Archiwum kategorii: Kuba

Hawana bez retuszu

„Sztuka ma sens, kiedy burzy autorytety, drażni, budzi koszmary i wściekłość. Tylko sztuka niepokorna, gniewna, bezczelna, gwałtowna i brutalna może ukazać nam tę drugą stronę świata, której nigdy nie widzimy lub raczej nie chcemy widzieć, by nie mącić sobie spokoju sumienia” – mówi Pedro Juan Gutiérrez w „Brudnej trylogii o Hawanie”.

Ten Pedro Juan Gutiérrez to jest jak zespawanie Henriego Millera i Charlesa Bukowskiego. Taka karaibska hybryda tych dwóch wygadanych świntuchów, których życie nauczyło pisać. Życie i literatura. Obu poważam. Gutiérrez też jest niezły. Ma rzemiosło, ma słuch i resztę zmysłów w gotowości bojowej. Świdruje słowem. Do tego, wpadł na pomysł, by te swoje hawańskie historie podlać pikantną, tropikalną wyuzdaną salsą, porno-sosem. Wie, jak używać pióra! Wie, jak używać swego „pana i władcy”, tego na dole. Chwali się tym po całości. Albo przechwala. Pisze tak, że parskasz śmiechem, gdy on to swoje sromotne położenie, tę całą ledwo zipiącą Hawanę, tę całą wybiedzoną rewolucję, beznadziejny kubański świat, zaraz po tym, jak ZSRR padł trupem i Kuba sama się ostała – próbuje nałogowo leczyć swawoleniem z sąsiadkami, gorącymi Mulatkami, czy Murzynkami.

Kiedy czytałem to zachłannie ponad dziesięć lat temu, strasznie mu zazdrościłem widoku z balkonu. Wychodził tam zaraz post coitum, czyli po „obcowaniu” i patrzył w dal. Na Malecón, na tę ciągnącą się w nieskończoność, niemożliwą promenadę nadmorską, na tę hawańską wiekuistą „markę”. W powietrzu mieszały się zapachy oceanu, rozgrzanego piasku i spalin ze starych buicków.

Gutiérrez eskaluje swą łóżkową ekwilibrystykę w tej Hawanie, jak szalony. Niewiele ma do roboty. Nie je, bo jedzenia nie ma. Pije. Ciepły rum o smaku nafty. Używa. Może zmyśla, ubarwia, nie szkodzi. Kto zabroni tego pisarzowi? Zresztą, kto był w tropiku wie, że nie da się do końca zmyślać. Tropik wzmaga chuć i basta. Wychodzi z człowieka tropikalny zwierz. Jednak, najważniejsze w „Brudnej trylogii o Hawanie” jest to, że Gutiérrez z chirurgiczną precyzją rozprawia się tam z całą kubańską, sięgającą dna rzeczywistością w tzw. período especial, czyli w okresie specjalnym, „przejściowym”, na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy przestał istnieć ZSRR (kluczowy żywiciel Kuby!) i nie było komu brać ton cukru z „cukrowej wyspy”. Período especial to z grubsza świnie hodowane w wannach, mydło własnej produkcji i… tło dla kubańskiej literatury młodego pokolenia.

„Dziennie łapię jedną, czasem dwie gołębice. Sprzedaję je później po dwadzieścia peso takiemu facetowi, który handluje gołębiami. Podobno na potrzeby kultu, ale nie wiem. Może je piecze i sprzedaje jako kurczaki. Mnie to nie obchodzi.”

„Moim zdaniem ekshibicjonista (jest ich coraz więcej w parkach, autobusach i bramach) pełni ważną i piękną rolę społeczną: erotyzuje przechodniów, wydobywa ich na chwilę z codziennego stresu i przypomina, że mimo wszystko jesteśmy tylko pierwotnymi i słabymi stworzeniami. Biednymi zwierzętami, które są wciąż niespokojne i nienasycone.”

„Od tego czasu nie cierpię tych dwóch słów: sensowny i rozsądny. Są pełne fałszu i obrzydliwej pedanterii. Służą, by ukrywać prawdę i kłamać. Wszystko jest bezsensowne i nierozsądne. Historia, życie i wszystkie epoki są zawsze bezsensowne i nierozsądne. My też. Każdy z nas z natury jest nierozsądny i bezsensowny. Zawsze jednak dajemy się zapędzić do stada i pozwalamy nałożyć sobie uzdę i kaganiec.”

Żałuję, że nie miałem ze sobą Gutiérreza w Hawanie jakieś dwadzieścia lat później, po wydarzeniach, jakie opisuje. Jeśli traficie na tego kubańskiego literata, wyszperacie go w bibliotece, gdzieś w antykwariacie, przeczytajcie koniecznie! To jest kawał Kuby wydrążonej do szpiki kości. Gutiérrez nie opowiada raczej bajek. Można to sobie dzisiaj wyobrazić, zobrazować, można to sobie ułożyć w głowie, wystarczy włóczęga po nadal zapuszczonym, często zalanym ściekami, robotniczym, jak mówią, dystrykcie Centro Habana. Tam, w złuszczonych od wilgoci kamienicach, bije serce i pulsują inne organy prawdziwej Kuby, wymęczonej dekadami złudzeń.

Jak pisał Gutiérrez: „Jeśli komuś brak wiary, każde miejsce jest dla niego piekłem.”

[„Brudna trylogia o Hawanie”, Pedro Juan Gutiérrez, Zysk i S-ka 2004]

Kubańskie refleksje

Tamten hawański taksówkarz na lotnisku José Martí nie garnął się zbytnio do nawiązania kontaktu, był nieufny, posępny. Jak można z takim wytrzymać? Wydawał się raczej zażenowany, że ta jego Kuba taka siermiężna, taka zacofana, lecz po co wstydzić się za kubański reżim, że tyle napsuł przez ponad pół wieku, że tyle zaniechał, taki wstyd nie ma tam już sensu. Kiedy żywo zareagowałem na widok naszego polskiego fiata 126p ponadto w kolorze piaskowym, bo takim woził mnie mój padre, auta zwanego tam czule polaquito, zaparkowanego pod palmą królewską, taksówkarz nie podłapał tematu.

Na dzień dobry rzuciłem grochem o ścianę, guzik tamtego interesowało, że takie dwa narody, jak Kuba i Polska trzymały się kiedyś razem, i z tego związku wielu Kubańczyków miało na przykład czym jeździć, a wielu Polaków miało na przykład pomarańcze na święta, nie chodziło mi przecież o to, aby dawnym brataniem naginać dzisiejsze relacje, poza tym my Kubę bezczelnie zdradziliśmy, wypięliśmy się na Fidela i spółkę, i na rewolucję, bośmy się zawczasu obudzili, poszli swoją drogą, bo inaczej się nie dało, po co on się wstydził, ja się pytam za tę Kubę, ten taksówkarz, dlaczego odebrał ten mój zachwyt nad polaquito, jak upokarzający komentarz do zastanych realiów, niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie.

A potem, już w aucie, gdyśmy toczyli się ku Hawanie, wyciągnął komórkę i gdzieś zadzwonił, a zrobił to tak ostentacyjnie, jakby chciał pokazać, że patrzcie, my też tu mamy takie telefony, nie myślcie sobie, widzicie, możemy po ludzku dzwonić, no i się niezręcznie zrobiło, bo jak miał człowiek zareagować na widok komórki, która w normalnym świecie, byłaby już odpadem do zutylizowania, jak miał się tą komórką szczerze zachwycić, no niepotrzebnie ten taksówkarz tak się obnosił tymi zdobyczami cywilizacji, niepotrzebnie, właściwie to ten szofer zdążył mnie skutecznie zirytować.

Dopiero gdy wycedził, że pogrywa w jakimś nocnym klubie na trąbce, dałem mu drugą szansę, bo taki trębacz musi żyć w ciągłej frustracji, jest ciągle wkurwiony, że za dnia musi wozić taksówką naiwnych przyjezdnych z rozdziawionymi gębami, żeby nie powiedzieć „ograniczonych turystów”, jakby chciał Guillermo Cabrera Infante, którzy od tej Kuby, Hawany dostają zawrotów głowy, i on musi ich wozić, gdzie tam chcą, i zarabiać taką chałturą, a dopiero wieczorem może być sobą, choćby wymordowany upałem i rutyną, może zrobić coś dla przyjemności, może być, dajmy na to, artystą. Jakoś wtedy spojrzałem na niego inaczej, gdy trochę ten swój absurdalny, ten zupełnie nie-karaibski pancerz poluzował. A potem wziął za kurs więcej, niż było dogadane…

Mnie się dotąd wydaje, że ten taksówkarz zaraz na początku, witając się zachowawczo, wydedukował po swojemu, że trafiło mu się odbieranie z lotniska jakichś cwanych agentów sił nieczystych, albo jeszcze lepiej, że odebrał ludzi, jacy z nieoczekiwanym hiszpańskim na ustach mogą być po prostu blisko reżimu, blisko tego całego cyrku, co najmniej ideologicznie, no bo jak tak można przyjechać na Kubę, i znać ten egzotyczny „kubański język”, i bez krygowania się go używać zamiast mówić prosto po angielsku; albo taki językoznawca robi dla wroga, albo przyjechał bronić tej wrednej rewolucji na miejscu, jako jej niemożliwy entuzjasta, w przebraniu turysty z kieszeniami wypchanymi forsą, czy jakoś tak, i trzeba się przy nim bardzo pilnować, aby nie upuścić wywrotowej myśli.

I ten taksówkarz rozmawiał z kimś na lotnisku, być może z kolegą po fachu, gdy dwa podejrzane osobniki, jakie dopiero co przyleciały z Europy, nazbyt otwarte i gadatliwe, poszły wymieniać euro na równie nijakie „peso wymienialne”, tj. peso convertible, w skrócie cuc. Kiedy osobniki te, wzbogacone już o lokalny pieniądz (ułatwiający turystom przepłacanie na każdym kroku!), wróciły do taksówkarza, aby ich wreszcie zawiózł do centrum Hawany, do pewnej zarezerwowanej casa particular, to ten momentalnie przerwał konwersację z tamtym drugim, wykonując znamienny, konspiracyjny gest. Zwyczajnie, informował swego rozmówce, aby zamilkł, bo wielki brat nie śpi…

Jechaliśmy do tej Hawany i już po drodze było dobrze widać, że taki wspaniały ze swej natury tropik, jakim jest Kuba, został unieruchomiony paskudnym betonowym gorsetem tego całego „systemu”, który mu założyli tzw. rewolucjoniści i trzymali tak przez pięćdziesiąt lat z okładem, i zasadniczo dalej to robią. Zbyt często odnosiłem wrażenie, że jadę w pięknym popołudniowym świetle, środkiem popegeerowskiego landszaftu. Co rusz wyblakłe od słońca, wytarte, sfatygowane slogany rewolucji, na bilbordach, na murach, albo ścianach domów, bloków, czy publicznych przybytków.

Człowiek, chciał się zachwycić tą Kuba, wcześniej zakładał, że na pewno mu się spodoba, bo Kuba jest tylko jedna, bez względu na kondycję, ale natychmiast kontrolował ten zachwyt, co więcej, złość w nim wzbierała, ledwie godzinę po wylądowaniu, jak oni potwornie tu świat sponiewierali ci barbarzyńscy, ignoranci, ci partacze, egoiści obrali z życia, z kolorów ten kraj, ten synonim rozbuchanych tropików, dawkują mu oddech, dawkują mu chleb, każą ciągle walczyć do zwycięstwa, kiedy ta Cuba wiecznie ma daleko do libre, jakaż bieda tam wyziera, jakie przebija wyniszczenie, jaki bezwład rządzi, gdzie nie spojrzeć, choć ludzie próbują uchować godność, jak tylko się da.

Widok tych zapadłych, apatycznych przedmieść przygnębił mnie najpierw, ale przecież byłem na Kubie, ja nie mogłem się tak nastrajać, chciałem tę Kubę jakoś znieść, polubić, ujrzeć z nadzieją, tę „wyspę, jak wulkan gorącą”, miałem w planie ten „skansen komunizmu” objechać, popatrzeć na to wszystko, wyruszyć z Hawany, dotrzeć do Santiago de Cuba, przemierzyć dystans fizycznie i myślami, gdzieniegdzie zrelaksować się, jak to na Karaibach. Długo zbierałem się na tę Kubę…

A potem wyszedłem na ulicę, już w słusznym, lekkim odzieniu, w klapkach, jak normalny przyjezdny, rzucający się w oczy, bo miejscowi wolą dżinsy i adidasy, parność im nie wadzi, wyszedłem wieczorem, aby takiej nocnej Hawany nieco uszczknąć, ale te ulice w samych brzuchu dystryktu Centro Habana, były ciemne, ponure, na pozór niepewne, tak, cholera, słabo oświetlone, że od razu wpakowałem jedną stopę w gówno, zakładam że psie, eh poczułem coś tłustego, zdradliwą miękkość i ciepło na najgrubszym palcu, ciepło tego świeżego gówna, i takie mnie pierwsze szczęście tam spotkało!

A obok muchachos, młodzi chłopcy grali w piłkę, jakby nigdy nic, musieli mieć kocie oczy, ja tej piłki dojrzeć nie mogłem, nie powiem, ze dwa razy udało mi się kopnąć, tym gównianym klapkiem, lecz kto by się martwił, musiałem kopnąć, pokazać że umiem, i trochę ich tym rozbawiłem, i zaraz wyszło, że oni są świetnie w piłce zorientowani, na wyścigi wymieniali hiszpańskie, włoskie, angielskie kluby, bo Barcelona, bo Milan, bo Manchester, a gdzie się podział ich baseball, sport narodowy zniknął z ulicy, potem wielokrotnie widywałem, że Hawana woli grać w piłkę nożną, może ta piłka rodzi nowe marzenia, trochę uskrzydla, oby.

Cohiba dymi najlepiej

Jeśli rasowe cygara zwijane są na spoconych udach namiętnych Kubanek to mnie ta „romantyczna” wersja, wylansowana przez Hemingwaya, bardzo leży. Prawdziwa czy nie, oddaje typowo lubieżny klimat Karaibów i szkoda ją dementować. No chyba, że rewolucyjni gderacze wymusili już polityczną poprawność. Kubańczycy ponoć nie lubią tej wersji, czego jakoś nie pojmuję. Chodzi o dyskryminację? O to, że Kubańczyk zwija równie dobrze, jak Kubanka? Albo o seksizm? Bo Kubanka woli zwijać po swojemu, a nie jak sugeruje zdrożny Papa? Coś podobnego! Dawniej, słynna fabryka El Laguito na obrzeżach Hawany zatrudniała wyłącznie kobiety. Dzisiaj wytworne cygara Cohiba są dziełem zarówno męskich, jak i żeńskich dłoni. Lecz bywa, że któreś tam z rolowanych wprawnie cygar, tak czy inaczej… omsknie się na rozgrzane niewieście udo i już na tym udzie doczeka swej prestiżowej jakości. Parafrazując Foresta Gumpa: Życie jest, jak pudełko cygar. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi…

Kiedy w Europie wsiadam do samolotu, aby lecieć gdzieś w znajome tropiki i tuż przed boardingiem widzę, że tym samolotem poleci więcej tamtejszych niż tutejszych, to natychmiast mnie dopada dreszcz przygody, która już nie może czekać. Zamiast mieć Karaiby za jakieś dziesięć godzin, mam je od razu. Uwielbiam ten moment i za każdym razem przeżywam go równie intensywnie. Ciągle, jak nadpobudliwe pacholę, podchodzę do ekranu, gdzie jarzy się „Santo Domingo”, czy tam „Puerto Plata” i patrzę na współpasażerów, jak badacz, któremu puszczają emocje. Bez skrępowania podsłuchuję ich rozmowy, tu i tam odwzajemnię uśmiech, nieraz dorzucę coś od siebie, dla jakiejkolwiek reakcji. Już wiem, że podróż nie będzie tylko niezbędnym dolotem z miejsca A do miejsca B. Będzie czymś więcej, naturalnym pasażem między światem, który na jakiś czas opuszczam a tym, który teraz mnie przygarnie.

Spora ekipa Dominikańczyków przeważnie leci z Frankfurtu, albo z Brukseli. Szybko się integrują i po godzinie lotu wiadomo, kto zapewni na pokładzie rozrywkę i kto ten lot zdominuje. Gadają o wszystkim, o tym czego im brakuje w Europie i co mają zamiar nadrobić u siebie, pośród bliskich. Jak zawsze są przy tym do cna rubaszni. Postronnemu słuchaczowi, któremu tak czy inaczej udzielił się już na dobre ten ich latynoski wigor, przyda się jakaś tam znajomość hiszpańskiego, aby wyłapać więcej osobliwych smaczków. Z pozoru wysoce merytoryczna dyskusja z dozą podejrzanej powagi może być w istocie serią przechwałek kilku machos, odnośnie długości ich penes, „ptaszków”. Nie wymyśliłem tego, za to podsłuchałem na wysokości jedenastu tysięcy metrów…

Tymczasem z Londynu do Hawany na pewno więcej leciało Europejczyków, niż Kubańczyków. Wyróżniała się grupa marynarzy, szczęśliwych bo wracających do domu szybszym środkiem transportu. Było też kilku, nieźle ubranych muzykantów, chyba z gatunku reggaeton. Niewiele mówili, siedzieli zanurzeni w jakiś refleksjach. Językiem urzędowym tego lotu pozostał angielski. Jednak w tym ogromnym jumbo-jecie trafiła nam się wyjątkowa osoba, Kubanka. Przysiadała się tuż obok i sprawiła, że na Kubę dotarliśmy znacznie szybciej, niż inni. Wracała z trzymiesięcznego, europejskiego tournée. Miała w Europie tylko jedną prestiżową misję: skręcać markowe cygara. I promować top marki wśród potencjalnych kontrahentów. Robiła to głównie w Niemczech i Wielkiej Brytanii w czasie specjalnych pokazów. Była to jej kolejna wizyta celowa w Europie. Kubanka zwała się Berta Corzo Thorpe. Warto wspomnieć to nazwisko. Nawet Google je dobrze kojarzy. Sami popróbujcie.

Nie wiem, jaka jest szansa przypadkowego spotkania osoby, która odpowiada bezpośrednio za kontrolę jakości najlepszych na świecie cygar. Osobą tą była właśnie nasza wyjątkowa współpasażerka!

Od lat pracowała w El Laguito, najsłynniejszej kubańskiej fabryce, skąd pochodzą słynne marki, takie jak Cohiba. Berta wspominała, że nadzoruje pracę dwustu trzydziestu „zwijaczy”. Czuwała, aby cygara były zwijane według uznawanych standardów, by miały idealny kształt i długość z dokładnością do milimetra. Señora Berta oddaje się paleniu z przyjemnością. Zresztą regularne palenie „testowe” należy do jej obowiązków. Do branży weszła na początku lat osiemdziesiątych, prawie piętnaście lat spędziła za stołem roboczym, gdzie sztukę zwijania opanowała do perfekcji. Zapraszała do El Laguito, lecz nam zabrakło niestety czasu, aby z tego ekskluzywnego zaproszenia skorzystać. Może innym razem?

Karaibskie cmentarze

Kiedy byłem małolatem, wożono mnie na wieś do dziadków, co uwielbiałem. Ale we wsi stał cmentarz z posępnym kościołem po środku. Wtedy budził we mnie notoryczny strach. Tylko podczas Wszystkich Świętych wiedziałem, że nic mi nie grozi. Więcej żywych, niż martwych, więcej głosów, szeptów z każdej strony, zamiast tej niepokojącej cmentarnej ciszy, do tego poblask setek gipsowych, zapalonych zniczy, woń chryzantem. Maczałem paluchy w roztopionym, pomarańczowym wosku, który dawniej miał zapach tajemniczego obrzędu, a nie trącił podejrzaną chemią, jak teraz. Kiedy wosk stężał, kruszyłem go ściskając paluchy, potem znowu je maczałem, i tak w kółko. To było przyjemnym bólem, jakby próbą dziecięcego masochizmu. Bawiłem się w to z wujkiem Krystianem. Starszym ode mnie o… dwa miesiące! Bo takiego miałem wujka. Przejeżdżając rowerem obok tego cmentarza w zwykłe dni, dodawałem gazu, odwracałem głowę i przeważnie ładowałem się kołami w zielone gęsie gówna, bo kręciło się tam zawsze jakieś stado wrednych gęsi. Do dzisiaj tamten cmentarz przypomina mi o dawnym niepokoju. Ma klimat. Jakieś sceny do „Wiedźmina” mogliby tam kręcić.

Za to, cmentarze na Karaibach magnetyzują mnie. Chyba często ulegam, jakby „turystyce cmentarnej”. Jest w tych miejscach coś z realizmu magicznego, na pewno, dobra moc, przestrzeń z pogranicza jawy i snu, wszystko naturalne. I jest tam dużo światła. Nie ma się czego bać.

Odwiedzimy cmentarze na Kubie i na Gwadelupie.

La Necrópolis de Cristóbal Colón, Hawana, Kuba

Krzysztof Mroziewicz pisał w swojej książce „Fidelada”, że „Na Cmentarzu Kolumba […] stoją pomniki bajeczne, misterne, jakby nożyczkami powycinane z marmuru. Na niektórymi grobami całe kaplice, kościół, katedry, pałace; wszystko dziewiętnastowieczne. Wielki grobowiec Máximo Gómeza, wielki grobowiec Céspedesa. […] Kwatery dzisiejszych zmarłych są proste i surowe. Grób przypomina sejf na dwie trumny.”

Hawana, Caribeya
©Caribeya, Hawana, Kuba
©Caribeya, Hawana, Kuba
©Caribeya, Hawana, Kuba
©Caribeya, Hawana, Kuba
©Caribeya, Hawana, Kuba
kubahawana4
©Caribeya, Hawana, Kuba
©Caribeya, Hawana, Kuba
©Caribeya, Hawana, Kuba
Cementerio Santa Ifigenia, Santiago de Cuba, Kuba

Oto grób Compaya Segundo w nekropolii Santa Ifigenia w Santiago de Cuba. Muzyk naprawdę nazywał się Máximo Francisco Repilado Muñoz. „Compay” dlatego, że był z niego dobry kumpel. A „Segundo” bo w zespole śpiewał, jako drugi głos. Pracownik cmentarza z oddaniem pucuje 95 „kwiatów życia”. W takim wieku odszedł ten dziarski staruszek. Witalności mógłby mu pozazdrościć niejeden młody! „Las flores de la vida” – to również nazwa jednego z albumów Compaya. Oraz część jego filozofii życiowej. W filmie Wima Wendersa „Buena Vista Social Club” zdradził, że najważniejsze dla niego były kwiaty, kobiety i romanse.

kubasantiagodecuba
©Caribeya, Santiago de Cuba, Kuba
Cimetière de Capesterre de Marie-Galante, Gwadelupa

Blisko głównego placu miasteczka Capesterre na odkrytej przez Kolumba wyspie Marie-Galante leży fascynujący cmentarz, z grobowcami-willami, wyższymi od człowieka, czy z nagrobkami bielusieńkimi, jak wyschnięty piszczel, czy ze zwykłymi mogiłami zdobionymi jedynie rządkiem muszli skrzydelników olbrzymich, morskich ślimaków, cenionych kulinarnie. Jedno ze zdjęć zrobiłem z ganku domostwa stojącego dokładnie naprzeciw cmentarnych wrót. Żywi sąsiadujący ze zmarłymi, całkiem zwyczajnie, jak w powieściowym kosmosie G. G. Marqueza.

gwadelupa1
©Caribeya, Capesterre de Marie-Galante, Gwadelupa
gwadelupa2
©Caribeya, Capesterre de Marie-Galante, Gwadelupa
gwadelupa3
©Caribeya, Capesterre de Marie-Galante, Gwadelupa
Cimetière de Deshaies, Basse-Terre, Gwadelupa

Główna część archipelagu wysp Gwadelupy wygląda, jak motyl o zwichrowanych, asymetrycznych skrzydłach. Jedno z nich, zachodnie, to Basse-Terre, drugie, wschodnie to Grande-Terre. Deshaies, albo po kreolsku Déhé, leży nad malowniczą zatoką na Basse-Terre. Z kolei, na wzgórzu ponad miasteczkiem powstała mini-nekropolia. Prowadzi do niej droga podjazdowa, nazwana Rue du Cimetière, czyli nie inaczej – „Ulica Cmentarna”.

©Caribeya, Deshaies, Basse-Terre, Gwadelupa
©Caribeya, Deshaies, Basse-Terre, Gwadelupa
©Caribeya, Deshaies, Basse-Terre, Gwadelupa
©Caribeya, Deshaies, Basse-Terre, Gwadelupa
©Caribeya, Deshaies, Basse-Terre, Gwadelupa
©Caribeya, Deshaies, Basse-Terre, Gwadelupa

 

Pulp fiction po kubańsku

Wziąłem się za czytanie „Adiós Muchachos” i dobrze zrobiłem. Daniel Chavarría to napisał, Urugwajczyk, rocznik 1933, dla którego Kuba stała się drugą ojczyzną, lata temu. Napisał to hardo,soczyście. Czuć tu nieraz w języku choćby Charlesa Bukowskiego. Mamy czarny humor, wątki kryminalne, tropikalne soft porno, nie inaczej. I wszędzie mamy Kubę, pełnokrwistą Hawanę, lubieżną, rozgrzaną, no i walczącą o przetrwanie, kombinującą, zdesperowaną, pokazaną jaka jest.

W tym tekście są, jakby nie patrzeć, bezlitosne diagnozy. Taki przykład:

„To wszystko jego wina – stwierdziła Margarita, mając na myśli byłego męża, po czym dodała ze wzgardą: – No i przez tego łysego kutasa Gorbaczowa, który wszystko spieprzył. Gdyby Związek Radziecki nie upadł, na Kubie nie wprowadzono by stanu wyjątkowego, a Alicja mogłaby dokończyć studia. Z pewnością znalazłaby sobie odpowiedniego męża: kogoś z nomenklatury, technokratę, a może i artystę, o czym marzyła jeszcze w dzieciństwie. Lecz w 1994 roku, gdy kryzys gnębił ich żołądki, ich stopy, a nawet ich umysły, uczucia patriotyczne Alicii osiągnęły granicę wytrzymałości, postanowiła zatem zostać kurwą.”

Daniel Chavarría, zresztą filolog klasyczny (w Hawanie miał wykładać grekę i łacinę) to barwna postać. Nim zaczął pisać był górnikiem, modelem, pomywaczem, poszukiwaczem złota w Amazonii… Ponoć uprowadził awionetkę, by dostać się na Kubę. I tę Kubę, jak widać, poznał…

[„Adiós Muchachos”, Daniel Chavarría, Muza 2013]

Kuba twarzowa

Według Susan Sontag, amerykańskiej pisarki, eseistki „fotograf to super turysta, przedłużenie antropologa, odwiedzający tubylców i wracający z wiadomościami o ich egzotycznych poczynaniach i dziwnym przyodziewku”*. Na Kubie fotografowanie idzie łatwo, bo Kubańczycy chcą być fotografowani i dają to po sobie poznać. Niektórzy bez gadania stają do obiektywu en face, wyprostowani i skupieni, jak do zdjęcia komunijnego, tyle że w stroju z karnawału. Inni zawodowo kombinują, jak tu wyciągnąć turyście z kiesy kilka pesos za pozowanie. Są wśród nich spece płci obojga, raczej nestorzy i nestorki w wieku Ibrahima Ferrera, kiedy go litościwa Muza oderwała od warsztatu ulicznego pucybuta, pozwalając nagrać Dos Gardenias. Do dzisiaj niewiele się na Wyspie zmieniło. Emeryturę dalej pobiera się na ulicy.

Jedni czyszczą buty albo sprzedają orzeszki ziemne w tutkach, inni odziani w pstrokaciznę udają szczęśliwą Kubę. Nieraz w towarzystwie jakiejś wytresowanej fauny. Przyjezdni mają z tego cyrku ubaw po pachy i natychmiast chcą pamiątkę do albumu. „Fotografie dostarczają niepodważalnego dowodu na to, że podróż się odbyła, program wykonano i bawiono się dobrze”*, pisze w swoich esejach wspomniana Susan. Turyści ustawiają się w kolejce do kruchej kobieciny, wypacykowanej Mulatki, która siedzi od rana do wieczora na tle jakieś żółtej czy niebieskiej ściany (dla lepszego kontrastu) i przykładnie ćmi cynamonową parówkę grubości przedramienia. Jeśli to-to było skręcane na czyimś udzie, to chyba na udzie znanej filmowej małpy. „Cygaro” ledwo mieści się w jej ustach lecz babinka tchu nie traci. Podtrzymuje dzielnie tego obscenicznego drągala dłonią ozdobioną tipsami, dopóki gromada ciemiężycieli z cyfrówkami nie wypstryka się do cna. Scena wyjęta z kiczowatej obyczajówki acz nie brak jej również czegoś z taniego pornosa. Żal mi tych staruszek lecz przynajmniej czasem wpadnie im jakaś sesja do błyszczącego, podróżniczego magazynu ze świata. Andy Warhol mawiał, że każdy ma swoje pięć minut. O to mu chodziło?

Jeden señor, nieco młodszy od reszty wiekowej ferajny, działa pod Katedrą Kolumba i chwali się swą podobizną na okładce któregoś z magazynów NG Traveler. Jego specjalność to odgrywanie Che Guevary. Ma beret, ma partyzancką brodę, ma cygaro. Beret i broda mają ludzki rozmiar. Cygaro, o Dios mío, jest grube, jak kuchenny wałek. W szczytowym momencie prezentacji nasz miły pan pakuje do swych obrośniętych ust żarzącego się giganta i z tłumu gapiów wyłapuje ofiarę do wspólnego zdjęcia.

W lot przypomina mi się dowcip o żołnierzu (albo partyzancie!), który machnął sobie fotkę w zupełnym negliżu. Potem przeciął ją wpół i sprytnie pomyślał: górę wyślę matce a dół dziewczynie. Tyle, że roztargnienie młodego wieku sprawiło, że źle nadał koperty. Matka spojrzała na „swoją” połówkę raczej z politowaniem niż ze zdziwieniem, po czym skomentowała: No tak, mój chłoptaś, jak zawsze – nieuczesany, nieogolony i z cygarem w gębie. Samo życie, prawda?

Tych i podobnych bohaterów spotyka się w różnych rewirach hawańskiej starówki albo w foto-zasobach Google… Tutaj ich nie zaprosiłem. Chciałbym dać szansę innym Kubańczykom, mniej światowym.

Gdzieś tam po drodze odkryłem, że to ochocze pozowanie, jakim mnie co rusz zaskakiwali, że to silne pragnienie bycia w kadrze jest dla nich swego rodzaju sposobem na choćby wirtualną podróż (może ucieczkę?) poza Kubę, poza Rewolucję. Indianie ponoć boją się tego, że fotografia wykradnie im duszę. Za to Kubańczycy w swoistej, podświadomej desperacji próbują ratować to, co jeszcze z ich duszy pozostało…


* Cytaty pochodzą z: Susan Sontag – „O fotografii”, w przekładzie Sławomira Magala, wyd. Karakter, Kraków 2009.

Fidelada

Pana Krzysztofa Mroziewicza spotkałem pierwszy w marcu 2005 roku. Na obmierzłym Centralnym dane nam było czekać na ten sam ekspres z Warszawy do Poznania. Wypatrzyłem go w tłumie tuż przed zapowiedzią pociągu. Rozpoznałem po fryzurze: bujnych włosach, mocno jasnych, charakterystycznych. Poza tym, jak zawsze prezentował się nobliwie. Pan Krzysztof podróżował wtedy sam, zupełnie na luzie. Jedynym bagażem, jaki posiadał była książka G.G. Marqueza „Rzecz o mych smutnych dziwkach”. Kilka miesięcy wcześniej recenzował ją w „Polityce” i pewnie miał ochotę wrócić do tej lektury. A mnie jakoś zabrakło tupetu, aby ot tak, do niego podejść i z entuzjazmem wiernego fana jedynie oznajmić, że odkąd przeczytałem to, co napisał w „Guantanamerze”, w głowie mam karaibskiego bakcyla

Nie odważyłem się. Zresztą pociąg wtoczył się już na peron i trzeba było szukać własnego wagonu. Wsiadłem zrezygnowany. Jednak trzy godziny z hakiem wystarczyły do nabrania kurażu i w końcu zagajenia Pana Krzysztofa, już na poznańskim dworcu. Pośród zgiełku podróżnych, rozmawialiśmy chwilę o Marquezie, Ameryce Łacińskiej i o mej fascynacji „Guantanamerą”, rzecz jasna. Prosząc o autograf, podstawiłem sterany notes, i przed podpisem, okazało się, otrzymałem bonusową inskrypcję, żeby mi „się wiodło w sprawach latynoamerykańskich…”

A ja wtedy tylko czytać potrafiłem, byłem w temacie zapalonym teoretykiem, nawet nigdzie dalej nie wyjeżdżałem. Karaiby miałem przyklejone do ściany; mapy, wycinki z gazet, wydruki zdjęć. W dużej mierze dzięki Panu Krzysztofowi, udało mi się w klimaty karaibskie wejść lepiej. Potem jeździłem w tropiki, coraz intensywniej, czy to sam, czy z moimi bliskimi, zacząłem przyglądać się Karaibom z bliska, lepiej słyszeć hiszpański, etc… Wiem, że jeszcze kawał roboty do wykonania, aby to wszystko poznać, posmakować, i wiele „autostrad do wypisania”, ale mogę otwarcie wyznać, że tamto spotkanie w Poznaniu było dla mnie ważne. Na pewno nadało moim zainteresowaniom postać konkretnych planów…

Co więcej, wierzyłem, że ten reporterski majstersztyk „Guantanamera”, napisany przez młodego Mroziewicza, wtedy „budowlańca” na Kubie, i wydany na rynku czytelniczym w roku, w którym mnie kochana matka dopiero rodziła, zostanie raz jeszcze opublikowany, z aktualnym komentarzem…

Tak też się stało. Po sześciu latach, od tamtego spotkania… Wznowiona i rozszerzona „Guantanamera” stanowi dzisiaj pierwszą część książki Pana Krzysztofa – „Fidelada. Podróż w czasie politycznym”.

Lekko wcześniej spotkał mnie pewien zaszczyt i chyba na początku zabrakło mi słów, chociaż wiedziałem, że będę ich potrzebował…

Po przeczytaniu maszynopisu „Fidelady” na jej okładkę napisałem tak:

„To czytelnicza radość, że mogę szczerze poprzeć Fideladę, niekoniecznie przy tym popierając… Fidela. Pierwszą część książki – wznowioną Guanatnamerę – znam od dawna, jeździ ze mną na Karaiby obok „Święta Kozła” Llosy i „Jesieni patriarchy” Marqueza. Mówi barwie i poruszająco o gorącej Kubie, o trwaniu Kubańczyków, o realidad cubana, ale daje też znacznie więcej: budzi zapał do poznania Karaibów. Jest literacko wyśmienitym, żywym i jakże świeżym reportażem-zaproszeniem do mądrej podróży w głąb rzeczywistości, która nie kończy się na labie w tropikalnym słońcu… A raczej zaczyna w klimacie „smutku tropików”. Kluczem zaś do zrozumienia tego kubańskiego czy karaibskiego świata wydaje się utrzymanie w niełatwej symbiozie nabytych tam, osobistych fascynacji oraz… frustracji. Z tego powodu dwuczęściowa Fidelada jest kompletna i przyciąga siłą wiarygodności jej Autora. Dzisiaj te przenikliwe, napisane z pasją i nierzadko ze znakomitym humorem kubańskie reportaże poznają inni, a niektórzy odkryją na nowo. Jedni z poruszeniem, inni z sentymentem. Do czego zachęcam.”

Była to dla mnie wielka przyjemność. Książka jest pięknie wydana…

Uważam, że „Fidelada” podsuwa okazję nieco głębszego zainteresowania się Kubą. Daje możliwość poukładania sobie w głowie spraw kubańskich, jak trzeba. Zdarzyło mi się podsłuchać tu i tam, jak ludzie między sobą mówią, że na Kubę to trzeba jechać teraz, bo po Fidelu to już nie będzie to samo. Widać, ludzie notorycznie chcą Kuby taką, jaka jest, czyli w postaci skansenu wiadomego-systemu, efektu krańcowego rewolucji, najlepiej w 2 tygodnie, objazdem plus gorzała z trzciny cukrowej, wliczona w to wszystko. Ludzie nie zawsze myślą, ale mogą coś tam jednak czuć, że wnet Kuba stanie się inna. I z tego się rodzą obawy, co będzie, jak ta Kuba zrobi się mniej… rewolucyjna? Nie będzie już taka fajna?

Wraz z „Fideladą” przychodzą refleksje. Zresztą, wystarczy spojrzeć na okładkę, na tę prującą się kubańską banderę. Ktoś z marszu pociągnie za jedną, czy drugą, lnianą przędzę, aby się spruła do końca, ktoś inny będzie próbował coś tam jeszcze sfastrygować… Niewykluczone, że ta bandera to taki trochę przewrotny (niekoniecznie zamierzony) „test” świadomości czytelnika i jego emocjonalnego zaangażowania w to, co Kuby może dotyczyć.

„Fidelada” daje z pewnością podumać nad indywidualną kwestią – co z tą „moją Kubą?” Jeśli komuś ostaną się tylko nici z bandery, to dobrze, jeśli kawał materiału z gwiazdą, to też dobrze. „Wzór na Kubę” to chyba wciąż… teoria względności. Z Kubą jest, jak z tym słynnym ciastkiem w ekonomii, że dobrze by je było zjeść, i je mieć. Czyli, dobrze by było, aby ta bandera spruła się tylko do połowy… Niech nas wywiozą poza Varadero i pokażą prawdziwą Kubę a potem odstawią z powrotem do Varadero. Najpierw rewolucja, potem ablucja.

Cenne w „Fideladzie” jest to, że wyraźnie ponadczasowo na Kubę rozbudza, od polityki po Kubanki, choć kolejność może być odwrotna, to nie grzech. „Fidelada” zagrzewa tak, że człowiekowi chce się czegoś bardziej, chce się tej Kuby kosztować po całości, jaka by ona nie była. Ale rzecz w tym, że „Fidelada” również sypie na głowę lód, pokazuje, że w Kubę nie można się bawić na całego, że Kuba może się przyśnić, raz lepiej, raz gorzej. A koszmar też wchodzi w grę…

Sama „Guantanamera” przetrwała w czasie i przeszła do „Fidelady” w znakomitej formie, nie trzeba jej wielkiego liftingu, jest wciąż młoda, kusząco jędrna i zdrowo smagła, jak pewnie niejedna dziewczyna z prowincji Guantanamo… Dodam, co zresztą jak mniemam, niejeden czytelnik wkrótce potwierdzi, że można Panu Krzysztofowi tamtej Kuby ciut pozazdrościć…

Jeśli jest tak, że sam tęsknię do tamtych „kubańskich czasów”, albo w ogóle do nieco dawniejszych „karaibskich czasów (dominikańskich, haitańskich, każdych…)” na które się nie załapałem cieleśnie, bo przecież załapać nie mogłem, i już się raczej nie załapię, to jest to rodzaj nostalgii, racjonalnej czy nie, którą chętnie w sobie podtrzymam, bo dzięki niej kluczenie po zastałej rzeczywistości wspomnianych „tropików” wydaje mi się pełniejsze, i wciąż warte zachodu…

Promocja „Fidealdy” z udziałem Krzysztofa Mroziewicza miała miejsce 18 lipca 2011 w Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Spotkanie poprowadził Mirosław Ikonowicz (wieloletni korespondent PAPu, który w czasie swojej pracy sześć lat spędził na Kubie). Fragmenty książki odczytała aktorka Beata Tyszkiewicz…

[„Fidelada. Podróż w czasie politycznym”, Krzysztof Mroziewicz, Wydawnictwo Zysk i Ska 2011]