Archiwum kategorii: Inspiracje

Czytelnia Południowa

Dzielę się tu z Wami, i czynię to z przyjemnością, kawałkiem mojej tropikalnej czytelni, karaibskiej biblioteki; dzielę się inspiracjami literackimi wysączonymi z parnego, wilgotnego, zawsze szalonego, chaotycznego, fascynującego „Południa”. Poniżej wybrana lista lektur z rejonu Karaibów. To zapewne część pierwsza, bo klimatu południowego pod dostatkiem – w duszy, w pragnieniach, w aspiracjach, w zapowiedziach wydawniczych. Ale najpierw właśnie – Karaiby!

Wybrałem to, co dzielnie, nieraz buńczucznie manifestuje swoją obecność w moich bibliotecznych zasobach i co każdorazowo cieszy oczy, czasem ściska serce, wytrąca z czasoprzestrzeni multum wspomnień i drąży też przyszłość pożądaną.

To jest, oczywiście, lista otwarta. Nowiuśkie, świeże, nieoczekiwane, każde literackie stymulanty – mile widziane! Wasza w tym głowa, jak i moja. Lektury te, wypunktowane tu w porządeczku raczej luźnym, bez obligatoryjnego ciężaru, być może zainspirują Was do własnych poszukiwań; do osobistego dążenia w kierunku np. dominikańskim, haitańskim, jamajskim, każdym karaibskim, czy innym; być może wzmogą głód czytelniczy, albo po prostu rozweselą duszę reminiscencją literackiej podróży sprzed miesiąca, albo sprzed lat. „Było czytane, a jakże, było!”

Dla mnie tytuły te są ważne, znaczące, zmieniające pole widzenia, dodające celom podróżniczym wyrazistych barw, perspektyw, wiedzy. Lektury te, umówmy się, są raczej odkrywaniem tego, co już od odkryte; odkrywaniem najpierw z pozycji fotelowej, do późna w nocy, przy oczach obolałych, czerwonych, ale nadal chłonących akapit za akapitem z jakimś, rzec można, masochistycznym namaszczeniem. Wiecie, w czym rzecz – książki potrafią kraść noce, i co jeszcze, potrafią zmieniać życie.

Nie umiałbym podróżować bez czytania. Dla mnie czytać to szykować się do drogi. To żłobić wyobraźnię i sycić duszę wizją przygody, choćby nadal w wymiarze dziecięcych majaków. Wszystko to, nim człowiek pokona te osiem tysiączków kilometrów z okładem i wyląduje w złotej godzinie karaibskiego, rozwibrowanego gorącem popołudnia, w szpalerze palm kokosowych, w oparach smażonych zielonych plantanów i, dajmy na to, grillowanej koźliny. Jechać, dalej-bliżej, jechać w ogóle, to wiedzieć więcej. Zawsze. To otwierać nowe horyzonty, otwierać umysł, kondensować doznania. Często jeszcze przed podróżą. O to chodzi. I gdyby koleje losu sprawiły, że owa podróż mogłaby się nie odbyć – i tak zyskamy. I tak podróżowaliśmy.

Gdybym nie gotowił się lecieć ładne łata temu na Tobago, nie odkryłbym po drodze z taką intensywnością V.S. Naipaula – Trynidadczyka, noblistę z 2002 roku, jakże słabiutko znanego w naszym kraju. Poleciałem. Ale gdybym nie poleciał – zostałbym z Naipaulem! Z „Naszą ulicą”, z „Domem Pana Biswasa”, itd. Albo Ernest Hemingway i jego „Stary człowiek i morze”. Też tu jest. W sekcji kubańskiej. Przeczytany (bez bólu!) w podstawówce i na plaży Santa María del Mar pod Hawaną. Papa Hemingway zawiódł mnie na Kubę. Jestem tego pewien. Podróże kształcą. Wiadomo. Lecz mądrość ta staje się dla nas istotna, nabiera jakiejś mocy kiedy mamy z nią cokolwiek wspólnego; kiedy możemy coś do niej dołożyć, kiedy możemy ją, tak czy inaczej, potwierdzić. Wtedy podróż jest także spełnieniem.

Niech stanie się również spełnieniem czytelniczym…

Zachęcam Was – poszerzajcie tę poniższą listę karaibskich lektur! Dodawajcie swoje tytuły, choćby tu w komentarzach, rewidujcie je, dzielcie się swoimi propozycjami, odczuciami, sugestiami. Niech ta lista stanie się, jak najbardziej kompletna. Niech tworzy „Czytelnię Południową”, zapełniając jej półki po sam sufit, czy bardziej pompatycznie – po sam błękit karaibskiego nieba!

 Ostatnia aktualizacja 30/10/2020

Zasoby Czytelni Południowej
Dominikanadominican-republic-flag-icon-32
  • Święto Kozła (La fiesta del Chivo), Mario Vargas Llosa, Znak, 2016, tłum. Danuta Rycerz.
  • Topiel (Drown), Junot Díaz, Znak, 2009, tłum. Krzysztof Schreyer.
  • Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao (The Brief Wondrous Life of Oscar Wao), Junot Díaz, Znak, 2009, tłum. Jerzy Kozłowski.
  • Czas Motyli (In The Time of the Butterflies), Julia Alvarez, Black Publishing 2014, tłum. Barbara Sieradz.
  • All Inclusive. Raj, w którym seks jest Bogiem, Mirosław Wlekły, Agora, 2015.
  • Ciudad Trujillo, Andrzej Wydrzyński, Wydawnictwo Śląsk, 1981.

Wydawnictwa obcojęzyczne:

  • Trujillo: The Death of the Goat, Bernard Diederich, Little, Brown and Company, 1978.
  • Galíndez, Manuel Vázquez Montalbán, Bibliotex, 2001.
  • La era de Trujillo, Jesús Galíndez, Letra Gráfica, 2010.
  • Identidad cultural y religiosidad popular, Carlos Andújar, Letra Gráfica Breve, 2007.
  • Why the Cocks Fight: Dominicans, Haitians, and the Struggle for Hispaniola, Michele Wucker, Hill and Wang, 2000.
  • The Dictator’s Seduction: Politics and the Popular Imagination in the Era of Trujillo, Lauren Derby, Duke University Press Books, 2009.

 

haiti-flag-icon-32Haiti
  • Kraj bez kapelusza (Pays sans chapeau), Dany Laferrière, Karakter, 2011, tłum. Tomasz Surdykowski.
  • Niedziela, 4 stycznia (Bicentenaire), Lyonel Trouillot, Karakter, 2016, tłum. Jacek Giszczak.
  • Błogie odwroty (Douces déroutes), Yanick Lahens, Karakter, 2018, tłum. Jacek Giszczak.
  • Jak bez wysiłku kochać się z Murzynem (Comment faire l’amour avec un Nègre sans se fatiguer), Dany Laferrière, PIW, Warszawa, 2004, tłum. Jacek Giszczak.
  • Smak młodych dziewcząt (Goût des jeunes filles), Dany Laferrière, Świat Książki, Warszawa 2009, tłum. Jacek Giszczak.
  • Dzieci bohaterów (Les enfants des héros), Lyonel Trouillot, Karakter, 2009, tłum. Jacek Giszczak.
  • Królestwo z tego świata (El reino de este mundo), Alejo Carpentier, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2018, tłum. Kalina Wojciechowska.
  • Przybądź, ciemności (Tú, la oscuridad), Mayra Montero, Muza, 2003, tłum. Szafrańska-Brandt Marta.
  • Hadriana moich marzeń (Hadriana dans tous mes rêves), René Depestre, Amber, 1992, tłum. Małgorzata Cebo-Foniok.
  • Generał Słońce (Compère Général Soleil), Jacques Stéphen Alexis, Czytelnik, 1985, tłum. Małgorzata Hołyńska.
  • Romancero pod gwiazdami (Romancero aux étoiles), Jacques Stéphen Alexis, Wydawnictwo Literackie, 1975, tłum. Anna Jasińska, Maria Ziębina.
  • Źródło (Gouverneurs de la rosée), Jacques Roumain, Państwowy Instytut Wydawniczy, 1950, tłum. Hanna Olędzka.
  • Taniec nieba i ziemi. Bogowie haitańskiego wudu (Divine Horseman. The living gods of Haiti), Maya Deren, Wydawnictwo A, 2000, tłum. Zbigniew Zagajewski, Małgorzata Wiśniewska.
  • Komedianci (The Comedians), Graham Greene, Instytut Wydawniczy PAX, 1966, tłum. Maria Skibniewska.
  • Haiti. Początki Państwa i Narodu, Tadeusz Łepkowski, Wydawnictwo Naukowe PWN, 1964.
  • Oddech, oczy, pamięć (Breath, Eyes, Memory). Edwidge Danticat, Warszawa: Gruner+Jahr Polska, 2007, tłum. Maria Olejniczak-Skarsgård.
  • „Haiti” Literatura na Świecie, Nr 7-8/2020, Wyd. Instytut Książki, 2020.

Wydawnictwa obcojęzyczne:

  • The Serpent and the Rainbow, Wade Davis, New York: Simon & Schuster, 1985.
  • Passage of Darkness: The Ethnobiology of the Haitian Zombie, Wade Davis, University of North Carolina Press, 1988.
  • Bonjour Blanc: A Journey Through Haiti, Ian Thomson, Vintage, 1992.
  • Bon Papa Haitis Golden Years, Bernard Diederich, Markus Wiener, 2008.

 

jamaica-flag-icon-32Jamajka
  • Diabeł Urubu (John Crow’s Devil), Marlon James, Wydawnictwo Literackie 2019, tłum. Robert Sudół.
  • Księga nocnych kobiet (The Book of Night Women), Marlon James, Wydawnictwo Literackie 2017, tłum. Robert Sudół.
  • Krótka historia siedmiu zabójstw (A Brief History of Seven Killings), Marlon James, Wydawnictwo Literackie, 2016, tłum. Robert Sudół.
  • Wysepka (Small Island), Andrea Levy, Albatros, 2006, tłum. Izabela Matuszewska.
  • Ostatnia Kobieta-Wyrocznia (The Last Warner Woman), Kei Miller, Świat Książki, 2012, tłum. Bohdan Maliborski.

Opowiadanie oraz esej z Jamajki w kwartalniku „Przekrój” (online, 2019):

 

trinidad-and-tobago-flag-icon-32Trynidad i Tobago
  • Nasza ulica (Miguel Street), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2002, tłum. Robert Sudół.
  • Dom pana Biswasa (A House for Mr Biswas), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2002, tłum. Krzysztof Obłucki.
  • Masażysta cudotwórca (The Mystic Masseur), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2002, tłum. Maria Zborowska.
  • Utrata El Dorado. Historia kolonialna (Loss of El Dorado. A Colonial History), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2005, tłum. Maria Zborowska.
  • Biała kobieta na zielonym rowerze (The White Woman on the Green Bicycle), Monique Roffey, Nasza Księgarnia, 2011, tłum. Anna Studniarek-Więch.
  • Afrykańskie korzenie UFO (The African Origins of UFOs), Anthony Joseph, Korporacja Ha!art, Kraków 2020, tłum. Teresa Tyszowiecka BlasK!.

Opowiadanie z Trynidadu w kwartalniku „Przekrój” (online, 2018):

 

france-flag-icon-32Martynika i Gwadelupa
  • Texaco, Patrick Chamoiseau, Prószyński i S-ka, 1999, tłum. Adam Szymanowski.
  • Wielka Kreolka (La Grande Béké), Marie-Reine de Jaham, Orbita, 1992, tłum. Joanna Kluza.
  • Eksplozja w katedrze (El siglo de las luces), Wydawnictwo Literackie, 1975, tłum. Kalina Wojciechowska.

 

puerto-rico-flag-32pxPortoryko
  • Dziennik rumowy (The Rum Diary), Hunter S. Thompson, Niebieska Studnia, 2010, tłum. Krzysztof Skonieczny.

 

barbados-flag-icon-32Barbados
  • Ja, Tituba, czarownica z Salem (Moi, Tituba sorcičre), Maryse Condé, W.A.B., 2007, tłum. Krystyna Arustowicz.

 

cuba-flag-icon-32Kuba
  • Oddałam ci całe życie (Te di la vida entera), Zoé Valdés, Noir sur Blanc, 1999, tłum. Maciej Ziętara.
  • Brudna trylogia o Hawanie (Trilogía sucia de La Habana), Pedro Juan Gutiérrez, Zysk i S-ka, 2004, tłum. Piotr Fornelski.
  • Tropikalne zwierzę (Animal tropical), Pedro Juan Gutiérrez, Zysk i S-ka, 2005, tłum. Piotr Fornelski.
  • Czekając na śnieg w Hawanie: Wyznania kubańskiego chłopca (Waiting for Snow in Havana), Carlos Eire, Zysk i S-ka, 2003, tłum. Tomasz Bieroń.
  • Nasz człowiek w Hawanie (Our Man in Havana), Graham Greene, Sonia Draga, 2010, tłum. Maria Skibniewska.
  • Sto butelek na ścianie (Cien botellas en una pared), Ena Lucía Portela, W.A.B., 2005, tłum. Marzena Chrobak.
  • Adios muchachos, Daniel Chavarria, Muza, 2014, tłum. Jerzy Wołk-Łaniewski.
  • Tango dla oprawcy (El rojo en la pluma del loro), Daniel Chavarria, Muza, 2015, tłum. Jerzy Wołk-Łaniewski.
  • Cud w Miami (Milagro en Miami), Zoé Valdés, Noir sur Blanc, 2004, tłum. Maria Raczkiewicz-Śledziewska.
  • Mambo Kings śpiewają o miłości (The Mambo Kings Play Songs of Love), Oscar Hijuelos, Albatros, 1999, tłum. Michał Wroczyński.
  • Piękna María, zwierciadło mojej duszy (Beautiful María of My Soul), Oscar Hijuelos, Albatros, 2012, tłum. Magdalena Słysz.
  • Królowa Karaibów, Klementyna Suchanow, W.A.B., 2013.
  • Cuba libre. Notatki z Hawany (Cuba Libre), Yoani Sánchez, W.A.B., 2010, tłum. Joanna Wachowiak-Finlaison.
  • Mea Kuba (Mea Cuba), Guillermo Cabrera Infante, Philip Wilson, 2004, tłum. Marcin Markowski.
  • Huragan nad cukrem (Ouragan sur le sucre), Jean-Paul Sartre, Wydawnictwo Iskry, 1961, tłum. Zbigniew Stolarek.
  • Hawana. Podzwrotnikowe delirium (Havana: A Subtropical Delirium), Mark Kurlansky, Czarne, 2018, tłum. Tomasz Fiedorek.
  • Kuba. Syndrom wyspy, Krzysztof Jacek Hinz, Wyd. Dowody na Istnienie, 2016.
  • Fidelada, Krzysztof Mroziewicz, Zysk i S-ka, 2011.
  • Stary człowiek i morze (The Old Man and the Sea), Ernest Hemingway, Muza, 2007, tłum. Bronisław Zieliński.

Wydawnictwa obcojęzyczne:

  • Biografía de la trova, Luis Fernández Zaurín, Ediciones B, 2005.

 

piratesKaraiby totalnie
  • Jesień patriarchy (El otoño del patriarca), Gabriel García Márquez, TMM Polska, 2007, tłum. Carlos Marrodán Casas.
  • Sto lat samotności (Cien años de soledad), Gabriel García Márquez, Mediasat Poland, 2005, tłum. Kalina Wojciechowska, Grażyna Grudzińska.
  • Nie ma kto pisać do pułkownika (El colonel no tiente quien le escriba), Gabriel García Márquez, Muza, 2005, tłum. Agnieszka Rurarz.
  • Podróż karaibska (The Middle Passage. A Carribean Journey), V.S. Naipaul, Noir sur Blanc, 2005, tłum. Maryna Ochab.
  • Mapa Nowego Świata. Wybór wierszy, Derek Walcott, Znak, 2008, tłum. Stanisław Barańczak i inni.
  • Opowiadania z Wysp Karaibskich (Stories from the Caribbean), V.S. Naipaul, E. R. Braithwaite i inni, Książka i Wiedza, 1967, tłum. Zofia Kierszys.
  • Stosunki międzynarodowe na Karaibach. Perspektywa postkolonialna, Marcin Florian Gawrycki, Instytut Studiów Iberyjskich i Iberoamerykańskich UW Muzeum Historii, 2014.
  • (I)grając ze smakiem, Marcin Florian Gawrycki, Wydawnictwa Uniwersytetu Warszawskiego 2013.
  • Język a tożsamość. Język hiszpański w Ameryce Łacińskiej i na Karaibach, Anna Kaganiec-Kamieńska, Universitas, 2017.
  • Republika Piratów (The Republic of Pirates: Being the True and Surprising Story of the Caribbean Pirates and the Man Who Brought Them Down), Colin Woodard, Sine Qua Non, 2014, tłum.Bartosz Czartoryski.
  • Zaginione białe plemiona. Podróż w poszukiwaniu zapomnianych mniejszości (Trib bianche perdute: viaggio tra i dimenticati), Riccardo Orizio, Wyd. Czarne, 2009, tłum. Joanna Ugniewska, Mateusz Salwa.
  • Dialogi z Ameryką. O frankofońskiej literaturze w Quebecu i na Karaibach, Józef Kwaterko, Universitas, 2003.
  • Krzysztof Kolumb. Pisma, tłum. Anna Ludwika Czerny, Wyd. P.I.W, 1970.
  • Dzieje żywota i znamienitych spraw Admirała don Krzysztofa Kolumba przez jego syna Hernanda Colona, Hernando Colón, tłum. Alija Dukanović, Wyd. MON, 1965.
  • Burzliwe dzieje Morza Karaibskiego (Biografia del Caribe), German Arciniegas, Państwowy Instytut Wydawniczy 1968, tłum. Kazimierz Zawanowski.
  • Archipelagu dzieje niełatwe. Obrazy z przeszłości Antyli XV-XX w., Tadeusz Łepkowski, Wiedza Powszechna 1964.
  • Polacy na Antylach i Morzu Karaibskim, Jan Lubicz-Pachoński, Wydawnictwo Literackie, 1979.
  • Piratki z Karaibów (Lobas de mar), Zoé Valdés, Noir sur Blanc, 2010, tłum. Maria Raszkiewicz-Śledziewska.
  • Podmorska wyspa (La isla bajo el mar), Isabel Allende, Muza, 2011, Grzegorz Ostrowski, Joanna Ostrowska.
  • Caracol Beach, Eliseo Alberto, Muza, 2001, tłum. Maciej Ziętara.
  • Burzliwe czasy (Tiempos recios), Mario Vargas Llosa, Znak, 2020, tłum. Marzena Chrobak.
  • Baśnie afroamerykańskie (African American Folktales), Roger D. Abrahams, G+J (Seria: Baśnie Etniczne), 2012, tłum. Marta Komorowska
  • Baśnie latynoamerykańskie (Latin American Folktales), John Bierhorst, G+J (Seria: Baśnie Etniczne), 2012, tłum. Hanna Turczyn-Zalewska 

Wydawnictwa obcojęzyczne:

  • 90 Degrees of Shade: 100 Years of Photography in The Caribbean, Soul Jazz Books, 2014.

 

Poezje około-karaibskie online

Wszystkie pozycje w przekładzie Bartosza Wójcika. Krótkie wprowadzenia-komentarze pochodzą od tłumacza.

Ceniony, wielokrotnie nagradzany poeta trynidadzko-brytyjski; wiersze przybliżające doświadczenia karaibskiej diaspory:

  • Roger Robinson, Lament imigranta (Immigrant’s Lament), Magazyn Wizje, (9) 2/2020.
  • Roger Robinson, Przenośny raj (A Portable Paradise), Magazyn Wizje, (9) 2/2020.
  • Roger Robinson, Grace (Grace), Kwartalnik Przekrój, 13.10.2019.

Poetka trynidadzka; wiersz bezpośrednio dotyczy USA, a konkretnie śmierci Tamira Rice’a (2002-2014), afro-amerykańskiego nastolatka zastrzelonego przez policję; wiersz jako dokument artystyczny wpisuje się w ruch #BlackLivesMatter:

  • Lauren K. Alleyne, Przycisk PLAY (Play), Magazyn Wizje, (8) 1/2020.

Jamajska pisarka o Martynice i mieszkankach wyspy widzianych oczami francuskiego malarza Paula Gauguina:

  • Jacqueline Bishop, Pod mangowcami (Under the Mangoes), Kwartalnik Przekrój, 17.06.2019, s. 21.

Jamajska poetka o rodzimej wyspie jako kraju postkolonialnym, o relacji białych mieszkańców z czarnymi, o różnicach klasowych, o tożsamości dorastającej dziewczyny:

  • Tanya Shirley, Letnie dni (Summer Days), Kwartalnik Przekrój, 17.06.2019, s. 21.

Brytyjski poeta i badacz literatury karaibskiej o relacji Północy z Globalnym Południem (w kontekście turystyki):

  • Stewart Brown, Wieloryby (Whales), Kwartalnik Przekrój, 21.01.2019.

Dominikana razy dziesięć

W tej dacie, 13 listopada 1492 roku, Krzysztof Kolumb lawirował między wyspami obecnych Bahamów a wybrzeżem dzisiejszej Kuby. Brakowało mu jeszcze ponad trzech tygodni do odkrycia innej wyspy, która później zawładnęła nim najmocniej i jaką ochrzcił mianem „La Española”. Mnie, szczęśliwcowi, do powrotu na ten czarujący kawałek karaibskiego lądu, pozostało dokładnie dwa miesiące. Dochodzi coś jeszcze. W styczniu 2019 roku wyląduję tam już po raz dziesiąty w ciągu minionych trzynastu lat.

Choć, gdyby zagęścić wszystkie wyprawy, to spędziłem w Dominikanie łącznie niespełna siedem miesięcy. Co pewnie nie jest wynikiem imponującym w porównaniu np. z rodakami, rezydentami biur podróży, którzy zadomowili się tam na dłużej. Z drugiej strony, parafrazując Indianę Jonesa, wolałbym bardziej liczyć przebieg, niż bieg. A przyznam, że czuję tę intensywność zarówno w ciele, jak i w duszy.

Przez ponad dekadę żyłem Dominikaną wręcz namiętnie i kogo mogłem wciągałem w ten kraj; w jego klimat, w ludzkie historie. Był on każdorazowo planowaną z rozmysłem odskocznią od regularnej pracy, wszelakiej rutyny, od jesiennego, czy zimowego marazmu. Był odniesieniem do innych podróży i źródłem niekończących się porównań. Próbowałem odkrywać go zawsze po swojemu, podróżując na własną rękę i w bliskości Dominikańczyków: solo, z Kingą, z rodziną, ze znajomymi.

Przy okazji, poznałem (na żywo i wirtualnie) mnóstwo fantastycznych ludzi, którzy dali ponieść się pasji podróżniczej i ku mej radości, decydowali, że ruszą na wyspę po własne przygody. Lubiłem im pomagać, szkicować plany, omawiać punkty na mapie, a potem wyczekiwać relacji, upewniając się, czy wszystko jest w porządku. Przeważnie wracali z petardą wrażeń i emocji, porządnie zarażeni „dominikańskim bakcylem” i oczarowani serdecznością miejscowych. Usłyszałem wiele dobrych i krzepiących słów, wiele szczerych podziękowań; pozostały cenne kontakty. Pośród nich są tacy, którzy uczestniczą w moim karaibskim zawrocie głowy od samego początku.

A ten sięga stycznia 2006 roku…

Dzikości odkrycie

Kto był w mieście Santa Bárbara de Samaná być może kojarzy, że wzdłuż mariny rozstawione są kilkumetrowe wieżyczki widokowe; można tam wejść i spojrzeć na zatokę, albo na wysepki Cayo Linares i Cayo Vigía połączone mostem, zwanym niegdyś „mostem prowadzącym donikąd”.

W 2006 roku przyjechaliśmy z Kingą do Samany z urokliwej mieściny Sánchez, gdzie jedyny „kantor wymiany walut” mieścił się na zapleczu sklepu z mydłem i powidłem, gdzie o szóstej rano budziły nas wyjeżdżające zewsząd motorki i gdzie hotelowa sprzątaczka częstowała kawą; gorącą, mocną i słodką. W Samanie spacerowaliśmy tamtejszą promenadą przy porcie, zjedliśmy świeżo usmażone tostones, potem weszliśmy krętymi schodami na jedną z takich wieżyczek, wysuniętą najbardziej na wschód, wciąż w zasięgu mariny, lecz prawie przy rogatkach miasta.

To był idealny punkt do obserwacji oraz fotografowania motoconchos przejeżdżających tamtędy bez przerwy. Wtedy, mieliśmy już za sobą niezapomniane doświadczenie podróżowania tym środkiem transportu. Od razu przyszło nam to zrobić z rozmachem – na trasie z Cabarete do Puerto Plata, choć pierwotnie chcieliśmy dojechać tylko do Sosúa. Ale tak nam się spodobało (ten wiatr we włosach i dzikość w sercu), że nasz kierowca Jorge musiał podchwycić w końcu ten entuzjazm, mimo że wpierw kręcił nosem (bo tacy wolą motorkami podwozić raczej na krótszych dystansach).

Uzupełniwszy bak, kontynuowaliśmy drogę mijając widziane po raz pierwszy w życiu zielone łany trzciny cukrowej. Jorge nosił skórzaną kurtkę, która zapięta do połowy wypełniła się podczas jazdy powietrzem, czyniąc z jej właściciela gigantycznego chrabąszcza. Wysadził nas na rondzie w centrum Puerto Plata. Na „stalowym rumaku” przejechaliśmy wówczas we trójkę prawie 40 kilometrów. Spotkaliśmy Jorgego w Cabarete dwa lata później. Zmężniał i nabrał ciała. Widać, poprawiło mu się. Może te długie dystanse oferował regularnie, biorąc za to ładne pesos.

Klejnot półwyspu Samaná

Natomiast, w Samanie stojąc na szczycie wieżyczki, co najmniej przez godzinę, rejestrowaliśmy coraz to bardziej kuriozalne egzemplarze motoconchos razem z ich pasażerami: babcią i dwojgiem wnucząt, lolitką w stroju szkolnym, siedzącą tak, jakby miała wyskoczyć w biegu, señorem z wielką sztachetą na ramieniu,  innym señorem z lodówką, jeszcze innym z pomarańczową, wyglądająca jak bomba, butlą gazową; ponadto wielokrotnie przemknął nam przed oczami wehikuł będący krzyżówką motocykla, meleksa oraz deski do prasowania; co okazało się lokalną, jakże charakterystyczną odmianą rikszo-podobnego, czy też tuk-tuko-podobnego motoconcho

To wówczas zapaliłem się do pomysłu i, choć czas gonił nas całkiem nie po latynosku, przekonałem Kingę, aby za wszelką cenę dotrzeć na północno-wschodni kraniec półwyspu Samaná, gdzie ponoć niczego nie było, poza tym, że było tam pięknie. Tak trafiliśmy do Las Galeras. Reszta to historie, które znacie, bo o Las Galeras wspominam, kiedy tylko przyjdzie mi ochota…

Kończąc na dziś zastanawiam się, jaka Dominikana we mnie pozostała, jaka jej cześć odłożyła się gdzieś w tam w środku przez te wszystkie lata, i co jeszcze moglibyśmy dla siebie wzajemnie zrobić?

W styczniu, zabieram moją szaloną Grupę i Was do zachodnich rewirów tego kraju. Przede wszystkim tam, gdzie niegdyś oddychało mi się najpełniej, podobało najbardziej, tam blisko granicy z Haiti, gdzie podróż zbliża się do jakiegoś sedna, gdzie nastaje szaleństwo przestworzy, pośród których podróżnik odkrywa niejako kraj w kraju, co tylko potęguje jego radość z nowych odkryć.

Dominikana, wioska Enriquillo
Fale Morza Karaibskiego obmywające nabrzeże wioseczki Enriquillo, na trasie z Barahony do Oviedo.
Dominikana, Cabo Rojo
Dominikańskie czerwonoziemy w okolicach Cabo Rojo, Pedernales

Odwiedzimy prowincje Barahona, Independencia, Bahoruco i Pedernales. Zobaczymy takie miejsca, jak Laguna de Oviedo, Cabo Rojo, Bahía de las Águilas, Lago Enriquillo… Wjedziemy do zaszytej w masywie Sierra de Bahoruco jedynej na świecie kopalni larimaru – błękitnego, półszlachetnego kamienia, który wydobywany jest tylko w Dominikanie.

Enriquillo, Pedernales
Muchachos z Enriquillo

Wierzę, że spotkamy ludzi, który nie pogubili się w tych rozległych i różnorodnych krajobrazowo przestrzeniach. Ufam, że ci ludzie zbliżą się do nas bardziej, niż gdziekolwiek indziej. I zachwycą prostotą, pokorą, mądrością życiową oraz spojrzeniem, które jest gwarantem atencji dla przybysza; spojrzeniem, w które wpisany jest uśmiech…

Tak, mniej więcej, wyobrażam sobie moją dziesiątą podróż do kraju, który dał mi dotąd tyle frajdy…

Flamboyant

Minęła wówczas druga tropikalna noc w Dominikanie, znacznie dłuższa od pierwszej, zaledwie dwugodzinnej, tuż po przylocie z Europy; po przyjeździe z lotniska do miasta. Dopiero po tej drugiej nocy funkcjonowałem normalnie. Był czerwiec 2007 roku. I duszny poranek w Santo Domingo. Przetarłem oczy i wyszedłem na świat. Chwyciłem w pobliskim colmado kawę i świeże empanadas, rozejrzałem się po okolicy. Wtedy zobaczyłem to drzewo rosnące kilkadziesiąt kroków od hotelu, gdzie miałem nocować przez kolejne tygodnie. Rosło na jednej z posesji, zagarnąwszy dla siebie większość ogrodu.

To był Delonix regiaeksplodujący szaloną czerwienią flamboyán dominicano, albo flamboyant, malinche, poinciana, zwany też ognistym drzewem, albo płomieniem Afryki, gdyż ma ponoć rodowód madagaskarski. Kiedyś widziałem to drzewo na obrazie jakiegoś malarza-prymitywisty; dominikańskiego, bądź haitańskiego Nikifora. Teraz miałem je przed sobą, w pełni rozkwitu. Pamiętam radość, podniecenie, niemalże śpiew duszy. Znowu tam byłem – w Dominikanie! Przez wiele miesięcy diablica nie dawała mi spokoju. Opętała mnie, kazała wracać. I wróciłem. Nadal wracam. Po jeszcze. Nie potrafię inaczej…

Miły gość

Pamiętam noc przyjazdu. Tamten człowiek otworzył drzwi, wpuścił mnie do środka i główkował co zrobić. Najpierw zapisał coś szybko w zeszycie, nie wiadomo co. Nie chciał niczego. Paszportu, dolarów, czy pesos. Parafek na jakichś kwitkach. Nie chciał. Bo niczego nie rozumiał. Tylko się uśmiechał. Jakiego człowieka stać na uśmiech w porze, o jakiej powinien przewracać się na drugi bok w łóżku? Swoim, cudzym, jakimkolwiek. Ja też nie rozumiałem, co do mnie mówił. Zresztą, on mówił niewiele. Ani trochę po hiszpańsku. Używał swojego języka – kreolskiego.

Mnie także pozostał jedynie grymas uśmiechu. Chodziło o to, żebym poszedł spać. O nic więcej. Jeśli ktoś sugeruje ci, abyś to zrobił, to pewnie nie nadajesz się do niczego innego. Rano potwierdzimy rezerwację, zapłacę ile tam trzeba, gdzieś podpiszę. Tego chciał tamten, tak podejrzewałem. To był Haitańczyk. Choć nie u siebie, wydawał się zadomowiony. W bejsbolowej czapce stołecznej drużyny Tigres del Licey. Miły gość. Witał mnie o czwartej nad ranem w hotelu „Bella Vista”.

Klucz na gębę

Dostałem klucz. Na gębę. Bez niczego. Za szczerość. Za wory pod oczami. Za bełkot utrudzonego wędrowca. Wyglądało to tak, jakbym wszedł z ulicy, padł na pierwsze lepsze wyrko i nikomu to nie wadziło. Podziękowałem i poczłapałem do pokoju o numerze wypalonym na kawału drewna przytroczonego do klucza. Tam było gęste, jak krochmal i nagrzane powietrze. Kiedy wszedłem do pokoju, zderzyłem się ze ścianą gorąca. Włączyłem światło i natychmiast wiatrak na suficie, aby rozgonił tę zabójczą duchotę.

Kilka minut później łapałem już normalny oddech. Szybko przywykłem. Mnie taka parnota nie wadzi, lubię taką wilgoć. Dopiero w tropiku czuję, że oba płuca mam zatrudnione na pełnym etacie. Wielu słania się na nogach, oddychając „nawilgłą watą”, jak to ujął Krzysztof Mroziewicz w „Fideladzie”. A mnie te tropikalne opary, paradoksalnie, energetyzują. Choć nie wtedy. Bo szybko zasnąłem. Wymordowany po podróży. Nie musiałem wspomagać się alkoholem przez zaśnięciem w tropiku, o czym instruował Kapuściński w „Wojnie futbolowej”. Padłem, jak dziecko. I spałem twardo, choć krótko. Nie wiem, czy śniłem o czymkolwiek. Być może. Za to, obudziłem się dziwnie wypoczęty i gotowy na nowe wyzwania. A czekało mnie ich co niemiara.

La cucaracha

W łazience zabrakło wody. Prysznic milczał. Pewnie zbyt wcześnie zabrałem się za mycie. Jeszcze nie czas na wodę w rurze. Wyjrzałem przez okno. Kiedy spałem musiała przejść obfita burza. Powiało lżejszym luftem. Podwórko zamiatał ten sam Haitańczyk, który kilka godzin wcześnie pełnił rolę zgubionego recepcjonisty. Ileż liści zaległo na patio! W deszczu pospadały z drzew, przeważnie figowców. Leżały wszędzie. Na kamiennej mozaice, na białych, żeliwnych stołach i krzesłach. Spojrzałem na najbliższe drzewo. Miało niewielkie owoce, które nadal dojrzewały. Owoce w kształcie, jakby bladozielonych, gładkich jąder. Drzewo było wielkie, rozłożyste. To był mangowiec.

Za nim, nieco dalej na dachu, krzątała się starsza kobieta w luźnej koszuli nocnej, w turbanie z ręcznika. Wieszała prześcieradła na sznurku, choć ledwie wzeszło słońce. Chwilę wcześniej słyszałem spóźnione pianie koguta. I za nim ujadanie psa. Jeden drugiemu dokazywał. „Zamknij dziób, a ty stul pysk!” Wiatrak łopotał na mniejszych obrotach, a ja leżałem pod nim w szczątkowej garderobie, co potem często praktykowałem. Chyba, że skazano mnie na klimatyzację. Wtedy czułem się bardziej, jak półtusza wieprzowa rzucona w odmęty chłodni.

Myjąc zęby zauważyłem karalucha wielkości ciasteczka, spacerującego po zasłonie prysznicowej. Wyglądał, jak mini zabawka nakręcana kluczykiem. Nie zrobiłem mu krzywdy. I wzajemnie. Potem spotkałem go ponownie. Widać, dane nam było dzielić rewiry w pokoju hotelowym. Nie wiem, czy po mnie łaził, gdy spałem, czy dobierał się do resztek bananów, jakie mi zostały po podróży. Tak, przywiozłem banany z powrotem do macierzy! Prawdę mówiąc, wciąż ledwo dojrzałe.

Niewykluczone, że karaczan znaczył teren po swojemu. Dowodów na to nie miałem. Jednak w czasie porannej kąpieli, kiedy widziałem, jak zuchwale grasuje w mojej obecności, nie wzbudził we mnie odrazy. Nie rwałem się, aby go zgładzić, choćby mokrym klapkiem. Szkoda mi było robala. Karaluch, czy nie to jednak jakiś współlokator. La cucaracha, la cucaracha…

Dominikański smak

Kiedy zszedłem po schodach do głównego holu, nie zostałem tam znajomego Haitańczyka. Na recepcji siedziała señorita z ugładzonymi włosami i w garsonce, wklepując coś do komputera, przekładając segregatory. Przywitała mnie, uśmiechnęła się i wróciła do tego, co ją zajmowało. Po chwili, pewnie gdy skończyła to co było ważniejsze, zainteresowała się mną ponownie. Zagaiła skąd jestem, ile zostanę w Dominikanie, jakie mam plany? Odpowiadałem jej na bieżąco. Wreszcie rzuciłem, że w kraju gdzie mieszkam pada zimą śnieg. To zawsze robi wrażenie na ludziach, którzy namiastki tej „atrakcji” zaznają jedynie przy otwieraniu zamrażalki.

Coś tam jeszcze dopytywała, lecz musiałem jej przerwać. Poczułem głód. W pobliżu była garkuchnia, gdzie można było zamówić cokolwiek na wynos. Wziąłem to, co mi posmakowało, gdy poprzednio byłem w Dominikanie. Smażone platanosy i sok z marakui. A coś do tego?, pytała recepcjonistka. Mięsa żadnego nie chcesz? Smażonego kurczaka, albo pollo guisado, tj. kurczaka duszonego. Nie chciałem. Być może pomyślała, że ja nie wiem, w czym rzecz, i nieświadomy upieram się, aby wsuwać same „zapychacze”, coś jakby nasze ziemniaki. Jednak nie miałem ochoty na więcej.

W końcu uległa, zadzwoniła gdzie trzeba i po kilkunastu minutach dostałem swoje platanosy. To był smak pierwszej dominikańskiej podróży. Sprzed półtora roku. Nie do podrobienia. Rozkoszowałem się nim. Ku uciesze, ale i zdziwieniu recepcjonistki…

Dziewczyna z balkonu

Potem przyjechał człowiek, który w nocy załatwił mi transport z lotniska. Pracował dla znanej francuskiej firmy. Był ekspatem. Zabrał mnie na strzeżone osiedle, w zachodnim Santo Domingo, gdzieś za parkiem Mirador del Sur, blisko portu Haina. Mieszkał tam z żoną, która rzadko wychodziła z mieszkania w wieżowcu, bo się bała. Wysiadywała godzinami na balkonie, patrząc na ocean, wypatrując błyskawic na horyzoncie i czekając na męża. Czasem, z duszą na ramieniu, wybiegała po drobne zakupy do sklepu.

Szybko wracała, płoszona seriami piropos, czyli niewybrednymi komplementami, rzucanymi w nią przez dominikańskich machos. Nawet ich nie rozumiała, ale przerażały ją syki, cmokania, gwizdy i pohukiwania. Chyba z rok przesiedziała na tym balkonie. Co tydzień, bodajże w czwartki, czekała na wejście tankowca do portu. Jeśli nie wpływał, albo spóźniał się, wówczas jej mąż miał problem z brakiem paliwa na stacji. No, wiesz, mieszkamy na wyspie! Tak, poniekąd słusznie, streściła swoje obserwacje.

Tam gdzie flamboyant

Oboje byli bardzo życzliwi. Nakarmili mnie rybą mahi-mahi, dotrzymali towarzystwa podczas paru weekendów, przewieźli późnym wieczorem wzdłuż Malecónu. Pamiętam, że utknęliśmy w korku blisko jakiegoś nocnego klubu. Dudniąca muzyka, tłum przyklejony do wejścia z oślepiającym neonem, wszędzie walające się puste butelki po rumie.

Rozglądałem się z tylnego siedzenia, chłonąc ten cały chaos fiesty zamotanej w parne, wilgotne powietrze. Kiedy opuściłem szybę, od razu podeszła jedna z chicas z wiadomą ofertą. Uwiesiła się okna, wdzięcząc się, prężąc, strosząc pióra. Chodziło o masaż. Un buen masaje, mi amor. Od razu uściśliła jaki, mrugając porozumiewawczo. Tyle się dowiedziałem. W końcu ruszyliśmy dalej.

W nietaniej restauracji na Plaza de España, gdzie mnie zaproszono, zdawałem moim towarzyszom relacje z wypadów w głąb kraju. Robili wielkie oczy, gdy mówiłem im, że dwa dni wstecz popijałem piwo gdzieś pod granicą z Haiti, albo tropiłem tam iguany. Oni, jeśli opuszczali Santo Domingo, brali na cel przeważnie okolice Punta Cana, albo Bayahibe. Chcieli mieć plażę, relaks, bufet all-inclusive, grillowaną langustę, takie przyjemności. Niezbyt się do tego paliłem. No, może poza langustą, której bym nie odmówił. Poza tym, roznosiła mnie energia, nie do zużycia nad hotelowym basenem. Potem straciliśmy kontakt, jakoś tak. Każdy miał swoje sprawy.

Mnie ciągnęło do tych ognistych, czerwcowych flamboyantów. Gdziekolwiek rosły, tryskało z nich życie. Do życia mnie ciągnęło.

Flamboyant, Parque Mirador del Sur, Santo Domingo
Flamboyán w swoim pełnym ogniu – u wejścia do parku Mirador del Sur. Na koniu generał Antonio Duvergé. Urodzony w Portoryko dominikański wojskowy z francuskimi korzeniami. Aktywny bojownik o niepodległość Dominikany.

Mój dominikański świt

To jest tekst o Dominikanie, jaki powinien powstać, gdy zaczynałem swoje przygody w tym kraju, prawie dziesięć lat temu. Ale wyszedł ze mnie dopiero teraz, spontanicznie, bez wysiłku odtwarzania tamtych emocji, w jakich wjechałem w ten dominikański świat, w ten tropik, który mnie szybko usidlił. To są niejako emocje inicjacji, nie do zagaszenia, wiecie o czym mówię. Dominikana była najpierw i potem ciągle wzywała, wymęczyła mnie, zabrała oszczędności, pozbawiła alternatyw, była zaborcza. Ale dała w zamian jedno – jakąś namiastkę szczęścia, tam odkryłem frajdę dzikusa. Nie oddałbym ułamka czasu, jaki jej poświęciłem, w ogóle jaki przetopiłem w podróżach, wielokrotnie zyskując to najwspanialsze zmęczenie człowieka szczęśliwego, przypomnijcie sobie ten stan; na koniec dnia ciało do niczego, ale umysł radujący się kosmosem wrażeń. Czuję podskórnie, że idzie nowe, może i tego wyczekuję. Chcę dać szansę Kolumbii, to już wiecie, jeśli znajdę taką „drugą Dominikanę”, to tym lepiej. Prawdę mówiąc, liczę na to, potrzeba mi nowego paliwa, każdy go potrzebuje, jak i nowej energii, inspiracji! Wyszedł mi tekst niby refleksyjny, choć poszedł własną drogą, przyspieszył, nie hamowałem go. To całe emocje, amigos, to mój „love” do tego kraju, do podróży, do Karaibów, to we mnie zostało od tamtego pierwszego, dominikańskiego świtu, w 2006 roku. Odkrywajmy dalej, czemu nie, odkrywajmy wspólnie.

Nowy żywioł

Do Puerto Plata, czyli POP dolatuję wieczorem. Jest ciemno, jakby środek nocy. Jest styczeń, choć to już nie ma znaczenia. Na zegarku, ledwie cofniętym o pięć godzin dopiero dochodzi dwudziesta. Karaibski mrok nastaje nagle, niespodziewanie. Siedzę przy oknie i wkręcam w nie głowę wypatrując detali, wiercę się, poprawiam pasy; to je luzuję, to znów zaciskam. Znużenie długim lotem odchodzi, gdy z góry łapię pierwsze, liche światła wyspy. W dole República Dominicana! Samolot robi skręt, potem drugi, obniża lot. Pilot chce posadzić boeinga na lotnisku Gregorio Luperóna. Uszy się blokują, w czaszce łupie, ale rozdziawiam gębę, trzymam tak przez chwilę, jakbym krzyczał bez głosu na moście Muncha i po kłopocie. Dziób maszyny idzie w górę, lekkie przyśpieszenie, szarpnięcie i ostre hamowanie. Świetna robota, bilans startów i lądowań się zgadza, ahoj! Na pokładzie aplauz po dziesięciogodzinnym przedstawieniu, że się skończyło, że ludzie wytrwali, że pilot zrobił swoje, no z czystej ulgi, wiecie o czym mówię, ja nie klaszczę, nie umiem, po prostu wierzyłem w pilota do końca, choć ten oznajmił wcześniej, że przefrunie nad Bermudami, czyli wleci w Trójkąt Bermudzki, wiecie w czym rzecz, nie klaszczę, bo dłonie mam zajęte, ściskam je nerwowo, nowy żywioł przede mną.

Pokładowy wrestling

Samolot kołuje, podsuwa się do „rękawa”. Ludzie już w blokach startowych, a ledwo wylądowali, stoją w takiej irytującej gotowości wiecie o czym mówię, bez pardonu, tłoczą się, przetrącają plecakami, jakie już powkładali na plecy, mają w nich spadochrony, czy co?, kaftanów bezpieczeństwa wam trzeba, wy nadgorliwcy!, no walka tytanów, ciosy na prawo, ciosy na lewo, jeden wali drugiego, tamten daje się walić, no wrestlig, zawsze w tłumie znajdziesz takiego typa gorączkę, takiego Hulka Hogana z nadciśnieniem, lidera jaki zarazi swą pasją innych, i ci pomyślą, że trzeba atakować, zamiast pomyśleć, że mają czas, że wyjdą po ludzku, to nie, sieją spustoszenie od razu, oknami by powyskakiwali na tych spadochronach z plecaków, wszystko to na granicy jakiejś chorej paniki, innymi słowy ludzie szykują się kulturalnie do wyjścia, jak żywy, niesforny inwentarz, nogami przebierają, jakby dusili pęcherze przez pół drogi.

Ramirez by się przydał

Wychodzimy to za mocno powiedziane. Snujemy się do wyjścia, jak ślimaki. Wewnątrz boeinga czuć już dyskretną obecność „innego” powietrza, tego z zewnątrz, bo klimatyzacja brata się już z tym powietrzem. I ja zaczynam przebierać nogami, ale mój pęcherz stabilny, za to pękam z niecierpliwości, wyrywam się do tego czegoś na zewnątrz kabiny, do tej wabiącej niewiadomej, dusza trzy metry przed ciałem, wyprzedzam samego siebie, ktoś podszczypuje mnie w tyłek, to moja Bonita, mój anioł stróż, umie szczypnąć, przyjemnie boli, szczyp mnie jeszcze, od szczypania się zaczyna, potem tropik lubieżnik doprawi resztę, czaicie o czym mówię, i mnie się chce ryczeć, bo to się dzieje naprawdę, nie muszę się budzić, to jest na jawie, i ja pitolę, nie wyrobię, bo jak okrzyknąć to szczęście, no ale ten sznur pasażerów, ten niekończący się sznur, a wejdę im zaraz na głowy i śmignę po nich, jak sprytnykarzeł w cyrku, no dobra już prawie widać to wyjście, ten zbawienny exit, ostatni uśmiech i bardzo dziękuję stewardessom i one bardzo dziękują, no dobra, już poza maszyną, ale dalej w zamknięciu, w zakleszczeniu, przez ten upiorny „rękaw”. Kto to widział długie rękawy w tropiku! Nie mogły być schody i marsz płytą lotniska? Ale w rękawie robi się jakby inaczej, jest wilgoć, jest gorąco, są pierwsi Dominikańczycy, obsługa naziemna w czapkach bejsbolowych, ależ oni mają prezencję!, że ja nie wpadłem na to, żeby mieć „gotowca” na końcu języka i walnąć coś takiego na powitanie, że „Manny Ramirez, yeah!!!”, ale nie mam „Ramireza”, byłem ślepy na baseball do tej pory, a samo „yeah” brzmi idiotycznie, więc milczę, chłonąc tych pierwszych Dominikańczyków o cynamonowym kolorze skóry tak, jakbym chciał zrobić sobie ich kopie, eh señores, gdybyście wiedzieli , że będę was pamiętał, jak każdy „pierwszy raz”.

Powiew tropiku

Nagle nie wiadomo skąd wpada strumień powietrza, to jest powiew tropiku, moi drodzy, jakiego wcześniej nie znałem, to ma w sobie jakąś masę, spoistość, coś jakby zmoczona lignina, krochmal, jaki od razu człowieka oblepia, zasysam to powietrze, jak wariat, pcham je w płuca, i ja pitolę, nie wyrobię, bo teraz mam dwa płuca, uwierzycie, a nie jedno!, jak mi się dotąd zdawało, gdy żyłem na pół gwizdka na tej podłej dalekiej północy, i kręci mi się zaraz we łbie, na haju jestem, właśnie dostałem swoją działkę.

Chemia zapachów

Ale co takiego tkwi w tym powietrzu, bo tego czegoś jest od groma, to jest coś więcej, niż tylko nośnik tlenu, to jakieś obłędne archiwum dnia ostatniego, przedostatniego, każdego, czort wie, ile molekuł tam się zatrzymało, to jest odurzająca mieszanka zapachów, nie wiesz jeszcze, czy te aromaty są dla twego nosa, ale ciągniesz je bez wahania, aż zatoki buczą, czujesz jakby butwiejącą naturę, potem sobie skojarzysz z Greena, Marqueza, że tropik ma zapach zgniłego owocu guawy, i pokochasz ten zapach, albo inaczej, będziesz go kochał i nienawidził, nieraz krzywiąc się, bo ci zasunie kontenerem na odpady z targowiska, jakąś spleśniałą cebulą wetkniętą w truchło arbuza, albo rozgrzanym chodnikiem na który pospadały czarne jak diabeł, sierpniowe morwy, zaraz rozdeptane, rozjeżdżone, zjełczałe na słońcu, dusząco smrodliwe, ale teraz sam badasz, niuchasz, łączysz z czymś co znasz, bo człowiek zawsze porównuje, choćby nie chciał, a guawy dotąd z autopsji nie poznałeś, węszysz więc bez podpowiedzi, i co tam jeszcze w tym powietrzu odkrywasz, jakie pozostałości parnego dnia, gorący piasek, asfalt i morskie wyziewy, no i coś smażonego, dowiesz się później, co takiego Dominikana lubi smażyć, w mieście, we wsi, gdzieś na rogu ulicy, że to tostones, zielone „platanosy”, albo żółte, że to empanadas, że to ta cała palce lizać mięsna smażenina, że to chicharrones, te ichnie, świńskie skórki, bardziej jakby przerośnięte skwarki, że będziesz to wszystko jadł tak, jakbyś dopiero uczył się jeść, jak dzikus, w oszołomieniu, w radości.

Napad ckliwości

Nogi się uginają pode mną od tego powietrza, zmieniają w zwiotczałe pończochy, z motoryką cofam się do pierwszych kroków dziecka, ja chcę płynąć w tym powietrzu, chcę w nim zawisnąć, jak Neo w Matryksie, znowu zbiera mi się na ryczenie, i ja pitolę, nie wyrobię, bo jakie to w człowieku pochowały się wzruszenia, topi się człowiek w tej tropikalnej duchocie, choć ledwo jej dotknął, po kręgosłupie galopuje mu pot, ciuchy z innej strefy parzą go, gryzą, pod slipami zaczyna swędzieć, a ten się wzrusza, ckliwy się robi, że wreszcie tu dotarł, że można pomarzyć i coś z tego mieć, weź się w garść, oddychaj głęboko, to już jest „twoje” powietrze, i takim pozostanie, już nie będziesz mógł bez niego żyć!

10 USD za dominikańską noc

Jestem oszołomiony, co tu gadać, jestem pijany tym wszystkim a dopiero wchodzę do sali przylotów, idę jak na autopilocie, moja Bonita mnie podtrzymuje, mój anioł stróż, wyjmuję paszport, tarjeta de turista, i ten taki niebieski kwit, wypełniony w samolocie, odliczam dziesięć dolców na opłatę wjazdową, bo tyle kosztuje dominikańska noc. Gapię się w niebo, ależ nisko to niebo, prawie spada człowiekowi na głowę, gwiazdy można przestawiać dłońmi. A o dziesiątej, może jedenastej w niezbadanych ciemnościach ruszam na plażę. Idę, jak to mówią, za głosem morza. Wszędzie słychać wibracje, gorączka sobotniej nocy w trawie, z zaroślach, to cykady, ściana dźwięku. Ileż ich musi być na jednym metrze kwadratowym, cała filharmonia, tych stworzeń nie liczy się na sztuki, prędzej na kilogramy!

Ten świt nadejdzie

Dobra, teraz klasyka, pod stopami piasek, w uszach szum oceanu, w ustach lekki posmak soli, jaką przytargała bryza. I nagle, „plach”, dziwny odgłos, jakby głuche uderzenie. Tu rosną palmy, nie widzę ich, ale wiem, że są tuż, tuż. Wolno, na boso przebijam się przez ten gęsty atrament nocy. Padam na cztery łapy, jak rozbitek Crusoe, który właśnie wyratował się, wyłażąc na suchy brzeg i macam dłonią całkiem chłodny piasek i w końcu mam go, wymacałem go, świeży i gładki, i ciężki. Już dźwigam go na dłoni. To kokos, o ja pitolę, nie wyrobię, dominikański kokos, en vivo – na żywca, z Dominikany!, uwierzycie, tu na miejscu, prawdziwy, prosto z nieba, musiał tu paść, aby dać znać o sobie. A gdzie twoi bracia amigo, gdzie twoi hermanos?, mówię do orzecha, uwierzycie, mówię do niego, jakbym mówił co strusiego jaja, co też nie jest całkiem zdrowe, no takie górnolotne pierdoły wygaduję w tych emocjach, takie uniesienia mnie przy tym orzechu biorą, że tylko ta ciemność mnie ratuje, kryje to moje zdziecinnienie, to szaleństwo. Unoszę głowę i próbuję dojrzeć gdzieś tam w zaciemnionej przestrzeni koronę palmy. Na próżno, muszę poczekać do rana. Parę godzin i nadchodzi świt. Mój pierwszy dominikański świt…

Podróżnicze inicjacje

To będzie, niestety, strasznie długi tekst, lecz krócej się jakoś nie dało, gdy przyszło mi do głowy, może lekkomyślnie, by wspomnieć o własnych podróżniczych początkach, czy bardziej o inspiracjach, bez których robi się różne rzeczy chyba tylko na pół gwizdka, albo na siłę. Zresztą i tak się wstrzymywałem, by nie napisać więcej za jednym zamachem. Przypadek sprawił, że się tymi klimatami około-karaibskimi, latynoskimi porządnie zaraziłem. I na szczęście nie poprzestałem na parodiowaniu Fidela Castro, grzmiącego z ambony. Nie studiowałem niczego podobnego w temacie, a pewnie i bym próbował, gdyby mnie właściwy bakcyl dopadł wcześniej. Zresztą, czym jest studiowanie, o takim żywym studiowaniu myślę, jak nie wiecznym drążeniem na własną rękę i mocowaniem się nieraz ze samym sobą, by coś trwałego zyskać, dla siebie, może dla innych, i mieć z tego trochę szczerej frajdy.

Może i chciałbym mieć w zanadrzu taką historię, jaką ma np. W. Cejrowski, który ponoć opylił lodówkę i za pieniądze z transakcji kupił bilet lotniczy i poleciał do Meksyku, by swe podróże wielkie zacząć, podróże do Indian, do dżungli i gdzie tam jeszcze, i potem boso po całym świecie. Sam lodówki nie przehandlowałem, bo była cholera za ciężka. Zarobiłem na wojaże inaczej. Zacząłem prozaicznie, jak normalny człowiek, aż szkoda się przyznawać, bo po prostu poszedłem do roboty. Z metodą Cejrowskiego łączy mnie poniekąd i podejrzewam, że nie tylko mnie to, że dość wcześnie za młodu czytałem zajadle Arkadego Fidlera, śpiewając z jego rybami w Ukajali i też czytałem albo oglądałem w telewizorze tego drugiego globtroterskiego tuza, jakim był i pewnie wciąż dla wielu jest –Tony Halik. Zawsze chciałem mieć tyle kaset video, ile miał Halik za swoimi plecami, bo było je dobrze widać, że trzymał ich tam setki, gdy siedział z Elżbietą Dzikowską we własnym domu i pasjonująco gadał, jak to ustrzelił lamparta, i go elegancko oskórował, i jak robił pranie brudnych łachów w podróży, po drodze, w ogóle nie zatrzymując jeepa. „Z kamerą i strzeblą przez Mato Grosso” to pamiętam, że dałem poczytać babci i ta książka ją bardzo przejęła, bo tam były zdjęcia Indian, pokaleczonych w jakimś rytualnym szale. Ale i tęgo się obśmiała, bo każdy by tak zrobił, gdyby na innym zdjęciu, w dodatku kolorowym, zobaczył bladoróżową dupę samego maestra Toniego, gdy ten stoi po kolana w rzece i zawzięcie filmuje Indian dokonujących ablucji.

Miała być Afryka…

Były to książki, te i wiele innych, fabuł czy dokumentów, reportaży, które gdzieś tam z tyłu głowy się odkładały i być może potem wypychały człowieka w świat szeroki. A na studiach to przypadkiem trafiłem na jedną taką pozycję, która była po trosze osobistymi zapiskami, po trosze przewodnikiem, gdzie autor, którego imienia już nie pamiętam, wziął i popłynął do Afryki Zachodniej na statku towarowym, jako zwykły pasażer, w kajucie pasażerskiej, którą można było wynająć za jakiś tam pieniądz. I jak ten autor szczęściarz ulokował się na pokładzie takiego transportowca w Gdyni, to z przystankami w Dunkierce, Nawakszucie, Dakarze, Monrowii, Abidżanie, Akrze i Lagos, dopłynął aż do kameruńskiego portu Douala. A potem zabrali go tym statkiem w drogę powrotną do domu. Wojaże w całości trwały lekko ponad trzy miesiące. Załoga stawała w jednym porcie, by tam wyładować drewniane bele, a zabrać, dajmy na to, kozy, potem gdzie indziej te kozy były zwalniane a zamian wrzucano na pokład całe hałdy czegoś sypkiego i tak dalej. Autor miał dość czasu i świętego spokoju na pełnym morzu, by pomyśleć o życiu, by coś napisać, a przede wszystkim, by coś na własne oczy zobaczyć, gdy już zszedł na ląd i nikt mu kosy do żebra nie przystawił. Mnie to się wtedy, przyznam, tak mocno udzieliło, że spać nie mogłem, niemal czułem na sobie rozgrzany oddech Afryki, bo przecież taka podróż to się idealnie zapinała ze studenckimi wakacjami, i należało coś zrobić, by te wakacje były skrojone na afrykańską modłę.

Znalazłem jednego dużego armatora ze Szczecina, który regularnie pływał do Afryki i napisałem „intencyjny list”, dodam, że tradycyjny, bo jeszcze wtedy Internet dla mnie nie istniał i wysłałem, i potem zdębiałem, gdy po kilku tygodniach przyszła odpowiedź, że nie ma problemu, że o takie miejsce pasażerskie na jednostce towarowej mogę się ubiegać. Zaraz dostałem też rozpiskę kosztów wyjazdu, i mnie z marszu zemdliło, bo tam stały jakieś okrutnie duże cyfry, w każdym razie, musiałbym tyrać przez pierwsze trzy miesiące na miejscu, by potem płynąc przez następne trzy do Afryki i nazad, co by nie wyszło mi na zdrowie, bo na pewno profesor od statystyki, czy innego kolosa założyłby mi na egzaminie obezwładniający chwyt Nelsona. Nie zamierzałem harować w Polsce, aby w konsekwencji z odległości Afryki wypiąć się, jak cwaniak na terminowe studiowanie. Chciałem jechać do Afryki, kiedy był na to czas.

Wystosowałem kolejna epistołę do armatora z pytaniem, czy nie daliby mi podczas rejsu jakiejś roboty na statku, którą mógłbym po części pokryć moje utrzymanie. Miałem, oczywiście, głupie i romantyczne wizje, że oto rano budzę gdzieś na równiku, biorę wiadro, szmatę, szczotę i pucuję kilometr kwadratowy pokładu, ładnie za porządkiem. W zmian dostaję codziennie odwszawiony koc i michę znośnej strawy. Co więcej, bosman i reszta myślą, że klawy ze mnie gość. A wieczorami, relaksuję się przy tropikalnym zachodzie słońca, słucham pojękiwań delfinów i furczenia latających ryb. Za to w nocy, w klaustrofobicznej kajucie pilnie robię notatki, trochę śpię i marzę o spodniach z prawdziwej, wężowej skóry, jakie kupię na jakimś szemranym bazarze w Liberii, albo w Togo, spodniach fest rurowatych, ciasnych w kroku, jakie zdaje się miał Jim Morrison. Później, już po wojażach, porządnie ogorzały, z bruzdami na twarzy od wiatru, z włosami wyblakłymi od słońca i soli, wejdę w tych spodniach, których się nie pierze a tylko dotlenia, na jeden z wykładów, i rozbiję tam skupienie tłumu w drobny mak, oczywiście, spóźnię się ostentacyjnie, wejdę ostatni, by wszyscy widzieli, że wchodzę i się rozsiądę, gdzieś na widoku, by do wszystkich dotarło, że oto właśnie Wróciłem, z Afryki, i jeśli tego nie będzie po mnie widać, to niech ich wszystkich diabli wezmą.

Tym razem dostałem od armatora, w osobie przemiłej opiekunki spraw pasażerskich odpowiedź telefoniczną, że dosyć ciężko z tym moim zatrudnieniem na pokładzie w czasie rejsu, ale zostaje cień szansy, bo jak napiszę do samego prezesa, poproszę go, o co trzeba, i ten się zgodzi, to wyjdę na swoje. Miałem pisać do prezesa dużego polskiego oceanicznego armatora, by zatrudnił mnie w stopniu doraźnego „pod-majtka” na jednym ze swoich statków? Było to wyzwanie, którego od razu nie podjąłem. Wyczekiwałem natchnienia, które wreszcie spłynęło na mnie którejś nocy. List napisałem przesadnie emocjonalny, z niemożliwą pasją człowieka, który rwie się do świata, nabazgrałem mnóstwo patetycznych głupot, jakieś lwy na afrykańskim brzegu z Hemingwaya tam wcisnąłem, ze dwa razy przekręciłem w grobie Sienkiewicza, wspominając coś o puszczy, coś o pustyni, o dalszych losach Stasia i Nel. Cud, że w tym popisie grafomaństwa w ogóle zawarłem jakieś rzeczowe informacje o charakterze „życiorysowym”, bo jakby nie było, chodziło mi przecież o zdobycie roboty, i nim zdążyłem się opamiętać, poczta szła już do Szczecina. Telefon zadzwonił tak szybko, jakbym wysłał co najmniej e-maila. Prezes zgodził się, widocznie czytał list, jako ostatnią rzecz w swym pracowitym dniu i było mu wszystko jedno.

A potem przyszło nowe zestawienie kosztów, uwzględniające moją harówę na statku. Od razu zbladłem, bo się okazało, że w sumie niewiele ugrałem. Wychodziło, że praca miała być dla mnie dodatkową „przyjemnością”, dość skąpo opłacaną. Tak czy inaczej, musiałbym zapłacić furę pieniędzy, których wtedy nie miałem, a jednocześnie nie mogłem naciągać rodziny, sąsiadów czy ONZ na te swoje, wyczesane afrykańskie widzimisię. Niestety, zrezygnowałem. A miałem już zdane egzaminy w terminie zerowym! Jeden z profesorów prawie dostał zawału, gdy mu w ekscytacji zreferowałem, co planuję. Gotów był jechać ze mną. Ale cóż, nic z tego nie wyszło, pamiętam, że siedziałem z telefonem w dłoni, odkładając rozmowę z armatorem w czasie, jak tylko się dało. W końcu zadzwoniłem i zakończyłem sprawę. Okazało się, że druga strona przyjęła moja decyzję z wymowną ulgą, bo myśmy się podczas tej całej wymiany listownej i telefonicznej nieco zżyli, i oni się szczerze zaczęli martwić, że mnie się w tej Afryce coś stanie, gdy jako zachłyśnięty światem studencik będę się tam włóczył po różnych mauretańskich, nigeryjskich czy kameruńskich portowych dzielnicach.

Latynoski bakcyl

Któregoś popołudnia podczas Juwenaliów na swej uczelni zapomniałem o Afryce. Sporo się wtedy działo, brać studencka świętowała. Były fiesty, zawody, koncerty, jak to zwykle bywa. Dumałem, czy czekać na show flamenco, czy iść na wykład o Ameryce Łacińskiej jakiegoś profesora iberystyki. Zaproszono go na gościnne występy. Ponoć potrafił z ikrą do ludzi gadać. U Latynosów przesiedział prawie piętnaście lat, głównie w Chile i w Meksyku, który był jego konikiem. Ten cały Meksyk, parafrazując Quentina Tarantino, wydawał mi się taki… meksykański. Kusił jakoś. Jakbym nie miał dość wykładów „programowych”, koniec końców wybrałem – wykład. No i stało się. Dopadł mnie latynoski bakcyl, potem karaibski i tak trzyma do teraz. A do Meksyku wciąż nie dotarłem. Pewnie kiedyś dotrę, choćby przelotem. Za to się czepiłem Karaibów, jak rzep psiego ogona…

Po niemal piętnastu latach nadal trzymam zanotowany tamten wykład, wciąż go dobrze pamiętam. Profesor spóźniał się. Minęło trzydzieści minut i więcej. Pojawiły się niewybredne wyrazy zniecierpliwienia. Robiło się coraz tłoczniej. Ludzie chcieli posłuchać o świecie. Czekali, przebierali nogami. Maestro zjawił się z godzinnym poślizgiem. Wyobrażałem go sobie inaczej. Myślałem, że będzie to lekko zaprawiony tequilą roześmiany sybaryta w wielgachnym, meksykańskim sombrero. Zupełnie nie trafiłem. Pozornie przypominał bardziej demonicznego Boba z filmu „Miasteczko Twin Peaks”, pamiętacie? Albo indiańskiego szamana. Nosił długie, szpakowate włosy, bluzę khaki i jakieś plemienne bransoletki na przegubach dłoni. Wreszcie zaczął swoje wykładać, od razu barwnie, z werwą. Z łatwością pozyskał sobie tłum. Miał silny głos, przekonujący. Zafundował porywające słuchowisko.

Fragment tamtego wykładu spróbuję tutaj odtworzyć.

Profesor mówi o Meksyku:

„Zachód patrzy na graniczący z Gwatemalą, meksykański stan Chiapas i krzywi się na widok odzianego w czarną kominiarkę rebelianta. No wypisz, wymaluj – jakiś guerrillero mówi się… czyli partyzant, prawda… No jak partyzant, to on musi być lewak. No, jak lewak to pewnie będzie marksista. No, jak marksista to pewnie będzie komunista. No, a jak komunista… to do diabła z nim… To jest w ogóle skandal. Kiedy, a priori, jeden taki dziennikarz na podstawie tylko figury tego właśnie subcomandante Marcosa wysyła go do diabła, mówiąc, że to na pewno jest jakaś tam infiltracja… Na poziomie ’94 roku trudno by było mówić o infiltracji Moskwy, albo o długich rękach Moskwy i Kremla. No ale coś tam było podejrzane; bo za czyje pieniądze, komu, dlaczego i po co?

Minął długi okres, kiedy nasi dziennikarze obudzili się, za przeproszeniem państwa, z ręką w nocniku i stwierdzili, że w Chiapas ma miejsce zdarzenie, nie tylko o znaczeniu kontynentalnym ale i o charakterze światowym. Dlatego, że rebelia EZLN (Ejército Zapatista de Liberación Nacional) czyli Zapatowskiego Wojska, prawda… Wyzwolenia Narodowego była tym elementem, który odwrócił bieg historii Meksyku. Ale nie tylko Meksyku… Bo to przecież jest tak, że w momencie kiedy pojawia się figura Marcosa to ludność na całym świecie dowiaduje się, iż istnieje problem w Ameryce Łacińskiej – mniejszości indiańskiej – po pięciuset latach od konkwisty! Olbrzymia władza skupiona w rękach Partido Revolucionario Institucional w Meksyku psu na budę jest warta i rychło się rozsypie z powodu właśnie tej rebelii… I nie chodzi o jakiekolwiek tam 'izmy’. Tylko chodzi o sprawę bardzo prostą. Wielomilionowa społeczność tubylcza, indiańska; przez wieki poniżana, przez wieki kopana, przez wieki wykorzystywana… nie powiem wyzyskiwana, bo to niemodne – budzi się i w pewnym momencie mówi – BASTA! Skończyło się…

I nasze dziennikarstwo, nasz sposób widzenia rzeczywistości meksykańskiej nie budzą się razem z tym wydarzeniem, tylko w dalszym ciągu mamy takie spojrzenie… właśnie podejrzliwości o lewackość, podejrzliwości o 'izmy’. I nie wystarczyło, że rebelia w Chiapas wywraca władze Partido Revolucionario Institucional. Ba, PRI było zmuszone przez Marcosa zabić własnego kandydata na prezydenta, bo w tej nowej rzeczywistości by nie pasował… Potem utrzymało władzę przez 6 lat i następnie musiało ją oddać. Co było wydarzeniem – trzęsieniem ziemi w całej Ameryce Łacińskiej, ponieważ po siedemdziesięciu latach, jak powiadał Mario Vargas Llosa – najbardziej perfekcyjna dyktatura na świecie upadła… Ale kogo to obchodzi, no kogo…?

No i kiedy państwo zostaniecie na przykład rzuceni w pewnym momencie w wir twardej rzeczywistości, w której będziecie musieli komuś doradzić jak ulokować kapitał: taki, śmaki czy owaki… właśnie w Meksyku. To wasza wiedza, wasza wizja będzie przesłonięta figurą Marcosa, figurą podejrzaną… A sam Meksyk będzie wciąż kontynuacją hollywoodzkiej wersji Pancho Villi i Zapaty, czyli bałaganu, dezorganizacji i słynnego… mañana. Tyle o Meksyku.”

Profesor mówi o Kolumbii:

„Popyt na te środki odurzające: narkotyki miękkie, twarde, półtwarde i jakiś cienkie istnieje w wysoko rozwiniętych krajach Zachodu, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Kropka. I teraz należałoby się zapytać. Jak to się dzieje w dzisiejszym świecie, przy tak daleko rozwiniętych technologiach, sposobach namierzania, etc., i tym podobne, że… to wszystko hula; że wszystkie kanały z Ameryki Łacińskiej tam, gdzie dotrzeć mają – tam docierają…? Czasami tylko Polacy wpadają i siedzą, na przykład w Peru albo w Chile. W Chile to jeszcze chwała Bogu, ale w Peru to już bym nie radził nikomu siedzieć… Nie można tego po prostu namierzyć? I poucinać wszelkie drogi, aby to się skończyło raz na zawsze? Państwo, wyobraźcie sobie taką sytuację: co się stanie z Kolumbią, gdy zostanie odcięta od możliwości przekazywania swojego 'towaru’? Kończy się wojna domowa, bo nie ma podstaw ekonomicznych, aby ona w dalszym ciągu trwała…

W związku z tym cała rebelia przekształciłaby się w wyzwanie dla rządu kolumbijskiego pt. „Jak zrestrukturyzować ekonomikę, aby olbrzymie masy chłopstwa mogły 'inaczej’ produkować”. A relacje są, proszę państwa, przykre… Jeżeli chłop uprawia kukurydzę to załóżmy, że to jest 1, a jeśli uprawia kokę to mamy 500. I teraz znowu trzeba sobie wyobrazić wysiłek międzynarodowy (bo Kolumbia sama nie da rady), ażeby usytuować olbrzymie, wielomilionowe masy chłopstwa w Kolumbii ale także i w Peru, Boliwii itd., w innym sposobie produkowania. Równie korzystnym, równie dającym podstawy bytowania, itd.”

Kiedy profesor skończył mówić, ludzie siedzieli, jak zahipnotyzowani. Chcieli, by kontynuował. Pomyślałem wtedy, że nieważne, dokąd kiedyś pojadę, nieważne gdzie dotrę, bliżej czy dalej, do tropiku czy nie, do Meksyku czy obok, ale jedno, o co muszę się ze wszech miar wystarać, to obudzić w sobie, w czasie tych przyszłych wojaży, taką właśnie czystą i odnawialną energię, jakiej dyspozytorem był tamten profesor, i jeszcze taką naturalną zdolność dzielenia się wiedzą, doświadczeniem, poznawczą pasją, życiem po prostu…

Jakże ważna jest inspiracja, czyż nie jest?

Fidelada

Pana Krzysztofa Mroziewicza spotkałem pierwszy w marcu 2005 roku. Na obmierzłym Centralnym dane nam było czekać na ten sam ekspres z Warszawy do Poznania. Wypatrzyłem go w tłumie tuż przed zapowiedzią pociągu. Rozpoznałem po fryzurze: bujnych włosach, mocno jasnych, charakterystycznych. Poza tym, jak zawsze prezentował się nobliwie. Pan Krzysztof podróżował wtedy sam, zupełnie na luzie. Jedynym bagażem, jaki posiadał była książka G.G. Marqueza „Rzecz o mych smutnych dziwkach”. Kilka miesięcy wcześniej recenzował ją w „Polityce” i pewnie miał ochotę wrócić do tej lektury. A mnie jakoś zabrakło tupetu, aby ot tak, do niego podejść i z entuzjazmem wiernego fana jedynie oznajmić, że odkąd przeczytałem to, co napisał w „Guantanamerze”, w głowie mam karaibskiego bakcyla

Nie odważyłem się. Zresztą pociąg wtoczył się już na peron i trzeba było szukać własnego wagonu. Wsiadłem zrezygnowany. Jednak trzy godziny z hakiem wystarczyły do nabrania kurażu i w końcu zagajenia Pana Krzysztofa, już na poznańskim dworcu. Pośród zgiełku podróżnych, rozmawialiśmy chwilę o Marquezie, Ameryce Łacińskiej i o mej fascynacji „Guantanamerą”, rzecz jasna. Prosząc o autograf, podstawiłem sterany notes, i przed podpisem, okazało się, otrzymałem bonusową inskrypcję, żeby mi „się wiodło w sprawach latynoamerykańskich…”

A ja wtedy tylko czytać potrafiłem, byłem w temacie zapalonym teoretykiem, nawet nigdzie dalej nie wyjeżdżałem. Karaiby miałem przyklejone do ściany; mapy, wycinki z gazet, wydruki zdjęć. W dużej mierze dzięki Panu Krzysztofowi, udało mi się w klimaty karaibskie wejść lepiej. Potem jeździłem w tropiki, coraz intensywniej, czy to sam, czy z moimi bliskimi, zacząłem przyglądać się Karaibom z bliska, lepiej słyszeć hiszpański, etc… Wiem, że jeszcze kawał roboty do wykonania, aby to wszystko poznać, posmakować, i wiele „autostrad do wypisania”, ale mogę otwarcie wyznać, że tamto spotkanie w Poznaniu było dla mnie ważne. Na pewno nadało moim zainteresowaniom postać konkretnych planów…

Co więcej, wierzyłem, że ten reporterski majstersztyk „Guantanamera”, napisany przez młodego Mroziewicza, wtedy „budowlańca” na Kubie, i wydany na rynku czytelniczym w roku, w którym mnie kochana matka dopiero rodziła, zostanie raz jeszcze opublikowany, z aktualnym komentarzem…

Tak też się stało. Po sześciu latach, od tamtego spotkania… Wznowiona i rozszerzona „Guantanamera” stanowi dzisiaj pierwszą część książki Pana Krzysztofa – „Fidelada. Podróż w czasie politycznym”.

Lekko wcześniej spotkał mnie pewien zaszczyt i chyba na początku zabrakło mi słów, chociaż wiedziałem, że będę ich potrzebował…

Po przeczytaniu maszynopisu „Fidelady” na jej okładkę napisałem tak:

„To czytelnicza radość, że mogę szczerze poprzeć Fideladę, niekoniecznie przy tym popierając… Fidela. Pierwszą część książki – wznowioną Guanatnamerę – znam od dawna, jeździ ze mną na Karaiby obok „Święta Kozła” Llosy i „Jesieni patriarchy” Marqueza. Mówi barwie i poruszająco o gorącej Kubie, o trwaniu Kubańczyków, o realidad cubana, ale daje też znacznie więcej: budzi zapał do poznania Karaibów. Jest literacko wyśmienitym, żywym i jakże świeżym reportażem-zaproszeniem do mądrej podróży w głąb rzeczywistości, która nie kończy się na labie w tropikalnym słońcu… A raczej zaczyna w klimacie „smutku tropików”. Kluczem zaś do zrozumienia tego kubańskiego czy karaibskiego świata wydaje się utrzymanie w niełatwej symbiozie nabytych tam, osobistych fascynacji oraz… frustracji. Z tego powodu dwuczęściowa Fidelada jest kompletna i przyciąga siłą wiarygodności jej Autora. Dzisiaj te przenikliwe, napisane z pasją i nierzadko ze znakomitym humorem kubańskie reportaże poznają inni, a niektórzy odkryją na nowo. Jedni z poruszeniem, inni z sentymentem. Do czego zachęcam.”

Była to dla mnie wielka przyjemność. Książka jest pięknie wydana…

Uważam, że „Fidelada” podsuwa okazję nieco głębszego zainteresowania się Kubą. Daje możliwość poukładania sobie w głowie spraw kubańskich, jak trzeba. Zdarzyło mi się podsłuchać tu i tam, jak ludzie między sobą mówią, że na Kubę to trzeba jechać teraz, bo po Fidelu to już nie będzie to samo. Widać, ludzie notorycznie chcą Kuby taką, jaka jest, czyli w postaci skansenu wiadomego-systemu, efektu krańcowego rewolucji, najlepiej w 2 tygodnie, objazdem plus gorzała z trzciny cukrowej, wliczona w to wszystko. Ludzie nie zawsze myślą, ale mogą coś tam jednak czuć, że wnet Kuba stanie się inna. I z tego się rodzą obawy, co będzie, jak ta Kuba zrobi się mniej… rewolucyjna? Nie będzie już taka fajna?

Wraz z „Fideladą” przychodzą refleksje. Zresztą, wystarczy spojrzeć na okładkę, na tę prującą się kubańską banderę. Ktoś z marszu pociągnie za jedną, czy drugą, lnianą przędzę, aby się spruła do końca, ktoś inny będzie próbował coś tam jeszcze sfastrygować… Niewykluczone, że ta bandera to taki trochę przewrotny (niekoniecznie zamierzony) „test” świadomości czytelnika i jego emocjonalnego zaangażowania w to, co Kuby może dotyczyć.

„Fidelada” daje z pewnością podumać nad indywidualną kwestią – co z tą „moją Kubą?” Jeśli komuś ostaną się tylko nici z bandery, to dobrze, jeśli kawał materiału z gwiazdą, to też dobrze. „Wzór na Kubę” to chyba wciąż… teoria względności. Z Kubą jest, jak z tym słynnym ciastkiem w ekonomii, że dobrze by je było zjeść, i je mieć. Czyli, dobrze by było, aby ta bandera spruła się tylko do połowy… Niech nas wywiozą poza Varadero i pokażą prawdziwą Kubę a potem odstawią z powrotem do Varadero. Najpierw rewolucja, potem ablucja.

Cenne w „Fideladzie” jest to, że wyraźnie ponadczasowo na Kubę rozbudza, od polityki po Kubanki, choć kolejność może być odwrotna, to nie grzech. „Fidelada” zagrzewa tak, że człowiekowi chce się czegoś bardziej, chce się tej Kuby kosztować po całości, jaka by ona nie była. Ale rzecz w tym, że „Fidelada” również sypie na głowę lód, pokazuje, że w Kubę nie można się bawić na całego, że Kuba może się przyśnić, raz lepiej, raz gorzej. A koszmar też wchodzi w grę…

Sama „Guantanamera” przetrwała w czasie i przeszła do „Fidelady” w znakomitej formie, nie trzeba jej wielkiego liftingu, jest wciąż młoda, kusząco jędrna i zdrowo smagła, jak pewnie niejedna dziewczyna z prowincji Guantanamo… Dodam, co zresztą jak mniemam, niejeden czytelnik wkrótce potwierdzi, że można Panu Krzysztofowi tamtej Kuby ciut pozazdrościć…

Jeśli jest tak, że sam tęsknię do tamtych „kubańskich czasów”, albo w ogóle do nieco dawniejszych „karaibskich czasów (dominikańskich, haitańskich, każdych…)” na które się nie załapałem cieleśnie, bo przecież załapać nie mogłem, i już się raczej nie załapię, to jest to rodzaj nostalgii, racjonalnej czy nie, którą chętnie w sobie podtrzymam, bo dzięki niej kluczenie po zastałej rzeczywistości wspomnianych „tropików” wydaje mi się pełniejsze, i wciąż warte zachodu…

Promocja „Fidealdy” z udziałem Krzysztofa Mroziewicza miała miejsce 18 lipca 2011 w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Spotkanie poprowadził Mirosław Ikonowicz (wieloletni korespondent PAPu, który w czasie swojej pracy sześć lat spędził na Kubie). Fragmenty książki odczytała aktorka Beata Tyszkiewicz…

[„Fidelada. Podróż w czasie politycznym”, Krzysztof Mroziewicz, Wydawnictwo Zysk i Ska 2011]

Karaibami zdobyłem Albion

Straciłbym wiele z tego, co było do stracenia, gdyby mnie prawie piętnaście lat temu nie wpuścili do Wielkiej Brytanii. A mogli nie wpuścić, tamci drobiazgowi do bólu immigration officers. Zrobili ze mnie podejrzanego w Dover, na granicy. Nie wiem dlaczego. Diabli wiedzą. Ostateczne, wybroniłem się i dotarłem do celu, do Londynu. Bo właśnie na początku był Londyn i… Londyn był początkiem – tak mogę powiedzieć. Obcując z całym światem w jednym miejscu, człowiek nabierał tam apetytu na dalsze podróże. Londyńska wielokulturowość stale pobudza, inspiruje. Wielu z Was to potwierdzi. Uwielbiam zapachy brytyjskiej stolicy, jej smaki, języki, mikrokosmosy: afrykańskie, azjatyckie, karaibskie. Bez Londynu, myślę sobie, byłbym w kwestiach podróżniczych bardzo maluczkim, bardzo. Dlatego musiałem trafić do Londynu we właściwym momencie po to, bym kiedyś mógł trafić np. do Trynidadu i Tobago. Wtedy w Dover strzeliło mi do głowy, by zagrać o Londyn va banque i to zagrać – Karaibami! A znałem je tylko z teorii. Wygłupiłem się. Lecz potem wszystko się poukładało, dopasowało, nabrało jakiejś logiki. Karaiby były jednak dobrą kartą.Nadal są. Tak naprawdę – kartą odkrytą najpierw w Londynie…

Działo się to anno Domini 2001, czyli w czasach, gdy na granicy „Imperium Brytyjskiego” należało się zestresować. Bo ciurkiem tamtędy ludzi nie przepuszczali, jak to robią dzisiaj a raczej zatrzymywali, przesłuchiwali i często cofali, ludzi spoza UE, rzecz jasna. Podrobionym „turystom” wbijali do paszportu wredny stempel i było po ptakach. Jechałem wówczas do Albionu sam, pierwszy raz, jeszcze jako student. My good friend, Rychu sprawił, że to zrobiłem. Pewnej nocy zadzwonił do mnie z budki telefonicznej w dzielnicy Finsbury Park (tej samej, gdzie później swój oddział europejski otworzyła Al-Kaida) i zmachany dyszał do słuchawki, jak lola w seks-telefonie.

Po prostu zakochał się w Londynie i miłość tę przelewał mi do ucha. Rychu nie udawał. Czułem, że Londyn daje mu szczęście, dziką frajdę, jakąś wolność, że jest tam, jak to mówią, bliżej świata, że przerabia na żywo klimaty bitników, wagabundów czyli to, o czym żeśmy czytali w takich podróżniczych bibliach, jak np. „W drodze” Jacka Kerouaca. Ta rozmowa sprawiła, że podjąłem decyzję. Rychu, łobuz mnie zainspirował. Spać nie mogłem. Jak tu spać, kiedy życie ma się zaraz zmienić. I głupio mi się zrobiło, że ja taki w piżamie siedzący, z łóżka wygrzebany, a on tam w „bojówkach”, z torbą na ramieniu łapie londyńską noc i prawie już gada cockneyem. Zazdrość, ta „zielonooka bestia, która żre swe ofiary i drwi z nich zarazem”, jak pisał o niej Szekspir, w ilości kontrolowanej jest bardzo potrzebna. I taki konieczny ładunek zazdrości wyzwolił we mnie Rychu.

Trzymałem w sakwie trochę banknotów na czarną godzinę. Przeliczyłem je. Prawie wystarczyło. Resztę dołożyli rodziciele. Nie wiem, ile tamtą forsę oszczędzałem i nie pamiętam, na co miała iść. Po prostu nastał moment, kiedy nie miało to znaczenia. Po telefonie Rycha straciłem głowę. Kupiłem bilet. Łomotało mi przy tym serce. Oto jechałem do Londynu! Na dworcu autobusowym we Wrocławiu podeszła do mnie jakaś kobiecina. Widząc, że stoję obładowany tobołami, jak wielbłąd w karawanie, spytała dokąd się wybieram. To jej powiedziałem. To się chłopcze zabezpieczaj, bo takich dwóch, jak ty, od sąsiadki mej sąsiadki pojechało tam, gdzie ci skośni są, i jeden z nich, mój Boże, chłopów wolał, w ten drugi to normalnie po bożemu, i jak wrócili od tych skośnych, to jeden złapał „ejca” i drugi też, tamci im posprzedawali. To lepiej się pozabezpieczać, gdy się jedzie na łajdaczenie, co grzechem może nie jest, gdyś młody. Wysłuchawszy mego objawionego ni stąd ni zowąd anioła stróża, wsiadłem do busa, po brzegi upakowanego ludzkim elementem, nie ukrywajmy, elementem czarno-robotniczym, i popędziłem na zachód, na Wyspę, by mnie drogi Rychu za bardzo w łajdaczeniu błogim nie wyprzedził, tam na londyńskim podwórku u Eli Drugiej.

I jeszcze wtedy, tj. podczas tamtej parnej nocy w autobusie, gdy elegancko utylizowałem dwa metry kabanosów, jakie mi kochana siostra na drogę w chlebaku zabezpieczyła, nie myślałem wcale o tym, co może mnie w Dover czekać, i o czym później napiszę do Gazety, i oni to wezmą i wydrukują, bo przecież złych zamiarów nie miałem, nie chciałem absolutnie załamywać brytyjskiego rynku pracy swoją skromną, nijaką przecież w czarnej strefie obecnością. I pewnie cała ta noc upłynęłaby mi na zupełnym niemyśleniu o żelaznych, granicznych formalnościach, gdyby nie jeden człowiek, współpasażer, który podszedł do mnie gdzieś w Holandii, na parkingu. Nawarstwione zmęczenie, wręcz wymordowanie tą parnością w autokarze oraz alkohol wypity w ilości porządnie znieczulającej, uczyniły zeń tragiczną postać kloszarda odtrąconego przez niewdzięczny świat. Zdążył wybełkotać, że za kilka godzin czeka nas „Meksyk”. Zacierał przy tym dłonie, jak stary cwaniak, przygotowany do rutynowego przekrętu. Jednak nie zmierzaliśmy do Tijuany, czy Ciudad Juárez. Może szkoda. Tak, czy inaczej, ten zapocony macho swym krótkim zagajeniem sprawił, że nieco się spiąłem. Chyba dotarło do mnie, że w Dover nie będzie łatwo.

Spojrzałem na tego nieszczęśnika. Jakaś intuicja mówiła, że jego obawy są słuszne. On po prostu nie wyglądał na kogoś, kogo wpuszczą za jeden uśmiech do tego całego „Meksyku” nad Tamizą. On tam jechał harować na czarno. Zdradzała go, niestety, aparycja. Brakowało mu jedynie kielni wystającej w kieszeni. W swoim wymemłanym stroju mógłby z rana od razu iść do roboty na budowę. On czuł, że „imigracyjni” szybko się w tym połapią. On się bał. I w strachu tym zastygł. Nie życzyłem mu źle. Kiedy człowiek szuka kontaktu, trzeba dać mu szansę, by się wygadał, wyszamotał, wyszlochał, wyżalił, itd. Lecz tamten „Meksykanin” od siedmiu boleści ewidentnie prosił się, by go z granicy natychmiast odesłano do domu, bez zbędnych pytań. Nie wiedziałem, jak mu pomóc, co mu powiedzieć, jak właściwie zareagować. Sam zacząłem kalkulować, jak tu chronić własny tyłek. Tamten zdawał się szukać kogoś, z kim podzieli swą niedolę. Cóż, potem się okazało, zgodnie z przewidywaniami, że go w UK nie chcieli. Mnie, zresztą też. Przynajmniej, przez kilka godzin. To wtedy wyskoczyłem z Karaibami, jak Filip z konopi, że jadę oglądać emigrantów z Karaibów, jak się bawią podczas karnawału w dzielnicy Notting Hill. To miało rozbroić urzędników na granicy…

Płynąc promem z Calais do Dover nie mogłem spokojnie usiedzieć, przebierałem nogami, łaziłem z miejsca na miejsce. Kiedy zrobiło się tam tłoczno i komuś zachciało się rzygać po innych z powodu morskiej choroby, uciekłem na pokład widokowy, by odetchnąć świeżym powietrzem. Podgryzając ostatniego kabanosa wypatrywałem lądu. Nad kanałem La Manche wisiała mgła, było zimno i wilgotno. Czekałem, aż wykrystalizuje się fraza, zapamiętana z angielsko-polskich rozmówek: The white cliffs of Dover are already visible. Wreszcie ujrzałem te słynne klify, niemal w ostatniej chwili. Wydawało mi, że dobijamy do gigantycznej szarlotki. Oczywiście, zachwyt nad tym cudem angielskiej ziemi nie dawał mi taryfy ulgowej w oczach brytyjskich urzędników emigracyjnych.

Z „ogarami imperium” spotkałem się w portowych dokach, w enklawie Home Office. Zadawali za dużo pytań. Byli cholernie mili, zarazem cholernie skrupulatni. Chciałeś wjechać do ojczyzny Robin Hooda, musiałeś dobrze wypaść podczas interview, dobrze znaczy naturalnie, bezpretensjonalnie. Wydawało mi się, że taki byłem: naturalny i bezpretensjonalny. Guzik prawda. Jedyny solidny argument, jaki posiadałem to entuzjazm. Chodziło o to, że zapalony do podróży student jedzie zwiedzać Anglię. Kipiałem pasją. Moje nastawienie na płaszczyźnie, nazwijmy ją, duchowej, podobało się urzędnikom, to jasne. Ale z drugiej strony usilnie taksowali, czy jestem wystarczająco materialnie zabezpieczony, aby tę pasję realizować bez zakazanego na boku zarobkowania. Miałem trochę forsy, przezornie wyliczonej, ubrany byłem w ciuchy, jak z żurnala, i podgotowałem oficjalną gadkę, lecz oficerom coś nie zagrało. Moja historia nie przeszła pierwszej próby. Tamci chcieli być całkowicie pewni, że mówię prawdę i tylko prawdę. Zaprosili więc na drugą rozmowę, zapewniając że jest formalnością. Wyładowałem manele z autokaru i poszedłem na „dopytkę”, jak na skazanie. Autokar pojechał do Londynu beze mnie. Byłem w Anglii, lecz nie byłem w Anglii…

Kazano czekać mi w „salonie dla imigrantów”. Większość z nich mówiła płynnie po polsku. Byli tam również tacy, którzy chyba pieszo pokonali trasę z Pakistanu, Ugandy oraz podobnych egzotycznych miejsc. Automat do parzenia stu gatunków kawy i różnej maści bulionów katowano co kilka minut. W porze lunchu nastąpi podniosły moment. Weszły słynne trójkątne kanapki o anemicznym wyglądzie. Przyniosła je któraś z urzędniczek, trzeba to powiedzieć, dość nieszpetna, i dość apodyktycznie zaproponowała wszystkim podejrzanym delikwentom wspólny posiłek. Osiemdziesiąt procent salonu uniosło się honorem i odmówiło przyjęcie jedzenia. Tylko brakowało, by tamta dodała coś na kształt „będziemy karmić dożylnie”. Ja zjadłem. Sandwicze, batona czekoladowego, i coś tam jeszcze. Zawsze lubiłem darmowe posiłki. Szczególnie u cioci na imieninach. Poza tym, trzeba jeść, aby żyć. Popadając w coraz większe zmęczenie, myślałem o licznych mewach towarzyszących przybiciu promu do nabrzeża w Dover. Jak wiele dusz desperatów skaczących do Kanału La Manche po nieudanym interview było zaklętych w ciałach tych ptaków? Oczami wyobraźni widziałem, jak angielskie urzędasy przeliczają w nieskończoność moje całkiem legalnie wwożone funty, paskudnie wytłuszczając nieskazitelną fryzurę Królowej. Widziałem, jak metodycznie przetrzepują mój plecak, jak grzebią w notesie, skanują strona po stronie, szukając uchowanych gdzieś tam słów work, job, tropiąc niejasne adresy melin w piątej londyńskiej strefie, adresy nielegalnych wynajemców w cygańskich taborach na rządowym kubku. Siedziałem tam w tym mikrokosmosie ras, w tym kulturowym tyglu ofiar spotęgowanej granicznej czystki, powoli przechodząc w stan zobojętnienia. Wtedy, wywołany przez odźwiernego i odpytany, czy potrzebuję tłumacza, no thanks, wtoczyłem się do gabinetu na przesłuchanie numer dwa, może ostatnie.

Doszło do pojedynku słownego między brytyjską urzędniczką „śledczą”, trzeźwą i zahartowaną w tropieniu niechcianego emigracyjnego elementu a studentem pogrążonym niejako w delirium. Prawie dwadzieścia siedem godzin w dotychczasowej podróży robi swoje. Okazuje się, takie zmęczenie pomaga. Nic nie piłeś, tylko bulion z wołu z automatu, lecz czujesz się tak, jakbyś coś wypił. Do tego wymordowania dokładasz grę aktorską. To co mówisz, wypada teraz bardziej autentycznie, nie strzelasz wyuczonymi, sztucznymi frazami, mówisz wolno, niedbale, cedzisz słowa, ta obojętność w niemożliwy sposób udziela się drugiej stronie. A ty nie chcesz wygrać, ty chcesz przegrać, gardzisz tym całym cholernym Zjednoczonym Królestwem, drwisz pod nosem z God save the queen, podkładasz się, wykrwawiasz, akcentujesz własne szaleństwo, po prostu brniesz konsekwentnie ku autodestrukcji. Ale urzędniczka, o ironio, widzi to inaczej, nagle zaczyna ci pomagać, wyciągać cię z bagna beznadziei, choć wcale nie to jest jej życiową misją, przecież ma twój interes w głębokim poważaniu, a ty też nie dajesz sygnałów by ci pomagała, wręcz przeciwnie, ma się od ciebie natychmiast odpieprzyć, ma dać ci spokój, ma cię odesłać do ojczystego kraju, na koszt Królowej, tego pragniesz, już nie chcesz jechać do tego Londynu, po co ci ten zadżumiony Londyn, nie będziesz rżnął światowca, nie będziesz zarabiał pięciu funtów za godzinę, bez podatków, nie będziesz zwiedzał city, gdy ci Tony, Murzyn z wielkim sercem i łańcuchem złotym na szyi, już w Londynie urodzony i chrzczony, właściciel ręcznej myjni samochodowej da wolne, jak ci da tego upragnionego day off’a.

Ale nie, urzędniczka ma inne plany co do ciebie, nie uciekniesz jej tak łatwo z tego Dover, nie uciekniesz z powrotem do domu, nie po to tu przyjechałeś, byś teraz uciekał, czekaj no ty młody Polaku, i ona nie dobija cię serią zabójczych pytań, które sobie pewnie pierwotnie zaplanowała, pytań wiercących dziurę w brzuchu, pytań na które nie masz odpowiedzi, albo je masz tylko czort by cię wziął, gdybyś je zaserwował, ona ci nie życzy ta urzędniczka zbawiennego dla ciebie w tej sytuacji wyjścia, czyli nagłego zejścia tu i teraz na urzędniczym biurku ze śliną cieknącą z ust, oczami przekrwionymi, z tyłkiem obolałym, odciśniętym, jak gofr od tej twardej ławki w salonie imigrantów, nie chce by twoja pulsująca od niewyspania głowa eksplodowała w ostrym świetle lampy przesłuchań, ona już wie, gdzieś tam w środku swej angielskiej lodowatości, wie, że cię wpuści do tego obwarowanego Albionu, lecz musi dalej pytać, bo ma tę rutynę we krwi, no i wreszcie pada to pytanie, od którego pisze się nowa moja historia, bo chciałabym wiedzieć, mówi miss agent, po co właściwie jedziesz do Londynu, co będziesz tam robił chłopcze, to ja mógłbym jej zaraz powiedzieć, że będę tam robił tysiąc rzeczy na raz, dzień po dniu, jak dam radę, lecz ja jej mówię, tj. rzeczowo odpowiadam, że ja do Londynu jadę, bo mnie tam ciągnie na festiwal karaibski w dzielnicy Notting Hill, aha, ja muszę koniecznie zobaczyć ten Notting Hill Carnival, aha, ja nie wytrzymam, jak go nie zobaczę, i ona kiwa głową, że rozumie, że zna temat, ale jednak nie rozumie, bo zaraz dopytuje, jakby kurde nie wiedziała, kiedy ten festiwal dokładnie ma być, bo wiadomo, że odbywa się co roku, tylko kiedy, no kurde, sama chce się wybrać, czy jak, nie pamięta, o co jej chodzi, siedzi tu w tej Anglii, ma taką fetę pod nosem i jeszcze ma wątpliwości, no to szybko informuję ją ze szczerym uśmiechem, co i jak, i żeby wiedziała, że ten cały kolorowy show jest na początku sierpnia i basta, a ona zimnym obejmuje mnie spojrzeniem i zaraz głową z dezaprobatą kręci, że nie, że nie mówię prawdy, no jak nie mówię, przecież mówię, a ona, że chłopcze, ten festiwal ma miejsce pod koniec sierpnia, no dokładnie wtedy ma miejsce, pod koniec nie na początku, i trwa dwa dni, i wcale nie jedziesz na ten festiwal, i raczej sam nie wiesz, gdzie jedziesz, ale ja dokładnie wiem, gdzie jadę, i w te pędy wyprowadzam tę urzędniczkę z błędu, bo ja wiem, że w tej dzielnicy Notting Hill, droga miss officer, no tak słyszałem, i też czytałem, że tam ponoć festiwal taki odbywa się co tydzień, bo jak tam tylu emigrantów z Karaibów zjechało, to się tej energii nie da utrzymać na wodzy, tam się ciągle tańczy, tam się ciągle śpiewa, tam się muzyka toczy za dnia i w nocy, ten cały karnawał to jest kulminacją dziesiątek innych małych karnawałów lokalnych, na każdej tamtejszej ulicy, i tak jej to klarowałem, tak jest oczy mydliłem, że sam zacząłem w to wierzyć, a jak w człowieka wstępuje wiara, to na człowieka nie ma mocnych, i urzędniczka w końcu mi przerwała, bo się zagalopowałem, jak kaznodzieja, jak zagorzały piewca tego festiwalu, jak wolontariusz na usługach karaibskiej gminy, i ona mi przerwała, bym dał spokój, chłopcze, i parsknęła śmiechem, takim fest grubym, prawdziwym voodoo rżeniem, niesłychanym, i ona mnie tym śmiechem wyswobodziła, tak mnie, jak i siebie, ona mi te londyńskie Karaiby, te karnawałowe wybryki zobaczyć dała, gdziekolwiek i kiedykolwiek miałby się one odbyć, wszak były to Karaiby nie na niby, Karaiby po prostu…

Powiem, co było dalej. Koniec końców, nie zaznałem tych zapowiadanych szumnie Karaibów. Nie podczas tamtego pierwszego londyńskiego wypadu. Skończyło się na gadaniu. Karnawału na żywo nie ujrzałem. Urzędniczka Home Office miała absolutną rację. Karnawał odbywał się pod koniec sierpnia. A ja musiałem wyjechać z Londynu na krótko przed jego rozpoczęciem. Do karaibskich klimatów w dzielnicy Notting Hill dotarłem dopiero rok później. To, co wcześniej wymyśliłem sobie w Dover i czego bezczelnie tam broniłem zostało uskutecznione. Oto stałem na ulicy Ladbroke Grove, głównej pulsującej arterii Notting Hill Carnival. Przy budce z jamajskim wiktem wyczekiwałem porcji curry goat & rice, czyli koziny z ryżem. Sączyłem ananasowy Bacardi breezer. Wszędzie dudniła muzyka: reggae, calypso, soca. Ktoś palił skręta grubości cygara. W powietrzu łopotała gigantyczna, czerwono-czarno-biała flaga Trynidadu i Tobago. Pojechałem tam kilka lat później. Ubzdurałem sobie Karaiby, ot co. Chyba warto sobie czasem coś ubzdurać.