Archiwum kategorii: Folklor

Wiza do zombiestanu

Można „wygooglować” nazwisko Clairvius Narcisse, aby poczytać historię pewnego zombie. Nie chodzi o żadnego popaprańca gustującego w mózgach swych ofiar, żadnego kiczowatego zgniłka, czyli monstera na hollywoodzkim wybiegu. Nie. Chodzi o egzemplarz w każdym calu oryginalny, rzec można, z krwi i kości, pochodzący z Haiti, miejsca na planecie, jakie nieodmiennie kojarzy się z legendą żywych trupów. Coś musi być na rzeczy, skoro zmarły facet, jakiego w bólu pogrzebano prawie dwadzieścia lat wcześniej, wraca do rodzinnej wioski, staje przed własną osłupiałą siostrą i mamrocząc fakty z dzieciństwa daje się w końcu jej rozpoznać. W Dominikanie spotkałem kiedyś Haitańczyka, którego zapytałem o te zdarzenia.

Haitańskie bohomazy na piątkę

Było wczesne, deszczowe popołudnie w Las Terrenas. Z szarych i zbitych chmur spadały krople wielkie, jak pestki awokado. Niewiele wskazywało, że za godzinę, czy dwie coś się zmieni. Głupiejesz w tym kraju, jak leje, gdzie się podziać? Przed oczami stanął mi Javier, boy hotelowy z Santo Domingo, notoryczny donżuan. Pouczył mnie kiedyś z szelmowskim uśmieszkiem, że „są takie rzeczy amigo, które przy słońcu i przy deszczu możesz robić.”

Rozdrażniony koczowałem pod wiatą, która musiała należeć do przyplażowego klubu disco. Słyszałem jakieś szmery. Dochodziły ze stojącej obok donicy z agawą. Zajrzałem pod jej mięsiste liście. A tam tycie jaszczurki wyczyniały orgię! W plecaku odezwała się cykada, dostałem wiadomość: „Rok temu też lało, pamiętasz?” Jakiś pech prześladował mnie w Las Terrenas, docierałem tam zawsze nie w porę.

Pod wiatą nie byłem sam. Kilka metrów dalej rozłożył sztalugę z resztą ekwipażu niby artysta-malarz. Obstawiłem, że to Haitańczyk. Jemu pogoda nie przeszkadzała. Ze spokojem nakładał farbę na płótno, pogrążony w twórczym skupieniu. Skrzywiłem się na widok palm chłostanych deszczem przy nabrzeżu. Pomyślałem, że przynajmniej zagadam do człowieka.

Haitańskie malarstwo.
Twórcze skupienie.

Może jest okazja, aby poznać jednego z haitańskich malarzy, prymitywistów, których twórczość podrabia się w Dominikanie na akord. Potem trafia do turystów, jako egzotyczny souvenir. Dominikańczycy też mają własne malunki, też oddają hołd swoim natchnionym pejzażystom. Ale to Haitańczycy urodzili się, by malować, by w ogóle tworzyć, bo Haiti to niepojęty kraj twórców!

Na ich talencie poznał się w 1943 roku Amerykanin, Dewitt Peters. Przyjechał na wyspę, aby uczyć angielskiego. Po godzinach hulał rowerem po okolicznych wioskach i patrzył, jak ludzie żyją. Tak odkrył prymitywistów. Niektórzy malowali kurzym piórem, bo nie stać ich było na więcej. Jednak malowanie szło im tak dobrze, że spodobało się w Nowym Jorku! Dewitt Peters założył Centrum Sztuki w Port-au-Prince i haitańskie malarstwo trafiło do świata…

Las Terrenas, rozmowa o zombie.
Nazwiemy go Profesorem…
Malarza złe spojrzenie

Co señor maluje? – zagaiłem niezbyt wymyślnie.

Wystarczyło zerknąć. Naiwne pagórki, naiwna łąka, naiwny kwiat przy kwiecie, szaleństwo barw. Nie odpowiedział, tylko przekręcił się wolno w moją stronę, wrzucił pędzel do kubka z wodą i uniósł głowę. Wtedy jednym rozmytym spojrzeniem sprawił, że struchlałem. Wpatrywał się we mnie dobrych kilka sekund, nim cokolwiek powiedział. Oto masz chłopie Haiti, jak na dłoni; Haiti, jakiego ci było trzeba? Pułapka. To już nie malarz, to bokor. Taki nie rozpieszcza swych ofiar. To spec od czarnej abrakadabry, od wudu, tego gorszego, diabelskiego, bo jest też wudu dobrze rokujące, choć nie tym razem. Byłem bezsilny. Czekała mnie… „wiza do zombiestanu”.

„Nie rozumiem zbyt dobrze, co do mnie mówisz po dominikańsku” – wycedził te słowa mozolnie po angielsku, z ciężkim, jak walec akcentem – „I am Haitian…

Pomyślał, że jestem Jankesem, bo prędzej odezwałby się po francusku. Pewnie szacował już, czy dawka proszku, jaki trzymał we fiolce na dnie kieszeni zmieni „Amerykanina” w przykładnego żywego trupa. Zamiast wyrywać stamtąd byle dalej, co pewnie skończyłoby się tak, jak w sennych koszmarach biegiem w krochmalu, rzuciłem dziwnymi pytaniami. Po kreolsku pan mówi? Jest pan z Port-au-Prince, albo z Gonaïves, czy może z północy, z Cap-Haïtien?

Po co pytałem o kreolski? Ile umiem powiedzieć tym języku: dziękuję, proszę, przepraszam? Chyba zagrożenie zmienia człowieka w kompetentnego wariata. Bokor zareagował ochrypłym śmiechem. Tak lepiej. Wolałem upalonego marychą Johna Lee Hookera, albo Muddy Watersa. Rozluźniłem się, choć nadal nie wiedziałem, co mnie czeka…

Haitańczyk, Polak – dwa bratanki

„Mówię po kreolsku, to prawda. Jestem z Port-au-Prince, to prawda.” – kontynuował po angielsku.

Francuski też znał. Przyszło mi do głowy, że tym wybuchem wesołości nagrodził mnie za jakąś wiedzę. Ten „amerykański turysta”, wie cokolwiek o Haiti. Może to mnie uratowało. W każdy razie, zaczęliśmy po ludzku rozmawiać. Kiedy zdradziłem skąd jestem, ożywił się, co wprawiło mnie w zdumienie. Zeszliśmy na temat Polaków walczących w oddziałach napoleońskich na San Domingo w XIX w.!

Było tak, że Bonaparte wysłał polskich wiarusów na Antyle, aby pomogli stłumić powstanie Czarnych w zamorskiej kolonii. Ponoć wielu z naszych odrzuciło zaborczą, napoleońską wizję. Wybrali walkę o wolność po stronie Czarnych powstańców. Ten romantyzm uratował ich od niechybnej egzekucji, jaka później spotkała przegranych. Postawa Polaków na tyle spodobała się wielkiemu wygranemu Jean-Jacques Dessalines’owi, że nadał im specjalne prawa w ogłoszonej przez siebie konstytucji.

Bitwa na San Domingo (obraz z 1845 r.), January Suchodolski
January Suchodolski, „Bitwa na San Domingo” (obraz z 1845 r.)

Polacy zyskali swobodę osiedlania się na terenach nowo powstałego państwa. Część opuściła wyspę, bo nie służył im zabójczy klimat. Inni znieśli trudy tropików i skorzystali z nadanej swobody. Ich potomkowie żyją skromnie do dziś w haitańskim interiorze; mają ciemną skórę, ale błękitne oczy, rysy jakby bardziej słowiańskie. Co więcej, są świadomi swego pochodzenia.

Mnie natomiast trafił się ktoś więcej, niż malarz-prymitywista, ten człowiek za sztalugą był kiedyś nauczycielem w swoim kraju, teraz zarabiał malowaniem. Nazwiemy go Profesorem.

Zombie są wszędzie

Kiedy dalsza rozmowa, tym razem o stosunkach dominikańsko-haitańskich zaczęła tracić impet, uznałem, że chyba już czas, aby przejść do sedna moich haitańskich fascynacji i zapytać o… zombie. Respons nastąpił z grubej rury, ale chyba mnie nie zaskoczył.

„Zombie są wszędzie!„

Od razu przeniosłem umysł jakieś osiem i pół tysiąca kilometrów na wschód, gdzieś w okolice Pałacu Kultury i Nauki, przyznając rację memu rozmówcy.

„Zombie mogą być tutaj, w Las Terrenas…” – kontynuował – „Jeśli zrobisz źle swojej rodzinie, albo zrobisz źle sąsiadowi to oni sprawią, że staniesz się zombie. Wykluczą cię z wioski. Zombie nie ma wolności, nie ma wolnej woli. Zombie chce umrzeć, ale nie może. To kara…” – spojrzał na mnie i powtórzył – „To kara…”

Gdybym stał się zombie to, czy włóczyłbym się po polach, albo harował w otępieniu, jak niewolnik na czyjeś plantacji trzciny cukrowej? Czytałem o tym…

„To tylko opowieści. Na trzcinowym polu w Dominikanie, czy poza nim spotkasz żywych Haitańczyków i daleko im do zombie. Choć ich wygląd mówi co innego…” – na moment zawiesił głos.

Miał na myśli los bateyes, robotnicze kolonie, położone blisko plantacji trzciny cukrowej, gdzie mieszkają głównie haitańscy macheteros, pracujący przy zbiorach. Przebywają tam również całe haitańskie rodziny, zmieniając te miejsca, często bez zaplecza sanitarnego, w osiedla ludzkiej nędzy. Widywałem los bateyes w różnych częściach Dominikany, sprawiały przygnębiające wrażenie, szczególnie poza sezonem, gdy brakowało pracy, a robotnicy musieli przetrwać do kolejnych żniw.

Śmierć jest dopiero początkiem…

Kiedy Profesor wrócił do rozmowy, podjął nowy, intrygujący wątek, jakby wyczuwając moje intencje.

„Chodzi o to, że w Haiti ludzie nie boją samych zombie, za to boją się nimi stać. Rozumiesz? Nie jest straszna śmierć. Tylko to, co może nastąpić później. To jakby strach, że nie umrzesz… do końca. Takie jest Haiti.”

Od razu nawiązałem tu do znanego w świecie przypadku „żywego trupa”, dokładnie made in Haiti.

A ten „wasz” człowiek, Narcisse jak mu tam, ten którego BBC przyjechało kiedyś filmować – czy on miał szczęście? Po prawie dwudziestu latach od własnego pogrzebu wrócił do rodzinnej wioski…

Profesor kojarzył, o czym mówię.

„Ten miał szczęście, bo uciekł…” – podsumował.

Uciekł? Przed czym? Uciekł skąd? Poza tym, jak to możliwe, że ucieka ktoś, kto nie żyje, kto ma leżeć w grobie, bo taka jest kolej rzeczy. Jeśli już, to przed śmiercią mógł uciec i to dawno temu. Niekoniecznie z własnej woli. Lecz tylko dlatego, że ktoś inny tego chciał. I pomógł mu „nie do końca umrzeć”? – zasugerowałem.

Nastało dłuższe milczenie.

Odpowiesz za „proszek zombie”

„Bo widzisz, w Haiti mówi się o dobrym i złym wudu…” – zaczął mój niezwykły rozmówca – „a złe wudu przyciąga złych kapłanów. I mówi się, że kapłan od złego wudu robi czasem coś z ludźmi…

Zombifikuje ich?

„Tak mówią…”

Sam wybiera ofiary, czy dostaje zlecenie?

„Czasem mu się płaci, aby się kimś zajął…”

Obecnie takie skrajne praktyki powiązane z haitańskim folklorem uznawane są formalnie za przestępstwo. Artykuł 246 kodeksu karnego Republiki Haiti traktuje o czynie kryminalnym, jakim jest otrucie innej osoby w celu pozbawienia jej życia. Przy czym, artykuł ten jakby rozróżnia dwa rodzaje skutków działania trucizn. Najpierw, przez otrucie rozumie się świadome podanie ofierze w jakikolwiek sposób, jakiejkolwiek substancji trującej, co w konsekwencji może prowadzić do zgonu. W drugim przypadku, sprawy znacznie się komplikują, gdyż „pozorny zgon” ofiary może okazać się jedynie… początkową, a nie ostateczną konsekwencją otrucia. Jak miał powiedzieć kapłan Lucien Celine w filmie „Wąż i tęcza” Wesa Cravena – „Whatever happens, death is not the end”.

Dla lepszego efektu warto przytoczyć odpowiedni fragment Artykułu 246 w oryginale. „Si, par suite de cet état léthargique, la personne a été inhumée, l’attentat sera qualifié d’assassinat.” Wystarczy minimalne skupienie, bez znajomości języka, aby z tego ciągu francuszczyzny wyłowić coś, na kształt słowa „letarg”, albo dokładnie letargiczny (léthargique), co już jest osobliwością samą w sobie. Jeśli więc z powodu tego letargu osoba zostanie pogrzebana, czyn będzie klasyfikowany, jako morderstwo. W zasadzie ten artykuł bije prosto w zombifikację. Powtarzając za Profesorem – „takie jest Haiti”.

Dziwne lekarstwa

A co takiego tamten aplikuje ofiarom, że potem chodzą tym swoim słynnym krokiem, całkiem zamroczeni, bez celu, bez świadomości? Serwuje im koktajl z narkotyków? A może dostają ten legendarny zombie powder, proszek zombie?

'The Zombies' by Hector Hyppolite
„Zombies”, autorstwa haitańskiego malarza Hectora Hyppolite’a.

„To są amerykańskie filmy, człowieku!” – odparł niby obruszony.

Ale ta historia z proszkiem jest ciągle na topie, trzeba przyznać, działa na wyobraźnię! A proszek sam w sobie, też działa, jak to z nim jest? Istnieje, czy nie? – trochę naciskałem.

„Mówią, że po Haiti krążyły od zawsze dziwne lekarstwa…

Czyżby takie „lekarstwo” zażył ten Narcisse? I zniknął? Gdzie bywał przez tyle lat? Mógł przecież obejść całe Haiti ze sto razy, zajrzeć do każdej chałupy, w każdej wiosce… Co się z nim działo?

„Nie mam pojęcia, my friend. Ale to mogło być złe wudu. To było złe wudu!

Na koniec spytałem Profesora, czy sam jest praktykującym wuduistą?

„Tak, to religia mego narodu. W Dominikanie mieszka wielu Haitańczyków, tutaj także praktykujemy…

Trochę niepoważnie, ale jednak zaryzykowałem, dopytując jaki „kolor” ma to wudu – jest białe, czy czarne? Spojrzał na mnie tak, jak przed dwoma godzinami, potrzymał w niepewności przez złowróżbną chwilę i wreszcie wyszczerzył zęby w uśmiechu.

„Chciałbym jeszcze dokończyć ten obraz, więc może pogadamy wieczorem…?”

Nie potrafię przypomnieć sobie, co robiłem tamtego wieczoru…

Haitański malarza, Las Terrenas, Dominikana.
Malowanie pewną ręką…

Dusze Wayuu

Zmarłemu otwiera się usta i wlewa do gardła do dwóch litrów chirrinchi, tego flagowego alkoholu Guajiry, samogonu średniej mocy, taniochy produkowanej z cukru brązowego, wody i rozlewanej do butelek po whisky, czy aguardiente. Nie po to daje się umrzykowi pić ten trunek, aby odprawić go na „drugą stronę” w stanie wskazującym, lecz by go zakonserwować, by godnie, nomen omen, przeżył swój własny, maratoński pogrzeb…

Javier mówił szeptem, bym zostawił dusze tamtych w spokoju, bo tak im lepiej. Nie pouczał mnie, nie powstrzymywał, mówił to bardziej do siebie. Kawał chłopa, a taki wydawał się zatrwożony, zabobonny, gdy chciałem, by zatrzymał terenówkę przy kolejnym cmentarzu tam, na tej prawie pustyni półwyspu Guajira, gdy wysiadłem i podszedłem bliżej do niewidocznej bramy cmentarza, gdy schyliłem się po piękną muszlę, idealną, jakby wyjętą z gabloty w zapomnianym muzeum, gdy zabrałem ją ze sobą. Nie wziąłeś jej z cmentarza, nie, nie wziąłem, lecz odpowiedziawszy nie przestałem o niej myśleć, bo przecież granic tego cmentarza nie znałem.

Widziałem tylko wysokie nagrobki kilkanaście metrów przede mną, białe, szarawe, brązowe, wszystkie dość zadbane, niektóre pokryte świeżą farbą. Chciałem do nich podejść, lecz ta muszla mnie zatrzymała. Zagrzebana w piasku, lecz widoczna, jak światło. Było tu przyjemniej, niż tam gdzie minęliśmy trzy zmurszałe trumny, chyba „zużyte”, chyba wydobyte z ziemi, z grobów, ustawione jedna na drugiej pobliżu innej, tutejszej mini-nekropoli.

Poczułem wiatr, wietrzny wir, łagodny, lecz wyraźny, wokół mnie, mógłbym rzec – ludzki, ciepły z jakąś energią, to nie był zły wiatr, to nie było złe licho, jak to u nas czasem powiedzą, wyczułem tę niewidoczną spiralę wokół mnie podobnie, jak poprzednio, a dokładnie wczoraj, pojąłem już, że to nie przypadek, że to spotkanie, z Nimi, być może. I chociaż Javier ten macho, ten olbrzym, dwa metry wzrostu patrzył na mnie zalęknionym wzrokiem, ja wiedziałem, byłem pewien, że niczego tam nie naruszyłem, nie miałem takich intencji, te dusze musiały to wiedzieć, dusze Wayuu. Jednak muszlę dowiozłem tylko do Santa Marty, to wciąż na karaibskim wybrzeżu, wciąż względnie blisko Wayuu, tam ją dyskretnie zostawiłem, na wszelki wypadek, gdybym czegoś nie zrozumiał, gdyby za bardzo zmąciło mi umysł na tych rozpalonych słońcem przestrzeniach Guajiry.

Otwarte czuwanie

Najpierw, w Riohacha trafił mi się hotel między cmentarzem i domem pogrzebowym. Przy cmentarnej bramie człowiek sprzedawał do późna emapanadas. W domu pogrzebowym zaczynało się czuwanie przy zmarłym. Z zewnątrz było widać, jak kilka osób pochyla się nad otwartą trumną. Ktoś szlochał, jakaś młoda kobieta, może córka, albo wczesna wdowa. Ludzie dopiero się schodzili, panował gwar, jak pod sceną, gdzie ma się rozegrać obiecane show, żadnego skupienia, żadnej ciszy, tylko żywe rozmowy, pokrzykiwania, gestykulacje, ponadto jakaś oczywista gotowość, że to wszystko potrwa dłużej. Większość zasiadała na plastykowych krzesłach, ustawionych pod domem, panowie w świeżych koszulach, panie na jasno, odświętnie, powoli zmierzchało, ale powietrze było nadal nagrzane, nie ustępowała duchota, szykowała się tropikalna noc.

Przechodziłem obok czuwających kilka razy, jakby wyjęty z kontekstu, w innym tempie, ubraniu, w innym wymiarze, z butlami wody, z prowiantem na jutro, na wyprawę na sam kraniec półwyspu Guajira, jedynie kątem oka z oddali rejestrowałem kliniczną biel wypełniającą wnętrze górnego wieka trumny. Przez myśl mi nie przeszło, bo takie myśli to ostateczność, że miesiąc później sam znajdę się w kaplicy i podejdę do podobnej trumny, w której ujrzę własną babcię, gotową na ostatnią drogę. Tamtych wciąż przybywało, może zmarły cieszył się jakąś szczególną estymą miejscowych.

Zresztą, w małych społecznościach zmarłego idą żegnać wszyscy, chyba że ktoś nie może na własnych nogach, albo sam już szykuje się na drugi świat. W ludzkim odruchu współczucia przyjdą ci, którzy żyli obok, albo gdzieś dalej, znali go bardziej lub mniej, przyjdą i podzielą ból z rodziną, zjawią się też tacy spoza „klanu”, z innej dzielnicy, czy wioski, którzy jedynie zasłyszeli, że ktoś umarł, a że nie mieli nic innego do roboty wieczorem, to przyszli z ciekawości, bo czuwanie i pogrzeb nazajutrz to zawsze jakieś wydarzenie, przełamanie rutyny, poza tym śmierć łatwo przyciąga swoim dramatem tak, jak zresztą robi to po swojemu życie.

To odwieczne podtrzymywanie świadomości śmierci, bliskie wielu kulturom daje temu życiu siłę. Ludzie chcą popatrzeć na śmierć, może muszą, choćby kątem oka, mimo lęku, chcą spojrzeć na to, co nieuniknione, jakby dla wzmocnienia, bo jedno wynika z drugiego, bo nie ma radości słońca bez cienia, nie ma radości życia, bez śmierci. To spójne, naturalne choć dla wielu, może dla większości, niełatwe.

Jesteś w Ziemi Umarłych

Kiedy umiera Wayuu zbiera się jego bliska i dalsza rodzina, zbierają się przyjaciele, znajomi, oraz znajomi znajomych, zbierają się ci, którzy mogą się zebrać. Dotrą oni do rancheríi, do „osady” zmarłego, aby go pożegnać. Dotrą z daleka, z sąsiedniej osady, może dotrą z miasteczka, może z Uribii, tej nieformalnej stolicy Wayuu, w departamencie Guajira, bo formalną jest Riohacha. Ludzie przybędą pieszo, konno, na mule, przyjadą rowerem, autem. Dotrą w odświętnych ubraniach. Przebiją się przez te dzikie, suche porośnięte kaktusami pustkowia, aby towarzyszyć rodzinie w żalu. Dla społeczności indiańskiej Wayuu pogrzeb jest najważniejszym wydarzeniem wspólnotowym. Wtedy rodzina może pokazać, na co ją stać, czym dysponuje, ile ma kóz, ile bydła, jaką ma pozycję ekonomiczną.

Kto może, powiększa swe stada, bo przyjdzie taki dzień, kiedy będzie można się tym pochwalić. Dzień pogrzebu. Do tego, który miał lepiej, miał więcej przyjdzie wielu żałobników, popłaczą nad nim, pożałują go i siądą do stołu, będą jedli kozinę na cztery sposoby: friche, czyli najpierw gotowaną, potem smażoną, najlepiej kozinę z młodego kozła; dalej duszoną; jeszcze grillowaną i w zupie, będą pili bez umiaru mocne trunki, potem ułożą się w swoich chinchorros – hamakach, spoczną, wyśpią się, by kolejnego dnia znowu zasiąść do jedzenia i picia.

A do biednego przyjdzie garstka i też będą ubolewać, ronić łzy, później zjedzą, wypiją choć skromniej i pójdą spać, by od rana to wszystko powtórzyć. Żywi, bez względu na ich liczbę, zbierają się na czuwaniu po to, aby pomóc duchowi zmarłego zawędrować do Jepiry, do krainy dusz przodków Wayuu, do Ziemi Umarłych i zająć w niej najlepsze miejsce. W Jepirze rozpoczyna się podróż indiańskich dusz w nieznane, w zaświaty. Jepira, choć jest nich jedynie „tranzytem”, wyczekiwaniem na dalszą drogę, to dla wspólnoty Wayuu stanowi najwyższą sferę sacrum.

Gdzieś na Cabo de la Vela napis na dużej, przydrożnej tablicy głosi: „Jesteś w Jepirze, świętym miejscu Indian Wayuu. Dbaj o nie i szanuj je”. Czyż nie jest to esencja „marquezowego świata”! Dotarłeś tam, gdzie zmarli „żyją” wśród żywych, gdzie sen przenika się z jawą, otwórz oczy, to jest świat namacalny, nie ma granicy, nawet tutejsze przestrzenie jej nie narzucają, to jest realizm magiczny, w rzeczywistości.

Pochówek numer jeden

Wayuu mają bardzo rozbudowane kontakty z zaświatami. Przede wszystkim Wayuu robią zmarłemu dwa pogrzeby. Albo inaczej, u Wayuu człowiek dwa razy umiera. Najpierw jego duch idzie do wspomnianej Jepiry. Po czuwaniu, po pierwszym pogrzebie, po stypie, co może razem potrwać wiele dni. Pogrzeb u Wayuu to jest jedna, wielka biba, przestrzeń imprezowa rozciąga się zwyczajowo na dziewięć dni od rancheríi, gdzie zmarły mieszkał, gdzie dalej spoczywa w swoim hamaku, po cmentarz, gdzie go w końcu pochowają w trumnie w grobowcu, albo w ziemi.

Pośpiech nie jest wskazany. Samo czekanie na wszystkich żałobników, powiadomionych o tragedii, na ich dotarcie z najodleglejszych stron, zajmuje czasem pół tygodnia. Głównie chodzi o to, że szybkie uroczystości żałobne i wyprawienie zmarłego raz dwa do Jepiry może skutkować tym, ze dusza poczuje się odrzucona, nie zazna spokoju, zamiast czuwać na zdrowiem i dobrobytem swoich żywych krewnych na ziemskim padole. Żywi Wayuu muszą zadbać należycie i „zgodnie z protokołem” o duszę zmarłego Wayuu, aby ta dusza mogła w następstwie zadbać o nich. To jest prosta równowaga, jakiej wszędzie potrzeba.

Za ofertę gastronomiczną, znacznie tu rozbudowaną, bo żałobnicy będą jedli non stop, odpowiedzialne są kobiety. Zarówno te z rancheríi zmarłego, jak i te, które tam dotrą gościnnie z całym majdanem i zapasami. Muszą więc wykombinować garnki, zabezpieczyć duże ilości wody, co na tej prawie pustynnej Guajirze jest wyczynem, zabrać kawę, przyprawy itd. Muszą też zapewnić chinchorros, czyli te hamaki, by ludzie mieli gdzie spać, sjestować, używać sobie, bo to nie zakazane, zresztą alkohol łączy Erosa z Tanatosem. Mężczyźni zajmują się transportem oraz szlachtowaniem zwierząt hodowlanych na zaistniałe potrzeby konsumpcyjne. Głowa rodziny zmarłego ze świtą w postaci braci, siostrzeńców, szwagrów itd. wita każdego gościa wyrażając wdzięczność za jego przybycie, pokazuje mu miejsce, gdzie może się rozlokować, zaprasza do biesiady, na spożycie koziej potrawki, czy owieczki prosto z ognia, na kielicha, na chichę, na chirrinchi, z tym że taka atencja jest wprost proporcjonalna do zamożności przybyłego.

Biedniejszy prędzej sam znajdzie sobie towarzystwo przy stole, czy sam zagada do człowieka w sąsiednim hamaku. Ale tak się składa, że podczas tej całej żałoby zawiązują się nowe przyjaźnie. Goście konwersują, plotkują, palą tytoń, piją litry kawy, a międzyczasie lamentują nad zmarłym, który zawsze musi mieć czyjeś towarzystwo, damskie, czy męskie, nieważne, zawsze jakieś, mało tego, tamci np. grają w domino i rzucają żartami na prawo i lewo, oczywiście, bezustannie napełniają żołądki czym się da i zaprawiają się alkoholem. Dochodzi do pijackich burd, nie inaczej, jak na każdej imprezie, gdzie nagminnie łamany jest piąty z siedmiu grzechów głównych, i jeden napity ziomek drugiemu zamienia nos w literę „L”, dostać po mordzie na weselu to nie halo, szczególnie na wiejskim weselu, ale na pogrzebie, na indiańskim pogrzebie, znowu realizm magiczny?

Jeśli jesteśmy przy weselu, to obdarowywanie gości pogrzebowych odjeżdżających domu przebiega tutaj analogicznie, z tym że to, ile gość dostanie na odchodne zależy znowu od jego pozycji ekonomicznej. Im bogatszy tym wyniesie więcej, może to być jałówka, byczek, może to być kilka litrów rumu, mniej zamożni dostaną może kozę, barana, najubożsi wezmą kawał mięsa, trochę bimbru, jakieś papierosy na drogę, by mieli czym zabić czas powrotu.

Ale co ze zmarłym, jak on wytrzyma te wszystkie dni, te „fajerwerki na pogrzebie”. Obmyty i odziany w najlepsze ciuchy wyleży się hamaku za wszystkie czasy, w tej samej pozycji. Ale jak to wytrzyma? Albo inaczej, jak to wytrzymują wszyscy wokół, tak długo, w tej temperaturze? Pewnie zadaliście już sobie to pytanie w duchu. Otóż, zmarłemu otwiera się usta i wlewa do gardła do dwóch litrów chirrinchi, tego flagowego alkoholu Guajiry, samogonu średniej mocy, taniochy produkowanej z cukru brązowego, wody i rozlewanej do butelek po whisky, czy aguardiente. Nie po to daje się umrzykowi pić ten trunek, aby odprawić go na „drugą stronę” w stanie wskazującym, lecz by go zakonserwować, by godnie, nomen omen, przeżył swój własny, maratoński pogrzeb… Klinicznie wyrokując, zadaniem alkoholu jest powstrzymanie rozkładu ciała.

Pochówek powtórny

Po wszystkich pogrzebowych rytuałach, tudzież pogrzebowych ekscesach zmarły znajduje w końcu wytchnienie w grobie. Jego bliscy wracają na cmentarz regularnie, szczególnie w pierwszym roku od pochówku. Potem zmarły zostaje sam. Po kilku latach, mówi się że po siedmiu, zaczyna się regularnie pojawiać w snach swoich krewnych, prosząc o to, czy o tamto, np. o zmianę garderoby, czy też jej przewietrzenie etc. Interpretacja nasuwa się sama. Zmarły domaga się drugiego pogrzebu. Chciałby umrzeć naprawdę, na zawsze. Znowu zbiera się rodzina. Tym razem, by wypełnić ostateczną wolę pochowanego. Ponownie robi się rachunek koziego pogłowia do konsumpcji i flaszek bimbru do upłynnienia podczas uroczystości. Tym razem chodzi o to, aby żałobnicy pomogli duszy zmarłego opuścić Jepirę, by rozpoczęła ona niczym nieskrępowaną podróż Drogą Umarłych do miejsca wiecznego spoczynku, gdzieś w nieskończoności.

Czuwanie, czy bardziej wspominanie zmarłego trwa do pięciu dni. Później czuwający przenoszą się na cmentarz, gdzie następuje ekshumacja. Operację tę nadzorują kobiety. Jedna z nich musi pochodzić z linii rodowej matki denata. Kiedy mężczyźni rozkruszą grobowiec i wyciągną trumnę, wybrana kobieta zajmie się szczątkami. Najpierw wyjmie czaszkę i owinie ją białym całunem, potem oczyści kości, usunie z nich resztki odzieży, przygotuje do nowego pochowku. Całość przełoży do glinianej, pojemnej „urny” i zaniesie do domu, gdzie zostanie wyprawiona finalna stypa, w założeniu bez żadnych limitów na posiłki, czy alkohol. Goście mają ten pogrzeb zapamiętać na długo, jeśli będą w stanie pamiętać cokolwiek. W każdym razie, w przypadku tego konkretnego zmarłego więcej pochówków się nie planuje. Nazajutrz po „żałobnym rozpasaniu„, urna ze szczątkami wędruje na cmentarz, gdzie jest chowana w innym miejscu, teraz już na wieki wieków, amen…

no images were found

Karnawał w La Vega

Dominikańskie miasteczko La Vega jest karnawałowym siedliskiem czartów każdego roku w lutym. A dokładnie w każdą niedzielę lutego. I taki Carnaval Vegano został swego czasu na blogu przedstawiony na zdjęciach niemal na żywo. Bywa, że kiedy w Polsce cierpimy Wielki Post w tropiku czarty, biesy, belzebuby, czy jak je tam zwał, dodają ostro do pieca w karnawałowym ferworze. Do La Vega przyjechaliśmy z Salcedo, by spędzić tam kawał dnia, by z karnawału wynieść, jak najwięcej impresji.

Nieprawdopodobna to maskarada, monstrualne uliczne zamieszanie. Mus się przyłączyć, poszaleć, poboksować, czy podrażnić z głównymi prowodyrami tej zadymy, z Kulawymi Diabłami (Diablos Cojuelos), o licach bez mała piekielnych. Ale trzeba się pilnować, bo te diabły mają mandat, by w karnawale tłuc każdego kto się nawinie dmuchanymi „świńskimi pęcherzami”, tłuc zwłaszcza po czterech literach; i ładna dziewucha oberwie, i macho jeden z drugim też. Jak na rogate dusze przystało nie wędrują zwyczajem innych karnawałowych parad w zwartym, regularnym szyku. Koślawo podrygują wyskakując „co nagle to po diable” z różnych czarcich siedlisk. Oto kolejna dominikańska fiesta, impreza totalna.

Jednak, nim „diabelskie nasienie” wybiegło na ulicę i zasiało panikę, popierdując siarką, bekając czadem i tryskając iskrami spod racic, przyszły nie wiadomo skąd… zombie w liczbie kilku osobników. Albo prędzej golemy, czy mumie, choć szło to-to jedno za drugim w klasycznym tempie… walking dead.

To były młode zombie, nastoletnie samce. Z upodobaniem do kąpieli błotnych. A błoto, w którym się zawczasu porządnie wytarzały, zdążyło już wyschnąć na skorupę. Chciały ludzi wokół straszyć a ludzie co rusz rechotali, bo te zombie nie były trupio poważne, te zombie były durnowate. Przecież, jak człowiek młodociany i ma jeszcze pstro w głowie, i energia w nim kipi, to długo powagi nie zachowa, choćby nie wiadomo, jak próbował. I te, pożal się Boże, zombie ciągle łamały swój chód umarlaków i szturchały się, kopały po łydkach, nogi sobie wzajemnie podstawiały, szczypały, pstryczki w szyje dawały i po ubłoconej, żeby nie powiedzieć, brudnej dupie, jeden sztywniak drugiego okładał. Zbyt dużo uchowało się życia w tych zombie i wigoru. I widzowie obśmiali te pokraki, zamiast paść na zawał, czy tam przynajmniej zemdleć po ludzku na ich widok, jak to się zdarza w horrorach. Innymi słowy, niewiele wyszło z danse macabre.

Nie widziałem wówczas w La Vega wielu obcokrajowców. Kilku widziałem. Chyba Holendra, chyba Węgra. Może inni „przybysze z dalekiej zimnej Północy” zostali na plażach, by się wygrzać na zapas, co grzechem nie jest, gdy wodzi na pokuszenie Dominikana. Zresztą, wtedy ludzie siedzą, stoją, czy leżą godzinami na słońcu, albo pod palmami w jednym miejscu i nie robią bałaganu gdzie indziej. Tak mogą przetrwać niektóre, jak to się mówi, raje, dzięki takim „cywilizacyjnym wynalazkom”, jak all inclusive.

Każdy karnawał miejscowy, choćby o nim w świecie trąbiono, to i tak przede wszystkim ludzie miejscowi, masa ludzi, tłum w emocjach, chaos gdzie popadnie. Trzeba się w tym tłumie trzymać za kieszenie, bo tam zawsze muszą wykonać swoją robotę jakieś lepkie łapska. Ja to mam zaszyty elegancko w plecaku taki schowek, że żaden złodziejaszek, amator, czy wyrobiony w fachu kieszonkowiec, akcesu do mych drogocenności nie uzyska, choćby nie wiadomo jak się biedził i kombinował. Prędzej ponacina się w pachwinach z niemocy.

Włączeni do korowodu szybko się tam zorientowaliśmy a ta nowa orientacja wywołała w nas zdumienie i chyba pewną satysfakcję, że oto mamy osobistą ochronę, o którą przecież nie zabiegaliśmy w żaden sposób. A to się wszystko odbywało bez słów, bo ci, którzy się za tę ochronę zabrali wiedzieli, jak mają to robić, by nie psuć nam karnawałowej frajdy, by nie odbierać tej błogiej anonimowości, jaką człowiek zyskuje w tłumie, mimo że jako obcy raczej się wyróżnia. Nasi bodyguards zachowywali się dyskretnie, profesjonalnie, co było dość zabawne. Skoro jednak pojawili się prewencyjnie, wiedzieli na pewno więcej niż my o tym karnawałowym, szemranym gdzieniegdzie tłumie.

Wszystko zostało tak, jak przedtem, nim żeśmy ich zdemaskowali. Oni nas ochraniali, my za to dalej, bez wzmagania czujności chłonęliśmy rozedrgany i niemożliwie barwny chaos na około, być może chłonęliśmy go jeszcze mocnej, za sprawą aniołów stróżów. Gdy taki anioł, czyli funkcjonariusz Policía Nacional zauważył, że za parą obcych, najpewniej laików w kwestiach tutejszych zagrożeń kręcą się jacyś podejrzani delikwenci gotowi do „krojenia”, to wchodził po prostu, jak klin, między, dajmy na to, potencjalne ofiary a potencjalnych rabusiów. Cokolwiek rozgrywało się tam gdzieś na tyłach, czy z boku, bliżej albo dalej, a dotyczyło nas, to nie byliśmy tego świadomi. Cokolwiek miało się zdarzyć i nam zaszkodzić, nie wypaliło. Może to i lepiej dla samych rabusiów.

Podejmując spore ryzyko, mogliby się łupem tęgo rozczarować. W kieszeniach, tych bardziej, że tak powiem, na widoku to ja noszę zazwyczaj zapoconą chustkę, którą zgarniam z czoła siódme poty, gdy tropik fest dokazuje, noszę też jakieś drobniaki, niewiele warte, a najczęściej targam tam niezłe usypisko różnorakich bibelotów, czasem przydatnych, albo zupełnie zbędnych, i targam to jak Tomek Sawyer, no może bez zdechłego szczura

Każdy karnawał to niemożliwa mnogość fikuśnych fatałachów, to parada lycry, stylonu, satyny, piór, błyszczącego włosia, fosforyzujących szlafroków, to szał tajemniczych masek, łagodnych lub przerażających, pod którymi niejedno alter ego pohula do woli. Karnawał to sztuka przebierania się, uwalniania pragnień, może najprawdziwszych, przy okazji to amnestia dla… ekshibicjonistów. Karnawał to kulinarne porno, na każdym rogu. W takim kraju, jak Dominikana, uliczne jedzenie, znaczy jedzenie proste i pyszne.

Jednak karnawał to nade wszystko muzyka. Dużo muzyki. Mega waty. Z każdej strony. Gigantyczne basy, wypuszczane z niepoliczalnych głośników, jak tornada wirują po asfalcie i porywają człowieka, którego dusza wpada od razu w drgania. To jest, jak Come on baby light my fire, wydmuchane na dopalaczu z dyszy F-16. To jest, ludzie kochani, haj, odurzenie. Ta cała zapuszczona w ruch dźwiękowa maszyneria działa, jak kosmiczny rozrusznik. Jak bębny na umysł szamana, który zaraz padnie na glebę, będzie się wić, jak święta mamba, nim zacznie bełkotać uzdrawiające zaklęcia, albo ciupciać żeński chór, bo bywa różnie z szamanami. Niektórych podświadomość robi w konia.

Te karnawałowe wibracje w La Vega potrafią wciągnąć chyba każdego. Niejeden ogarnie ten cały taneczny, teatralny miszmasz po swojemu, coś z niego wyciągnie na prywatny użytek, coś jak mniemam, pozytywnego. Każdy tu znajdzie swój trans. Zawsze tak było, od czasów, gdy takie szalone ludyczne balety weszły w krew ludów, cywilizacji. Odżyje tu największy malkontent, dżentelmen z kijem w tyłku, i ten kto trafił na karnawał przypadkiem. Lecz głowę daję, że ten ostatni, to migiem się połapie, że coś jest na rzeczy, że ta impreza to zbawienie i trzeba z niej brać, ile się da. To tak, jakby trafić na orgię, gdzie wstępną konfuzję nagle zastępuje troska o to, aby… nie zostać pominiętym. Karnawał, mili Państwo, to jest to!

Chleba zatem, igrzysk i karnawału na Karaibach! Potem można iść do nieba, lecz kto by tam chciał? Diabłów spytajcie.

Carnaval Vegano w migawkach

no images were found

Kogut na sznurku

Uciekam do wilgotnego tropiku i choćby moja Chiquita patrzyła na mnie krzywo, obstawię kilka dobrych walk kogutów w jakimś dominikańskim pueblo. Oczywiście, nie powiem, że wystawię na arenie własnego koguta, bo wiadomo, są pewne granice. Nie przy ludziach, nawet Latynosach. Ale w cudze ptactwo bojowe chętnie zainwestuję zwitek przechodzonych pesos. I popiję rumem. Jeśli zakłady nie wypalą, to nie poczuję straty, bo trunek mnie wyleczy. A mojej Chiquicie obiecuję, że na pytanie – co będziemy jedli nie odpowiem, jak staruszek pułkownik, weteran wojny domowej odpowiedział swej kobiecie w noweli Márqueza „Nie ma kto pisać do pułkownik”. Nie odpowiem – „gówno!” W Dominikanie czeka na mnie karaibska koszula, guayabera. Do tego, prawda, mokasyny na gołe stopy, cygaro między wargi i lśniący kogut pod pachę.

Koguci head hunter

Wybór rasowego koguciego wojownika to rzecz niełatwa, jeśli podchodzi się do sprawy profesjonalnie. Myślę, że rozumiem sportowych head hunterów którzy jeżdżą w tumanach kurzu po afrykańskich wioskach, albo czają się na za szopą z blachy falistej w latynoskim slumsie i obserwują sprytnych młokosów, rypiących z pasją w piłę. Czeka ich sporo godzin spędzonych na obserwacji, zanim któregoś wskażą palcem, wyrokując: „prowadź mnie do swej matki”. Analogicznie wygląda selekcja kogutów, tyle że na końcu z kogutem się nie gada. Bo kogut nawet w realizmie magicznym słabo pojmuje nasz język. No i nie prowadzi się go matki, bo ta fakt, kocha go po kurzemu niezmiennie, ale wyraźnie „pieje do niego”, że rezygnuje z kariery dumnego reproduktora, gdzieś na spokojnej prowincji a cholerne poczucie spełnienia w twardych, męskich grach, ciągnie go w szemrane zaułki, do zgiełku i świateł koguciej areny, gdzie swe wybryki okupi wiązką paskudnych blizn na dziobie.

Trzeba się pstrokatym bestyjkom uważnie poprzyglądać, i nie tylko gdy ścierają dzioby i pazury na poletku z ubitej ziemi, trenując w sparingach gdzieś na tyłach wioski ale i w tak zwanym normalnym życiu: co osobnik je, ile pije, czy grzebie w ziemi, jak długo, czy aby nie przesadza, czy jest faktycznie kogutem czy koguta udaje, czy ciągnie go kur, jak często, czy jest obojętny, jeśli tak, to czy przewlekle, jak reaguje na innego samca, czy chce się bić, czy się zaprzyjaźnić, jak długo siedzi w kurniku, czy woli klimat kameralnej randki jeden na jeden, czy znika w burdelowym szaleństwie i orgiach, czy sam ugania się za jedną kurą, czy harem kur łazi za nim i gdaka, czy operuje na swoim podwórku, czy może przeskakuje parkan, szukając nowej przygody, albo czy korzysta z usług kur „przy drodze”.

Albo czy w sąsiednim kurniku ma rywala, jak sobie z nim radzi, czy dziobie z marszu, czy próbuje coś ugrać, czy po próbnej walce, odstawiony na bok, wali dziobem w tynk? Czy to oznacza depresję, wyrzuty sumienia, wątpliwości „w co ja się… kurka pakuję”, czy może ma niedostatek wapnia, dlatego szarpie ścianę.

Widać, jak na dłoni, że nie obejdzie się bez solidnego odrobienia pracy domowej.

Jaki właściciel , taki kogut

Prawda jest jedna. Nie zawsze kogut hodowany do walk okazuje się kogutem bojowym. I trzeba dobrego oka ale i pewnie intuicji, aby z tuzinów prężących się ptaków wybrać tego jednego, swego pupila, przyszłego championa. Murowanym elementem selekcji bojowych osobników jest solidne poznanie ich właścicieli, gdyż to oni – dosłownie – od początku do końca kształtują swych podopiecznych, zarówno fizycznie, jak i charakterologicznie. I głównie o charakter tu idzie. Poznanie upodobań, nawyków, odchyłów i zboczeń każdego gallero pozwoli zweryfikować pogląd na jego koguta. Sposób prowadzenia się gallero jest zagłębiem wiedzy dla koguciego „łowcy głów”. Proste. Jaki pan, taki kogut, nie od dziś to wiadomo.

Koguty są różne. A to obserwacji nie ułatwia. Jeden, czy drugi maskuje swe życie prywatne znakomicie, znika z pola widzenia na pół dnia, po czym wraca skonany, ostatkiem sił nurzając dziób w rynnie z wodą. I do końca nie wiadomo, co mu w głowie siedzi, sport czy, proszę pana, dupy. Pytanie, czy te kuraki chowają się z przekory, bo tak im się podoba, czy może chowają się, bo szelmy faktycznie mają coś do ukrycia, i to niejedno świństewko. Na przykład „drugie życie”. Zatem jeśli, wedle teorii, to w ich zachowaniu, odbija się zachowanie właściciela, zostawmy jednego a zlustrujmy drugiego. Dokładnie.

Gdzie ten skurczybyk łazi po nocach? Dlaczego w kredensie stoją tylko flachy z rumem i nic poza nimi. Co pod zaślinioną poduszką robią sprasowane stringi, o rozmiarze na oko nie pasującym na żadnego z domowników. I wracamy do koguta. A raczej nie wracamy, nie mamy do czego wracać, perspektywy żadne, porzucamy drania na pastę jego własnego losu.

Gdy idealny kogut nawali

Czasem zostajemy wrobieni w zupełnie inny sposób. Wytropimy idealnego koguta i jeszcze lepszego właściciela. Tandem, na który warto postawić. Wdrożeni do interesu nie mamy cienia wątpliwości, jak zakończy się wieczór na arenie, komu zabłysną światła. Cierpliwie czekamy, przelewając budujące myśli o zarobionej forsie z jednej półkuli w drugą. Za wcześnie jednak. Nasz champion niefortunnie jednak walkę przegrywa. I to z kretesem. Na pamiątkę ostaje się garść poszarpanych piór, debet i trzy raz tyle złości, ile ważył kogut.

Dlaczego rzetelnie wyselekcjonowany faworyt nie podołał wyzwaniu? Ano wyszło, że jego wspaniałomyślny właściciel na krótko przed walką zechciał odegrać rolę ojca równiachy, i dał „synowi” okazję do wyluzowania się, uwolnienia pokładów napięcia. Wrzucił podopiecznego w kuszące czeluście kurnika i zatrzasnął luft. No i się kogucik odprężył. Tyle, że zabrakło mu pary w miejscu, gdzie powinien jej mieć najwięcej. Na arenie w zwarciu z oponentem. Męska fizjologia to jeden wielki podstęp, niestety. A jak jest z piłkarzami? W czasie turniejów trener pragmatycznie izoluje ich od żon i kochanek, nakazując ascezę. Ogary żądz niech lepiej uwalniają na boisku. Niektórzy stosują trenerskie dyrektywy, co do joty, vide: Zinedine Zidane. Ale mowa nie tylko o sporcie. Gdzieś wyczytałem, że nawet jazzman Miles Davis zaliczył szybki numerek tuż przed występem, a później błąkał się po scenie, ledwie dociskając trąbkę. I co się dziwić kogutowi.

Kogucik malowany

A mój kogut, jeśli nie zszedł jeszcze z tego padołu, żyje i pasie się w Río San Juan. Trafiłem na niego przypadkiem, gdy któregoś popołudnia otępiony upałem, błąkałem się po kolorowych zaułkach miasta. Od razu przypadł mi do gustu. Natychmiast łobuza rozpoznałem. Ktoś przywiązał mu sznurkiem nogę do drzewa, aby nie dał drapaka. Gdy w swoim czasie chłonąłem marquezowskie dziełko „Nie ma kto pisać do pułkownika” wyobraźnia podsuwała mi obraz koguta, dokładnie takiego który teraz gapił się we mnie, wyraźnie poirytowany. Pogardliwie przewracał ślepiami.  Zapiał raz i drugi, obserwując, jak zareaguję. Realizm magiczny jest bardziej realny niż myślałem. Kur zebrał się w sobie i wypiął pierś, aby ostatecznie zaznaczyć, kto rządzi a kto słucha. Nazwałem go, może trochę dziecinnie  – „kogucik malowany”. Pewnie inaczej bym go nazwał, gdyby był czarny, albo biały.

Zastanawiałem się wtedy ile jest wart, bo bym go kupił i zabrał do domu, do Polski. Ciekawe, co by powiedziała Chiquita, gdyby wszędzie w chałupie walały się ziarna kukurydzy a domownicy i goście ślizgali się na szklistym, ptasim gównie. Nie kupiłem go. Nie sądzę, abym w ogóle mógł go kupić. To nie był egzemplarz na sprzedaż. Ten kogut był przeznaczony do walk. Spotkałem rasowego gallo de pelea. Wojownika „na uwięzi”, wyczekującego swej szansy na okrągłej arenie. Tylko „marquezowskiego pułkownika” nie zdążyłem spotkać. Pewnie, jak co miesiąc poczłapał na pocztę z nadzieją, że w końcu, po latach dostanie jakieś pieniądze z emerytury…