Archiwum kategorii: Fotoreportaże

Letargiczność

Magnetyzują mnie cmentarze na Karaibach. Uprawiałem już „turystykę cmentarną”, choćby na Kubie, czy Gwadelupie… W takich miejscach realizm magiczny ma się dobrze, to są przestrzenie z pogranicza jawy i snu, jednocześnie całkiem naturalne, tamtejsze. Szczególnie intrygują mnie takie wiejskie, raczej chaotyczne, mini-nekropolie, jak ta np. w Palmar Abajo, tytoniowym pueblo w Dominikanie; grobowce, z typowymi „niszami”, białe jak wyschnięte piszczele, część z nich zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo tropik ze swą wilgocią nie odpuszcza; czasem widać tylko gołe krzyże przykute do suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na te cmentarze. Fascynująca wydaje mi się w nich jakaś niemożliwa „letargiczność” (czujecie, co mam na myśli?), te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach, w osobliwych epitafiach. Ponadto wyobraźnia dodaje tutaj swoje…

no images were found

O cmentarzach w Hawanie, na Kubie oraz w Deshaies i Capesterre-de-Marie-Galante na Gwadelupie pisałem tutaj…

Karaibskie cmentarze

Amor na Malecónie

W Santo Domingo lał się żar na głowę, zawsze. Ratowałem się czapką „partyzanta lub policjanta”, rzadko uciekałem do cienia, rzadko sjestowałem, niemądry! Na nogach byłem już od kilku godzin. Wstawałem, jak Dominikańczycy, raczej bladym świtem. Najpierw, o piątej rano piał zwyczajowo kogut. Potem odzywał się pies, jakby chciał wyszczekać: „sąsiad, zamknij dziób!” Byli odseparowani, bo kogut by już nie piał. Tego koguciego budzenia nie zamawiałem, mogłem jeszcze swoje dospać, choćby do szóstej z minutami.

Po ostatecznym przebudzeniu, leżąc na wymiętolonym prześcieradle, przez kilka chwil wpatrywałem się w ogromny wiatrak na suficie, jak Martin Sheen w pierwszej scenie „Czasu apokalipsy”. Chodził łagodnie całą noc. Miałem szczęście, że taki mi się trafił, bo nie znoszę nieludzkiej klimatyzacji, paraliżuje mnie, zmienia w rezydenta chłodni. Poza tym, ten wiatrak urealniał tropik, w jakim się znalazłem. Zza okna dochodziły odgłosy szurania. Niżej, na dachu sąsiedniego domu, krzątała się starsza Dominikanka; przeważnie wieszała pranie, im wcześniej, tym lepiej. Nieco dalej rosło drzewo mangowe, rozłożyste, z dojrzewającymi owocami. Nie wyobrażam sobie tropikalnego ogrodu bez mangowca. Ten widok dobrze mnie nastrajał, jeszcze przed kawą, sokiem z marakui i ćwiartką soczystej papai.

Zaraz po śniadaniu, czy praktycznie od rana do wieczora krążyłem po mieście, przeszukując rewiry w poszukiwaniu tematów do zdjęć, działając jako fotoreportero independiente dla jednego z dominikańskich dzienników on-line, jaki prowadził Jorge. Roboty miałem sporo, lecz pomysłów i energii starczało na kolejne dni. Używałem raz po raz tanich carros públicos. Są niezawodne, to już wiecie, choć często wyglądają tak, jakby właśnie robiły ostatni kurs… na złomowisko. Bywało, że jechałem egzemplarzem bez kawałka przedniej maski. Jakimś cudem benzyna nie chlustała na boki. Policjanci stojący przy skrzyżowaniu nawet nie mrugali, słońce odbierało im czujność. Innym razem, zaraz po deszczu, wskoczyłem do carro público, jakiemu przemakała podłoga. Sekret wyszedł na jaw, gdyśmy wjechali w głęboką kałużę. Kierowca miał sucho; gazu, hamulca, czy sprzęgła nie zalało, za to mnie z tyłu woda podeszła pod kostki. W klapkach to żaden problem. Ważne, że nie traciliśmy czasu na jakieś postoje, odpompowywanie tej wody.

W takiej „zbiorowej taksówce” zacieśnienie więzów międzyludzkich przychodzi naturalnie (i w sensie dosłownym!), a z głośników wali przeważnie: reggaeton, salsa, merengue, bachata. Kierowca trzyma jedną ręką kierownicę, a drugą ściska gruby rulon sfatygowanych pesos. Wspomnę tu o nich. To są dopiero pieniądze! Dam głowę, że polubilibyście tę dominikańską „kapuchę”. Banknoty mają charakter, są kolorowe, fajne w dotyku. Nie to, co mdławe i bezpłciowe euro, jakimi płacę za szynkę w Hiszpanii, tęskniąc za pesetą; czy za sardelę w Palermo, nie mogąc „zagrać na lirze”.

Największy sentyment mam do nominałów: 20, 50 oraz 100. „Dwudziestka”, chyba najbardziej chodliwa, potrafiła być przetarta do granicy… „zniknięcia”. Dlatego w nowej serii wydano ją bardziej odporną na wilgoć. Czasem trafią się nowiutkie sztuki, jakby ledwie wydrukowane. Takie można zachować na pamiątkę. Jednak w obiegu krążą przeważnie papiery mocno zużyte, na których zalegają pewnie wszystkie możliwe molekuły: czy to np. wciąganego koksu, czy potu z pachwiny. Samo życie. Uwielbiam te walutę. Choćbym miał przy sobie tylko dwa, trzy banknoty, to i tak lubię je „przeliczyć”, popatrzeć na nie, pomacać. Lubię ich towarzystwo. I lubię je na prawo i lewo wydawać. Taka to miła symbioza z pesos dominicanos.

Buen día! – wchodzę do carro público i witam się. (Wiem już że Dominikańczycy mówią tak zamiast – buenos días). Słyszę zatem w odpowiedzi: buen día! Tęgiej Murzynce podobają się moje niebieskie oczy. Chce w nie popatrzeć. To dla niej jakaś egzotyka. Pozwalam przez moment, niech patrzy. Potem odwracam wzrok i sam patrzę na to, co za oknem. Śmigamy niekończącą się Avenida Independencia. Ileż ja się najeździłem tą trasą! Kiedyś na przecinającej miasto z północy alei Ave. Máximo Gómez było wielkie wykopalisko w asfalcie: budowali stołeczne metro, pierwsza linię. To już historia. Dzisiaj Santo Domingo na dwie linie, przecinają się jak te warszawskie, na krzyż. Obserwowałem wtedy robotników, robiłem im zdjęcia, pracowali w warunkach, w jakich można było zapomnieć o BHP.

Przy którymś skrzyżowaniu stał muchacho w wytartej bejsbolówce i serwował empanadas – zawijańce z pysznym, mięsnym farszem i kawałkami gotowanego jajka w środku. Brałem dwie sztuki oraz kawę: małą (laną do ni to kubka, ni to naparstka), bardzo słodką i diabelnie mocną. Jadłem obok sprzedawcy, promieniał, widząc że się nimi delektuję. Czasem prosiłem o drugą kawę: ta „uliczna” w Dominikanie uzależnia po stokroć. Pokrzepiony ruszałem na Malecón, na tę nadmorską promenadę w Santo Domingo, gdzie ciągle coś się dzieje, za dnia i o zmierzchu. Wielokrotnie tamtędy chodziłem, znajdując inspiracje, jak choćby te rozczulające pary…

no images were found

Bejsbol w Dominikanie

Dominikańczycy mają pelotę, czyli bejsbol we krwi. Za sprawą amerykańskich żołnierzy, jacy pojawili się w ich kraju na początku XX wieku. Wysłano ich tam w latach 1916-1924, aby przywrócili porządek i chronili jankeskich interesów, co przypominało okupację. Kiedy wojskowi gringos nudzili się, dla zabicia czasu zakładali rękawice, łapali za kije i  grali w swoją grę narodową. Miejscowi przyglądali się z ciekawością rozgrywkom swych okupantów. Wreszcie zamarzyło im się popróbować własnych sił w tej grze. Zaraz okazało się, że do odnoszenia sukcesów w baseballu Dominikańczycy są stworzeni, zwyczajnie. Ogrywali Amerykanów, nie poprzestając na tym. Sport zadomowił się na ich podwórku i dynamicznie rozwinął. Do jego popularyzacji przyczynił się również sam dyktator Rafael Leonidas Trujillo, ponoć rozmiłowany w tej dyscyplinie. Dzisiaj przystojni latynoscy gracze z Dominikany podpisują milionowe kontrakty w Major League Baseball, czyli profesjonalnej lidze bejsbolowej w Stanach Zjednoczonych. Ich dominacja na tym polu jest tam wyraźnie zaznaczona. Zawodnicy tacy, jak Manny Ramirez, Vladimir Guerrero, czy Miguel Tejeda stają się półbogami dla setek młodych chłopców, szczególnie tych dorastających w nędznych barrios, w najbiedniejszych dzielnicach dominikańskich miast. Sukces w pelocie oznacza prestiż i byt w lepszym świecie. Dlatego treningi dają nadzieję.

Młodzi adepci ćwiczą niezmordowanie, aby któregoś dnia łapać i wybijać piłkę tak, jak ich idole. Często, z braku właściwego sprzętu, używają do gry np. twardej łodygi z trzciny cukrowej oraz niedojrzałej pomarańczy. Chodzi o to, by ciągle rozwijać umiejętności. Sparingi rozgrywają gdziekolwiek: w parku, na ulicy, w tumanach brunatnego kurzu na kawałku pola w kształcie diamentu.

Zawodowa liga w Dominikanie (LIDOM, Liga de Béisbol Profesional de la República Dominicana) liczy sześciu zespołów: Águilas Cibaeñas z Santiago, Estrellas Orientales z San Pedro de Macorís, Gigantes del Cibao z San Francisco de Macorís, Leones del Escogido z Santo Domingo, Tigres del Licey również z Santo Domingo, Toros del Este z La Romana

Teamy te rokrocznie toczą bój o mistrzostwo w sezonie zimowym (nie koliduje to z później startującą ligą w USA). Rozgrywki przyciągają tłumy fanatyków, zarówno na rozświetlone stadiony, jaki i przed huczące telewizory, wystawione przed domy, w colmados, czyli barach za rogiem, albo na stacjach benzynowych. Bywa, że bilety rozchodzą się na długo przed rozpoczęciem zawodów. Ostatni tytuł czempiona, w sezonie 2015/16 wywalczyła ekipa z Santo DomingoLeones del Escogido. Nie sposób zliczyć drużyn amatorskich, rozproszonych po całym kraju. Do tego dochodzą akademie szkoleniowe, zakładane przez „łowców głów” ze Stanów Zjednoczonych. Utalentowane żółtodzioby dają z siebie wszystko, by ktoś ich zauważył i pomógł spełnić „amerykańskie marzenie”.

Złośliwi mawiają, że baseball to taka gra, która składa się głównie z przerw. Dominikańczykom to nie przeszkadza. Oni kochają baseball. W pewnym sensie, jest dla nich krzepiącą „karmą”, dumą narodową, ucieczką od trudnej codzienności. Starzy i młodzi, w czapkach z logo swoich ulubionych drużyn nie przepuszczą żadnego meczu. Warto potowarzyszyć kibicującej gawiedzi, by poczuć wielkie emocje i to co naprawdę łączy Dominikańczyków.

Napatrzyłem się na bejsbol w Dominikanie. Najwięcej czasu spędziłem wśród młodych adeptów tej gry, np. w Centro Olímpico Juan Pablo Duarte, czyli w „Centrum Olimpijskim” w Santo Domingo. Byli doskonali. Pełni pasji. Oczarowała mnie ich determinacja, postawa, kształtujące się silne charaktery.

Ponadto, muszę przyznać, iż bejsbol to jest sport niezwykle fotogeniczny.

Na pożegnanie życzyłem tym wytrwałym chłopcom mucha suerte, czyli dużo szczęścia. I oni, i ja dobrze wiedzieliśmy, o co chodzi.

no images were found

Smoki z Dominikany

La Descubierta znaczy – „odkryta”. I niedaleko tej miejscowości, tuż nad północną częścią zasolonego, ogromnego Jeziora Enriquillo… odkryłem iguany. Kierowca mini busa, jadącego z Neiby do przygranicznego Jimaní dokładnie wiedział, gdzie mnie wysadzić. Ale nie dawałem mu spokoju przez większość trasy. Są w Villa Jaragua? Nie! A tutaj, w Los Ríos? Nie! W Poster Río? Nie! O następne pueblo już nie pytałem. I wtedy wóz się zatrzymał. Są tutaj. Wyskakuj. Zrób dużo zdjęć! – usłyszałem. Wyskoczyłem. I zostałem na poboczu drogi w tumanie kurzu. Gdy poprawiła się widoczność, rozejrzałem się. Miejsce, zwane La Azufrada, nie należało do dzikich. Przypominało raczej wejście do rezerwatu przyrody. Nic dziwnego, była to część Parque Nacional Lago Enriquillo e Isla Cabritos. Rozczarowałem się. Pomyślałem, no ładnie… bilety, kasjer, iguany na etacie. Przejechałem kawał drogi, aby tam dotrzeć a tutaj taki banalny finał. Przysiadłem na rozgrzanym głazie, pukając palcem w aparat.

Zainteresowała mnie jednak cisza w tej okolicy. Faktycznie, nie było tam żywego ducha. Zauważyłem przybity do drzewa kawał zielonej deski a na niej monit, wypisany niedbale żółtą farbą: Protege las iguanas, „Chroń iguany”. Są! Czyżby spotkanie oko w oko, bez świadków? Miałem szczęście. Wystarczyło przejść kilkanaście metrów w niskim i dusznym lesie. Już za bramą, na kamiennych ścieżkach, wśród głazów, w chaszczach wysuszonych na wiór wylegują się leniwie legwany, łapią słońce po obfitym posiłku, innym słowy oddają się sjeście. Nie płoszy ich widok człowieka. Ale okazuje się, że te zwierzęta nie są tak ospałe, na jakie wyglądają. Szybko biegają i walczą o jedzenie. Można się do nich zbliżać, choć bez przesady. W przypadku niepewności wolą ucieczkę, chyba że będą drażnione. Wtedy potrafią miotać silnie ogonem oraz ugryźć. Z kolei, w przypływie czułości samce potrząsają wielokrotnie głową, spraszając partnerki do kopulacji. Można tu mówić o szybkim „gadzim seksie”, bo trwa ponoć jakieś półtorej minuty. Przechadzka po naturalnym terytorium tych gadów to fascynujące przeżycie. W zasięgu wspomnianego Jeziora Enriquillo żerują dwa rodzaje legwanów: Iguana rhinoceronte oraz Iguana ricordi.

Czyż nie są wspaniałe?

Legwany nosorogie w pobliżu Jeziora Enriquillo, Dominikana

no images were found