenty kabla, oj dalekie to-to było od tych zdrowo wygotowanych, pociętych w paski „ręczników frotte”, zatopionych w pysznym bulionie, majerankiem dosmaczanych, które w kraju znamy i które odważnym obcokrajowcom dajemy jeść, by mieli co wspominać z tej polskiej egzotyki, poza wyborną bloody-kiszką, tj. kaszanką czy tam bloody-polewką, tj. czerniną.

No, ale tamte dominikańskie jelita nieprzeczyszczone, bo tak je nazwać trzeba, były ciągliwe jak guma, w zębach mi sprężynowały, pogryźć się cholery nie dały, innymi słowy, nie było to mondongo popisowe, było to mondongo… (no sami sobie zrymujcie). Nie wiem, co mi do głowy strzeliło, by się w tych kulinarnych eksperymentach posunąć tak daleko, i to z rana, w dodatku był to z mej strony jakiś niezbadany atawizm, że ja się w ten talerz wpatrywałem i widząc to, co tam pływa w agonii, wciąż chciałem to jeść. Widocznie zainfekowany jakąś zaprzeszłą rekomendacją musiałem mondongo spróbować bo przyszła na to chwila, tyle że nieodpowiednia.

Fortunnie miałem pod ręką słoik ostrej, paprykowej salsy, więc naładowałem jej do talerza w ilości, która zdominowała całą resztę, na czym mi zależało. Zaraz też zerknąłem na mego gospodarza, kuchcika-dyletanta z politowaniem, bo przecież chciał chłopina mojemu podniebieniu zrobić dobrze i co normalne, wyczekiwał werdyktu, a że ja, kiedy trzeba to umiem grać, więc mu zwróciłem taki werdykt, jaki by sobie życzył. I żułem pilnie acz z tłumioną awersją te szarobure bebechy skąpane w wątłym rosole, bebechy ledwo co wyszarpane jakiemuś niewiadomemu stworzeniu, które ostatnio grasowało w chaszczach za chałupą, i mogłem się co najwyżej czuć, jak podczas jakieś rytualnej inicjacji w szemranej kongijskiej wiosce. Tak czy inaczej, salsa skutecznie wypalała moje zwątpienie i dzięki temu dalej mogłem odgrywać ukontentowanie przed gospodarzem. Całość przepłukiwałem prewencyjnie grejpfrutowym sokiem. Lecz gdybym tylko dostał lodowate Presidente! Wówczas mógłbym tę obmierzłą ucztę quasi-kanibala jeszcze odratować i potem o wszystkim zapomnieć.

Jednak piwa nie uświadczyłem bo gospodarz nie prowadził wyszynku. Chyba musiałem jęknąć. Przecież to nie po dominikańsku. W Dominikanie piwo zawsze się gdzieś znajdzie, bez względu na porę. Wobec takiego niefartu, zbierałem się cichaczem do odwrotu, nie mogłem kontynuować tej farsy bez wsparcia „Prezydenta”. Poza tym, nie wiem, jakim cudem, ale w talerzu flaków przybywało zamiast ubywać. To był jakiś koszmarny rozród, te rozczłonkowane jelita mnożyły się bez kontroli, wijąc jak mikre anakondy. Jezu, czy ten koleś mnie czasem nie próbował otruć? A teraz jeszcze zwietrzył moje zamiary ucieczki, prawie odcinając mi drogę. Byłem w potrzasku. Czyżby czekało mnie dalsze wpychanie w siebie tej zarazy pod jego czujnym okiem, do ostatka a potem rozpaczliwe przyjmowanie kolejnych dokładek? Na szczęście – nie. Gospodarz chciał mnie jedynie poczęstować jakiś specjalnym napojem w ładnej butelce. Wysondował, że skoro flaki mi naprawdę „smakowały”, to i bonus się należał. Nie wiem dlaczego drugi raz mu zaufałem ale koniec końców coś udało mi się zyskać…

Dzięki tej historii z żywymi flakami w Las Galeras, dane mi było odkryć przepyszną rzecz do picia. I to właśnie, o dziwo, bezalkoholową! Zwie się Malta Morena. Popróbujcie kiedyś! Pewnie wielu mogłoby to porównać z polskim Karmi ale to złe porównanie. Wierzcie mi, Malta Morena jest o niebo lepsza. Wziąłem pierwszy łyk, pomlaskałem nieco, by wyczuć, co to jest i w te pędy wytrąbiłem dwie butelki. Udało się zneutralizować przykry posmak flaków w ustach. Wyszedłem z tego cało.

Wtedy zjawiła się jakaś kobieta, wyglądała na obrotną. Dziwnie łypnęła na mój talerz, na mnie i wreszcie na gospodarza. Okazała się być jego siostrą i prawowitą właścicielką tego żywieniowego przybytku. Z marszu runęła do gara, z którego wcześniej gospodarz wspaniałomyślnie wybrał dla mnie ze dwie chochle niejadalnego mondongo. Flaki, jak najbardziej, byłby zdatne do zjedzenia po ludzku, tyle że w porze obiadu, za kilka godzin. Siostra fest brata ofukała, że taki durny. A mnie prosiła o wybaczenie i abym wpadł później. Polubiłem tę kobietę, lecz powtórki z rozrywki nie planowałem. Na obiad zjadłem bodajże rybę z grilla. Tym razem flaki mi się nie przewróciły. O Malcie Morenie nie zapomniałem – w porze deseru.

Kogut na sznurku

Uciekam do wilgotnego tropiku i choćby moja Chiquita patrzyła na mnie krzywo, obstawię kilka dobrych walk kogutów w jakimś dominikańskim pueblo. Oczywiście, nie powiem, że wystawię na arenie własnego koguta, bo wiadomo, są pewne granice. Nie przy ludziach, nawet Latynosach. Ale w cudze ptactwo bojowe chętnie zainwestuję zwitek przechodzonych pesos. I popiję rumem. Jeśli zakłady nie wypalą, to nie poczuję straty, bo trunek mnie wyleczy. A mojej Chiquicie obiecuję, że na pytanie – co będziemy jedli nie odpowiem, jak staruszek pułkownik, weteran wojny domowej odpowiedział swej kobiecie w noweli Márqueza „Nie ma kto pisać do pułkownik”. Nie odpowiem – „gówno!” W Dominikanie czeka na mnie karaibska koszula, guayabera. Do tego, prawda, mokasyny na gołe stopy, cygaro między wargi i lśniący kogut pod pachę.

Koguci head hunter

Wybór rasowego koguciego wojownika to rzecz niełatwa, jeśli podchodzi się do sprawy profesjonalnie. Myślę, że rozumiem sportowych head hunterów którzy jeżdżą w tumanach kurzu po afrykańskich wioskach, albo czają się na za szopą z blachy falistej w latynoskim slumsie i obserwują sprytnych młokosów, rypiących z pasją w piłę. Czeka ich sporo godzin spędzonych na obserwacji, zanim któregoś wskażą palcem, wyrokując: „prowadź mnie do swej matki”. Analogicznie wygląda selekcja kogutów, tyle że na końcu z kogutem się nie gada. Bo kogut nawet w realizmie magicznym słabo pojmuje nasz język. No i nie prowadzi się go matki, bo ta fakt, kocha go po kurzemu niezmiennie, ale wyraźnie „pieje do niego”, że rezygnuje z kariery dumnego reproduktora, gdzieś na spokojnej prowincji a cholerne poczucie spełnienia w twardych, męskich grach, ciągnie go w szemrane zaułki, do zgiełku i świateł koguciej areny, gdzie swe wybryki okupi wiązką paskudnych blizn na dziobie.

Trzeba się pstrokatym bestyjkom uważnie poprzyglądać, i nie tylko gdy ścierają dzioby i pazury na poletku z ubitej ziemi, trenując w sparingach gdzieś na tyłach wioski ale i w tak zwanym normalnym życiu: co osobnik je, ile pije, czy grzebie w ziemi, jak długo, czy aby nie przesadza, czy jest faktycznie kogutem czy koguta udaje, czy ciągnie go kur, jak często, czy jest obojętny, jeśli tak, to czy przewlekle, jak reaguje na innego samca, czy chce się bić, czy się zaprzyjaźnić, jak długo siedzi w kurniku, czy woli klimat kameralnej randki jeden na jeden, czy znika w burdelowym szaleństwie i orgiach, czy sam ugania się za jedną kurą, czy harem kur łazi za nim i gdaka, czy operuje na swoim podwórku, czy może przeskakuje parkan, szukając nowej przygody, albo czy korzysta z usług kur „przy drodze”.

Albo czy w sąsiednim kurniku ma rywala, jak sobie z nim radzi, czy dziobie z marszu, czy próbuje coś ugrać, czy po próbnej walce, odstawiony na bok, wali dziobem w tynk? Czy to oznacza depresję, wyrzuty sumienia, wątpliwości „w co ja się… kurka pakuję”, czy może ma niedostatek wapnia, dlatego szarpie ścianę.

Widać, jak na dłoni, że nie obejdzie się bez solidnego odrobienia pracy domowej.

Jaki właściciel , taki kogut

Prawda jest jedna. Nie zawsze kogut hodowany do walk okazuje się kogutem bojowym. I trzeba dobrego oka ale i pewnie intuicji, aby z tuzinów prężących się ptaków wybrać tego jednego, swego pupila, przyszłego championa. Murowanym elementem selekcji bojowych osobników jest solidne poznanie ich właścicieli, gdyż to oni – dosłownie – od początku do końca kształtują swych podopiecznych, zarówno fizycznie, jak i charakterologicznie. I głównie o charakter tu idzie. Poznanie upodobań, nawyków, odchyłów i zboczeń każdego gallero pozwoli zweryfikować pogląd na jego koguta. Sposób prowadzenia się gallero jest zagłębiem wiedzy dla koguciego „łowcy głów”. Proste. Jaki pan, taki kogut, nie od dziś to wiadomo.

Koguty są różne. A to obserwacji nie ułatwia. Jeden, czy drugi maskuje swe życie prywatne znakomicie, znika z pola widzenia na pół dnia, po czym wraca skonany, ostatkiem sił nurzając dziób w rynnie z wodą. I do końca nie wiadomo, co mu w głowie siedzi, sport czy, proszę pana, dupy. Pytanie, czy te kuraki chowają się z przekory, bo tak im się podoba, czy może chowają się, bo szelmy faktycznie mają coś do ukrycia, i to niejedno świństewko. Na przykład „drugie życie”. Zatem jeśli, wedle teorii, to w ich zachowaniu, odbija się zachowanie właściciela, zostawmy jednego a zlustrujmy drugiego. Dokładnie.

Gdzie ten skurczybyk łazi po nocach? Dlaczego w kredensie stoją tylko flachy z rumem i nic poza nimi. Co pod zaślinioną poduszką robią sprasowane stringi, o rozmiarze na oko nie pasującym na żadnego z domowników. I wracamy do koguta. A raczej nie wracamy, nie mamy do czego wracać, perspektywy żadne, porzucamy drania na pastę jego własnego losu.

Gdy idealny kogut nawali

Czasem zostajemy wrobieni w zupełnie inny sposób. Wytropimy idealnego koguta i jeszcze lepszego właściciela. Tandem, na który warto postawić. Wdrożeni do interesu nie mamy cienia wątpliwości, jak zakończy się wieczór na arenie, komu zabłysną światła. Cierpliwie czekamy, przelewając budujące myśli o zarobionej forsie z jednej półkuli w drugą. Za wcześnie jednak. Nasz champion niefortunnie jednak walkę przegrywa. I to z kretesem. Na pamiątkę ostaje się garść poszarpanych piór, debet i trzy raz tyle złości, ile ważył kogut.

Dlaczego rzetelnie wyselekcjonowany faworyt nie podołał wyzwaniu? Ano wyszło, że jego wspaniałomyślny właściciel na krótko przed walką zechciał odegrać rolę ojca równiachy, i dał „synowi” okazję do wyluzowania się, uwolnienia pokładów napięcia. Wrzucił podopiecznego w kuszące czeluście kurnika i zatrzasnął luft. No i się kogucik odprężył. Tyle, że zabrakło mu pary w miejscu, gdzie powinien jej mieć najwięcej. Na arenie w zwarciu z oponentem. Męska fizjologia to jeden wielki podstęp, niestety. A jak jest z piłkarzami? W czasie turniejów trener pragmatycznie izoluje ich od żon i kochanek, nakazując ascezę. Ogary żądz niech lepiej uwalniają na boisku. Niektórzy stosują trenerskie dyrektywy, co do joty, vide: Zinedine Zidane. Ale mowa nie tylko o sporcie. Gdzieś wyczytałem, że nawet jazzman Miles Davis zaliczył szybki numerek tuż przed występem, a później błąkał się po scenie, ledwie dociskając trąbkę. I co się dziwić kogutowi.

Kogucik malowany

A mój kogut, jeśli nie zszedł jeszcze z tego padołu, żyje i pasie się w Río San Juan. Trafiłem na niego przypadkiem, gdy któregoś popołudnia otępiony upałem, błąkałem się po kolorowych zaułkach miasta. Od razu przypadł mi do gustu. Natychmiast łobuza rozpoznałem. Ktoś przywiązał mu sznurkiem nogę do drzewa, aby nie dał drapaka. Gdy w swoim czasie chłonąłem marquezowskie dziełko „Nie ma kto pisać do pułkownika” wyobraźnia podsuwała mi obraz koguta, dokładnie takiego który teraz gapił się we mnie, wyraźnie poirytowany. Pogardliwie przewracał ślepiami.  Zapiał raz i drugi, obserwując, jak zareaguję. Realizm magiczny jest bardziej realny niż myślałem. Kur zebrał się w sobie i wypiął pierś, aby ostatecznie zaznaczyć, kto rządzi a kto słucha. Nazwałem go, może trochę dziecinnie  – „kogucik malowany”. Pewnie inaczej bym go nazwał, gdyby był czarny, albo biały.

Zastanawiałem się wtedy ile jest wart, bo bym go kupił i zabrał do domu, do Polski. Ciekawe, co by powiedziała Chiquita, gdyby wszędzie w chałupie walały się ziarna kukurydzy a domownicy i goście ślizgali się na szklistym, ptasim gównie. Nie kupiłem go. Nie sądzę, abym w ogóle mógł go kupić. To nie był egzemplarz na sprzedaż. Ten kogut był przeznaczony do walk. Spotkałem rasowego gallo de pelea. Wojownika „na uwięzi”, wyczekującego swej szansy na okrągłej arenie. Tylko „marquezowskiego pułkownika” nie zdążyłem spotkać. Pewnie, jak co miesiąc poczłapał na pocztę z nadzieją, że w końcu, po latach dostanie jakieś pieniądze z emerytury…

Son of the… beach

Jeśli chodzi o takie miejsca bardziej znane, w północnej Dominikanie, jak przykładowo Sosua, to bywałem w tej mieścinie wielokrotnie, lecz w zasadzie to wiem zaledwie, gdzie w pobliżu stoi la bomba, czyli stacja paliw, bo zwykle tam wysiadam z ciasnego carro público, skręcony w precel, jak jogin; wiem o tutejszej plaży grzechu wartej i walkach kogutów w rewirze Los Charamicos, bo są „dobre”, jakby skwitował Papa Hemingway.

Poszedłem kiedyś, by je zobaczyć na żywo. Była sobota, późne popołudnie i dużo taniego rumu. Przeważnie bywa zabawnie (czego nie można powiedzieć o kogucim sparingu na arenie). Ale trzeba kątem oka kontrolować stan trzeźwości dominikańskich zapaleńców, którzy zdzierają gardła i gestykulują, jak szaleni, zagrzewając bojowe ptactwo do zadziobywania się. Bo jeśli macho postawi dużo pesos na takiego czy siakiego koguta i ten kogut przegra, tj. da się oponentowi zadziobać, to macho jest zły i musi wypić. A zły i podpity macho (prawda, nie tylko w Dominikanie) może mieć problem z przyjaźnią. Dlatego, lepiej obserwować pijących a wszystko jakoś się ułoży. Przynajmniej, do tej pory się układało. W Sosua mam jeszcze pojęcie, gdzie znaleźć mini-terminal linii Caribe Tours, skąd wypada ulotnić się do Santo Domingo ostatnim wieczornym busem…

Niewiele więcej wiem z głębszej obserwacji uczestniczącej, bo Sosua notorycznie organizuje mi czas wokół doświadczeń organoleptycznych, tj. wokół picia. Jak po nitce do kłębka, swobodnie (w przeciwieństwie do podrażnionego Tezeusza) ciągnę w kierunku barowego zagłębia przy Playa Sosua. To bardzo ładna plaża. W kształcie półksiężyca, malowniczo ulokowana w zatoce między sektorem El Batey i Los Charamicos. Jedna z ładniejszych w Dominikanie. Kto wie, czy Kolumb nie wypatrzył jej swego czasu, jako pierwszy obcy. Być może, ponownie zmiękczony rajską scenerią świeżo odkrytych lądów, zezwolił brudasom ze swojej załogi na błogą kąpiel i przepierkę zapuszczonych pantalonów. Playa Sosua dzika nie jest, cywilizacja zatruła ją już dawno temu, dzicy ostali się tam tylko sprzedawcy. Do tego namolni. Sposobem na tę namolność jest mówienie do nich prosto z mostu w języku… polskim. Zawiłość i brzmienie naszej uroczej mowy potrafią intruza skutecznie zamroczyć. W przeciwieństwie do niektórych „poliglotów” z takiego Punta Cana, na tyle obytych ze słowem obcym i żywym („kupi, kurwa, kupi!”), by zwabić obcokrajowca i wcisnąć mu chińskie – dominikańskie souveniry, tutejsi naciągacze wciąż się osłuchują, doszkalają. Warto używać tego lingwistycznego fortelu. I zaraz przysiąść gdzieś w barze. Pamiętajcie, bądźcie totalnie polscy! Tak, jak Michael Palin, no wiecie, jeden z Monty Pythonów, usłyszał kiedyś od starszego kolegi po fachu, że w podróży ma być „totalnie angielski”.

Nie pamiętam, bym tam nie pił. Zawsze jakoś piję. Po całym dniu docieram do Sosua wymęczony i spragniony. Brakuje mi sił i ochoty na inne rzeczy. Pragnę relaksu. Poza tym, czeka mnie droga do Santo Domingo: sześć godzin z przerwą w Santiago na rozprostowanie kości, fizjologiczne ulgi i zabezpieczenie kolacji. Koniecznie wcześniej trzeba pomyśleć o znieczuleniu. Inaczej música romántica, jaką nadają w busach Caribe Tours, może się odbić człowiekowi na psychice. Muzyczny program układał meloman sadysta. Niestety, swym gustem zaraził szofera. Dlatego w Sosua trzeba wypić prewencyjny koktajl. A najlepiej kilka. Wtedy dojedziemy do Santo Domingo w jako takiej kondycji. Wierzcie mi, przychodzi to łatwo. Gdybym miał w zwyczaju każdorazowo kończyć wojaże w Sosua, to picie mogłoby się zmienić w trwałe opilstwo. Na szczęście, zdarza mi się to sporadycznie, toteż idę tam w cug bez lęku. Tym bardziej, że cug ma zazwyczaj zapach i posmak mięty, limonki oraz rumu…

Ten karaibski dream – team zawsze jakoś przywabi człowieka do siebie. Raz wychodzi z tego mojito, raz caipirinha, raz daiquiri. Dobrze jest mieć Kubę za sąsiada! I Brazylię w zanadrzu. Zresztą, cuba libre też się tutaj pija. A gdzie się tego w świecie nie pija? Przy czym „wolna” wersja dominikańska tego trunku, to santo libre: rum plus 7up. Kiedyś z ciekawości wziąłem do ust, lecz fanem nie zostałem. Całość była za słodka i jakaś taka dziecinna w smaku, przypominająca oranżadę, albo szampan piccolo na raucie w McDonaldzie. Lepiej już pić po ludzku rum z colą i koniecznie z limonką. Bez limonki to obraza. Jakby nie patrzeć, cuba libre, mimo, że koktajl to z nazwy kłamliwy, jak diabli, to jednak klasyk. Po co zmieniać go w ograny imieninowy „śrubokręt”.

W płynnym menu barowym trafi się też pewnikiem np. sex on the beach, albo coco-loco. Lepiej nie pić. A zadbać, by to pierwsze wam się przydarzyło, a to drugie – nie przydarzyło. Co więcej, ponoć po trzecim coco-loco rzyga się, jak strute kocię pod płotem. Można nie doczekać zachodu słońca. I przegapić wschód. A zawsze przyjemniej popatrzeć na żywo, powzdychać na trzeźwo do swej starej, nowej czy okazjonalnej miłości, niż mieć to jedynie namalowane na „haitańskim obrazku”, z gruntu należycie prymitywnym, nabytym od… Dominikańczyka, który dopiero co go ukończył, by zaraz brać się za produkcję następnego, podobnego.

Na plaży w Sosua trzeba zatem pić dla przyjemności, i w miarę z klasą, by się nie osunąć pod plastykowy stół na piach, nie upodlić, jakimś troglodyckim blekotaniem, i co najgorsze, nie przysporzyć sromotnej roboty barmanowi, polegającej na odstawieniu klienta, rozluzowanego w zawiasach do autobusu, albo na mozolnym uświadamianiu mu jedynego, słusznego kierunku, jaki musi obrać… Niestety, przejście długim korytarzem z drzew wzdłuż Playa Sosua, w jako takim cieniu i przy odrobinie chłodu, i mijanie kolejnych koktajl-barów zawsze kończy się notorycznym popełnianiem, piątego grzechu głównego; grzechu nieumiarkowania w jedzeniu i piciu. Przede wszystkim, w piciu. Chociaż muszę przyznać, że nakarmić też tam porządnie potrafią, szczególnie rybami i owocami morza. A takiej rybce to się w dominikańskim rumie świetnie pływa.

Innymi słowy, Playa Sosua kusi i nie warto się tej pokusie opierać. Nie żal spędzonego tam popołudnia. To chyba jedyne miejsce w Dominikanie, z tych turystycznych przetwórni, gdzie nie mam problemu z przebywaniem wśród roju turystów. Lubię tę plażę. Robię swoje i zaraz stamtąd uciekam. Ukontentowany, na rauszu, son of the beach…

Noc u „Putina”

Na pewno nie zapomnę „pierwszego razu” w Las Galeras, a szczególnie pierwszego noclegu. Na oferowany pokój rzuciłem jedynie okiem. Za dnia wyglądał całkiem przyzwoicie, jeszcze zalatywał niedawno kładzioną farbą. Miał solidne drzwi, zamykane na… wielką kłódkę! Wręczono mi do niej klucz. Jak się okazało – klucz do koszmaru.

Wtedy krążyłem sporo po Dominikanie, jako tzw. fotoreportero independiente, którym stałem się na własne życzenie. Nie zamierzałem tam leżeć plackiem, chciałem coś robić, do czegoś się przydać.  Jeździłem po kraju, w jakim zdążyłem się już zakochać. Tego pragnąłem. Karaibów. Dalekiego tropiku, najlepiej takiego, gdzie mówią po hiszpańsku. W czasie wojaży nocowałem w różnych miejscach…

Klucz do koszmaru

Hotel w Las Galeras był na pewno świeżo pobudowany i nie miał szyldu. Szukałem czegoś taniego na jedną noc. Miejscowi mówili o hotelu Putin. Uśmiechnąłem się pod nosem. Pokazali mi, jak tam dojść. Putin stał na wykarczowanym kawałku zagajnika. Właściwie to stał w przedsionku do lasu. Wycięto akurat tyle dzikich chaszczów, aby idealnie wpasowała się tam bryła budynku, pomalowanego na pastelowo z przewagą różu. Nie znająca pokory tropikalna flora już pokazała, na co ją stać, już zaczynała swymi mackami ogarniać zachłannie nowy hotelarski przybytek.

Jego zarządca przedstawił się, jako Leonardito i przyjął mnie z honorami. Aby mnie obsłużyć, zmuszony był przerwać partyjkę domina. Nie wyglądał na niepocieszonego, być może przegrywał. Potrzebowałem czegoś w rodzaju faktury za nocleg ale zaraz machnąłem ręką. Okazało się, że dziarski staruszek Leonardito nie potrafił pisać ani czytać. W notesie, który mu odruchowo podsunąłem, przy nazwie hotelu postawił niezgrabne „X”. Chyba nie pasowała mu długość wpisanej nazwy, bo szybko dorzucił Putin Las Palmitas to dobry hotel! Faktycznie, rosły tam również karłowate palemki…

Na zaoferowany pokój rzuciłem jedynie okiem. Za dnia wyglądał przyzwoicie, jeszcze zalatywał niedawno kładzioną farbą. Nawet drzwi nie rodziły wątpliwości. Miały przecież… kłódkę! Wielką i solidną. Leonardito wręczył mi klucz. Jak się wkrótce okazało, był to klucz do koszmaru…

Pierwszy owad zleciał mi na twarz z sufitu zaraz po zgaszeniu światła. Wróciłem do pokoju hotelowego po wieczornym obchodzie Las Galeras. Ledwo trafiłem. Na szczęście zabrałem ze sobą latarkę. Potem spadł kolejny insekt. I następny. Spadały na mnie, co rusz. Mniejsze i większe sztuki. Łaziły po mnie, jak Liliputy po śpiącym Guliwerze. Ja jednak wyczuwałem je wyraźnie, wyskoczyłem z łóżka i z odrazą zapaliłem lampę. Wiem, czego się można w tropiku spodziewać, asortyment robactwa jest raczej bogaty, lecz o tylu ruchliwych współlokatorach nie było mowy. Wcześniej ich nie dostrzegłem. Wykończony długim dniem runąłem na łóżko po szybkiej, chłodnej kąpieli. Coś nie tak było z ręcznikiem. Nie pachniał świeżością, o czym przekonałem się za późno… Teraz miałem zasnąć z wonią kobylej rui w nozdrzach. Chyba źle posortowano brudy…

Miałem zasnąć, ale nie zasnąłem.

Robale, zarówno eskadry powietrzne, jak i piechota waliły całymi chmarami przez szpary w potężnych (i to zatrzaśniętych!) żaluzjach. Co miałem robić? Owinąłem się dokładnie prześcieradłem, jak całunem i zacisnąłem zęby. Ale po chwili znowu – pac i pac. Coś na mnie zlatywało, coś po mnie pełzało, złowrogo bzyczało. Już wiedziałem, że tej nocy złoży mi wizytę każdy wredny insekt z zagajnika wokół hotelu. Podniosła mi się temperatura.

No to, dranie – wojna! Włączyłem światło, chwyciłem sandał w dłoń. Od razu szaleńczo ruszyłem do ataku. Toczyłem bitwa za bitwą z cholerą w oczach. Tłukłem, rąbałem, gniotłem, tępiłem zarazę i rozcierałem na „ścieżki”, gdzie popadnie. Zeszło mi na tej insurekcji-dezynsekcji jakieś półgodziny. Oto rezultat – robale wybite, co do jednego. Bo chociaż była to dezynsekcja amatorska to jednak poczyniona w oszalałej desperacji. Diablo skuteczna, tak mi się wydawało. Tylko ściany u Putina nieco ucierpiały. A może, kto wie, zyskały ciekawszy, bardziej wymowny design?

Powtórnie padłem na łóżko, lecz tym razem to adrenalina nie pozwoliła mi zasnąć. Włożyłem słuchawki do uszu. Leciał jakiś wolny hiszpański numer Jennifer Lopez. Przydałby się sen. Jednak przy zgaszonym świetle długo nie poleżałem. Nagłe plaśnięcie okrutnego odwłoka na mym lewym licu zapowiadało odwet. Niestety, w rewanżu doszczętnie uległem…

O brzasku, dezorientując tubylczego koguta, wyskoczyłem z hotelu, jak opętany, złorzecząc Putinowi. Nu, pagadi, carajo! Sztywny od potu, powleczony owadzimi fekaliami, przeciąłem biegiem niemal całą zaspaną wioskę, aż do plaży, która powoli wybijała się z mroku. Porzuciłem ciuchy, plecak, plugawą historię ostatniej nocy i rozebrany do gołego zderzaka, zapadłem się w ciepłym oceanie. Dopiero po chwili zorientowałem się, że świadkami moich bezpruderyjnych ablucji są dwa rybacy. Mieli ubaw, ich chichot rozchodził się po wodzie. A ja wreszcie poczułem ulgę. Oczyszczony siedziałem na wilgotnym piasku, gapiąc się na słońce, wyłaniające się zza horyzontu nad Zatoką Rincón…

Zatrzymany za zdjęcia

Gdyśmy się z Jorgem poznali na żywo, bo wcześniej jedynie korespondowaliśmy na linii Polska – Dominikana, to na dzień dobry zrobił mi zdjęcie do tymczasowego, „prasowego” ID. Wyszedłem, jak oprych na komisariacie, zaskoczony obrotem spraw. Potem rzadko używałem tego ID, by swoje wejścia forsować. Częściej wyczuwałem w powietrzu, że zamiast mnie, umocowanego ważniaka wpuścić, gdzie tam chciałem, nakopią mi fest do tyłka. Wolałem wchodzić po swojemu, na gębę, tu zagadać, tam zamrugać, udać durnia, jakby co zawinąć kitę i czmychnąć. Raz mi się ID przydał. Po to, by mi go zabrano, razem z kserokopią paszportu. Bardziej chodziło chyba o paszport, lecz wzięli wszystko, co tam miałem przy sobie.

Incydent zdarzył się przy konsulacie USA, na Av. Máximo Gómez, dwa spojrzenia od miejsca, gdzie stoi ambasada Watykanu, kiedyś siedziba byłego nuncjusza Wesołowskiego, oskarżonego o pedofilię, co zapamiętał świat. Wtedy łaziłem i fotografowałem wszystko, co się dało fotografować, i co stawiało opór, bo wtedy większa satysfakcja. Przedpołudniowa kolejka Dominikańczyków po, jak można założyć, amerykańskie wizy przed rzeczonym konsulatem nadawała się do utrwalenia. Machnąłem kilka zdjęć, bez specjalnych podchodów, czy odrywania różnych scenek, że niby nie fotografuję tego, a tamto z tyłu, itd., co nieraz praktykowałem dla zachowania spokoju otoczenia. Zresztą, komu by mogło wadzić, że jakiś turysta, pewnie stęskniony za domem gringo, zagubiony w tłumie białas strzela sobie na pamiątkę zdjęcie kawalątka swoich Stanów. Myliłem się. Okazało się, że obserwowano mnie, i to pewnie od momentu, gdy tylko w okolicy konsulatu przyłożyłem do oka aparat. Dowiedziałem się o tym, zajęty już zupełnie czymś innym.

Dopadli mnie przy tej samej alei, na dziedzińcu Teatro Nacional Eduardo Brito, przy pomniku Giuseppe Verdiego. U stóp kompozytora zakwitła butelka po coca-coli. Było ich czterech, każdy w innym mundurze. Zachowywali się przyzwoicie, nie złożyli mnie na glebie i oklepali, nie skuli, by dopiero potem przejść do rzeczy, wyjaśnić i sucho przeprosić za nieporozumienie. Nie, zagrali całkiem fair. Pytali grzecznie, czy robiłem zdjęcia konsulatu. Znali odpowiedź, więc odpowiedziałem, jak było. Prosili, bym pokazał te zdjęcia. Pokazałem. Przejęli aparat. Chcieli je skasować, chyba nie wiedzieli jak. Prosili, bym sam skasował. Skasowałem. Nie były to jakieś dzieła sztuki, okładkowe rarytasy, których bym nie poprawił jutro, czy pojutrze. Nie chciałem międzynarodowej afery, ani powiązań, dajmy na to, z wybuchową siatką brodatego szejka, rezydującego w którejś jaskini na pograniczu afgańsko-pakistańskim. Bo przecież o to chodziło. Z grubsza, o dżihad. Wolałem też uniknąć posądzeń o wspieranie mścicieli innego satrapy, bagdadzkiego, straconego pół roku wcześniej. Dominikańczycy strzegli tutejszych jankeskich pozycji przed wiadomo czym. Przed zemstą, mogącą nadejść zewsząd. Wtedy szejk, którego imię czyta się niefortunnie jak nazwę rzeki, płynącej przez Santo Domingo, czuł się ponoć jeszcze całkiem dobrze, lubił się nagrywać, pretendował do gwiazdy video i mógł śmiertelnie narozrabiać, za siebie i za innych braci w wierze. Roboty przy tępieniu „zgnilizny Zachodu” miał po turban. USA podwyższyły potem honorarium za jego głowę. Śmiechu nie było. W placówki dyplomatyczne, znienawidzonego Wuja Sama, również szejk celował. Stąd te zakrojone na szeroką skalę względy bezpieczeństwa oraz groteskowe retencje.

Miałem nie brać tego do siebie, tak mnie panowie pocieszali. To jedynie konieczna formalność. A mnie przyszło do głowy, że wezmą te moje papiery, ten paszport, i gdzieś to przepiszą, do jakieś bazy pomyleńców wpakują, to potem do Ameryki już nie wjadę, a nie daj Boże, polecę tam nieogolony, to będę miał na granicy chryję, zakończoną wydaniem biletu na wczasy w resorcie Guantanamo. Przyznam, że trochę gdzieś tam w środku spanikowałem, chciałem mieć pewność, że amerykański rząd, obecny i przyszły, nie dowie się o moich zabawach w fotografię przed ichnim konsulatem w Republice Dominikańskiej. Dwóch mundurowych zostało ze mną, dwóch poszło kserować kwity. Trochę to trwało. W Dominikanie zawsze noszę przy sobie laminowane ksero paszportu, byłoby szybciej, gdybym miał dodatkową kopię. Po prostu dałbym im ją. A tak poszli robić ksero z ksera. Poczekałem. Z tymi dwoma, którzy mi w czekaniu towarzyszyli jakoś nie miałem, o czym gadać. Może tak miało być. I tę całą scenę, notabene przed teatrem, musieliśmy tylko wspólnie przećwiczyć w milczeniu. Nieco się ożywiło, gdy wróciła ekipa kserująca. Oddali co moje, i wylewnie, jak nie przystaje funkcjonariuszom służb bezpieczeństwa, przepraszali mnie.

Wtedy ich zapytałem, ni z gruszki, ni z pietruszki, ilu dominikańskich soldados służy w Iraku. Nie pytałem, by usłyszeć cokolwiek, dokładnie wiedziałem ilu ich tam było. Dopiero co gdzieś w mediach to wychwyciłem. I nagle wykorzystałem informację, która utkwiła mi w głowie i po prawdzie nie była mi do niczego potrzeba. Otóż, służył tam tylko jeden Dominikańczyk, oczywiście, jako Dominikańczyk amerykański, służył jako żołnierz USA. Wspomniano go w mediach, bo został ranny. I tak im to przedstawiłem. Oczywiście, uniosłem się. Do tego zagalopowałem, gdyż oni w ogóle nie zrozumieli, że chodziło mi o to, że to nasi polscy wojacy wspierali wojaków amerykańskich w tym całych zapiaszczonym Iraku od samego początku, wysyłani tam w setkach, i jak nie chcę tego niszczyć moją akcją wywrotową z aparatem, i niech wiedzą że to my się tam użeraliśmy w temperaturach piekła, by zadać bobu tej całej hołocie zapatrzonej w dyktatora lubującego się w cygarach, że tłukliśmy się tam dla amerykańskiego widzimisię, i nie chcemy równolegle wysadzać żadnych konsulatów swego kluczowego sojusznika, bo tak się gdzieś tam kiedyś umówiliśmy, zobowiązań nadawaliśmy, że się tłuc będziemy, jeden za wszystkich, wszyscy za jednego, jakby co, i potem siedzieć będziemy, jak już ucichnie, siedzieć dalej na piachu, i sprzątać po rozwałce, co jeszcze gorsze, niż samo tłuczenie.

A może faktycznie nie musiałem tego brać do siebie, sam nie wiem. Poszedłem w końcu. Zostawiłem ich nieco zdezorientowanych. Na odchodnym rzuciłem okiem na konsulat. Wąż kolejkowy, jakby się wydłużył.

Następny w planie do fotografowania był Bank Centralny Republiki Dominikańskiej z przyległościami. Obstrzelałem go z każdej strony. Nikt się mną nie zajął, nikt mnie nie zdjął prewencyjnie. Może uwieczniłem jedynie atrapę tej strategicznej instytucji. Może prawdziwa forsa leżała gdzie indziej.

Idąc dalej, wylądowałem przed Palacio Nacional, czyli Pałacem Prezydenckim. Pilnujący go gwardziści w mundurach koloru piasku i beretach kolory rdzy nie mieli problemu z moim aparatem. Raczej zachęcali do robienia zdjęć. Sami pozowali, szczerzyli zęby, prezentowali broń. Potem chcieli ode mnie jakieś dolary, numer komórki. Jeden z nich nosił nazwisko de los Santos, czyli „od Świętych”. Kto by pomyślał! I taka to była historia mego zatrzymania. Chyba jedyna.

Nie pamiętam, bym potem musiał się jeszcze przed kimś legitymować w taki sposób, do tego tłumaczyć, gmerać w sprzęcie na czyjeś żądanie. Ten, oczywiście, czasem wyjmowałem, by pokazać, że w zwisającej na biodrze czarnej kaburze, trzymam takie oto niewinne cudo, zamiast jakiejś armaty. Przesadne kontrole trafiały się zazwyczaj blisko granicy z Haiti, co można zrozumieć. Szczelność tej granicy, delikatnie mówiąc, budzi zastrzeżenia. Łatwo przecieka, ludźmi i „towarem”. Przecieki są raczej jednostronne, z Haiti do Dominikany. Z tej, jak to ktoś chce, to ucieka do Portoryko przez kotłującą się od rekinów Cieśninę Mona. Kiedyś dominikański pogranicznik potrząsał mym aparatem, jak marakasami, jakby oczekiwał, że wysypie się z niego kilka białych gramów. Spojrzałem na niego, jak na idiotę. Opamiętał się. W sumie trudno mu się dziwić. Stres, palące słońce, ciągła aktywność na mało komfortowym posterunku mogą mieszać w głowie, co rusz rodzić podejrzenia. W sumie był z niego dobry chłopak, dość młody jeszcze. Z Haitańczykami, bodaj studentami, którzy siedzieli w busie i mieli akuratne papiery obchodził się po ludzku. Bez dziwnych spojrzeń, bez niepotrzebnych pytań. A nierzadko wśród takich mundurowych trafiają podłe typy.