Archiwum kategorii: Historia

Bawełniany idol

Niedawno w hiszpańskim dzienniku El Pais i włoskim Corriere della Sera ukazały się artykuły o tym, że Dominikana domaga się od Włoch zwrotu pewnego bożka. Owe bóstewko mierzy 55 cm wzrostu i jego wiek szacuje się na minimum 500 lat. Oznacza to, że zrodziło się na zamieszkałej przez Tainów wyspie przed jej odkryciem przez Kolumba w 1492 roku lub po jej okryciu i ochrzczeniu La Española. Figurkę bóstwa utkano z przędzy bawełnianej (do tego kunsztownie – jak można dojrzeć na fotografii). Ponadto została w niej „zaszyta” naturalnych rozmiarów, choć zdeformowana, ludzka czaszka.

Przypuszczalnie należała do persony najbardziej prominentnej w społeczności Tainów, czyli do wodza-kacyka. Figurka (idol, totem, fetysz) – zwana zemí uosabiała przeważnie któregoś z bogów, ducha przodków, albo niejako „dwa w jednym”, czyli z grubsza przodka w randze boskiej. W dwóch ostatnich przypadkach figurki czy rzeźby pełniły funkcję relikwiarzy (na co dobitnie wskazuje wspomniana relikwia w formie czaszki).

Biorąc pod uwagę gabaryty owego idola oraz artyzm jego wykonania musiał służyć przywoływaniu z zaświatów kogoś doprawdy mocarnego, bardzo zasłużonego w świadomości Tainów. Utrzymywanie kontaktów z zaświatami (po gruntownym, rzecz jasna, odurzeniu) stanowiło domenę lokalnego szamana, którego Tainowie tytułowali behique. Idol, drewniany, ceramiczny bądź bawełniany był niejako „wtyczką” do owych zaświatów i poprzez niego moc – uzdrowicielska, wróżbiarska czy każda inna – spływała na potrzebującą społeczność.

 „Idol z bawełny” (zemí de algodón) jest unikatem w skali światowej, rzadkim prekolumbijskim reliktem i jedynym odnalezionym na Hispanioli, który zachował się do dnia dzisiejszego (nie tracąc przy tym wiele z swej kondycji).

Dlatego Dominikana domaga się od Włoch jego zwrotu.

Od dziesięcioleci właścicielem zemí jest bowiem Muzeum Antropologii i Etnografii Uniwersytetu w Turynie. Nawiasem mówiąc, muzeum niedostępne dla publiczności od prawie czterech dekad.

Jak to się stało, że ten niezwykły dominikański artefakt zawędrował tak daleko od macierzy?

Włosi utrzymują, że został im podarowany. Dokładnie w 1848 roku przez Pedro Santanę – pierwszego konstytucyjnego prezydenta powołanej cztery lata wcześniej Republiki Dominikańskiej. (Ten sam Santana ogłosił zdrajcą i skazał na wygnanie Juana Pablo Duarte, jednego z ojców-założycieli tejże republiki, dziś narodowego herosa).

Posążek miał otrzymać Giuseppe Giovanni Battista Cambiaso (w Dominikanie znany bardziej, jako Juan Bautista Cambiaso). Urodzony w Genui eksplorator, kupiec, marynarz, admirał. Osiadł w Santo Domingo w okresie okupacji haitańskiej (1822-1844), poparł powstanie niepodległej Republiki Dominikańskiej i przyczynił się do utworzenia dlań floty marynarki wojennej (obecnie zwanej Armada de República Dominicana), która gromiła flotyllę haitańską w długim okresie walk niepodległościowych, choćby w słynnej bitwie morskiej blisko Portu Tortuguero w Zatoce Ocoa.

W uznaniu zasług wojskowych Juan Bautista Cambiaso otrzymał stopień generała. Po wycofaniu się z działalności politycznej i militarnej wrócił do handlu. W międzyczasie stał się posiadaczem bohatera tej historii, czyli bawełnianego zemí. Ponoć istniała dokumentacja potwierdzająca, że nie tyle go otrzymał, co sam go zakupił i to znacznie później, bo w 1882 roku.

Tymczasem Dominikańczykom takie daty nie pasują do przebiegu zdarzeń. Według nich odkrycie zemí miało miejsce w 1891 roku, czyli de facto 50 lat po rzekomym „podarku Santany”. Odkrycia dokonał przypadkiem myśliwy w jednej z jaskiń prowincji San Cristóbal (na zachód od Santo Domingo). Mniej więcej z tego okresu, czyli z końcówki XIX w., pochodzą pierwsze szkice zemí. Autorem jednego z nich (bodajże najsłynniejszego) jest niemiecko-amerykański malarz i dziennikarz Rudolf Cronau. Zamieścił go w swojej książce „Amerika” (1892).

El Cemí de Algodón. Photo source: «Dioses...decorados con la aguja del bordador»: los materiales, la confección y el significado de un relicario Taíno de algodón, www.researchgate.net © British Library Board 9551.1.6
Jedno z pierwszych zdjęć „bawełnianego idola” (El Zemí de Algodón) w książce „Amerika” (1892) Rudolfa Cronau. Źródło zdjęcia/Photo source: www.researchgate.net / © British Library Board 9551.1.6

W 1903 roku bawełniany idol trafił, tak czy inaczej, w ręce… rodziny Cambiaso, być może krewnych Juana Bautisty, który zmarł w 1896 roku w Santo Domingo. (Nazwisko Cambiaso, podobnie, jak choćby Vicini, Bonetti, czy Billini było popularne wśród potomków włoskich imigrantów trafiających na wyspę od czasów kolonii hiszpańskiej).

Co dalej?

Za sprawą tejże rodziny Cambiaso zemí został przewieziony do Włoch. I ślad po nim zaginął. Do momentu, gdy w 1950 roku wystawiono go w muzeum turyńskim tyle, że z opisem wskazującym na jego pochodzenie… peruwiańskie. W jakimś sensie owo zaginięcie nie zostało rozwikłane.

W 1970 roku tematem zainteresował się wybitny dominikański historyk, antropolog i pisarz Bernardo Vega de Boyrie. W najstarszej dominikańskiej gazecie Listín Diario otrzymał nawet przydomek „kulturowy detektyw”. Rozpoczął śledztwo, które miało wskazać miejsce pobytu „dominikańskiego zemí”? Trop zaprowadził Vegę najpierw do Muzeum Brytyjskiego w Londynie. Lecz tam nie znalazł figurki tylko jej zdjęcie. Nowy trop wskazywał na Turyn. Bingo.

Okładka książki El zemí de algodón taíno. Opracowanie zbiorowe - redakcja: Bernardo Vega. Santo Domingo: Academia Dominicana de la Historia, 2014
Okładka książki El zemí de algodón taíno. Opracowanie zbiorowe – redakcja: Bernardo Vega.  Wyd. Academia Dominicana de la Historia, Santo Domingo, 2014

Badacze dominikańscy podejrzewają dziś, że ten wyjątkowy bawełniany relikwiarz mógł znaleźć się w zbiorach turyńskiego muzeum w drodze aukcji.

Włosi nie potwierdzają tej teorii. Według nich figurkę przekazał do muzeum w 1928 roku niejaki Cesare Buscaglia, prawnik z Genui, który wcześniej otrzymał ją od włosko-dominikańskiej rodziny Cambiaso, która z kolei otrzymała ją (pewnie poprzez Juana Bautistę Cambiaso) w formie wspomnianego podarku od dominikańskiego prezydenta Pedra Santany (albo w jakikolwiek inny sposób).

Różnicę między tym, co deklarują strony – włoska i dominikańska można właściwie wyliczyć w latach. Dokładnie wynosi ona 43 lata (przypomnijmy: 1848 r. versus 1891 r.). Oczywiście, Dominikańczycy nie mają nic przeciwko rodzinie Cambioso (człowiek o tym nazwisku wpisał się przecież chwalebnie w historię Dominikany). Za to nie dopuszczają wersji, w której ta sama figurka (dziś archeologiczna perełka o unikatowej wartości) mogłaby trafić w taki oficjalny sposób do rzeczonej rodziny Cambioso (i w konsekwencji do „zasobów kulturalnych” państwa włoskiego). Nawiasem mówiąc, to największą niewiadomą pozostaje tutaj sama data odkrycia bawełnianego zemí (w jaskini, czy gdziekolwiek).

Pierwsze próby nawiązania kontaktu z kuratorami turyńskiego muzeum w kwestii powrotu cemí do macierzy zostały podjęte w 2010 roku przez Danilo Manerę – pisarza, krytyka, profesora z uniwersytetu w Mediolanie i promotora literatury krajów hiszpańskojęzycznych (w tym szczególnie Dominikany). Liczący ponad pięćset lat taino-relikwiarz, przechowywany w szklanej gablocie, został mu pokazany „zakulisowo”. Pamiętajmy, że muzeum od połowy lat 80-tych XX w. nie funkcjonuje jako instytucja otwarta dla publiczności.

Po wstępnych mediacjach Manery władze jednego kraju zwróciły się oficjalnie się do władz drugiego o podjęcie negocjacji dotyczących warunków przekazania zemí do Dominikany. Problem w tym, że władze w Rzymie niewiele mogły w powyższej materii zdziałać. To władze uniwersytetu w Turynie, do którego należy Muzeum Antropologii i Etnografii mogą decydować o losach zemí. I jak łatwo się domyślić nie śpieszy im z oddaniem swego de facto najcenniejszego eksponatu. Oczywiście, podejmą współpracę z podobnymi placówkami w Dominikanie w celu kontynuacji badań nad obiektem tak rozgrzewającym wyobraźnię. Przed tym się nie wzbraniają.

Jednak Dominikana uważa, że to nie wystarczy. Badania badaniami, lecz chciałaby figurkę zemí z powrotem u siebie. Ponoć do jej ekspozycji zostanie przygotowana specjalna sala w „odświeżonym” Muzeum Człowieka Dominikańskiego (Museo del Hombre Dominicano) w Santo Domingo. Czy ta powstała w 1973 roku instytucja (i stale zaniedbywana) poradzi sobie z takiej rangi obiektem, zapewni mu bezpieczeństwo podczas wystaw, zagwarantuje właściwą konserwację? Wątpliwości nie kryje tu wspomniany wcześniej Bernardo Vega, który zresztą przed laty był dyrektorem tego muzeum.

Rozmowy trwają. Są w nie zaangażowane: ambasada Dominikany w Rzymie, Ministerstwo Kultury, Dyrekcja Generalna Muzeów, Dominikańskie Stowarzyszenie Prasy Turystycznej, etc. To sprawa ochrony tożsamości, zachowania narodowego dziedzictwa; to fundamentalna cześć dominikańskiej historii. O to chodzi Dominikanie, która się przebudziła, która teraz popędza.

Nie bez ironii można zauważyć, że wytropienie miejsca pobytu zemí w Turynie zajęło „dominikańskim śledczym” ładnych kilka dekad. Z drugiej strony, zemí przeważnie chowany w magazynach nieczynnego uniwersyteckiego muzeum (i sporadycznie pokazywany na wystawach gdzieś na świecie) to jednak przeciwnik wymagający. Tak czy inaczej, wniosek o zwrot zemí jest już podobno rozpatrywany.

Wymownie podsumowali to dziennikarze Gabriele Ferraris i Paolo Morelli piszący dla Corriere della Sera: „W tym momencie równie dobrze można zwrócić go Dominikańczykom. Tak przynajmniej Turyńczycy, którzy wyjadą na wakacje do Santo Domingo będą mogli go zobaczyć”.

Bawełniane fatum

Na koniec taka obserwacja, ciekawostka, refleksja.

Oto jak przewrotna potrafi być historia.

Kiedy 12 października 1492 roku załoga Kolumba ujrzała wreszcie Nowy Świat przybijając do małej wyspy Guanahani, miejscowi wywodzący się od Tainów i zwani Lucayan, przywitali przybyszów pierwszymi podarkami, którymi były „papugi, kłębki bawełny, strzały oraz wiele innych rzeczy”.

To zanotował Kolumb w swoim słynnym dzienniku.

Od razu też jasno zaznaczył co interesuje go najbardziej. „Z mej strony obserwowałem dobrze i starałem sobie zdać sprawę, czy istniało tam złoto”.

Jednak na każdej następnej odkrytej wyspie złota było jak na lekarstwo. Za to nie brakowało tam bawełny w różnej postaci. Kolumb wspomina o niej w zapiskach niemal trzydzieści razy! Wielokrotnie widział ją rosnącą na dziko lub przetworzoną. Zazwyczaj oferowano mu ją za bezcen: „tubylcy […] wymieniali kosz bawełny za kawałek sznurowadła […]”.

Po dotarciu na ostatnią z wysp, czyli na La Españolę, „widzieli wiele lentyszków i aloesów, a także krzewów bawełny; nie znaleźli złota i nie było w tym nic dziwnego, bo mieli zbyt mało czasu na szukanie”.

Kiedy zaś kacyk Guacanagarí podjął załogę Kolumba i „kazał Hiszpanów nakarmić, to wówczas wszyscy Indianie znosili najrozmaitsze przedmioty, jak tkaniny bawełniane albo kłębki nici”.

Na półwyspie Samaná, pod sam koniec pierwszej wyprawy, miejscowi Ciguayos (różniący się od Tainów, choćby temperamentem i językiem) „przybyli z bawełną, chlebem i ajes, wszyscy z łukami i strzałami […]”.

Innymi słowy, Tainowie, zamiast uszczęśliwić Kolumba workami złota, wszystko… owijali w bawełnę!

Parę wieków później zjawił się na Hispanioli znany nam już Giuseppe Giovanni Battista Cambiaso, podobnie jak Kolumb – Genueńczyk. I co tam otrzymał? No właśnie.

Hispaniola nie zapomniała o bawełnie…


Zdjęcie tytułowe: Lo Zemi di cotone, © Museo di Antropologia ed Etnografia dell’Università di Torino

Źródła cytatów w tekście:

  • Dziennik Corriere della Sera, «Torino deve ridarci Zemi», Santo Domingo chiede la restituzione del prezioso feticcio, 28.01.2020.
  • „Krzysztof Kolumb. Pisma”, tłum. Anna Ludwika Czerny, Wyd. P.I.W., Warszawa 1970.

 

Ziele zguby

Księga Sędziów 12, 5-6 / 5 Następnie Gileadczycy odcięli Efraimitom drogę do brodów Jordanu, a gdy zbiegowie z Efraima mówili: «Pozwól mi przejść», Gileadczycy zadawali pytanie: «Czy jesteś Efraimitą?» – A kiedy odpowiadał: «Nie», 6 wówczas nakazywali mu: «Wymówże więc Szibbolet». Jeśli rzekł: Sibbolet – a inaczej nie mógł wymówić – chwytali go i zabijali u brodu Jordanu. Tak zginęło przy tej sposobności czterdzieści dwa tysiące Efraimitów.

***

W 2007 roku w londyńskim Tate Modern kolumbijska artystka-rzeźbiarka Doris Salcedo stworzyła symboliczne dzieło pt. „Shibboleth”. W centralnym holu tego muzeum w polerowanym betonie posadzki wykuła ona długą na kilkadziesiąt metrów szczelinę, z początku niewielką, lecz dalej coraz szerszą i rozwidlającą się.

Gra w kolory

Poszło im o kolor skóry, a zaczęło się od białego, czyli ode mnie. Miejsce akcji – Dominikana, droga z Las Terrenas do Sánchez, paka toyoty-pickup pełna pasażerów lokalnego transportu publicznego. Czas akcji – późne popołudnie zalane blaskiem słońca w „złotej godzinie”. Dwóm, młodym Mulatkom spodobał się kolor mojej skóry. Właśnie tam, w trakcie jazdy, pośród wzgórz półwyspu Samaná, w obfitości gajów kokosowych co czyni tę krainę, zwaną tu tierra de coco, wyjątkowo czarowną. Zwłaszcza, o tej porze dnia.

Mulatki dyskutowały bez ogródek, do tego kokietując, jaki to jestem biały, jaki inny i wreszcie chciały tej bieli dotknąć. Pozwoliłem im, skoro miały taką pilną potrzebę zaznajomienia się. Czy zbliżenie kultur, ras, albo obcych z różnych światów nie jest czasem inicjowane takimi właśnie gestami? Dotykały mnie zatem badawczo i z zaciekawieniem, jak okaz egzotycznej przyrody, jak żywy zoologiczny eksponat. Na przemian lub jednocześnie przykładały swoje przedramiona do moich porównując je metodycznie, komentując, akcentując różnice. Wszystko zmieniło się, gdy jedna z nich posłała drugiej ostrzegawcze, pełne jadu spojrzenie. Wówczas zawrzało bo, nie bacząc na mnie, Mulatki zaczęły chandryczyć się, która z nich jest mniej czarna…

W rezultacie, to z pozoru niewinne zbliżenie ras obróciło się w starcie na tle rasowym z mojego powodu, ale bez mego udziału. Wszcząłem nieumyślnie konflikt i potem siedziałem skonfundowany, patrząc i słuchając, jak dwie strony piętnują się. 

Ja jestem jaśniejsza, ty jesteś ciemniejsza i basta, orzekła ta pierwsza. Właśnie, że ty jesteś ciemna, kochaniutka, tak ciemna, jak twoja brocha, ripostowała ta druga.

Ścierały się w stylu kiczowatej groteski, w dużych emocjach, zajadle i diabelsko hałaśliwie, i trwało to dobrych kilkanaście minut, może dłużej. Robiły to na serio. Kto widywał latynoskie muchachas podczas kłótni na pełnych obrotach, mniejsza o co, wie w czym rzecz. Obie zerkały na mnie co i rusz na wpół proszalnym, na wpół rozeźlonym wzrokiem jakby liczyły, że którąś wesprę; jakby chciały, aby ten obcy biały, który wszystko sprowokował, rozniecił iskry chorego pobudzenia, stał się teraz arbitrem w ich doraźnym, bądź co bądź lichym, podwórkowym sporze. Bo biały widzi chyba najlepiej, gdzie więcej czarnego a gdzie mniej?

Czy ja wiem? Na moje oko, kolor skóry tych dziewczyn nie zdradzał wielkich różnic. Czyli, nie mogłem przysłużyć się żadnej z nich i pozostałem, chcąc nie chcąc, neutralny. Mało tego, te Mulatki były do siebie podobne. Prędzej uwierzyłbym, że są siostrami, choć niekoniecznie z krwi tych samych rodziców. Lecz im chodziło wtedy po głowie co innego. One próbowały, korzystając z mojej obecności, poczuć się lepiej, jedna przed drugą, co było zupełnie irracjonalne. Ale najbardziej to dziko pragnęły wzajemnego upokorzenia. 

No, ale o Boże, patrz na moją rękę, mamuśka, a teraz patrz na swoją, nie widzisz, że twoja jest inna? Jest czarniejsza, czarna, jak sto dziur!

I tak jedna dominikańska Mulatka ciskała drugiej, a druga nie odpuszczając, też wrzucała do pieca, ile mogła. W końcu, aby tę scysję przypieczętować ta bardziej wygadana, kąśliwa jak żararaka rzuciła ostro do swej przeciwniczki, niemalże plując jej żółcią w twarz. 

Jeżeli myślisz, że jesteś lepsza to dawaj, powiedz… perejil, no powiedz to! ¡Di perejil

I tak ze trzy razy to powtórzyła. ¡Di perejil!

Ale tamta, którą miało to sponiewierać, powiedziała perejil pod nosem, jakby do siebie, jakby na próbę i zaraz zamilkła, chociaż mogła przecież odeprzeć atak, mogła ryknąć w przaśnym stylu tej afery, „sama se kurwa powiedz perejil!”. Jednak, nie zrobiła tego, ani niczego podobnego, gdyż ponad perejil nie było już argumentów do użycia w tym sporze. Do tego, rywalka wycofała się z dalszej akcji z uśmieszkiem triumfu. Jak z bicza strzelił nastąpił rozejm, co zdumiało mnie dokumentnie.

Paradoks

To, co wedle mej wcześniejszej wiedzy powinno zabrzmieć tu, jak najgorsza obraza, jak wyrok potępienia, jak coś po czym człowiek już tylko pęka z nerwów, i albo zaczyna tłuc drugiego, dzierżąc w dłoni but z koturnem, albo mu do reszty urąga i grozi zrobieniem najgorszego – zabrzmiało przewrotnie inaczej. Jak trafiony w punkt sytuacyjny gag, który uwalnia towarzystwo od udręki napięcia. I właśnie to słowo perejil, wywołane z taką arogancją w szczytowym momencie sporu, zamiast osłabić doszczętnie przynajmniej jedną z dziewczyn, podziałało na obie, jak wytrych do lepszego nastroju. W rezultacie obie Dominikanki obśmiały się z tej puenty – perejil, aż do przesady. I zawiesiły broń, pozostając tam samo „mulackie”, jak przedtem, jak zawsze. 

Pogodzone zajęły się innymi sprawami. Codziennością. Rybakiem-topielcem ze wsi nad zatoką. Najbardziej – tipsami. U obydwu pstrokate szpony wyglądały na świeżo nałożone. Trzeba je było przepaplać. Ponadto, jedna z nich podróżowała z dzieciakiem, o czym wcześniej nie wspomniałem. Próbowała go teraz zabawiać. Podrzucała maluchem dość ryzykownie, jak wielką lalką, albo przekładała go z kolana na kolano. Przy okazji, maluch ten miał skórę zdecydowanie ciemniejszą od swojej opiekunki, chyba matki i jej koleżanki, z którą chwilę wcześniej tamta szła na udry. Kiedy więc señoritas miały już co robić, ja mogłem pomyśleć. Bo tak, czy inaczej „przypadek perejil”, dał mi porządnie do myślenia. Siedząc tam, na pace terenowego wozu, najpierw w zwykłej roli współpasażera a potem także, jako postronny świadek groteskowego poróżnienia dwóch dominikańskich Mulatek w sprawie stężenia pigmentu w ich skórze, i wreszcie widząc, w jaki sposób osiągnęły one wyż tej całej akcji darcia kotów, zrozumiałem, że mam do czynienia z niebywałym i ponurym paradoksem…

Aby ten paradoks wyjaśnić, wejdziemy w mroki karaibskiej przeszłości, w erę dyktatury Rafaela Leónidasa Trujillo, którą Karaiby zapamiętały dobitnie, i to w sumie erę nie tak odległą, a przynajmniej wciąż bliską w pamięci zbiorowej, bo nie można zapomnieć czegoś, co trwało trzydzieści jeden lat, i odcisnęło swe piętno na wszystkim. Cofając się w tym czasie historycznym do 1937 roku, trafimy na pogranicze stosunków dominikańsko – haitańskich. Pogranicze – w przenośni i dosłownie, bo o to w tym wszystkim chodzi. I wtedy dotrzemy do perejil, do tego koszmarnego słowa-wyroku, które w tamtych dniach pomogło trujillowskim zbirom uskutecznić krwawe żniwo a dzisiaj, po wielu dekadach, wciąż pozostaje niepokojąco dwuznaczne.

To jedno słowo, perejil, mówi tu, na Hispanioli więcej, niż każde inne, bo mówi o ciągle żywotnej, wzajemnej i w ostatecznym rozrachunku fatalnej historii dwóch sąsiadów: Dominikany i Haiti…

Granica

Jak uwiecznił niegdyś Jacques Stephen Alexis, pisarz haitański: „Tego dnia pod gwałtownym deszczem działy się tu rzeczy tak straszne, że w ustach czuło się smak popiołu, powietrze wciągane w płuca było gorzkie, wstyd zalewał serce, życie wydawało się odrażające. Nikt sobie nie wyobrażał, że takie potworności mogą zdarzyć się kiedykolwiek na dominikańskiej ziemi. Wszystko, co szlachetne, czyste i wielkie w duszy prostego, uczciwego ludu, zostało przez Szakala i jego zbirów wywleczone i tarzane w błocie wśród ulewnego deszczu. Dopóki istnieć będzie ta ziemia, zachowa ona ślady po kałużach bratniej krwi, a dzieci tutejsze w przyszłości będą pochylały głowy przed tymi plamami hańby…” *

Podobno Rafael Leónidas Trujillo był podpity, gdy tamtej pamiętnej nocy, w październiku 1937 roku, wydał rozkaz ostatecznego rozwiązania „problemu haitańskiego”. Od chwili pojawienia się na wystawnym raucie, wydanym na jego cześć przez zamożną dominikańską matronę z Dajabón, nie rozstawał się z kieliszkiem. Alkohol był mu potrzebny, i to jak nigdy przedtem, aby się znieczulić, aby już nie myśleć o tym całym paskudztwie, jakiego z narastającą odrazą doświadczał w ostatnich dniach, kiedy osobiście kierował inspekcją terenów przygranicznych.

Zaledwie dwa miesiące upłynęły od jego poprzedniej i – mimo że krajem już władał od siedmiu lat – dokładnie pierwszej wizyty w zachodniej Dominikanie. Trujillo cenił wszelkie wyjazdy w głąb wyspy i nawet dla klimatu zwykłej wsi chętnie opuszczał niespokojną stolicę, przemianowaną rok wcześniej z Santo Domingo na Ciudad Trujillo. Miał wówczas sposobność, aby nieco odetchnąć od bezustannej czujności, do jakiej był zmuszony z powodu aktywnych działań oponentów reżimu. Do przeczulonych uszu Szefa regularnie dochodziły informacje o możliwych próbach spiskowania przeciwko niemu, co w oczywisty sposób zakłócało mu codzienny rytm wykonywania obowiązków dyktatora. Musiał jednak istnieć naprawdę znaczący powód, aby Trujillo zostawił swoją kwaterę główną dla takich odległych miejsc, jak Dajabón. Wcześniej wysłał tam brygadę sprawdzonych tajniaków i ludzi z bronią, aby zajęli się eliminacją wszelkich możliwych zagrożeń, czyhających na jego życie.

Za pierwszym razem chodziło o lustrację postępów w rozpoczętej niedawno budowie Carretera Internacional. Wedle śmiałej wizji Trujillo miała to być popisowa autostrada, biegnąca równolegle do granicy, która połączy południe kraju z północą i tym samym wzmocni pozycję Dominikany w pasie przygranicznym. Obecnie wzywały sprawy równie ważne, a być może i ważniejsze, jakim bezwarunkowo należało się przyjrzeć z bliska, poznać i wysłuchać ludzi, którym te sprawy zatruwają byt i w razie konieczności właściwie zareagować. W efekcie, długa i wyczerpująca konna ekspedycja przy niepewnej, październikowej aurze znacznie pogorszyła nastrój Szefa.

Masowe skargi rozjuszonych rodaków, żyjących w pobliżu granicy z Haiti, od Pedernales przez Elías Piña po Dajabón nie były przesadne, teraz mógł je sam jeden potwierdzić, bo na własne oczy dojrzał, że znajdowały uzasadnienie w realiach. Gdzie Trujillo nie obrócił głowy, tam po drodze, widział masy Haitańczyków, jak przymuszeni pracowali przy wspomnianej Carretera Internacional, co go zdziwiło do żywego; widział, jak pilnowali własnych, coraz liczniejszych domostw, byle jak utrzymywanych w obrębie folwarków albo doraźnie pobudowanych w szczerym polu, widział też ich połyskujące od potu, hebanowe plecy, i naraz wzdragał się, gdy tamci pochyleni, ramię w ramię karczowali w pełnym słońcu kępy buszu pod nowe zagony…

Oni, Szefie, nie uznają granicy, cichcem mijają tutejsze patrole, to po kiego tę cholerną granicę wzmacniałem, słałem tam gwardię i policję, tych nie brakuje Szefie, tych widać na każdym kroku, że czuwają, że pilnują, ale tamci łażą tak nisko przy ziemi, że ich nie można zauważyć, a gdzie cło w takim razie, ja się pytam, gdzie legalne papiery, nie mają żadnych, Szefie, to ich łapać, spisywać i deportować, instrukcje były jasne, i są wykonywane, Szefie, ale tamci nie chcą siedzieć u siebie, bo tam niczego nie ma, Haiti to bieda, dlatego idą tu do nas, albo zawracają, jeden za drugim, przelewają się tu, jak woda przy powodzi, i docierało do Szefa, że to prawda, i że panoszą się wszędzie, i po przedostaniu na stronę dominikańską większość od razu osiada, łapiąc się czegokolwiek ale reszta ciągnie dalej, w dominikański interior na wschód, a potem prosto do Santiago, do San Juan czy do Azua, do miast, które za moment zadławią się obecnością Haitańczyków, gdzie na ulicach nasz język ginie w potokach ichniej barbarzyńskiej mowy, jakby z Afryki, i ta zaraza pleni się szybko i rozchodzi po całym kraju, Szefie, takie są raporty, pisane nie dziś, nie wczoraj, ale już od dawna, znam te przeklęte raporty, i wiem, jak jest niestety, bo tak mówią Szefie, ci których spotkałeś tu, przy granicy, taka jest prawda, że naszym źle z powodu tamtych, nie swoich, to po kiego mnie wzywali do Port-au-Prince, po co robili ze mnie w Haiti wielkiego, kurwa, amigo, z jakim się idzie dogadać, chcę to wiedzieć, po kiego podpisywałem to, podpisywałem tamto, gówna warte klauzule, zafajdane poprawki, granica ma osiem lat, bo tyle ma, prawda czy nie prawda, kurwa, a śmierdzi, jakby jej nie było, z kim robiłem politykę rok czy dwa temu, z prezydentem ichnim, Vincentem, czy nieudacznikiem, którego dzika swołocz ma gdzieś wszelkie prawa, i najeżdża Dominikanę, mój kraj, który znowu muszę, kurwa, zbawić ode złego, tak Szefie, Dobroczyńco Narodu, ta swołocz gwałci naszą suwerenność, naszą wolność i nasze kobiety, z czego nie wiadomo co się potem rodzi, bo ci za bardzo czarni to już nie my, to się musi skończyć, Szefie, bo kraju potem nie poznamy, ty, Stenio Vincent, ty sąsiedzie od siedmiu boleści, prezydenciku, mógłby zagrzmieć Trujillo, puścić w eter całą swoją żółć, no cośmy ustalili, że teraz masz to gdzieś, ty perfidny zaborco, i nawet mógłby Vincentowi otwarcie pogrozić, gdyby ex-okupant Ameryka nie miała dobrze na oku całej Wyspy i nie doglądała co i rusz swego wychowanka, dominikańskiego marines, tego raptusa Trujillo, czy czegoś tam nie mąci na tych Karaibach przypadkiem, a ten by chętnie namącił, i jeśli mnie słyszysz Vincent, pomówmy raz jeszcze, jak, no niech ci będzie, równy z równym, popatrz łaskawie na granicę swego kraju, a lepiej popatrz dalej, poza tę ziejącą dziurę, i każ się swych najeźdźcom zabierać stąd w trymiga, kurwa, albo sam im w końcu pokażę, gdzie ich miejsce…

W kształtującej się ocenie Trujillo granica wytyczona w 1929 roku, po prawdzie za pomocą piór poprzednich prezydentów Dominikany i Haiti, Vásqueza i Borno nie spełniała swojej kluczowej funkcji. Nie potrafiła zastopować przepływu nielegalnych imigrantów, czyli w zasadzie nie była respektowana. Nie pomogły również aneksy, jakie w roku 1935 i 1936 podpisali Trujillo ze Stenio Vincentem, obecnym haitańskim przywódcą, mające zagwarantować wyraźnie oddzielenie jednego państwa od drugiego. Układ stanowiący granicę okazał się być może porozumieniem dobrym, tyle że jedynie na płaszczyźnie dyplomacji. To co zostało wykreślone na papierze, nijak się miało do rzeczywistości, w jakiej od kilku lat funkcjonowały „nowe” przygraniczne społeczności dominikańsko – haitańskie, wcześniej od dekad wymieszane, dwujęzyczne (tzw. rayanos) i związane wspólnym handlem, przemytem i ogólnie mniej lub bardziej łaskawym losem. Dla nich niewiele się zmieniło, poza jednym. Pojawił się dylemat narodowościowy.

W rezultacie po stronie dominikańskiej znalazło się po pierwsze, wielu, de facto obcokrajowców, jacy nie przestali przecież mówić po kreolsku na żądanie, i po drugie wielu obywateli, mówiących w tym języku równie dobrze, jak po hiszpańsku, którzy mogli należeć tak samo do Haiti, jak i Dominikany, i to bez względu na kolor skóry, jaki niestety w nowych warunkach bytowych stanowił już silną bazę do identyfikacji przynależności, nie tyle rasowej, co narodowościowej, często identyfikacji zdawkowej, przez co po wielokroć do cna błędnej. Obaj panowie rządzący ewidentnie nie czuli konsekwencji tego, tak czy inaczej, zgubnego wdrożenia sztucznych granic. Trujillo wydawał się nie mieć o tym pojęcia, albo grał ignoranta celowo. W każdy razie, widział jedynie to, co miał przed oczami, a miał tam, u siebie, spory kawałek Haiti.

Rzeka Masakra

Jednak wielu Haitańczyków przybyło do jego kraju znacznie wcześniej, niekoniecznie z ostatnią falą nielegalnej imigracji. Przybyli jeszcze przed 1929 rokiem, kiedy dominikańskie plantacje trzciny cukrowej, zarządzane przez wielkie amerykańskie cukrownie, szukały taniej siły roboczej. Dla rzeszy bezrobotnych mieszkańców Haiti ogromne areały tego słodkiego badyla po sąsiedzku, szczególnie we wschodniej Dominikanie, stanowiły niejako ziemię obiecaną, do której należało dotrzeć. Poza tym, na światowym rynku cukru panowała hossa, co po uwzględnieniu sezonowości zbiorów, i tak gwarantowało ciągłość pracy. Potem nastąpił pamiętny czarny-październikowy-czwartek na Nowojorskiej Giełdzie a wraz z nim krach 1929 roku i w rezultacie kryzys, jaki niechlubnie pokrył praktycznie całą dekadę lat trzydziestych.

Ceny cukru runęły niemal do samego dna a Haitańscy macheteros przestali być potrzebni na plantacjach. Nie widząc jasnej przyszłości we własnej ojczyźnie, nie zamierzali tam wracać. Zamiast tego decydowali się pozostać w Dominikanie i bądź to próbowali szukać czegoś, co im zapewni przetrwanie w inny sposób, bądź żyjąc na krawędzi ludzkiej godności, czekali jedynie na to, co przyniesie los. Dla wielu z nich los zgotował potem koszmar…

Szef, przemierzając konno zachodnią Dominikanę, nieprzerwanie wysłuchiwał co wieczór, i po nocach – mądrości koniunkturalnych „doradców”, „analityków sytuacji”, czy innych okazjonalnych „radykałów” spośród popleczników, jacy tworzyli jego świtę w czasie inspekcji, a za dnia – niezliczonych lamentów bezradnych rolników i właścicieli podupadłych rancz oraz innych majątków, i był zaskoczony do reszty, że to właśnie bydła prawie w ogóle nie mógł dostrzec, za to widział w dolinach nietknięte połacie zielonej trawy.

Gdzie są stada, ja się pytam, Dominikana żyje z bydła a tu pastwiska dziczeją, bo oni Szefie, rozkradają co nasze i krów nie idzie się już doliczyć, bo one znikają tak, jak tamci przychodzą, i biorą naszą ziemię, aby tu żyć, i naszym kosztem mają z tej ziemi więcej, i pracują tam, gdzie my już pracować nie możemy, bo nie ma jak…

Umysł Szefa, podsycony świeżym ogniem podłych reminiscencji, wciąż kipiał. Dlatego, w Dajabón Trujillo gasił go rumem, nie marnując kolejek. Zanim jednak grupa inspektorów wjechała do tego miasta, ostatniego celu ich roboczej ekspedycji, by później zakończyć dzień na suto zakrapianym bankiecie, Trujillo zarządził dodatkowy postój na łonie natury, nieopodal brzegu Río Masacre.

Rzeka, mimo swej nazwy, należała do łagodniejszych w kraju, i raczej od zawsze sprzyjała masowym przeprawom wpław. Nie wciągała ofiar w bezdenną otchłań, bo nawet w porze deszczowej była na to zbyt płytka, nie zabijała rwącym nurtem, tylko niezmiennie toczyła swe niewinne wody po ziemiach prowincji Dajabón, aż do Zatoki Manzanillo, gdzie wpadała do Atlantyku. Jej koryto na kilku odcinkach niemal idealnie pokrywało się z granicą, jaką osiem lat wcześniej uzgodniono, aby formalnie oddzielić od siebie państwa Haiti i Dominikanę. W czasach kolonialnych Río Masacre spłynęła krwią osadników, dlatego ochrzczono ją potem tak „zabójczo”. Zanim, na mocy Układu z Aranjuez, oficjalnie uznano w 1777 roku francuską kolonię Saint-Domingue w obrębie Hispanioli, Francuzi i Hiszpanie żyli na krawędzi wojny.

Pierwsi z nich przepychali nieoficjalne granice w głąb terytorium sąsiada, gdyż brakowało im obszarów produkcyjnych dla pomnażania zamorskiego bogactwa. Drugim przede wszystkim zależało na tym, aby sukcesywnie wyeliminować obecność tych pierwszych na Wyspie. W 1728 roku, nad brzegiem Guatapana, rzeki o imieniu pochodzącym z języka rdzennych Taino wybitych prawie doszczętnie u zarania konkwisty w XVI wieku, hiszpańscy soldados zmasakrowali trzydziestu francuskich piratów – zwanych boucaniers. Wtedy rzeka zabarwiła się na czerwono i na cześć zabitych zyskała nowe miano.

Trujillo przypomniał sobie o tym historycznym fakcie, gdy w mętnym, piaskowym brodzie dojrzał haitańskie dzieciaki, taplające się w zapomnieniu, co i rusz besztane, pewnie przez matkę, wyżymającą górę prania.

Tymczasem zza wzgórza wyszło trzech dorosłych mężczyzn z maczetami w dłoni, powłócząc nogami, jakby po skończonej pracy w skwarze południa. Różnili się kolorem skóry. Pierwszy był niezbicie Mulatem, pozostali dwaj czarni. Wbrew zmęczeniu ochoczo gawędzili. Mówili po kreolsku, a gdy Mulatowi zdarzyło się wtrącić co nieco po hiszpańsku, reagowali w tym właśnie języku. Jeden z czarnych, gdy stanął na brzegu od razu porzucił narzędzie i wskakując do wody, zbliżył się do rozweselonej dziatwy. Był im wyraźnie bliski, być może, jako ojciec, albo starszy brat. Drugi czarny zauważył Trujillo stojącego w polowym mundurze w cieniu drzewa i odruchowo ścisnął rękojeść maczety. Raczej nie mógł rozpoznać dominikańskiego Wodza, za to mimo odległości poczuł na sobie jego świdrujące spojrzenie. Pozostał jednak niewzruszony. Ou byen?, spytał go Mulat, czy dobrze z nim. Sí, todo bien, odparł mu tamten, że tak, że dobrze.

To przez tę cholerną rzekę tak łatwo się tutaj dostają, pomyślał rozsierdzony Trujillo, łykając rum i zagryzając kawałkiem langusty, lepiej niech dobrze zapamiętają jej nazwę! Ogrodzimy ją, albo nie, kurwa, w diabły wysuszymy, zasypiemy i postawimy mur, zatkamy to wszystko betonem, szczur nie przejdzie przez Río Masacre!

Do żniw!

Prymitywne zalewanie robaka nie pasowało do jego stylu, chyba że robak ten spuchł do rozmiarów Haitańczyka. Wódz raczej wymownie gardził pijatykami, kiedy łatwo o kompromitację, i różne głupstwa, których nie tolerował, ganiąc wszelkie przejawy degrengolady. Jeśli gustował w alkoholu, to bardziej w koniakach najlepszego sortu, i to w niewielkiej ilości. Nierzadko wychodził z bankietów, nim podano mocniejsze trunki, zostawiając towarzystwo samopas. Słynął za to z upodobania do uciech cielesnych innego rodzaju, najchętniej z młódkami, które niecnie wykorzystywał w ulubionej willi Casa de Caoba w San Cristóbal, wzmagając swą reputację „Kozła”.

Jednak tamtego wieczoru Trujillo miał wypić sporo, i to dokładnie czystego, dominikańskiego rumu, słodkiego, zawsze dobrego, ale jakże zdradliwego, i wlewał go w siebie tak, jakby szukał wzmocnienia przed tym, co go nieodzownie czekało, i to jeszcze tej nocy, i pił wraz ze swoimi oficerami podczas fety wieńczącej trudy przygranicznej wizytacji. Niedługo potem Zbawca Ojczyzny był już gotowy i zrobił to, co musiał zrobić, aby ratować Republikę Dominikańską przed inwazją „afrykańskich hord”. Dał wojskowym przyzwolenie na rozpoczęcie El Corte, czyli „żniw”, bo taki alias zyskała operacja, która miała jeden tylko cel: metodycznie zgładzić wszystkich Haitańczyków w Dominikanie. Życie mieli zachować jedynie ci, których na plantacjach zatrudniały amerykańskie kompanie cukrownicze…

W niezmiennie miłej atmosferze tamtej uroczystości w Dajabón Trujillo powiedział do zgromadzonych: 

Już wiem o tym, że Haitańczycy okradają naszych rolników z żywności oraz bydła. Wiem o tych grabieżach od was, obywatele Dominikany. I odpowiem wam, co zrobię. Rozwiążę ten problem! Zresztą, to się już dzieje. W Bánice zabito dotąd ze trzystu Haitańczyków. I to rozwiązanie będzie kontynuowane!”.**

I tu uderzył pięścią w stół… 

Chwilowe napięcie, wywołane przemową Szefa, nie zakłóciło dalszego ucztowania a nawet je wzmogło.

Regularne masakry rozpoczęły się o północy…

Maczety

Mówi Cocozumba, Dominikańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „W samym tylko Dajabón, powiadają ludziska, wymordowanych jest blisko dziesięć tysięcy… W naszych stronach każdy boi się gadać, ale na pewno będzie tego u nas tysiące i setki… Kiedym jeszcze ścinał trzcinę, znałem Haitańczyków. Och, może z nich i zawadiaki, ale ludzie „całą gębą”. Nigdy nikomu nie wadzą… I jego także znałem… Trujilla, znaczy się… Matkę ma uczciwą kobiecinę a sam taki hultaj… Teraz jest generalissimusem, prezydentem i Bóg wie, czym jeszcze… Wstyd dla nas wszystkich. Złodziej i dziwkarz… żeby tak na zimno wymordować dziesiątki tysięcy mężczyzn, kobiet i dzieciaków. Trzeba mieć ostatnią kurwę za matkę chrzestną, a za ojca brudnego wieprza, żeby coś takiego wymyślić i zrobić…”*

Przede wszystkim w ruch miały pójść maczety, a nie kule. Poza tym noże, łopaty i kilofy oraz pozostałe narzędzia, które mogły hurtowo i skutecznie zastąpić broń palną. Nie z oszczędności lecz z wyrachowania, dla zatarcia śladów. Dominikańczycy są z natury raczej rozrzutni, poza tym Trujillo uważał, iż na wroga nie szczędzi się  amunicji. A wrogiem numer jeden byli wtedy Haitańczycy, których w końcu należało się pozbyć. I zapewne plan ich metodycznej eksterminacji na terytorium Republiki Dominikańskiej byłby zrealizowany szybciej i sprawniej, gdyby normalnie użyto karabinów, z ogniem a nie tylko z bagnetem, co zostało jasno przykazane. Chodziło bowiem o stworzenie pozorów, o zadanie, jak najwięcej ran kłutych, głębokich, śmiertelnych, za pomocą każdego dostępnego, ostrego żelastwa.

Wiadomo, że kule zostawia ten, kto strzela, a w państwie politycznego ucisku z reguły strzela wojsko, albo milicje i bojówki na usługach bezpieki. Nie mówiąc o zwykłych kryminalistach, wspieranych po cichu przez reżim, dobrze uzbrojonych i złączonych w siejące pogrom szwadrony śmierci. Gdyby więc jakiekolwiek przecieki o masowej rzezi, z udziałem zarówno regularnych oddziałów wojskowych, jak i paramilitarnych wyszyły poza Dominikanę, czego się obawiano, wywołałby to od razu międzynarodowe reakcje i pogrążyło dyktaturę w oczach świata. Toteż dla zagwarantowania sobie niejako „linii obrony” Trujillo zarządził, aby rzeź wyglądała na spontaniczny chłopski zryw, tak jakby zdesperowani dominikańscy chłopi wzięli sprawy w swoje ręce, i sami zajęli się „problemem haitańskim” na swym terenie, masakrując sprawców własnej niedoli, bez jakiejkolwiek wiedzy i przyzwolenia władz.

Wtedy Trujillo pomyślał o żniwach tak, jak się o nich myśli na Karaibach od zawsze. Pomyślał o plantacji, o trzcinie cukrowej, o pracującym tam niegdyś czarnym niewolniku, a teraz Haitańczyku, i wreszcie o narzędziu bez którego trzciny się nie zetnie, o maczecie, której Haitańczyk na co dzień używa. Potem w głowie Trujillo zrodziła się alegoryczna wizja jego własnych, krwawych żniw, nazwanych później, nie inaczej – El Corte, i tak plantacja stała się Dominikaną, trzcina cukrowa Haitańczykiem, a maczeta w końcu trafiła we właściwe dłonie…

W ciągu trzydziestu sześciu godzin od momentu wydania przez Trujillo w Dajabón rozkazu zgładzenia Haitańczyków, horror masowego zabijania ogarnął niemal cały kraj, od zachodu po jego wschodnią cześć, z Półwyspem Samaná włącznie. Przeważającą liczbę wstrząsających zbrodni popełniono jednak na obszarach przygranicznych oraz w przyległym do nich regionie El Cibao, gdzie w samym Santiago de los Caballeros, drugim co do wielkości mieście Dominikany, w bestialski sposób stracono ponad tysiąc Haitańczyków, w tym także ucinając im głowy. Dokonali tego „działający w przebraniu” rządowi gwardziści. Sfory rozpitych tanim rumem i rozjuszonych żołnierzy wpadały raptem do siedzib Haitańczyków, po czym natychmiast mordowali wszystkich, jednego po drugim, całe rodziny. Ścinano dzieci na oczach matek, żony na oczach mężów, w powietrzu nieprzerwanie świstały maczety a krew zalewała bruki, uwalniając duszący, miedziany odór śmierci.

Ale nie zawsze zabijano Haitańczyków od razu tam, gdzie zostali schwytani podczas obławy. Sugerowano im wtedy, że jeszcze pożyją, a jedyne co ich czeka, to bezwarunkowe wydalenie z Dominikany. Nieco uspokojeni tym, że jakimś cudem ominęło ich najgorsze, bez większych podejrzeń poddawali się procedurom deportacyjnym, zainicjowanym przez wojsko i straż graniczną. Okazało się to jednak ponurą fikcją, dzięki której Trujillo i jego poplecznicy mieli zyskać dodatkowe alibi. Po wykonaniu papierkowej roboty, kiedy już dominikańskie władze miały wyraźny dowód na to, że nielegalni imigranci zostali, nie inaczej jak po ludzku i w zgodzie w prawem wysłani z powrotem do Haiti, przystąpiono do dalszych kroków. Wszystkich, wcześniej spisanych Haitańczyków zabierano w odludne miejsca i pod osłoną nocy masakrowano do ostatniego. Ich ciała przewożono następnie na wybrzeże, w okolice Montecristi, a tam wrzucone do Atlantyku, miały być pochłonięte przez ławice rekinów.

Ponoć, kurz przygranicznych dróg, którymi organizowano transport w kierunku oceanu, mieszał się ze strumieniami krwi, wyciekającej z ciężarówek, wypełnionych makabryczną zawartością. Wiele z tej krwi spłynęło do pobliskiej Río Masacre, gdzie łączyła się z krwią innych Haitańczyków, zabitych tu w czasie rozpaczliwej próby ucieczki wpław. Po raz drugi w historii nurt rzeki nabrał szkarłatnej barwy a jej nazwa stała się sugestywnie wzmocnionym symbolem tragedii.

Perejil, co po hiszpańsku oznacza "pietruszka"

To słowo zabijało

Jacques Stephen Alexis pisze: „Rzucili się ku nim gwardziści i zaczęli wyrywać im z rąk narzędzia pracy – maczety. Popychani ze wszystkich stron, ludzie zbili się w ciasną gromadę. Nikt nie miał już wątpliwości: byli w pułapce. Oficer kazał wystąpić wszystkim obywatelom Dominikany. Mówił ostrym tonem. Nie było innej rady. Należało posłuchać, aby nie dawać pretekstu do wystąpień pijanej bandzie żołdaków, która poruszała się niby bestia groźna, wyjąca, z ogłupiałą gębą rozjaśnioną dzikim zadowoleniem z własnego okrucieństwa. Waląc kolbami, żołnierze oddzielili od reszty grupę Dominikańczyków, zebraną na brzegu drogi. Oficer w otoczeniu kilku żołnierzy wygłosił krótkie przemówienie. Potem kazano Dominikańczykom przedefilować; każdy przechodząc obok oficera musiał wymówić słowo: perejil…”*

To hiszpańskie słowo – perejil – czyli zwykła „pietruszka”, stało się synonimem czystki etnicznej, wyroku, jaki Trujillo wydał na Haitańczyków w październikową noc 1937 roku.

W ciągu tamtych dramatycznych dni, wielokrotnie dochodziło do sytuacji, w których rozpanoszeni wszędzie mordercy, stając oko w oko ze swą potencjalną ofiarą, osaczoną gdzieś na ulicy albo nawet w szczerym polu, nie byli w stanie od razu ocenić, czy to obywatel Haiti, czy Dominikany. Niepewność dotyczyła koloru skóry. Dominikańczycy bywają zwykle Mulatami ale i pośród Haitańczyków występuje wielu równie jasnych. Z kolei Haitańczycy bywają zwykle czarni, ale i pośród Dominikańczyków występuje wielu im podobnych.

Chwilowy dylemat gwardzisty czy najemnika z uniesioną maczetą, sprowadzał się więc, z jednej strony do ryzyka nieopatrznego zabicia rodaka, czy rodaczki, a z drugiej – do ryzyka niezabicia Haitańczyka czy Haitanki. Innymi słowy, musiała istnieć jakaś prosta i skuteczna metoda trafnej klasyfikacji przynależności narodowościowej u podejrzanych Mulatów, schwytanych między czarnymi oraz podejrzanych czarnych, schwytanych między Mulatami. Problem raczej nie istniał w trakcie pustoszenia okolic, znanych głównie ze skupisk haitańskich domostw. Wtedy bez wahania ścinano każdego, za porządkiem, bo każdy wyglądał na czarnego Haitańczyka i nikt nie myślał o czarnych Dominikańczykach, mimo, że tacy się przecież zdarzali. Poza tym druzgotano mieszane, haitańsko-dominikańskie małżeństwa, jakich także nie brakowało, choćby w zachodniej Dominikanie; ginął zatem mąż Haitańczyk, ginęła żona Haitanka, a rozpoznanych Dominikańczyków, nagle owdowiałych puszczano wolno.

Trujillo ze swymi aparatczykami przewidział zawczasu „kłopotliwą” kwestię właściwego rozróżniania, kto jest kim i szybko znalazł dla niej rozwiązanie. W dalszej kolejności wojskowi egzekutorzy otrzymali jasne pouczenie, jak mają zadziałać, kiedy zabraknie im pewności przy selekcji kandydatów do egzekucji. Co więcej, zdarzało się iż żołdacy biorący udział w łapankach, oprócz maczety nosili ze sobą… witkę pietruszki, i korzystali z niej w razie konieczności, w dość kuriozalny sposób. Otóż, siepacze Trujillo stosowali ponurą „magię”, tak zwanego szyboletu, czyli znaku rozpoznawczego, słowa-klucza, które zawiera specyficzną dla danego języka głoskę, jakiej cudzoziemiec, obcy albo wróg nie potrafi poprawnie wymówić…

Szybolet, czyli językowy test

Szybolet (z hebr. szibbōlet, „kłos”) wywodzi się z Biblii i jest o nim mowa w dwunastym rozdziale Księgi Sędziów, traktującym o wojnie między Efraimem a Gileadem, którą przegrały plemiona Efraimitów. Ci z Efraimitów, którym udało się przetrwać, próbowali podszyć się pod swych wrogów, przekroczyć rzekę Jordan i wrócić na własne terytoria. Zostali jednak zdemaskowani i zabici. Zdradził ich błąd przy wymawianiu słowa „szibbolet”.

W języku hiszpańskim, w Dominikanie, takim testem lingwistycznym – szyboletem, przeciwko haitańskim imigrantom było słowo perejil. I tutaj podobnie, pozytywny wynik testu oznaczał życie, negatywny – natychmiastową śmierć. Kiedy gwardziści Trujillo nie wiedzieli, z kim mają do czynienia, sprawdzali to w dwojaki sposób. Albo potrząsali przed oczami zatrwożonego nieszczęśnika wiechciem pietruszki i pytali ¿Qué es esto?, „Co to jest?”, albo od razu kazali mu powiedzieć „pietruszka”, ¡Di perejil!. Los człowieka w obu przypadkach zależał od tego, czy prawidłowo wymówił słowo perejil lub czy w ogóle je wymówił…

Haitańczyk, który przecież mógł hiszpańskiego nie znać nic a nic, ale jakoś pojął, że dominikańskiemu oprawcy, ściskającemu maczetę, chodzi o nazwę warzywa, nie kombinował, tylko machinalnie odpowiadał po swojemu, pewnie po kreolsku – pèsi. I został ścięty. Inny Haitańczyk, który mówił już trochę po hiszpańsku, i być może nawet wiedział, że chodzi o perejil, i tak w odpowiedzi użył kreolskiego, bo tylko na to go było stać w ogromnym stresie i panice. Został ścięty. Kolejny Haitańczyk, który rozumiał hiszpański, bo przebywał w Dominikanie od dawna, albo wcześniej mieszkał w rejonie przygranicznym po stronie Haiti i mówił po hiszpańsku równie dobrze, jak po kreolsku, bez problemu mógł więc, czy to powtórzyć – „pietruszka” – za gwardzistą , czy też dać właściwą odpowiedź, w języku, w jakim tamten zadał pytanie. I odpowiedź dał. Po czym został ścięty. Niefortunnie, w słowie perejil (wym. perehil) zgubiła go głoska „r”.

Haitańczycy, mówiąc po hiszpańsku z kreolskim akcentem, nie radzą sobie z charakterystycznym, drżącym brzmieniem tej właśnie głoski, nie potrafią jej płynnie wymówić. Spotykając w Dominikanie imigrantów z Haiti, szczególnie w Santo Domingo, i z długą praktyką na obczyźnie, nie zawsze od początku miałem pewność, że to oni. Bywało, że mylił mnie kolor ich skóry. Wystarczyło jednak, że użyli przy mnie hiszpańskiego, i to całkiem poprawnego, a nie miałem już wątpliwości. W 1937 roku Haitańczyk tracił życie, ponieważ w czujnych uszach żandarma, zamiast perejil, wybrzmiewało coś wyraźnie płaskiego, coś pomiędzy „pe-he-żil” a „pe-we-żil”. O niezwłocznym wykonaniu wyroku decydowały w zasadzie dwie pierwsze sylaby…

Tę śmiercionośną komendę żandarmów, ¡Di perejil!, czyli „Powiedz pietruszka!” warto jeszcze lingwistycznie przeanalizować. W dominikańskim wariancie języka hiszpańskiego słowo perejil mogłoby zyskać, co najmniej trzy różne brzmienia, w zależności od regionu kraju. Jeśli pytanie padło na zachód od Santiago de los Caballeros, gdzieś w Dolinie Cibao, gdzie masakry miały intensywny przebieg, ofiary mogły raczej usłyszeć ¡Di peiejil! (wym. pejehil). Występuje tu dość popularna zamiana „r” na „i”. Dlatego na przykład w Santiago słychać, poi favoi zamiast por favor („proszę”), albo mi amoi zamiast mi amor („kochanie moje”).

Jeśli potencjalnego Haitańczyka osaczono w ulicznym zaułku Santo Domingo, albo w okolicach dominikańskiej stolicy, to pewnie usłyszał ¡Di pelejil! (wym. pelehil). W tej części kraju powszechnie zamienia się „r” na „l”, i można wyłapać, że por favor brzmi, jak pol favol, a mi amor, jak mi amol. Chyba, że powie to ktoś, kto akurat odwiedził stołeczne miasto, przyjeżdżając z El Cibao…

Z kolei podczas obław w południowo-zachodniej Dominikanie, Haitańczyk byłby zmuszony powtórzyć ¡Di perejir! (wym. perehir). Tutaj „l” przechodzi w „r”, czyli odwrotnie niż w Santo Domingo…

Jacques Stephen Alexis pisze: „Porucznik rzucił nowy rozkaz, aby pobudzić do działania swoich ludzi, którzy teraz, w obliczu rzezi, stracili poprzedni ferwor. Własnoręcznie, jednym dźgnięciem sztyletu w serce, dobijał rannych, potem odwracał trupy nogą. Podkomendni wzięli przykład z dowódcy. Któryś z robotników uniósł się wsparty na boku i ryknął ile sił w płucach: – Mordercy! Mordercy! Słowa zamarły mu w gardle. Dobił go sztylet oficera. Ale już inny, jakiś rudzielec trzymający się za rozszarpany brzuch, zaczął krzyczeć: Perejil! Perejil! Perejil! Czyżby to był obywatel Dominikany? Porucznik podszedł bliżej, zamierzył się, i nieszczęśnik znieruchomiał na zawsze…”*

Nietrudno wyobrazić sobie, że tego rodzaju zróżnicowanie językowego akcentu w relatywnie niewielkim kraju, szczególnie w tamtym dniach terroru i zmasowanego napięcia, w czasie popłochu i powszechnej trwogi, mogło przełożyć się na skutki, jakie bezpośrednio i dobitnie odczuli, zarówno Haitańczycy, mordowani systematycznie, oraz Dominikańczycy, których mordowano przez pomyłkę, ale i z premedytacją, w celu zgładzenia niewygodnych świadków masakry, jakiej mogli dać potem świadectwo…

Mówi Hilarion, Haitańczyk, z powieści „Generał Słońce”: „…To, co nam zrobili złego… nie mogę ci przysiąc, że zapomnę, nie potrafiłbym chyba nigdy… Ale jeśli z życiem ujdziemy, nigdy nie pominę okazji, żeby powiedzieć, jak wiele niektórzy Dominikańczycy zrobili, aby nas ratować…”*

Perejil

Masowe mordy trwały tydzień, od 2 do 8 października 1937 roku, kiedy sam Trujillo oficjalnie nakazał je wstrzymać. Nieoficjalnie, trwały o wiele dłużej… Wtedy też porzucono maczety a załadowano karabiny, i kontynuowano czystki w sposób bardziej „wydajny”. Szacunki, co do ofiar są bardzo różne. Źródła podają, że zginęło od kilku do kilkudziesięciu tysięcy Haitańczyków…

Wielu z nich nie potrafiło wymówić perejil

Dwie młode Mulatki, Dominikanki, które spotkałem jadąc na pace terenowego wozu, i które poniekąd zainspirowały mnie do przybliżenia tu mrocznego wycinka dominikańsko-haitańskiej historii, wymawiały perejil bezbłędnie, jednocześnie otwarcie drwiąc z tego, co ponad siedemdziesiąt lat wstecz stanowiło efemeryczną granicę między życiem a śmiercią. Wygląda na to, że ta granica nadal istnieje, tyle że dzisiaj perejil nie zabija dosłownie, za to niejednokrotnie dzieli mikroświat Hispanioli na lepszych i gorszych…

 


* Cytaty pochodzą z powieści: Jacques Stephen Alexis „Generał Słońce”, w tłumaczeniu Małgorzaty Hołyńskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Czytelnik w 1958 roku.

** Sparafrazowana wypowiedź Trujillo pochodzi z: Michele Wucker „Why the cocks fight. Dominicans, Haitians and the struggle for Hispaniola”, Hill and Wang 1999.

KLĄTWA CZARNEGO PSA

Biały, jak ty, nie musi bać się czarnego psa, mówił mi stary Haitańczyk. To Czarny będzie się bał, gdy trafi na bestię po zmroku. W stolicy, czy na wsi. W dzielnicy biedoty, czy na rozstaju dróg. Albo na cmentarzu. Bo czasem jest powód, aby tam iść. I nie chodzi o pogrzeb, ani pamięć. Jeśli rozumiesz, o czym mówię. Źle się kończy spotkanie z czarnym psem. Nie prowadzi do śmierci, jakbyś pomyślał, tylko do obłędu. I to jest najgorsze. Ten obłęd. Bo czyni człowieka martwym za życia…

Próba mocy

Leniwie nastał duszny i lepki świt kolejnego dnia, czwartego roku Ery Duvaliera. Tropikalne słońce przebijało resztki zawiesistego mroku nad wybielonym, jak wysuszony piszczel Pałacem Narodowym w Port-au-Prince. François Duvalier, znany bardziej, jako Papa Doc nie zdążył zakosztować porannej kawy i zaklął. Barbarzyńsko wcześnie zadzwonił pilny telefon. Prezydent mógł wiedzieć, czego dotyczy. Ostatnio informowano go jedynie o kolejnych trupach wśród jego gwardzistów. Wściekł się z innego powodu. Chorobliwie nie znosił, gdy mu cokolwiek przerywało śniadaniowe namysły przy wybornej, haitańskiej małej czarnej. Niechętnie zatem chwycił masywną słuchawkę. Wypłynął z niej chropowaty głos, jakby zniekształcony po to, aby brzmieć złowrogo. Dlatego Duvalier nie rozpoznał go od razu.

„Uważaj Papa! To, co pijesz może być zatrute…”

Zawahał się przez chwilę, po czym rozjuszony wrzasnął do ucha rozmówcy, w którym rozpoznał swojego dawnego poplecznika.

„Barbot, twoje sztuczki są warte kozich szczyn! To ja wiem, ile jeszcze pożyjesz. Osobiście przyniesiesz mi własną głowę!”

Trudno dać wiarę, że za tym prostackim dialogiem stały persony, które przed niespełna dwoma laty deptały wspólnie krwawą ścieżkę nowej historii karaibskiego kraju. I perfekcyjnie współgrały ze sobą, jak połówki mózgu. Pechowo dla Haiti, mózg ten skrywał w swych skręconych czeluściach trzepnięty i fanatyczny umysł. Chował intelekt wynaturzonego psychopaty, jakiego wyłączną pasją jest cyzelowanie aparatu terroru, szerzenie aury grozy i totalnego osaczenia. A wszystko to w imię jednego, niezmiennego celu – podtrzymania pouvwa, władzy całkowitej. Chociaż ta zdalna próba sił trąciła tanim pokazem adeptów czarnej abrakadabry  – komunikat wydał się czytelny: ktoś tu kogoś chciał nastraszyć…

Generał i Tatko Doktorek

W deszczowym wrześniu 1957 roku wygasały nieodwołalnie czasy prosperity w haitańskiej republice. Pierwsza połowa lat pięćdziesiątych zostawiła w historii zapis szczególnie pozytywny, mimo wojskowych rządów sprawowanych przez prezydenta-generała Paula E. Magloire’a. To było niezwykłe na tle burzliwych dziejów tego kraju, niszczonego przez żywioły natury i polityczne zawieruchy. Magloire okazał się otwartym na świat, obrotnym włodarzem o usposobieniu zdecydowanie antykomunistycznym. Dzięki temu błyskawicznie udało mu zyskać przychylność Jankesów. I nie tylko urzędników z Waszyngtonu. Ale i zwykłych amerykańskich obywateli, którzy kuszeni walorami nieodległej tropikalnej wyspy, zaczęli tam masowo zjeżdżać. Dzisiaj trudno to sobie wyobrazić, lecz wówczas turystyka międzynarodowa w Haiti rozkwitała w pełni.

Przedsiębiorczy generał potrafił zarządzać państwową kasą. Nie trwonił pieniędzy. Obfite przychody, uzyskane z handlu kawą przeznaczał na modernizację miast i instytucji publicznych oraz budowę dróg. W życiu społecznym ustawiał się zawsze w centrum. Brylował na salonach. Organizował setki wystawnych rautów. Był postacią szalenie barwną i lubianą. Zwłaszcza przez obywateli majętnych. Doczekał się także efektownej okładki magazynu Time.

François Duvalier
François Duvalier
Źródło/source: www.historyanswers.co.uk

W czasie, gdy reperował republikę i uświetniał jej życie towarzyskie w stolicy, w zapadłym interiorze zbierała się opozycja. Działaniami konspiracyjnymi kierował mrukliwy, lecz bystry wiejski lekarz François Duvalier. Leczona przez niego biedota nadała mu przydomek Papa Doc. W rezultacie splotu wielu przypadków, zbiegów okoliczności, ingerencji niszczycielskich sił natury w postaci huraganu Hazel i wreszcie odwrócenia się wojskowych od urzędującego prezydenta, 22 września 1957 roku doktor przejął władzę w Republice i wprowadził się do białego Pałacu. Miał za sobą potężny elektorat – ludność wiejską, nakarmioną głównie obietnicą dokonania reformy rolnej. W rolniczym kraju powielanie takich wyborczych deklaracji musiało przynieść wymierny skutek.

Ojciec duchów śmierci

Duvalier wylansował się ponadto, jako spadkobierca dawnych niewolników; od razu poucinał przywileje Mulatów oraz elity francuskojęzycznej i pozwolił rządzić Czarnym. Zarazem, jako żarliwy orędownik kultury przodków, potrząsnął afrykańskimi korzeniami, reaktywując w kraju kult vodou. Okazało się, że ten niepozorny konował Tatko Doktorek trzymał w zanadrzu kolejne rewelacje. Ogłosił się hounganem, czyli mocarnym kapłanem vodou. Po czym, przyjął miano Barona Samedi, mitycznego przywódcy i ojca duchów śmierci. Upiora, który gęstą nocą nawiedza cmentarze, spaceruje po zapadniętych grobach i liczy swoje stado.

Baron Samedi veve
Symboliczna reprezentacja (vèvè) Barona Samedi w religii vodou.

Haitańczycy rychło uwierzyli w te proklamowane inkarnacje. Tym bardziej, że niepokojąco zaczęła wzrastać liczba obywateli zmarłych w tajemniczych okolicznościach. Niemal codziennie o brzasku odkrywano w zaułkach slumsów potwornie zmasakrowane trupy. Większość miała rany cięte, lub szarpane, żadnych postrzałowych. Nad ciałami roztaczał się mdławy odór krwi. Zatrwożeni ludzie z sąsiedztwa donosili, że w nocy, zaryglowani w domostwach, regularnie wysłuchują wściekłego ujadania psiej sfory. Taki rumor miesza zmysły, wpędza w koszmar. Tylko bestie z piekła rodem potrafią tak wyć i skowyczeć.

Ktoś z tłumu, ośmielony zbawiennym światłem dnia wyznał, że nie jest do końca pewien, ale po zmroku ukradkiem dojrzał jedno, samotne monstrum.

„Z początku myślałem, że to człowiek kuca za barakiem, aby załatwić potrzebę. Ale ten nie skończył, nie podniósł się i nie odszedł normalnie w swoją stronę, tylko jakby położył się, przeciągnął i ruszył nieludzkim pędem…”

Śniadanie bossów

Clément Barbot czuł się w prezydenckim gabinecie Duvaliera, jak u siebie. Od wielu miesięcy obaj panowie cyklicznie spotykali się w różnych dniach tygodnia, jednak zawsze dość wcześnie rano, aby omówić bieżące sprawy republiki. Kończyli lekkie tropikalne śniadanie, w asyście nieszkodliwie buczącego na suficie wiatraka.

„Tylu innowierców posłałem już w zaświaty i nadal jestem w formie, to mnie musi hartować!”

Clement Barbot
Clément Barbot
Źródło/source: www.medium.com

Barbot roześmiał się, jak hiena. Prezydent tryskał humorem. Dopił kawę, odstawił filigranową filiżankę na hebanowy stolik i podszedł do biurka. Pośród licznych papierzysk i kilku tomów spoczywały tam również dwie, lśniące giwery 11,43mm, srebrna i czarna. Duvalier dźwignął jedną z nich i trzymając bokiem przyłożył sobie do twarzy, trwając tak przez jakiś czas. Uczucie chłodnego metalu niewątpliwie sprawiło mu przyjemność.

„Nawet nie wiem, która z nich służy mi częściej. Są jak dwie kapłanki mambo, wyzwalają od złego…”

Barbot hultajsko zmrużył oczy i parsknął. Kiedy nie nosił ciemnych, połyskujących okularów, na co sobie przyzwalał jedynie w obecności szefa, jawił się nad wyraz dobrodusznie. Przypominał sympatycznego wujaszka, który przynosi dzieciakom cukierki. Na pewno nie kojarzył się wtedy z zimnym bossem służb bezpieczeństwa i karabinem maszynowym, trzymanym w prawej ręce, non stop, na sztorc. Przez dłuższy moment muskał palcem swój wąs, jakby namalowany kredką do brwi.

„Czy możemy ufać ludziom w pałacu? Z całym szacunkiem, ale kręci się tu mnóstwo podejrzanych typów…”

Ten niespodziewany wyraz troski rozbawił prezydenta.

„Jesteś przewrażliwiony, Barbot!” – zadrwił ze swego koronnego siepacza – „To, że znają moje nawyki niewiele im daje. Oni wiedzą, że ja znam ich myśli…”

Tu Papa Doc zrobił pauzę, podnosząc obfite brwi nad oprawki grubych, okularowych szkieł.

„…dlatego żyją w ciągłym strachu.”

Barbot zacisnął wargi i pokiwał głową.

„A na zewnątrz, mój drogi, mamy Macoutes. Wyuczyłeś tych chłopców, jak mają dbać o swego pana!”

To prawda, Clément Barbot wyuczył ich haniebnego zawodu do perfekcji…

Tontons Macoutes

Po uzyskaniu władzy François Duvalier nie oszczędzał krytyków i oponentów. Unicestwiał każdego adwersarza, podejrzanego o knowania dla spisku i zdrady. Nie darował tym, którzy mu podpadli, albo w jakikolwiek sposób zaszli za skórę. Bezwarunkowo zarządził godzinę policyjną. Niektórzy, co bardziej sarkastyczni obserwatorzy powiadali, że był niezmiernie łaskawym dyktatorem, bo swoim ofiarom podsuwał do wyboru aż trzy opcje: wygnanie, więzienie lub śmierć. Wiadomo jednak, że przeważnie pomagał wybrać tę ostatnią.

Dyktator od samego początku kalkulował zapobiegawczo. Najpierw zrobił porządek w koszarach. Obawiał się, że wojskowi lubiący decydować, co ma się w kraju dziać, będą próbowali ustawić go w roli prezydenta-marionetki. Nie mógł do tego dopuścić. Za przeczuciem poszło działanie i Duvalier błyskawicznie zneutralizował regularną armię a w jej miejsce powołał własne siły zbrojne. Wkrótce bezwzględnie mu oddana milicja złożona z bezdusznych kilerów, zwanych Tontons Macoutes zaczęła terroryzować kraj. Wtedy Haiti opadło na samo dno piekła.

Tonton macoute
Tonton Macoute
Źródło/source: Wikipedia

Misję stworzenia Tontons Macoutes, jako skutecznego narzędzia wsparcia reżymu Duvalier powierzył właśnie Clémenowi Barbot. Zadbano o wiele detali. Na przykład, swoją nazwę ta odrażająca formacja zawdzięczała postaciom z haitańskiego folkloru, którymi starszy się krnąbrne dzieciaki: przyjdzie babok i cię zabierze. Dorośli także bali się tych straszydeł. W kraju, gdzie nie brakuje analfabetów, gdzie dominują przesądy i zabobony, gdzie granica między jawą a snem ledwo istnieje, odniosło to natychmiastowy i niezwykły skutek.

Początkowo rekrutacja odbywała się w slumsach w Port-au-Prince a zwerbowanym tzw. Wolontariuszom ds. Bezpieczeństwa Narodowego proponowano na starcie przewrotny system motywacyjny. Nie otrzymywali tradycyjnej wypłaty albo żołdu lecz nieograniczoną „licencję na zabijanie”. Wszystkie zabójstwa i pozostałe akty przemocy wykonane w obowiązku ochrony dobrego imienia prezydenta oraz jego władzy z marszu znajdowały usprawiedliwienie. Natomiast to, co adepci śmierci złupili swym ofiarom, zatrzymywali dla siebie. System funkcjonował bez zarzutu. Gdziekolwiek się panoszyli, od razu rozpoznawano ich aparycję po typowych niebieskich uniformach, czerwonych przepaskach na ramieniu a szczególnie po niosących złą wróżbę, błyszczących maczetach. Poza tym, przeważnie nosili ciemne okulary, co wśród zaszczutej i uprzedzonej gawiedzi czyniło skrajnie mroczne interpretacje.

Sprawując swą bandycka profesję z chorym oddaniem, pieczołowicie mordowali i torturowali niepokornych redaktorów, niewygodnych polityków, chytrych biznesmenów oraz każdego dysydenta i wywrotowca, jaki pluł na nowe Haiti. Ogromny popłoch Tontons siali w interiorze. Byli na tyle zorganizowani, że docierali praktycznie wszędzie, do najbardziej zapadłych rejonów kraju. Haitańskich wieśniaków ogarniała odnawiająca się psychoza strachu, gdy po lokalnym marché, gdzie handlowano, czym się dało, snuły się parami reżymowe zbiry, szukając zaczepki. I przeważnie znajdowali. Zmaltretowane ciała ofiar mieli w zwyczaju wywieszać na drzewach, albo w inny sposób wystawiać na widok publiczny, ku przestrodze. Biedni ludzie, świadkowie zdarzeń, zapewne chcieli wtedy wierzyć, że mają do czynienia jedynie ze zjawami…

Tontons Macoutes
Tontons Macoutes
Źródło/source: www.latinamericanstudies.org
Śpiączka dyktatora

W 1959 roku satrapę Duvaliera dopadł zawał serca. Uniknął śmierci (w końcu był jej panem!), ale wymagał intensywnej terapii i rekonwalescencji. Pozostał więc w szpitalu, aby swoje odleżeć. Nocami skarżył się na straszliwy hałas, docierający spod okna. Wprawiał tym gotowych na wszystko pielęgniarzy w szczere osłupienie. Nikt poza nim nie słyszał tam przeciągłego wycia i skamlenia. Innym razem nerwowo podpytywał, co zdarzyło się w mieście, że tyle psów ujada, jakby się zmówiły. Znowu powodował tym zdziwienie wśród opiekującego się nim szpitalnego personelu.

Tymczasem, w fotelu zarządcy Republiki zastąpił go, od zawsze osobisty ochroniarz, wierny i zaufany Clément Barbot. I okazało się, że radził sobie z tym zadaniem wyjątkowo dobrze. Co mu zaszkodziło. Kiedy wykurowany Duvalier wrócił ze szpitala zaatakował swego zmiennika, pijąc do jego przerośniętych ambicji. Nabrał podejrzeń, że sprawowanie władzy uderzyło tamtemu głowy; że na pewno zdążył wykombinować, co tu zrobić, aby się w Pałacu urządzić na stałe. Nie pierwszy to przypadek budzącej się raptownie, chorobliwej nieufności, przypisywanej (karaibskim) tyranom. Doszła jeszcze sprawa rzekomych przekrętów z brudną forsą. Duvlier uroił sobie, że Barbot romansując z władzą absolutną zdążył się porządnie nachapać, zanim cokolwiek wrzucił do państwowej kasy. A to miało oznaczać, że bezczelnie ograbił własnego prezydenta.

Sfrustrowany despota, nie mogąc wybaczyć mu samolubstwa, z dnia na dzień skreślił w akcie cholerycznego szału ich wspólną i harmonijną przeszłość. Niewielu pojmowało tę drastyczną odmianę z zachowaniu swego szefa. Tłumaczono ją szpitalnym odosobnieniem i przymusową bezwładnością, jakie wpływają przeważnie zabójczo na człowieka czynu. Według jednej, mocno rozpowszechnionej wersji, niespotykane zakłócenia jego osobowości mogły mieć podłoże farmakologiczne. Duvalier, wyuczony lekarz, który w dorosłym życiu stał się diabetykiem, podobno na krótko przed zawałem zażył nieodpowiednią dawkę insuliny. Przedawkowanie panaceum spowodowało, że zapadł w śpiączkę na prawie dziesięć godzin. Przypuszczenia co do trwałych, neurologicznych uszkodzeń z powodu wydłużonego stanu nieprzytomności nabierały sensu.

Przemiana Barbota

Zdezorientowany Clément Barbot przeżywał dojmujące chwile prominentnej figury, która popadła w niełaskę w absurdalnych okolicznościach. Kiedy wyczuł, że gęstniejąca wokół niego atmosfera osaczenia robi się nie do zniesienia, zdesperowany dał temu jednoznaczny wyraz.

„Staremu odpierdoliło do reszty!”

Zanim ten kategoryczny sąd zdążył wybrzmieć w prezydenckim otoczeniu, Barbot siedział już za kratkami, wpakowany tam przez swoich Macoutes. W Fort-Dimanche, ponurym i zalatującym miedzią mamrze, nazywanym lochami śmierci spędza prawie półtora roku. To wystarcza, aby uczniowi zapatrzonemu niegdyś w swego mistrza zakiełkowała w głowie możliwość wykończenia go. Więzienni klawisze zaświadczyli później, że w czasie odsiadki regularnie odprawiał podejrzane obrzędy. Dlatego rzadko i z odrazą podchodzili do jego celi. Strach łapał ich za nogi, gdy po korytarzu krążyło echo gorliwie powtarzanych, tajemniczych mantr. Folgowali mu. Nie mieli wyjścia. Bywało, że ktoś przemycał mu świeże kości…

Po odzyskaniu swobody, rozpalony mściciel, zabiera się za spiskowanie przeciwko Duvalierowi. Robi zatem dokładnie to, co wcześniej haitański dyktator sobie tylko ubzdurał. Teraz jednak Barbot zyskał faktyczną motywację. Energicznie zebrał ludzi, przekonując do siebie wielu rasowych zbirów, których zresztą sam kiedyś wyszkolił i otwarcie nawoływał do zamachu stanu. Mówiło się, że dla Haitańczyków, porażonych wirującą spiralą przemocy, alternatywa Duvalier, czy Barbot była jak wybór między skorpionem i tarantulą.

Na ulicach Port-au-Prince trup kładł się gęsto. W sprytnie spreparowanych zasadzkach ginęli, jeden po drugim ochroniarze prezydenta i członkowie tajnej policji. Do typowych krwawych jatek, ale i serii niewytłumaczalnych wypadków dochodziło w slumsach haitańskiej stolicy.

Kiedy Papa Doc wydawał rozkazy, aby pacyfikować te rewiry i tępić wywrotową zarazę, jego ludzie wracali stamtąd w opłakanym stanie, zdziesiątkowani i z obłędem w oczach, jakby zagrano im złymi czarami na psychice. Zdradzało ich potem dziwne zachowanie. Snuli się o zmierzchu po ulicach zawieszeni w próżni, bez celu i świadomości, jak pospolite łachudry, sponiewierane tanim rumem. Działając na takim spowolnieniu nie wydawali się szczególnie szkodliwi. Większą panikę siali wśród ludzi obojętnością i tępym wyrazem twarzy, oraz ciągłym, irracjonalnym mamrotaniem.

W języku kreolskim występuje odpowiednie słowo, określające taki stan człowieka. Zonbi. Ponadto po Haiti krąży do dziś porzekadło: Jeśli zonbi cię zna, to cię nie przestraszy. Rosnące w liczbę bojówki Barbota na pewno wykorzystały tę mądrość ludową do własnych celów…

Decydujące starcie

Clément Barbot pozostawał póki co nieuchwytny. Gdziekolwiek się ukrywał, wydawał zdalne rozkazy, które perfekcyjnie wykonywano. Fala zbrodni metodycznie podchodziła pod gabinet François Duvaliera. Któregoś wczesnego poranka Barbot nie wytrzymał. Uwiedziony wizją rychłego sukcesu, chwycił za telefon, wykręcił numer do Palais National i strasząc prezydenta otruciem, dał mu wyraźnie do zrozumienia, że wkrótce straci kontrolę nad swym życiem. Rozwścieczony Papa Doc nie pozostał mu dłużny. I również ze swej strony nadał posłańca śmierci.

Podobno, w czasie tamtej telefonicznej konfrontacji Duvalier mógł co najwyżej blefować. W Haiti od dawna chodziły już słuchy, że mentora Tontons Macoutes nie sposób zabić w normalny sposób. Wedle sensacji, przekazywanych z ust do ust, dysponował on niepojętą mocą złego kapłana, czarownika – bokora i posiadł diabelskie zdolności, pozwalające mu zmienić się w czarnego psa wielkości kozy, pędzącego z nieziemską szybkością. To mogło wyjaśnić niezbite dotąd szczęście Barbota w otwartych starciach z łowcami jego głowy.

Zatrwożony Duvalier musiał w końcu ulec przewijanym wokół niego przesądom. W akcie desperacji zarządził kuriozalne działania prewencyjne. Wydał służbom bezpieczeństwa jeden-jedyny, prosty rozkaz:

„Macie zabić wszystkie czarne psy w Haiti!”

Perro semihundido,
Fragment obrazu „Pies”, Francisco de Goya
Źródło/source: Wikipedia

Służby wyruszyły posłusznie w kraj i przystąpiły do masowego odstrzału, dając tym samym bezsilnemu prezydentowi nadzieję, że któryś z czarcich pomiotów wreszcie okaże się wcieleniem Barbota.

Ufność Papy Doca w skuteczność egzekucji przeprowadzonych na biednych czworonogach okazała się próżna. Clément Barbot zdołał przeżyć. Widocznie w samą porę udało mu się wrócić z psiej skóry do ludzkiej… Ale na tym zakończyła się jego dobra passa. Jednak, śmierć była mu pisana, tak czy inaczej. I to śmierć za życia Duvaliera.

Gdyby nie zdemaskowana w ostatniej chwili decydująca próba przeprowadzenia zamachu, stary Tonton miałby spore szanse, aby ukatrupić prezydenta, dopełniając zemsty. Był blisko. Ale ktoś go wydał, nie wytrzymawszy napięcia rewolty. I to Barbot wyzionął ducha, zaskoczony w swej kryjówce na plantacji trzciny cukrowej i podziurawiony kulami prezydenckich siepaczy.

Mimo, że zdjęcia jego zwłok zostały natychmiast rozesłane do gazet, wielu Haitańczyków nie uwierzyło, że naprawdę umarł. Powiadano później, że wszystkie czarne psy w Republice, które cudem uniknęły odstrzału, stały się bierne, nieufne i unikały ludzi. Widziano je, błąkające się z podkulonymi ogonami, jakby się czegoś bały…

dominikana17

-KONIEC-

Wpuszczeni w kanał

Okej, w porządku. Mnóstwo tam turystów. Czasem tłumy. Każdego dnia. Z różnych krajów, różnych ras; Amerykanie, Azjaci, także Polacy. Każdy ze sprzętem do filmowania, fotografowania; przegląd nowinek technicznych, albo eksponatów muzealnych. Tam klasyczna Leica, tu kamera Sony wielkości dużego palca u stopy, przeważnie w użyciu smartphone. Co „fotoreporter”, to bardziej oddany sprawie dokumentowania; z jęzorem na wierzchu, z rozdziawioną gębą, w emocjach, albo zatracony w szaleństwie selfie. Byle uchwycić, jak najwięcej wszystkim co jest pod ręką.

Ale kanał!

Ludziska przyjeżdżają tam hotelowymi busami, żółtymi taksówkami, albo transportem publicznym, a konkretnie linią Albrook – Miraflores za ćwierć dolara. Bywają tacy, którym pasuje przyjść pieszo. Potem płacą piętnaście dolarów za wejście, wjeżdżają na taras widokowy i gapią się w stalowe bestie przeciskające się przez śluzy tego sławetnego Kanału Panamskiego; śluzy wypełnione milionami litrów wody w kolorze cappuccino, działające z precyzją zegarka szwajcarskiego od przeszło stu lat.

Kanał Panamski, tłumy odwiedzających.
Kanał… mediów społecznościowych.

Niektórym braknie szczęścia. Tacy wyjdą rozczarowani, gdyż niczego nie zobaczyli; żadnej małej, dużej, czy wielgachnej łajby; płynącej może z Singapuru, Hongkongu, może z San Francisco. Wiadomo, byłoby lepiej, gdyby tej masy gapiów tam nie było; gdyby jeden o drugiego nie ocierał się co i rusz, gdyby jeden drugiemu nie pakował się w kadr, z łepetyną, z rękami, ze wszystkim, psując zdjęcie za zdjęciem. Było by przyjemnie stanąć na tym tarasie w kameralnym gronie, bez ścisku, bez rejwachu i popatrzeć w spokoju na prawie trzystu metrowe kontenerowce, niemal muskające swymi burtami brzegi śluz; na te łajby rozmaitych flot handlowych załadowane po brzegi tysiącami kolorowych kontenerów, co przywodzi na myśl, jakieś gigantyczne klocki lego.

Byłoby idealnie, gdyby te tłumy nagle zniknęły, albo choć na chwilę stanęły w bezruchu, „na pauzie”, jak w „Matrixie”. Ale jest inaczej.

Mimo wszystko warto wybrać się do śluz Miraflores, zacisnąć zęby, rozepchać się trochę łokciami, znaleźć swoje miejsce „na widowni”. I popatrzeć, jak działa to cudo inżynierii śródlądowej, ta duma kraju leżącego na styku obu Ameryk, ten fascynujący Canal de Panamá. To zawsze niesamowite wrażenie, kiedy megatonowy statek jest podnoszony na oczach człowieka, jak gumowa kaczuszka w wannie.

Działa śluzy Miraflores, Kanał Panamski, Panama.
Statek „Nord Mumbai”, pływający pod banderą Singapuru, wpływa do pierwszej komory śluzy Miraflores. Za sobą zostawił Zatokę Panamską i Puente de las Américas, czyli „Most Ameryk”. Poziom wody podnosi się. Po wyrównaniu poziomów między komorami 1 i 2, otwierają się skrzydła wrót. „Nord Mumbai” przepływa do drugiej komory. Wrota za nim zamykają się. Podnosi się poziom wody w komorze 2. Po tych operacjach statek znajduje się 16,5 metra wyżej n.p.m. Teraz pokona małe jezioro Miraflores i dotrze do jednokomorowej śluzy Pedro Miguel, gdzie zostanie podniesiony o kolejne 9,5 metra n.p.m. Razem daje to 26 m.n.p.m, co jest maksymalną wysokością, na jaką są podnoszone statki w śluzach Kanału Panamskiego. Na tej wysokości znajduje się sztuczne jezioro Gatún, stanowiące główny odcinek Kanału na długości prawie 33 km. Całkowita długość kanału to 80 km.
Francuski łącznik… dwóch oceanów

Przesmyk Panamski, czyli najwęższy pas lądu łączący Amerykę Północną z Południową czekał od wieków, aby przecięto go kanałem wodnym. Było mu to pisane. Już autochtoni przed Kolumbem kombinowali, jak go wykorzystać do przerzutu ludzi i dóbr między jedną wielką wodą a drugą, czyli obecnie między Zatoką Panamską a Morzem Karaibskim, tj. z grubsza, między Pacyfikiem a Atlantykiem. Potem, kiedy hiszpańscy konkwistadorzy rozpanoszyli się w Nowym Świecie, chcieli aby ich statki wyładowane zrabowanym prekolumbijskim złotem pływały na skróty, szczególnie z Peru do Hiszpanii.

Skończyło się na koncypowaniu, badaniu gruntu (dosłownie i w przenośni), oraz dywagacjach na temat szans i zagrożeń, jakie stwarza posiadanie takiego strategicznego wynalazku. W epoce kolonialnej, kiedy na oceanach, czy nowych lądach ścierały się różne europejskie mocarstwa miało to znaczenie. Jedni bali się, ze drudzy przejmą ich osiągnięcia za pomocą muszkietów i armat. W rezultacie, na przestrzeni stuleci ambitnego projektu nie wdrożono. Głównie z powodów politycznych i zapewne z braku technologii, która mogłaby podołać inżynieryjnym wyzwaniom.

Koncepcję budowy kanału odgrzebano dopiero z nadejściem XIX wieku, kiedy niejaki Alexander von Humboldt, światowej sławy badacz zasugerował, że ma to sens. Za robotę zabierano się bez skutku przez kolejnych kilkadziesiąt lat. Wreszcie znalazł się człowiek z głową na karku, świadomy postępu technologicznego i potrafiący gadać do rzeczy z ludźmi, którzy ściskają grubą forsę. Ponadto miał doświadczenie w kopaniu kanałów. Był nim Francuz Ferdinand de Lesseps, ojciec-budowniczy Kanału Sueskiego. Chciał kolejnego „ojcostwa”, kolejnego sukcesu, tym razem na innym kontynencie. Myślał, że skoro udało mu się przekopać Egipt na poziomie morza bez użycia śluz wodnych, powtórzy ten manewr w Przesmyku Panamskim. Przeliczył się. Kluczowe założenia projektu okazały się błędne, co potem katastrofalnie wpłynęło na rozwój wypadków.

Kanał Panamski, Śluza Miraflores
Zatrzaśnięte wrota śluzy Miraflores między 1 a 2 drugą komorą. Ich charakterystyczny kształt litery „V”, przypominający dziób kadłuba statku, redukuje napór wody. Do wypełnienia komory śluzy, które następuje w ciągu 8 minut, potrzebna 100 milionów litrów wody. Średnio na transfer pojedynczej jednostki zużywanych jest 196 milionów litrów wody.
Statek Kinfisher, Kanał Panamski
Kiedy statek znajdzie się w komorze śluzy, jego tranzyt jest kontrolowany za pomocą elektrycznych lokomotyw zwanych „mułami” (hiszp. mulas). Poruszają się one po szynach na szczytach bocznych ścian komór. Ułatwiają one m.in skuteczne hamowanie statków. W przypadku największych jednostek po obu stronach dziobu wspomaganie zapewniają 2 „muły” i po obu stronach rufy 2 „muły. Łącznie 8 „mułów”.
Muły (mulas), czyli elektryczne lokomotywy koordynujące tranzyt statków w Kanale Panamskim.
Działanie „mułów” musi być niezwykle precyzyjne, gdyż odległość burty największych statków od ściany śluzy z każdej strony wynosi nieco ponad pół metra.

Zawczasu próbowano przekonać Lesspes’a, żeby zrewidował swój pierwotny zamysł. Jednym z oponentów był inżynier Gustave Eiffel. Sugerowano, że topografia Panamy wymaga całkiem odmiennego podejścia i aplikowanie tam „formuły sueskiej” nie przyniesie pozytywnych efektów. Niesłychane, jakim ignorantem pozostał w tej kwestii Lesseps. W każdym razie, nie ugiął się. Zresztą, cieszył się powszechną estymą, miał siłę przebicia i dar zjednywania mocodawców, zarówno polityków, jak i biznesmenów-przemysłowców, którzy mogli zainwestować w interes.

Najpierw idea potem afera

Założono spółkę Compagnie universelle du canal interocéanique de Panama, wyemitowano akcje, zebrano milionowe fundusze we frankach i przystąpiono do dzieła w 1880 roku. Wtedy zabójczy klimat panamskiego interioru dał o sobie znać. Epidemie malarii i żółtej febry dziesiątkowały robotników. Wielu trafiło na leżącą w Zatoce Panamskiej wyspę Taboga, gdzie działał szpital chorób tropikalnych. Wśród nich był malarz Paul Gauguin, który parę lat później na drugim krańcu świata namaluje polinezyjskie obrazy w oszałamiających kolorach.

Nieprzystępny teren budowy pochłaniał ogromne środki, znacznie większe, niż wcześniej szacowano. Zużyto monstrualne ilości dynamitu; skalista gleba i wysoka wilgotność powietrza rujnowały maszynerię. Prace obsuwały się dramatycznie. Wkrótce odkryto, że budowa nie zamknie się w kosztach obiecywanych przez Lesspes’a. Kiedy te rewelacje trafiły do opinii publicznej akcje spółki poleciały na łeb, na szyję. Aby ratować przedsięwzięcie od strony, zarówno wizerunkowej, jak i przede wszystkim finansowej wymyślono szereg intryg za przyzwoleniem wyższych instancji. Zaangażowani w to byli dziennikarze, politycy, ponoć także członkowie francuskiego parlamentu. Wszystkich obdarowano łapówkami.

Połączone siły miały jeden cel. Za wszelką cenę zatrzymać starych inwestorów oraz pozyskać nowych. To znaczy, wyciągnąć od nich tyle szmalu, ile się da. Korupcyjna spirala podkręciła działania, które chytrze doprowadziły do tego, że pieniądze na kontynuację „panamskiego marzenia” Lesspes’a wyłożyli zwykli zjadacze chleba, drobni ciułacze. Omamionych było setki tysięcy. Nierzadko zainwestowali w niepewną przyszłość oszczędności swojego życia. Niestety, ich wsparcie finansowe nie uratowało budowy kanału. Compagnie Lesspes’a zbankrutowała w 1889 roku powodując kolosalne straty wszystkich swoich akcjonariuszy. „Niedzielni spekulanci” zostali, nie przymierzając, wpuszczeni w kanał. Zdarzenie to przeszło do historii, jako „afera panamska”.

Jankesi mają Kanał

Francuzi nie dawali za wygraną, przynajmniej przez jakiś czas. Zarządzanie tym, co zostało ze spółki Lesspes’a przejął w swoje ręce naczelny inżynier prac budowlanych w Panamie, niejaki Philippe-Jean Bunau-Varilla. Zależało mu na tym, aby przy konstrukcji kanału użyto śluz, których nie brał pod uwagę jego poprzednik. Jednak, „z pustego i Salomon nie naleje”. Podstawowym problemem wciąż pozostawały pieniądze. Bunau-Varilla ich nie posiadał. Dlatego zwrócił się o pomoc finansową do rządu Stanów Zjednoczonych.

W międzyczasie, tj. 3 listopada 1903 roku Panama ogłosiła niepodległość, odrywając się od Kolumbii. Bunau-Varilla został przedstawicielem pełnomocnym nowego państwa. Dwa tygodnie później spotkał się wraz z ówczesnym sekretarzem stanu USA Johnem Miltonem Hayem. Podpisali umowę, która przyznała Jankesom obszar nazwany potem Strefą Kanału Panamskiego. Jeszcze nie wybrzmiały salwy radości Panamczyków z powodu usamodzielnienia a już USA zyskały wieczyste prawo do budowy, a następnie eksploatacji i ochrony kanału oraz administrowania nim.

W 1904 roku wznowiono prace konstrukcyjne wedle projektu ze śluzami. Dziesięć lat później, 15 sierpnia 1914 roku, otwarto z pompą Kanał Panamski. Pierwszym statkiem, który przepłynął tamtędy oficjalnie był amerykański parowiec „Ancón”, który przejął nazwę od wzgórza Cerro Ancón, nad którym powiewa dzisiaj panamska bandera, ponoć o rozmiarach boiska do koszykówki…

Śluza Miraflores, w tle śluza Cocolí, Kanał Panamski
W 2016 roku, po dziewięciu latach budowy, oddano do użytku dwa nowe komplety śluz: po stronie Pacyfiku – Cocolí (na zdjęciu, w tle, korzystający ze tej śluzy wycieczkowiec), po stronie Morza Karaibskiego (Atlantyku) – Agua Clara. Tym samym, dotychczasowy Kanał został poszerzony i pogłębiony. Pozwala to na obsługę jednostek o szerokości do 49 m i długości do 366 metrów, tworzących standard zwany Neo Panamax. Dotąd standardem, dla śluz Miraflores, Pedro Miguel (Pacyfik) i Gatún (Alantyk) były jednostki zwane Panamax o długości do 289,56 m i szerokości do 32,31 m.
Statek opuszcza śluzy Miraflores w Kanale Panamskim.
Statek „Glorious Fuji”, pływający pod banderą panamską, opuszcza śluzy Miraflores. Pokona niewielkie jezioro Miraflores i potem wpłynie do śluzy Pedro Miguel widocznej w tle.

Na koniec błyskawiczna przeprawa Kanałem Panamskim, od Pacyfiku do Atlantyku… Doskonale widać tutaj, jak działają kolejne śluzy; najpierw Miraflores, potem Pedro Miguel i na końcu Gatún.

Kolumb wnukiem Jagiełły?

O tym, że w żyłach Kolumba mogła płynąć krew polskiego króla było już głośno z półtora roku temu. Wtedy krajowy Newsweek wydrukował wywiad z pewnym Portugalczykiem, który poświęcił się prostowaniu Wielkiej Historii i rezultaty tego prostowania zawarł w nielichej książce wydanej po hiszpańsku. Od niedawna można ją czytać również w Polsce. Nosi tytuł „Kolumb. Historia nieznana”. Przewodnie tezy tego dzieła rozeszły się wcześniej po świecie na fali sensacji. Chodzi o rzecz dużego kalibru. Autor, samorodny historyk z drygiem detektywa – Portugalczyk Manuel da Silva Rosa – z premedytacją wziął i gwałtu dokonał na życiorysie Krzysztofa Kolumba! Przecież życiorysie wykutym przez ludzkość na blachę!

Chodzi o tego samego Kolumba żeglarza, o którym ze szkoły wiemy, że urodził się w Genui, pośród plebejuszy, jako syn tkacza, że miał łeb do nauk wszelakich i języki obce chwytał w lot, że statkami śmigał, jakby do tego stworzony. Chodzi o tego upartego Kolumba z wizją przyszłego odkrywcy, któremu najpierw portugalski król Jan II wsparcia odmówił a potem mu przez lat siedem włodarze Kastylii, Leónu i Aragonii odmawiali, aż pojawił się pewien Żyd z kapitałem venture. I wreszcie chodzi o tego Kolumba u kresu swych sił w zwarciu z rozplenioną ignorancją, który jednak dopiął swego i wymęczył sponsoring upragnionej ekspedycji u tej opornej hiszpańskiej wierchuszki, po czym w 1492 roku wypłynął z Hiszpanii, wyprowadził w pole niesubordynowaną załogę, przepłynął zdradliwy Atlantyk, ujrzał za nim bujne wyspy ze skąpo odzianymi autochtonami o ładnej karnacji i wbił sobie do głowy, że oto szczęśliwie trafił do Indii.

Takiej, mniej więcej, wersji dziejów Kolumba trzymamy się od ponad pięciuset lat. Poza tym wiemy, co stało się potem ze rdzenną ludnością Hispanioli. W lat zaledwie piętnaście od zaczątków konkwisty ludność ta przestała istnieć. Manuela Rosę nie interesują raporty z tego, co zaszło w Nowym Świecie po przybyciu doń „brudasów” ze Świata Starego. Interesuje go tylko odpowiedź na pytania: kim faktycznie był i skąd pochodził Krzysztof Kolumb? O tym traktuje jego przełomowa książka. Oficjalnie utrwalonej biografii odkrywcy Ameryki, Rosa nie uznaje od jakichś dwudziestu lat. Za to wyraźnie sugeruje, że powinniśmy brać się od nowa do nauki historii!

Przeczytałem wywody Rosy od dechy do dechy, czasem ledwo przy tym wyrabiając, bo książka (mimo, że z hiszpańskiego zrozumiale przełożona) miejscami potrafi człowieka niepomiernie zamulić kaskadami nazwisk, zwałowiskiem przydomków i rodzinnych koligacji, niemniej włożywszy tęgi wysiłek, ukończyłem ją z jako takim sukcesem i uważam, że można się było dla porządku wiedzy przemordować. Jednocześnie jestem zdania, że powinien to przeredagować ktoś pokroju Normana Davisa, mając za plecami jakiegoś Wołoszańskiego oraz jakiegoś Sapkowskiego.

Tak czy inaczej, radykalna rewizja curriculum vitae takiego VIPa, jak Kolumb wymaga od rewizjonisty tony tupetu, tony determinacji i zarazem natury nieszkodliwego szaleńca. Wspomniany Manuel Rosa nie ma powodów by narzekać na braki w powyższej materii. Lata przetrząsania archiwów, badania stosów manuskryptów i odkurzania zapomnianych ksiąg w różnych lokalizacjach powiązanych z bytowaniem Kolumba, zaowocowały zaskakującym materiałem, który zdążył wywołać żywe dyskusje, zarówno w środowiskach akademickich, jak i wśród laików, włączając entuzjastów spiskowych teorii. Jedną z takich teorii Manuel Rosa dedykuje szczególnie Polakom…

Otóż, Kolumb to wcale nie Kolumb tylko Henryk, a z imienia nie Krzysztof a Zygmunt. Dalej, Zygmunt Henryk to syn Henryka Niemca, który z dalekiej Ziemi Świętej przybył do Portugalii i zamieszkał na wyspie Maderze. Dalej, Henryk Niemiec to… Władysław III Warneńczyk, syn Władysława II Jagiełły, tego samego, który stłukł Krzyżaków pod Grunwaldem w 1410. Dalej, król Władysław syn nie wyzionął ducha pod Warną w 1444 roku, jak podają kroniki historyczne! Bił się tam z Turkami, to prawda, bitwę sromotnie przegrał lecz wbrew temu, co powszechnie wiadomo – zabić się nie dał! A jego odcięta głowa nie skończyła w garnku z miodem, jako wojenne trofeum tureckiego sułtana.

Warneńczyk cudem przeżył, pośród setek rozpapranych trupów doznał olśnienia i zaraz cichaczem ruszył do Ziemi Świętej w celach, podobno, pokutnych. Dalej, jak już wiemy przyjęła go Portugalia. Tam się dobrze orientowali (ci, którzy mogli się orientować), z jaką szychą mają do czynienia. Oraz, że ta szycha życzy sobie pozostać incognito. Dalej, Henryk Niemiec wżenił się skutecznie w szlachecką portugalską familię, jako że sam był świetną partią i druga strona nie wykazywała oporów. Dalej, którejś parnej nocy chuć Henryka zapukała w łono jego małżonki i królewskie nasienie poczęło kiełkować. Żona w regulaminowym czasie powiła mu syna Zygmunta Henryka, który miał szczęście dorastać w dostatku, blisko ludzi władzy.

Najistotniejsze w barwnej karierze Zygmunta było to, że… od roku 1492 regularnie kursował na pełnych żaglach w rejony dzisiejszych Karaibów pod operacyjnym pseudonimem – Krzysztof Kolumb. Do Wielkiej Historii, jako domniemany odkrywca Nowego Świata, wszedł dokładnie osiemdziesiąt dwa lata po tym, jak jego dziadek Władek z klasą przyjął „dwa nagie miecze” i zaraz potem sprawił, że pewien krzyżacki CEO nie doczekał emerytury…

Władysław II Jagiełło, jak wiemy, spoczywa na Wawelu. Wie o tym również Manuel Rosa… Dlatego trzeba na niego uważać! Człowiek z taką idée fixe może iść po trupach, byle dowieść swej racji. Nie wiadomo, kiedy jego tupet, determinacja i szaleństwo sprawią, że najzwyczajniej sięgnie DNA…

[„Kolumb. Historia nieznana”, Manuel Rosa, wyd. Rebis 2012]

Robinson Crusoe tu lądował!

Pierwszy raz czytałem „Przypadki Robinsona Crusoe”, jako dzieciak. Przypadkiem. Leżałem wtedy w łóżku pod wielką, jak góra pierzyną i wypacałem resztki choroby. Książka wydawała mi się wtedy horrendalnie gruba. W dodatku, pisana drobnym makiem. Czułem, że może mnie wykończyć. Wziąłem do czytania coś innego. Nie pamiętam co to było, lecz musiało mnie znudzić, bo wróciłem do Robinsona. Byl mi pisany, nomen omen. Ugryzłem tę powieść, odleciałem. Gorączka, jaka zdążyła już zelżeć, zaraz wróciła ze zdwojoną siłą, za sprawą nowej lektury.

Zapamiętałem wówczas dwie rzeczy, i właściwie zapamiętałem jedynie to, co leży w tej fabule na samym wierzchu: oszałamiającą tropikalną przyrodę bezludnej wyspy i człowieka, którą potrafił tę przyrodę nieźle urobić. Później oczywiście w szkole – rozkładaliśmy Robinsona Crusoe na czynniki pierwsze. I wówczas docierały do mnie dalsze znaczenia: o charakterze poznawczym, estetycznym czy innym. Jednak tym, co najtrwalej osiadło we mnie od tamtego porywającego czytelniczego seansu był przede wszystkim obraz wyspy, tamtej „wyspy Robinsona”.

Pod koniec 2008 roku na jednej z wysp należących do Chile – po 300 latach – odszukano ślady ludzkiej aktywności, które na początku XVIII wieku zostawił Alexander Selkirk. Ostatecznie zatem potwierdzone zostało, że ten szkocki żeglarz i awanturnik, który w efekcie samotnego pobytu na wyspie prawie zdziczał pośród kóz i jak donosili świadkowie bełkotał później nieskładnym angielskim, że ten buntownik i szaleniec, który cztery lata wcześniej sam kazał się tam wysadzić, zabierając ze sobą jedynie strzelbę, nóż, trochę tabaki i Biblię – rzeczywiście całkiem nieźle sobie radził w kwestiach survivalowych. To już wiemy jakby na pewno.

Historia Selkirka błyskawicznie trafiła do gawiedzi jeszcze za jego czasów. Musiał ją równie szybko usłyszeć sam Daniel Defoe. Nie wiadomo, czy panowie się kiedykolwiek spotkali ale przeżycia szkockiego rozbitka prawdopodobnie zainspirowały angielskiego literata do napisania Robinsona Crusoe, powieści z 1719 roku, która zapoczątkowała trwającą nieprzerwanie do dziś – robinsonadę.

Generalnie świat około literacki zgadza się co do tego, że pierwowzorem Robinsona był Selkirk. Sam Defoe wykorzystał z opowieści Szkota praktycznie tylko jej zarys a środek wypełnił obficie już własnym kreacyjnym duchem. Jeden z ówczesnych mu kolegów po piórze, zauważył że w Crusoe było tyle z Selkirka ile w szekspirowskim Makbecie czy Hamlecie było szkockich i duńskich kronik albo w Romeo i Julii – dawnych włoskich ballad. W tamtych czasach zapewne wielu marynarzy i żeglarzy mogło dzielić losy Selkirka ale w zbiorowej świadomości udało się zaistnieć akurat jemu. Fakt utożsamienia tego człowieka z Robinsonem Crusoe siłą rzeczy uczynił go nieśmiertelnym. O Selkirku można wiele wyczytać. Kim naprawdę był, skąd pochodził, jakie miał upodobania i nałogi. Sława zawsze w konsekwencji upomina się o coś na kształt biografii.

Skoro tak wiele wiadomo o rozbitku, można podejrzewać, że i nietrudno trafić na „jego wyspę”. Tu jednak pojawiają się komplikacje i spory, których z logicznego punktu widzenia wcale być nie powinno. Bo kto spiera się w kwestii położenia wyspy, na której Daniel Defoe umieścił swojego bohatera, ten książki w ogóle nie czytał a głos zabiera albo czytał, tyle że nie pamięta o czym. A że mu się nie chce doczytać to staje się entuzjastą opinii błędnych.

W śledztwie tym można się ciągle mylić, co do ostatecznego miejsca lądowania Robinsona ale absolutnie nie sposób się pomylić, jeśli chodzi o obszar geograficzny, na którym miejsce to leży. Nie jest to możliwe. Chyba, że istnieją co najmniej dwie wersje tej przygodowej powieści. W tym jedna to falsyfikat siejący mętlik. Bo przecież w Rozdziale IX. autor wyraźnie wskazuje lokalizacje, w jakich miał się znaleźć statek Robinsona, zanim załatwił go sztorm.

Oto i ten fragment.

[…] Chcąc dostać się na linię wiatrów, stale ku brzegom Afryki wiejących, należało dosięgnąć dwunastego stopnia szerokości północnej, to jest powyżej wyspy Trynidad, należącej do Małych Antyli i stamtąd dopiero skierować ku Gwinei. Puściliśmy się więc wzdłuż brzegów Ameryki Południowej. Oprócz silnych upałów, żegluga szła bardzo pomyślnie, lecz minąwszy Przylądek Świętego Rocha, zostaliśmy niespodzianie zaskoczeni przez gwałtowny huragan wirujący, zwany przez tutejszych marynarzy tornado. Wicher ten, kręcąc statkiem, jak orzechową łupiną, porwał go w stronę północno-wschodnią. Wszelkie usiłowania marynarzy, aby się utrzymać w oznaczonym kierunku, na nic się nie przydały. Musieliśmy się zdać na wolę Opatrzności. Wiatr co chwila się zmieniał: raz wył z północy, to znów z zachodu, to z południowego wschodu. Statek jak fryga latał w najrozmaitszych kierunkach. Dwunastego dnia dopiero nieco się uciszyło. Kapitan, dokonawszy stosownych obserwacji, przekonał się, że statek znajduje się na Morzu Karaibskim, poza Małymi Antylami. Co najprzykrzejsze, że straciliśmy dwóch ludzi bałwanami z pokładu zmiecionych i okręt skołatany w wielu miejscach przepuszczał wodę. Po krótkiej naradzie z kapitanem, postanowiliśmy żeglować do Wyspy Św. Łucji, w porcie tej wyspy naprawić statek i przyjąć innych majtków w miejsce straconych.

Ale zaraz na drugi dzień żeglugi zerwała się burza powtórnie, pędząc nas z szaloną gwałtownością ku południowi. Wicher zdruzgotał nam reje, poszarpał w szmaty wszystkie żagle, a na koniec strzaskał maszt przedni. Pół dnia i noc cała przeszły w najstraszliwszym oczekiwaniu rozbicia się lub zatonięcia. Gdyby nawet powiodło się dostać na jakikolwiek bądź ląd w tych stronach, niezawodnie zamordowaliby nas i pożarli dzicy Karaibowie. Zguba więc była nieuchronna. […]

Od zarania tej historii konsekwentnie i bezmyślnie utrwalana jest jednak wersja, że kultowa wyspa z powieści Defoe leży na Pacyfiku a dokładnie kilkaset kilometrów od wybrzeża Chile. To Szkot Alexander Selkirk, autentyczny rozbitek spędził tam samotne cztery lata swego życia.

Natomiast całkowitą i powielaną z ignorancji bzdurą jest to, że również jego literacki odpowiednik Robinson Crusoe żywot swój tam pędził. W żadnym wypadku. Legendarnego Robinsona wyrzuciły na plażę egzotycznej wyspy fale wód Atlantyku albo ściślej Morza Karaibskiego a nie Pacyfiku. I tak jest zapisane na kartach powieści.

Istnieje jednak geograficzna pułapka w nazewnictwie, zastawiona w połowie lat sześćdziesiątych przez rząd Chile, sprytnie dążący do rozwoju turystyki w regionie i lepszej promocji paru miejsc.

Jeśli ktoś – zapominając zupełnie o Robinsonie Crusoe – chciałby ruszyć śladami autentycznego Alexandra Selkirka – to faktycznie rozsądnie pojedzie do Chile i w końcu trafi na jedną z wysp Archipelagu Juan Fernández. Wyspa ta jeszcze do roku 1966 nosiła nazwę Más a Tierra. Obecnie zaś zowie się już przewrotnie – Isla Robinson Crusoe. I jednoznacznie ale jakże bezlitośnie nieprawdziwie sugeruje, że jednak tu właśnie a nie gdzie indziej przebywał najpopularniejszy rozbitek w dziejach literatury. Powtórzmy – w dziejach LITERATURY. Jakby tego było mało, inna wyspa w obszarze wspomnianego archipelagu – wcześniej znana jako Más Afuera została przemianowana na… Isla Alexander Selkirk mimo, że ten z krwi i kości bohater swych czasów nigdy tam nie dotarł.

Natomiast jeśli ktoś de facto poznał fikcyjną postać Robinsona Crusoe – w sensie – przeczytał z jako taką uwagą powieść Daniela Defoe i koniecznie chce dotrzeć do sławetnej wyspy to świadomie od początku zacznie jej szukać tylko i wyłącznie gdzieś na Karaibach. Albo z jego głową do geografii nie jest najlepiej. Do Chile może polecieć innym razem – w innym celu (patrz – poprzedni akapit).

Problemem pozostaje to nieprecyzyjne określenie gdzieś na Karaibach. Gdyby Daniel Defoe, pisząc powieść po prostu zintegrował autentycznego rozbitka z jego autentyczną wyspą i resztę korzystając z licentia poetica po swojemu sfabularyzował to fani Robinsona zjeżdżaliby dziś jedynie na chilijski archipelag Juan Fernández. Nie byłoby nieporozumień. Autor sprawę jednak skomplikował wynajdując dla swego bohatera zupełnie nowe miejsce akcji. Przyszli łowcy przygód i wielbiciele literatury otrzymali jednocześnie możliwość karaibskich eksploracji w kwestii wyspy.

Istnieją pewne ślady, wskazujące na to, że miejscem tym może być Tobago. Nie ma wątpliwości co do tego, że Defoe dysponował przebogatą wyobraźnią i z literackim rozmachem wymalował okoliczności (można rzec – przyrody) w jakich znalazł się Robinson. Niemniej, jednak musiał Defoe również dotrzeć do – jak na tamte czasy – wystarczająco rzetelnego materiału źródłowego dotyczącego fauny i flory rejonu Karaibów. Bardzo prawdopodobne, że udało mu się dokładnie przestudiować poniższy pamflet napisany w roku 1683 przez kapitana Johna Poyntz’a.

[Strona tytułowa pamfletu – wstawić!!]

„The present prospect of the famous and fertile island of Tobago with a description of the situation, growth, fertility and manufacture of the said island, to which is added proposals for the encouragement of all those that are minded to settle there”.

Przetłumaczymy to, jako:

„Aktualna perspektywa dla słynnej i urodzajnej wyspy Tobago wraz z opisem sytuacji, rozwoju, urodzaju oraz produkcji na tej wyspie, do której dodaje się propozycje zachęty dla wszystkich tych, którzy są skłonni tam osiąść.”

W dzisiejszej realiach gospodarczych (i tych nadszarpanych kryzysem) podobny dokument, choć nieco mniej literacko napisany, zwie się po prostu memorandum informacyjnym dla inwestorów, albo katalogiem sprzedażowym (często w połyskującej okładce) dla potencjalnych nabywców gruntów, czy nieruchomości…

Karaiby prawie polskie

To będzie wycieczka poglądowa po Tobago w ciągu jednego, długiego dnia, po Tobago, niejako swojskim, czego spróbujemy przewrotnie dowieść. Zrobimy wokół wyspy pełną pętlę. Bardziej spenetrujemy „wybrzeże karaibskie”, czyli lewą część Tobago. Wydaje się ciekawsza dla oka, niż „rewiry atlantyckie” w części prawej. Poza tym, wieją tam słabsze wiatry. Za to wzdłuż Atlantyku będziemy wracać wieczorem do domu. Plan jest taki: z Buccoo Point wystartujemy rano, najpierw dotrzemy do Plymouth i Arnos Vale, potem do Castary, Englishman’s Bay i Parlatuvier, dalej przetniemy las deszczowy, czyli rezerwat Main Ridge, by jeszcze w dobrym świetle zobaczyć Speyside, następnie odwiedzimy Charlotteville i wjedziemy na Flagstaff Hill, by z tego, najwyższego punktu na wyspie, zerknąć na Man O’War Bay przy gasnącym słońcu. Później ruszymy w drogę powrotną przez „stolicę Tobago” – Scarborough. W Buccoo Point zjawimy się o zmierzchu. Na samym początku, w Plymouth, poznamy nieco historii kolonialnej sprzed niemal czterech wieków. O dziwo, historii w pewnej mierze bliskiej ówczesnej… Rzeczpospolitej! Stoi tam monument z wyrytą w metalu osobliwą inskrypcją: „Na pamiątkę śmiałym, przedsiębiorczym i pracowitym Kurlandczykom z dalekiej Łotwy na wybrzeżach Bałtyku, którzy żyli na tej ziemi, nazwanej od ich imienia, w latach 1639 do 1693.” Inskrypcja ta pozwala spojrzeć na Tobago z dość niezwykłej perspektywy.

Stało się tak, że epoka kolonialna przeszła nam za plecami, z czego możemy poniekąd dumni, bo chyba nikomu się trwale nie naprzykrzyliśmy, i nikomu nie napsuliśmy życia niechlubnym plantacyjnym drylem przez dziesiątki lat. Nie zasypaliśmy świata, ani cukrem wypoconym przez niewolników z Afryki, ani innym zbawiennym dobrem, okupionym ludzką ofiarą kolonialnej eksploatacji. Nie szczuliśmy psami Indian na ich podwórku, nie drwiliśmy z ich nagości oraz fryzur. Nie byliśmy tacy niemądrzy, by szukać złota tam, gdzie go nie było. Z kolei, tam gdzie miało być, też nie szukaliśmy. Nie nawieźliśmy za wielką wodę hurtem europejskiej zarazy, która tamtejszych, nieświadomych niczego, miejscowych rozłożyła na łopatki. Zrobili to za nas inni, mają to na sumieniu bądź nie, ludzkość, tak czy inaczej, zatrzyma dowody.

Kto wie, może byli byśmy takimi samymi, zaborczymi łajdakami, watażkami, czy konkwistadorami, tłumiącymi Dzikich krzyżem i wodą święconą, albo załatwili wszystko mniej barbarzyńsko, gdyby nam się wówczas naprawdę paliło do nowego świata, do podbojów. Ale wyszło inaczej, nie skorzystaliśmy w pełni z dostępu do morza, los wybrał nam inne misje. Zresztą, na własnych ziemiach, nierzadko przecież rozległych, wiecznie było o co walczyć, i co bronić. Dzisiaj, o czym możemy sobie tylko podumać, moglibyśmy jeździć hen daleko do byłych kolonii, załóżmy, bez większych moralnych obciążeń i udawać, że jesteśmy u siebie, choć wokoło rozbuchane tropiki, ze wszystkim, co w nich urzeka i co doskwiera.

Są tacy, którzy jakby sugerują uznanie Tobago za jakby dawną kolonię Rzeczpospolitej, bo tak się historia w pewnym momencie kroiła i wspominają o tym w ciekawych książkach, lecz to wydaje się sporym uproszczeniem, jakby na to nie patrzeć. Może istnieje swego rodzaju wsteczne pragnienie, by jednak trafił nam się w przeszłości choćby niewielki kawałek z tamtego potężnego, „kolonialnego tortu”; jakaś zamorska posiadłość, faktoria, egzotyczny przyczółek. A skoro miałoby to być małe, to dlaczego nie w dalekim, ciepłym kraju, gdzie obecnie za słońce, płaciłoby się złotówkami i słyszało język kreolski na bazie polskiego.

Może ostatecznie najrozsądniej będzie założyć, że nie mieliśmy formalnie bezpośrednich udziałów w żadnych koloniach, za to mieliśmy je przynajmniej pośrednio. Taką wersję można już bardziej naciągnąć i jeszcze w dodatku podtrzymać dla efektu robiącego wyobraźnię. Poza tym, to się zdrowo odnosi do realiów. Przecież, taka czy owaka spółka matka, niejednokrotnie ma udziały w spółce wnuczce, poprzez spółkę córkę, i czerpie z tego jakąś korzyść. Widać, że w biznesie jest, jak w życiu, a kolonie to były biznesy, różnie poukładane, gdziekolwiek nastały, jakkolwiek biznesy często etycznie wątpliwe.

W każdym razie, niech nas trochę poniesie i bez względu na wszelakie możliwe malkontenctwo, albo i kontrowersje przyjmijmy, że taka tropikalna kolonia nam się trafiła w XVII wieku na pięknej, karaibskiej wyspie Tobago, gdyśmy byli Rzeczpospolitą Obojga Narodów, mając jako senior obrotnych wasali Kurlandczyków, którym się daleki świat konkretnie widział…

Kurlandia, Nowa Kurlandia, czyli „karaibskie województwo”, które poniekąd mieć mogliśmy…

Słysząc – Kurlandia – można pomyśleć, że to jakaś mityczna, czy tam bajkowo – sielska kraina, gdzie pędzą żywot kury nioski radosne, znoszące na potęgę złote jajka, albo też rządzą nią kury domowe, które przestały nimi być, bo wzięły sprawy w swoje ręce, gdy ich dziarskie, acz ciut nierozgarnięte chłopy poszły na bagna polować na bobry i wciągnęło ich tam do pasa i dalej. W jakimś sensie Kurlandia mogła mieć tych złotych, już nie chłopskich, jajek pod dostatkiem, gdyby los zabezpieczył jej nieco więcej pomyślności. O czym będzie poniżej. Tak, czy inaczej działo się w XVII wieku, oj działo, wasal nasz, niepozorna Kurlandia, miał własną wizję świata (tylko pozazdrościć rozmachu), którą usilnie i z rozmysłem próbował nam, tj. swemu suwerenowi Rzeczpospolitej sprzedać a myśmy się tej wizji nie poddali, bo myśmy mieli wtedy inne priorytety. Nie rezygnujemy z tych kur i wyjaśnijmy, że cała ta Kurlandia wzięła się od tego, że dawno temu nad Bałtykiem, na terenie dzisiejszej zachodniej Łotwy osiadło sobie plemię, nie inaczej, Kurów. Aby godnie żyć trudnili się ponoć masowym piractwem a jak im się jeszcze chciało to również handlem, bo mieli żyłkę do interesów i tak im zostało.

Potem, w dalszej historii (a robimy tu skok ogromny) tak się sprawy poukładały, że gdzieś w połowie XVI wieku Kurlandia stała się lennem Rzeczpospolitej Obojga Narodów, tj, Polski i Litwy, pozostając nim prawie do końca XVIII wieku. Kurlandia to był dobry lennik, lojalny, suwerenów swych, tj. królów Rzeczpospolitej szanował. Nie kombinował czegoś na boku. Z kolei suwereni nie ingerowali w interesy wewnętrzne swego, wzorowego wasala. Ta, dość znaczna, autonomia wyszła Kurlandii na dobre. Mogła się po swojemu rozwijać. Chyba od początku bardziej niż polityka interesowała ją gospodarka i szukanie sposobów na bogacenie się. Zresztą, Kurlandia była zbyt mała, by w ogóle myśleć o jakiejkolwiek wielkiej polityce, o ustalaniu w niej reguł gry. Za to nie można odmówić Kurlandczykom przedsiębiorczości. Radzili sobie znakomicie w przemyśle, przede wszystkim stoczniowym. Budowali statki nie tylko na potrzeby własnej floty, handlowej czy wojennej, ale i dla innych, również dla ówczesnych flotowych potentatów takich, jak Anglia, czy Francja. To był wielki osiąg. Te kraje z pewnością posiadały wystarczające zasoby, by nie zlecać roboty innym a jednak to robili, zwracali się do speców stoczniowców z nijakiej nadbałtyckiej Kurlandii. W zamian otrzymywali towar najwyższej jakości, produkowany zgodnie z panującymi trendami. Czy był to przypadek? Raczej nie.

Kurlandzkiemu księstwu trafili się rozumni włodarze. Przede wszystkim jeden z nich, niejaki – Jakub Kettler. Warto zapamiętać to nazwisko. Był wnukiem Gottharda Kettlera, ostatniego mistrza zakonu kawalerów mieczowych. Za młodu wiele podróżował po dzisiejszej zachodniej Europie, gdzie się, zresztą, dobrze wykształcił. Zdążył zafascynować się Holandią, która będąc obszarowo niewielkim państwem zdołała zawojować świat, stworzyła kolonialne imperium, a giełda w Amsterdamie szybko stała się eldoradem wszelakich kupców i spekulantów. Kettler wyrobił sobie wtedy pogląd, z pewnością słuszny, że rozwój państwa nie zależy od jego wielkości, tj. od posiadanych ziem lecz od dynamicznego rozwoju handlu i rzemiosła. Zobaczył w swojej Kurlandii potencjał drugiej Holandii. I uwierzył w tę wizję. Wydawał się hołdować zasadzie, „usiądź na ramionach olbrzyma a zobaczysz więcej”. Będąc ekscentrykiem, rzutkim i upartym zaczął poważnie myśleć o materializowaniu swej idée fixe. Było nią pragnienie posiadania własnych zamorskich kolonii. Chciał wyprowadzić Kurlandię na szerokie wody, dosłownie i w przenośni. Statki już miał i to bardzo dobre, sam je kazał budować tak, by przypominały te, jakimi dysponowali ówcześni władcy mórz. Teraz tylko trzeba było tymi statkami zacząć pływać i to daleko. Potem intensywnie kolonizować odległe obszary, uprawiać na nich, co się da (np. trzcinę cukrową, tytoń), produkować, pakować i zwozić towary do Europy, do Kurlandii, by sprzedawać z dobrą marżą, regularnie zapełniać urzędową kasę, bogacić się, obrastać w tłuszczyk i tak dalej. Nowy Świat mógł zaoferować jeszcze wiele zdobyczy. Kettler czuł to podskórnie. Jedyne czego potrzebował to porządnego wsparcia, najlepiej suwerena.

Rozumując dzisiejszymi kategoriami biznesowymi, można dojść do wniosku, że Jakub Kettler przypominał menedżera nowatorskiej spółki, który „chodzi po rynku”, próbując przekonać do swych ryzykownych pomysłów potencjalnego inwestora – dawcę, przede wszystkim kapitału. Bo trudno zakładać, że ówczesna Rzeczpospolita miała jakikolwiek know-how jeśli idzie o kolonizowanie (chyba, że wewnętrzne). Za to mogła je nabyć dzięki konkretnym zapędom Kettlera. Ten lojalnie zwracał się po kolei do królów Rzeczpospolitej, najpierw do Władysława IV, potem do Jana Kazimierza. Z grubsza, pierwszego chciał przekonać do podboju Afryki, drugiego do podboju Ameryki. W obu przypadkach, inicjatywa nie została podjęta. Skończyło się na aprobacie przyszłych, zakrojonych na szeroką skalę planów kolonizacyjnych niewielkiej Kurlandii. Na uwagę zasługuje przynajmniej fakt, że Kettler, który był protestantem, świetnie sobie radził we współpracy z chrześcijanami. Potrafił rozmawiać, zarówno z władcami polskimi, jak i z ówczesnym papieżem Innocentym X. Wiedział, jak podziałać na ich wyobraźnię. Dzielił świat na ich oczach, często nie bacząc na to, że to co dzielił, było już podzielone. Liczył, że ten podział się wkrótce odmieni, gdy otrzyma pomocowe środki i trwałe wstawiennictwo. Wizje nakreślał niezwykłe. Gdyby, w jakichś cudownych warunkach wypaliło to, o czym mówił, to dzisiaj Polska rozciągnęłyby swoje województwa na Gujanę i północną Brazylię. Mielibyśmy we krwi sambę. A Wielebny Jim Jones musiałby swoją Świątynię Ludu zakładać nie w gujańskiej dżungli, ale gdzie indziej, licząc się z nielichą konkurencją wśród osadników…

Niestety, w praktyce niewiele wyszło z tej potencjalnej kooperacji. Na głowie Rzeczpospolitej siedzieli już Kozacy, potem Szwedzi. Niezbyt to były komfortowe warunki, by się koncentrować na podbojach tysiące kilometrów od kraju, nękanego na bieżąco przez różnego sortu agresorów. Nie podbijaj, jeśli sam nie chcesz być pobity.

Ambitny Kettler nie zamierzał odpuszczać, działał na własną rękę. W rezultacie działanie to przyniosło wymierny skutek. Najpierw Kurlandczycy pojawili się w Afryce, na terenie dzisiejszej Gambii, potem na Karaibach. Kurlandzki CEO chciał kolonizować to, co jeszcze pozostało do skolonizowania na Małych Antylach. I tak zabrał się za Tobago. Jednak wyspa okazała się w zasiedlaniu bardzo oporna. Pierwsze próby kończyły się fiaskiem. Albo przeszkadzali tubylcy, ponoć znani ze swej kontrowersyjnej diety, albo inne nacje europejskie, oczywiście starzy kolonialni wyjadacze, jak Anglia, czy później Holandia, w którą, jak pamiętamy, Kettler był zapatrzony (a w biznesie sentymentów nie ma!). Wszystkie te nacje niezmiennie garnęły się do podbijania nowych ziem i zwyczajowo eliminowały w tej grze swych rywali. Dlatego, gdy na horyzoncie pojawił się taki rezolutny maluch, jak Kurlandia to należało go szybko przegonić, by przypadkiem czegoś dla siebie nie uszczknął.

Pierwsze lata ponawianych przez Kurlandczyków prób objęcia Tobago sprowadzały się do ciągłego ich przeganiania przez tych „dużych”. Wydaje się, że ci „duzi” chyba nie bardzo mieli z początku pomysł, w jaki sposób wyzyskać Tobago. Zachowywali się, jak pies, który sam nie zje, i nikomu zjeść nie da. W rezultacie kolonizacyjna robota szła powoli, a business development nie miał miejsca. Niezmordowanym Kurlandczykom udało się ogarnąć kawałek tej małej, niesfornej wyspy dopiero za czwartym razem. Jak podają kroniki, 20 maja 1654 roku wizja Jakuba Kettlera wreszcie zaczęła nabierać realnych kształtów. Kurlandzki okręt flagowy, podobno najokazalszy w służbie księstwa, wypłynął z macierzystego portu w karaibskie tropiki i dopłynął do zachodnich brzegów Tobago a jego dowódca Willem Mollens, zszedł na brzeg, oglądnął się za siebie i ogłosił wyspę kolonią, chrzcząc ją imieniem – nie inaczej – Nowa Kurlandia. Przy okazji założył w okolicy fort i osadę Jacobstadt, dzisiejsze Plymouth nad Zatoką Kurlandzką (Great Courland Bay). Czy właśnie wtedy Rzeczpospolita stała się pośrednim „udziałowcem” kurlandzkich kolonii, mimo, że operacyjnie i finansowo się do kolonizowania nie bardzo garnęła, dając jedynie Kettlerowi wolną rękę? Może warto tak to odebrać, choćby z przymrużeniem oka…

A co było dalej?

Holendrzy znowu nie mogli znieść kurlandzkiej zuchwałości i jeszcze w tym samym roku założyli „kontr-kolonię”, oczywiście, na tej samej wyspie, w dodatku, w dość nieznacznej odległości od rywala. Co więcej, podkręcili tempo i rozwinęli się na tyle, by pięć lat później zaanektować tobagańskich Kurlandczyków. Holandia zajęła ich włości, na pewno wykorzystując osłabienie Kurlandii w Europie oraz wyhamowanie jej gospodarczej aktywności, spowodowane pamiętnym szwedzkim potopem. Co gorsza, Szwedzi uwięzili Jakuba Kettlera, co musiało wpłynąć na morale jego krajan. Uwolniony w 1660 roku na mocy pokoju w Oliwie nie porzucił swym kolonialnych wizji. Przez resztę swego życia, a zmarł w 1681 roku, próbował odzyskać kurlandzkie posiadłości za „wielka wodą”. Lawirował między Anglią, Francją i Holandią, który były ze sobą skonfliktowane. Szykował kolejne ekspedycje do Afryki oraz na Tobago. W 1664 roku zrzekł się praw do Gambii po to, by zyskać prawo do ponownego kolonizowania rewirów karaibskich. W roku swojej śmierci dokonał jeszcze jednej, ostatniej transakcji. Odsprzedał kompani kupców z Londynu prawo do objęcia w posiadanie Tobago. Co ciekawe, wyspę Anglicy zajęli na dobre dopiero w roku 1814…

Być może te rozliczne przepychanki i kolonizacyjne roszady sprawiły, że Tobago dłużej niż inne wyspy Małych Antyli zachowało swoją, po części, wciąż dziewiczą, przyrodniczą różnorodność. Być może dlatego Tobago jest obecnie takie, jakie jest.

Trzeba podziękować za ten kawałek historii Jakubowi Kettlerowi, temu świetnemu kurlandzkiemu menedżerowi. Myślę, że jego charyzmatyczną postać warto by od czasu do czasu przybliżyć podczas biznesowych szkoleń z przywództwa, czy zarządzania. Zasłużył na to. Poza tym, dzięki niemu, w jakimś tam stopniu Tobago jest gdzieniegdzie, przez niektórych, mniej więcej łączone z Polską. Przynajmniej tyle. Cieszmy się zatem „naszym Tobago, tą dawną prawie polską kolonią na Karaibach”.

Zróbmy sobie po Tobago rundę honorową, rozejrzyjmy się, to miejsce naprawdę nadaje się do polubienia…