Archiwum kategorii: Ludzie

Javier był kimś

Za pieniądze klienta wszystko idzie załatwić. Javier tak mawiał. Lubił to powtarzać. Był obrotny. Zresztą, jak wielu Dominikańczyków. No, to załatw mi chłopie duże mango, czasem go przedrzeźniałem. Wtedy mrużył oczy i cedził, że może skombinować „coś do palenia”, albo dziewczynki. Nie jestem el frutero, ripostował, tych od owoców masz na ulicy. Trzeba myśleć o rzeczach, które dają zarobić jakieś sensowne pesos a nie o bzdurach, które zabierają czas. Tego uczył Javier. Czasem mi się chłop przypomina. Niegdyś mieszkałem w Santo Domingo w dystrykcie Bella Vista, w hotelu o tej samej nazwie. Ulokował mnie w nim po znajomości Jorge, redaktor dziennika, z którym wtedy współpracowałem, jako samozwańczy (foto)reporter. Javier był tam boyem, chłopakiem od wszystkiego. Dla mnie był boyem rasowym, był Kimś.

Cristina

Hotel „Bella Vista” traktowałem, jako bazę wypadową. Częściej mnie w nim nie było, niż byłem, co oczywiste, lecz za każdym razem z uciechą tam powracałem; czy to z dziennych misji w Santo Domingo, czy z kilkudniowych wypadów w dominikański interior. Zajmowałem tani pokój z wiatrakiem na suficie i z widokiem na mangowiec. W mini chłodziarce trzymałem podstawowe zapasy: piwo, owoce i maść na wszystko. Właścicielką hotelu była Cristina. Do pracy podjeżdżała białym jeepem i z marszu brała się do rządzenia. Miałem w zwyczaju „meldować” jej, gdzie wybieram się danego dnia; szczególnie informowałem ją o wyjazdach dłuższych na zachód, gdzieś pod granicę z Haiti, albo na północ: do Puerto Plata, Río San Juan, czy Samaná. Przywykła do tych moich briefingów. Nie mogłem ich zaprzestać. Nie chciałem, by snuła najgorsze domysły, gdy ktoś ze służby doniesie jej, że moje łóżko stoi nieruszane od trzech, czy czterech dni.

Mangowiec rosnący w ogrodzie, Dominikana
Dojrzewające mango-zwisy.
Ulica karmiąca

Większość z posiadanych pesos, poupychanych gdzieś po kieszeniach, przepuszczałem w pobliżu. Wszystko miałem tam pod ręką. Dominikańska ulica jest samowystarczalna i codziennie kusi tym samym, w tych samych punktach, o tej samej porze. Jeśli mały biznes jest na kółkach, to i tak podjedzie tam, gdzie poprzednio. W Dominikanie można się spokojnie do czegoś przyzwyczaić i potem z tego przyzwyczajenia do woli czerpać korzyści. Gdy od „swojego” sprzedawcy empanadas usłyszałem: estoy operando aqui, „tu jestem, tu działam, tu operuję!”, byłem szczęśliwy, wiedząc, że jutro, pojutrze czy za tydzień nic się nie zmieni, i dostanę te swoje frykasy tam, gdzie zawsze.

El frutero, czyli sprzedawca owoców na ulicy w Santo Domingo, Dominikana.
Wózek owocowy.
Karaibskie śniadanie, w pobliżu hotelu Bella Vista, Santo Domingo
Karaibskie śniadanie mistrzów. Od lewej kawał papai, ananasa, sok z marakui, 3 empanadas. I kawa. Café dominicano. Jak narkotyk.

To samo, jeśli chodzi o każdą inną rzecz, najsłodszą kawę na świecie, jugos naturales, owoce, tostones, piwo, losy na loterię, używane komórki, karty telefoniczne, gazety, jakieś breloki, jakieś baterie, fosforyzujące lody, słodkości z gwajawy, czy co tam jeszcze. Swoje obchody ulicy robiłem przeważnie wcześnie rano, kupując wszystko, co mi się nawinęło i z czego mogłem skompletować własną wersję karaibskiego śniadania.

Piwo z Javierem

Za to późnym popołudniem niewiele już jadłem, raczej wpadałem do colmado by posiedzieć, posłuchać bachaty i wypić piwo albo dwa, albo trzy. Decydowała pojemność butelki, jaką spragniony wydobyłem na chybił trafił z arktycznych czeluści firmowej lodówki Presidente. Taka lodówka to podstawowy mebel w każdym spożywczaku, czy barze w Dominikanie, od Santo Domingo po odległe grajdoły.

Piwo Presidente w Santo Domingo, Dominikana
„Prezydent” nabity w butelkę.

Piwo kupowałem dla siebie i dla Javiera. Bywało, że dzieliłem z nim momenty przyjemnego rauszu po całodziennym kieracie. Potem on wracał do swoich na przedmieścia, w mało-turystyczne rewiry zwane Km. 9, a ja do pokoju i do komputera, oblepionego kolonią cyber-mrówek. Javier nie był zwykłym boyem hotelowym, był prawą ręką Cristiny, co oznaczało, że robił wszystko. Nobilitacja i frustracja w jednym.

Kiedy uparłem się, aby mieć w pokoju hotelowym caja fuerte, czyli sejf, Javier powiedział, że to nie ma sensu. Szybko dowiedziałem się, w czym rzecz. Poszliśmy do innego pokoju z sejfem. Javier zatrzasnął go, po czym otworzył bez klucza i większego wysiłku, jak Sztukmistrz z Lublina. Dałem sobie spokój.

Macho i jego koszula

Często widywałem go, ubranego w guayaberę, karaibską koszulę z czterema kieszeniami. Najpewniej pochodzi z Meksyku, albo z Kuby. Mnie podoba się jej kubańskie pochodzenie. Chłopak miał dziewczynę. Na randki zakładał elegancką koszulę z dwoma kieszeniami. Upychał w nich owoce gwajawy, dla wsparcia miłości witaminą. Jeden owoc dla siebie, drugi dla wybranki. Wreszcie stało się. Dostał zaproszenie do domu przyszłych teściów. Nie mógł tam iść z pustymi rękami. Znowu pomyślał o gwajawach. Tylko teraz miał do zabrania cztery sztuki. A tylko dwie kieszenie. Wtedy sprytna matula doszyła mu jeszcze dwie na dole. I tak zrodziła się pełna guayabera! Fantastyczna historia, czyż nie?

Dominikańczycy mają dla niej własną nazwę – chacabana. Ponoć Javier odziedziczył tę koszulę po dziadku. Chwaliłem ją za każdym razem, gdy w niej przychodził. Była pięknie skrojona, w kolorze kremowym, z podwójnym haftem z przodu, bez oznak znoszenia. Można powiedzieć, krawiecki majstersztyk. Zakonotowałem, że Javier nosił ją chętnie, niejako dumy z rodzinnej pamiątki. Dzisiaj młodzi Latynosi raczej nie przepadają za zbyt staroświeckim krojem chacabany. Za to Javier wyglądał w niej bardzo gustownie, prawdę mówiąc, zazdrościłem mu tej koszuli i tej prezencji.

Relaks po oględzinach

Muchacho zasuwał na trzy etaty i nieraz ciężko było go wyciągnąć z roboty do baru o sensownej porze, zważywszy na to, że musiał jeszcze jakoś dotrzeć do domu na krańcu świata. Wtedy, z moją pomocą, bar przychodził do niego. Javier na to zasługiwał. Najbardziej podłe obowiązki wykonywał popołudniami. Przede wszystkim ogarniał bałagan po gościach, którzy zdążyli opuścić hotel. Wietrzył zapotniałe komnaty, wciąż zalatujące mieszaniną sexo y amor. Do czarnego worka w rozmiarze lubianym przez medycynę sądową ładował wymęczoną pościel, notorycznie czymś zabrudzoną; pełna galeria podejrzanych wymazów, z krwią włącznie. Sam widziałem, bo Javier dopuszczał mnie do oględzin. Ze wszystkich tych okrutnych plam dało się wyczytać najświeższą historię cielesnych zmagań, gwałtownych miłości, czy miłosnych gwałtów, no jakichś niemożliwych kopulacji, kulminacji, jakichś no nie wiem, boleści…

Kiedy Javier robił swoje, ja siedziałem u siebie, przeglądając ostatni urobek zdjęciowy. Czekałem na telefon od niego. W końcu dzwonił, podając mi numer pokoju, do którego miałem się udać z tym, co najlepsze. Brałem z lodówki butelki z „Prezydentem”, wciąż zmrożone, jak igloo i gnałem tam, gdzie mnie wzywał. Chyba nie było takiego pokoju w Buena Viście, którego byśmy nie zamienili na tymczasowy bar.

Władca noży

Innym zadaniem Javiera, zwłaszcza o poranku, było doglądanie kuchni. Poganiał tam kucharza i jego asystenta, obiboka. Nie za wiele mieli obaj do roboty, lecz to nie oznaczało, że mogli siedzieć bezczynnie. W międzyczasie zauważyłem u mego przyjaciela słabość do kuchennego osprzętu. Wyraźnie cenił noże. Wielokrotnie kciukiem szacował ich ostrość, jak rzeźnik przed jatką. W jego zachowaniu było coś niepokojąco naturalnego. Mieć go po swojej stronie – oto reguła przetrwania!

Kiedy któregoś dnia wybrał nóż formatu maczety, przeżegnawszy się w duchu, pomyślałem, że oto Javier podjął właśnie jakieś kluczowe decyzje w swoim zapracowanym życiu. Zbiegło się to z przyjazdem Cristiny do hotelu. On jednak wykorzystał połyskujące ostrze noża w roli podręcznego lusterka. Przeglądając się w nim z bliska, badał stan uzębienia. Było to bardzo charakterne. Bo Javier charakter miał.

Najlepiej odnajdywał się w trzeciej ze swoich hotelowych ról – w roli recepcjonisty: witającego, rozliczającego i żegnającego gości. Witał serdecznie i żegnał, bo musiał, za to rozliczać uwielbiał. Był przy tym irytująco skrupulatny. Kiedy nieraz z czymś zalegałem, dobrze o tym wiedział i przystępował do windykacji. Szelma jeden, wolał zapomnieć, ile to piwa razem wypiliśmy. Na mój koszt! Ale cóż, mając świeżo w pamięci jego przymiarkę do roli „władcy noży”, wolałem płacić. Jeśli chodziło o forsę, Cristina mogła na niego liczyć. A nie wyglądał na skarbnika. Raczej na kogoś, kto regularnie przyjmuje zlecenia mokrej roboty i przeliczając pesos, albo „zielone”, po prostu przelicza zainkasowane wadium.

Chłopak z „dzielni”

Powierzchowność Javiera stawiała go raczej wśród osobników przestępczej konduity. Umówmy się, nie jest to typowy wymóg dla kandydata na recepcjonistę. Jednak Cristina myślała inaczej. Albo po prostu miała nosa, zatrudniając go w hotelu. Ten domniemany brutal z obrzeżnych barrios, o jakich Márquez pisał – „dzielnice psich bójek”, ten śniady macho z blizną pod okiem, potrafił być elokwentny, do żywego zabawny i na swój sposób spolegliwy. Javier – delikwent chodzący krokiem „praskiego cwaniaka”, był barwną namiastką tego najprawdziwszego Santo Domingo – chaotycznego i lubieżnego, do którego być może, co bardziej rozbudzony turysta chciałby dotrzeć, by je zobaczyć na własne oczy, dotknąć, posmakować, tj. po ludzku poznać, lecz tkwiące w nim obawy (poniekąd uzasadnione) trzymają go na dystans. Wtedy Javier mógł sprawę ułatwić.

Wnosił do hotelu aurę tych właśnie rewirów latynoskiego molocha, gdzie wstaje się o świcie za głosem bojowego koguta i stawia diabelską kawę na ogniu, gdzie słucha się radia na cały regulator, gdzie ryk motorów walczy o eter z dudniącym reggaetonem, czy bachatą, gdzie czuć spaliny wymieszane z wonią przejrzałych owoców, mydlin wylewanych do rynsztoka i jedzenia smażonego na ulicy, gdzie w ciągu dnia żyje się tak, by jakoś przeżyć, gdzie kombinuje się pesos, jak tylko można, bo w końcu jest rodzina, bo rosną długi, gdzie zawsze znajduje się czas na domino i baseball, na tipsy i papiloty, na piwo, jeśli nie na rum, gdzie zawsze jest kogo obgadać, czy zbesztać po uszy, gdzie chicos, gangsterzy z MTV, opuszczają jeansy tak nisko, że im widać przecinek z tyłu, gdzie chicas, dziewuchy gangsterów z MTV, podciągają legginsy tak wysoko, że im widać przecinek z przodu, gdzie amorów wszelakich nigdy dość w tym lepkim, jak syrop powietrzu, gdzie jęki miłości nie gorszą sąsiadów tylko aktywizują, i gdzie się w końcu to całe towarzystwo z inwentarzem wszelakim kładzie spać bez świadomości, że gdzieś tam istnieje jakiś przyjezdny, turysta, słowem obcy, któremu by trzeba jakoś uatrakcyjnić wycieczkę czy ogólnie zrobić dobrze. W rewirze Javiera obcy musiałyby na swoje pięć minut zasłużyć.

Javier bałamut

Natomiast w hotelu Bella Vista od razu liczono się z Javierem. Był gwiazdą i tyle. Przyjezdni podskórnie wyczuwali, że miał w sobie jakiś autentyczny kawał życia, blisko którego warto pobyć chociaż przez moment. Dlatego lgnęli do niego, zamęczając chłopaka w recepcji, na korytarzu, na patio. Szczególnie osaczały go białe turystki z Ameryki, czy Europy. Latały do tropików solo, wyraźnie wyposzczone. Kręciły się przy Javierze, zagadując go w spanglishu.

Javier, mimo że zawalony robotą, korzystał ze swego uroku, ile mógł. Odpowiadał na zaczepki. Był przystojnym draniem, trzeba mu to oddać. Rozgrywał te całe ksiuty po swojemu, niby od niechcenia, urabiając panny, jedną po drugiej. Nie wiem, czy on te wszystkie przelotne znajomości sprowadzał do oczywistego finału. Niewykluczone. Tak czy inaczej, był południowcem i południowa krew się w nim kotłowała. Raczej nie przepuszczał okazji. Z natury lubił zdrowo pochędożyć. I lubił o tym poopowiadać z detalami.

Javier „dobra rada”

Bywały noce, gdy zdarzało mi się w zupełnym negliżu przeleżeć pod buczącym wiatrakiem od zmierzchu do świtu, bo inaczej się nie dało, parność mnie gnębiła, ratowałem się, jak mogłem. Raz zapomniałem zaryglować drzwi, no i wreszcie zasnąłem. Rano wpadł znienacka do pokoju Javier i mnie przyfilował w adamowej odsłonie, dopiero oczy przecierałem po przebudzeniu. Zmieszany chwyciłem za piernaty, by się nimi owinąć, jak to robią aktorzy na filmach, gdy mają przejść po seksie z łóżka do garderoby i wybełkotałem jakoś tak, że „Javier, dzisiaj nie, por favor!”. Drań ten, kogut jeden co bierze wszystko, co się rusza, zaśmiał się podejrzanie, a mi chodziło o usługę sprzątania pokoju, że „dzisiaj nie”.

Kiedyś, stojąc przy recepcji, narzekałem na zmienność czerwcowej pogody. Wtedy mnie Javier uświadomił, hultajsko szczerząc zęby: „są takie rzeczy, amigo, które robisz przy słońcu i przy deszczu„. Lubował się w rozwijaniu tej życiowej sentencji, bezczelnie bazując na własnym, donżuańskim doświadczeniu. Wyjawiając mi swoje sypialniano – łóżkowe albo kuchenno – stołowe sekrety ars amandi, zarazem udawał buchaltera, rewidował rachunki gości i wklepywał je do komputera jednym paluchem.

Dr Javier zaskoczony 

Raz udało mi się Javiera zaskoczyć własnym popisem rubaszności. Któregoś popołudnia poszliśmy obaj do sklepu elektrycznego za rogiem. Cristina wysłała chłopaka po żarówki. A ja mu towarzyszyłem. Na miejscu poleciałem wzrokiem ku półce, gdzie kłębiła się jakaś drobnica, w tym wyjątkowo absorbujące różowawe niby zaślepki. W ich kształcie było coś bezwstydnie anatomicznego, a szło o anatomię kobiecą. Musiał to potwierdzić „dr Javier”. Wziąłem jedną taką „zaślepkę” i podsunąłem mu po nos, pytając z udawaną powagą, co też mu to-to przypomina. Ten, dławiąc się ze śmiechu wypalił: tú estás loco, amigo!, że szalony jestem. Jakby przyznał, że większy ze mnie zbereźnik od niego. Cóż, wypadało potraktować to, jako komplement.

Na koniec wspomnę, że Javiera poznałem w dość osobliwych okolicznościach. Muchacho w stroju recepcjonisty wymiatał psie bobki na parkingu przed hotelem „Bella Vista”. Stałem obok, oparty o palmę i patrzyłem, jak mu idzie. Obchodził się z nimi, jak z pralinami, które nieszczęśliwie pospadały na zakurzoną podłogę. Brał je na szufelkę i ostrożnie przenosił do śmietnika. Zlitowałem się nad nim, demonstrując łatwiejszą metodę – „futbolową”; wykopałem to gówno na aut. Po czym zaprosiłem chłopaka na kawę. Jakby nie było, kawa i praliny świetnie się dopełniają. Tak poznałem Javiera. Nie widziałem go jedenaście lat. Nigdy go potem nie spotkałem. Został w mej pamięci.

Tubylcy z parku

Kiedy żegnali nas, stanąwszy w równych odstępach na skraju wzniesienia z pomarańczowo-ceglastej gliny, wyglądali raczej tak, jakby dopiero co wyszli nas witać. Jakby za moment miały zejść się dwa światy, jakby historia miała ruszyć od nowa. Tę ostatnią scenę zapamiętałem najmocniej. Niewykluczone, że wyobraźnia dołożyła swoje. Jeśli czas miałby się zatrzymać, to właśnie wtedy, gdy patrzyłem na tych ludzi, w których ostało się jakieś dawne dostojeństwo. Ten kadr mógłby pochodzić z filmów „Misja”, „Apocalypto”, albo „Kolumb Odkrywca”… Nie ma tu jeszcze nieuchronnej, zgubnej przyszłości. Na razie jest enigma, obustronna ciekawość, są emocje; mniej lub bardziej skrywane. Reszta była teatrem… Już to wiedzieliśmy, siedząc w czółnie, którym mieliśmy wkrótce odpłynąć. Teatrem dobrze wyreżyserowanym, ogranym. Teatrem potrzebnym, jak się okazało…

Ryj tapira

Umówmy się. To był żaden wysiłek. Dostać się do wioski tych skromnych ludzi zwanych Emberá. W ich rzeczne rewiry Parku Narodowego Chagres. I popatrzeć, jak żyją, jak sobie radzą, jak ukradkiem ziewają na widok kolejnej fali turystów. Oczywiście, można by nadać temu ton dramatyczny. Nawrzucać przechwałek pioniera, etnologa, który popadł w obłęd, albo prawie ducha wyzionął próbując przedrzeć się do dzikich plemion, które białego człowieka znają co najwyżej ze zdjęć na ulotkach, rozrzucanych czasem przez aeroplany. Można by nazmyślać, nawydziwiać, tak wypunktować trudności, że zwykłemu zjadaczowi chleba, który mdleje w fotelu oglądając „Azja Express”, odechce się wszystkiego.

Człowieku, wykitujesz po pierwszych stu metrach, odwodnisz się, narobisz w portki ze strachu. Gęsta, malaryczna dżungla. Żmije, jaguary i ropuchy trucicielki w gotowości. Stopy spleśniałe w butach. Mrówki w koszuli. Brak wody, brak nadziei, brak jacuzzi. Za to, tubylec z fryzurą pazia królewskiego przed tobą. Raczej nie wegetarianin. Ze wszystkim na wierzchu, z dmuchawką przy ustach wycelowaną w ciebie. Trzy razy nie trafia. Może dlatego, że się modlisz.

Tubylec myśli. Pewnie bóstwo „stamtąd”. Paskudne, jak ryj tapira, blade takie, ale strzały się go nie imają. Trzeba okazać respekt, zabrać do wioski. Niech starszyzna oceni, co dalej; niech dzieciaki się obśmieją, niech szaman przypomni sobie, kogo ostatnio wzywał z zaświatów. Autochton opuszcza dmuchawkę, kłania ci się, odwzajemniasz mu się niepewnie.

Z boku, z krzaków wychodzi kumpel tamtego, bez wrogości. Też cały goły i pokryty granatowym, zmatowiałym tatuażem, jakby wczoraj wylał na siebie kałamarz atramentu. Stoi z żywym tukanem na ramieniu. Z martwym pekari u stóp. Polowanie skończone. Masz szczęście. Żyjesz. Siedzisz teraz w pirodze, podłużnej i wąskiej, lecz stabilnej.

Do wioski tylko trzy dni drogi w górę rzeki. Masz co jeść, bo dali ci tilapię z maniokiem, masz co pić. Nie pogadasz za wiele z łaskawcami, bo oni po swojemu a ty z tego ni w ząb. Próbujesz wyciągnąć od nich co nieco na migi, stąd wiesz, ile będziecie płynąć. Niewiele się dzieje. Spoglądasz leniwie w nieskończoną puszczę po obu stronach rzeki. W końcu zasypiasz…

Krokodyle spojrzenie
Rzeka Chagres, członek wspólnoty Emberá wypatruje mielizn.
Napływ innej kultury…
Emberá, silnik suzuki, rzeka Chagres, Panama.
Señor Suzuki.

Raptem wyrywa cię z uśpienia tęgi jazgot, czujesz spaliny. To silnik suzuki, uczepiony rufy twego luksusowego kanu. Steruje nim mężczyzna z grupy etnicznej Emberá. Odziany w przepaskę na biodra zrobioną z ceramicznych koralików i szarfę guayuco zakrywającą płeć. Na dziobie, oparty o długą tyczkę, czuwa pomocnik sternika, wypatruje mielizn. W podobnej garderobie. Pejzaż przed tobą będzie naznaczony jego pośladkami na każdym zdjęciu.

A ty masz na sobie pomarańczowy kapok, bo kazali zabezpieczyć się po bożemu. Kanu pruje kilkanaście minut, po czym zwalnia, podpływa do szuwarów rosnących wzdłuż brzegu rzeki Chagres, tej samej, która zasila sztuczne jezioro Gatún niezbędne w eksploatacji Kanału Panamskiego. Nie od razu dostrzegasz nieruchome ślepia, wystające znad mętnej wody, wpatrujące się w ciebie. Cocodrilo, słyszysz. Krokodyl. Czyżby pora karmienia? Mężczyzna śmieje się z żartu.

Krokodyl w rzece Chagres.
Przyczajony krokodyl ukryty szok.
Emberá, członek wspólnoty szykuje kanu do drogi, rzeka Chagres, Panama.
Grunt to mieć dobre plecy.
Port Corotú, przystań dla kanu, rzeka Chagres, Panama.
Wszystkie pirogi do nogi.
Komitet powitalny

W położonej na wzgórzu wiosce, dokąd od rzeki prowadzą ścieżki z ubitej, czerwonej gliny spotykasz jego pobratymców, ludzi do rany przyłóż. Witają cię z takim namaszczeniem, jakbyś przybył zza wielkiej wody, a ty ledwo dwie godziny wcześniej opuściłeś Panama City. Minibusem. Najpierw była droga asfaltowa, potem szutrowa, na końcu keja dla smukłych piraguas w Puerto Corotú nad jeziorem Alajuela. Obszar parku rozciąga się między prowincjami Panamá i Colón, na północ od panamskiej stolicami i na wschód od Kanału Panamskiego.

W komitecie powitalnym don Melio Tócamo, lider społeczności w osadzie Tusípono Emberá oraz kobiety – młodsze i starsze o długich, czarnych włosach, przypominające urodą te z polinezyjskich obrazów Gauguina. Słychać muzykę; bębny, piszczałki, marakasy i drewnianą „tarkę” zwaną guacharaca, pocieraną rytmicznie niby „widelczykiem”. Męska kapela inicjuje spotkanie popisowym numerem. Po uściskach dłoni muzykanci i część kobiet mają fajrant. Lider prowadzi do chaty zastawionej ławkami na krótki wykład o historii, kulturze i zwyczajach Emberá.

Emberá, kapela we wspólnocie Tusípono Emberá , rzeka Chagres, Panama
Orkiestra dęta, lecz nie nadęta.
Kobiety Emberá, osada Tusípono, rzeka Chagres, Panama.
„Na piersi zwieszał się olbrzymi, sięgający aż do połowy brzucha naszyjnik z wielu warstw różnych monet. Przeważały dwudziestopięcocentówki, ale trafiały się i srebrne” [„Z wizytą u panamskich Indian”, Andrzej Myrcha, Wyd. Czytelnik, Warszawa 1979]
Paru Paru, obraz, malarz Paul Gauguin, Polinezja Francuska.
W rzeczywistości, tam nad rzeką Chagres, kobiety Emberá. A tutaj, na płótnie, też kobiety. Uchwycone przez Paula Gauguina gdzieś w Polinezji Francuskiej. Takie podobieństwo. Takie skojarzenia.
Paru Paru, Paul Gauguin – 1892 Źrodło: http://www.the-athenaeum.org
Skąd przyszliśmy? Kim jesteśmy? Dokąd idziemy?

Staje przed mapą Panamy, chwyta wskaźnik. Tu mieszkamy, a stąd przyszliśmy: zaznacza rewiry, graniczącej z Kolumbią, wschodniej prowincji Darién, z wydzielonym obecnie regionem autonomicznym Emberá-Wounaan. Zdziwiło mnie, że nie wyczytałem tego w doskonałej książce dr Andrzeja Myrchy – „Z wizytą u panamskich Indian”. Nie widziałem tych wiosek na jego poglądowej mapce etnicznych ludów Panamy. Dlaczego nie napisał, że plemiona Emberá (znane jako Chocó) zasiedlały, poza wilgotnym gąszczem Darién, również tereny w bliskim zasięgu Panama City? Później zrozumiałem, w czym rzecz…

Z wizytą u panamskich Indian, Andrzej Myrcha, Panama.
Zawsze cieszy mnie, gdy wyłowię taką perełkę z otchłani biblioteki. Andrzej Myrcha (1939-1997), napisał to w dacie, kiedy dopiero uczyłem się chodzić i parafrazując G. G. Márqueza, w mojej głowie „wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem”. Do lektury, być może już zapomnianej, siadam po niemal czterech dekadach. I ta lektura mnie wciąga: wiedzą autora, jego pasją i jakże wielką chęcią zrozumienia człowieka. Tego Innego. O jakim zawsze mówił, choćby Kapuściński. I to jest napisane w tym nieodżałowanym duchu Arkadego Fiedlera. Przygoda. Karma dla wyobraźni. Może podpowiedź dla podróżnika z otwartą głową. To są wyśmienicie zanotowane refleksje autora zachwyconego światem Południa. Takiej literaturze należy się rewitalizacja. Bo zaraz takiej literatury zabraknie. Panie Andrzeju, ta książka „wróciła” do Panamy!

Pod koniec lat siedemdziesiątych, kiedy książka powstała, do wspólnot tych nie jeździło się na wycieczki poznawcze. Wiodły one żywot w jako takim oderwaniu od cywilizacji, korzystając z dziczy w rozlewiskach rzeki Chagres. Ponoć, nietrudno było stanąć wtedy oko w oko z królem tamtejszej puszczy – jaguarem. Zresztą, Emberá dopiero co przenieśli się z różnych powodów z odległej Darién. Wielu bało się kolumbijskiej partyzantki, szmuglerów oraz wszelkiej maści podejrzanych typów, jacy swobodnie korzystali z pozbawionej kontroli, dzikiej granicy kolumbijsko-panamskiej.

Chcieli urządzić się w nowym, bezpiecznym miejscu, co im się poniekąd udało. Z powodzeniem rozwijali dawne aktywności: polowania, rybołówstwo i rolnictwo. Sytuacja zmieniła się w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku. Wówczas rząd Panamy ogłosił, że obszar obejmujący m.in. terytoria należące do Emberá stanie się parkiem narodowym (Parque Nacional Chagres).

Wioska Emberá, rzeka Chagres, Panama.
We wsi jakby sjesta.
Wioska Emberá, przystań dla kanu, rzeka Chagres, Panama.
Dłubanki.
Witamy turystów

Wpłynęło to znacząco na ich tradycyjną egzystencję. Nadeszły restrykcje. Z racji tego, że teren parku znajdował się teraz pod ochroną, musieli ograniczyć myślistwo oraz karczowanie dżungli, co wiązało się z przyhamowaniem niektórych upraw. Ponadto, stanęli niejako w obliczu ultimatum: możecie zostać, lecz w zamian wpuścicie do siebie turystów. Ze wszystkimi konsekwencjami, jakie to ze sobą niesie. Innymi słowy, Emberá goszczą w swoich comunidades grupy wycieczkowiczów, ponieważ nie mają innego wyjścia. Tym równoważą ekonomię własnego przetrwania.

Robią to jednak tak, aby przyjezdni czuli się u nich dobrze. Przynajmniej, starają się. To mili ludzie, uczynni, opanowani. Idealnie pasuje do nich hiszpańskie określenie humildespokorni. Jasne, zdarzają się tacy, którzy nie kryją znużenia, ostentacyjnie dłubią w nosie, uśmiechu nie odwzajemnią, mają ten cyrk głęboko gdzieś. Chyba trudno się temu dziwić. Codzienne zabawianie turystów, zapewnianie im podobnych rozrywek prowadzi do rutyny, która zobojętnia.

Emberá, członek osady Tusípono steruje kanu, rzeka Chagres, Panama.
Rzeka turystów.
Pokazujemy to, co mamy

Tak, czy inaczej Emberá poradzili sobie z adaptacją do nowych warunków. Co więcej, skutecznie rozwijają tzw. świadomość ekologiczną, co daje jakieś gwarancje, że masowy przepływ obcych przez ich rewiry nie zrujnuje bogatej przyrody. Si no hay bosque, nosotros somos personas muertas* – miał powiedzieć lider innej wspólnoty. „Bez lasu jesteśmy martwi.” Cała prawda.

Rękodzieło Emberá, osada Tusípono, nad rzeką Chagres, Panama.
Wyplatanka.

Z kolei lider Melio Tócamo kontynuuje opowieść o prostym życiu w zgodzie z matką naturą. Jesteśmy samowystarczalni. Takie rzeczy robimy z włókien palmy chunga. I prezentuje różne wyplatanki: koszyki, szkatułki, tace. Niektóre z nich kolorowe. To naturalne barwniki. Ten czerwony to achiote. Wymieszany z łojem zwierzęcym dobry na mazidło do odstraszania moskitów. Jedna z najstarszych kobiet w społeczności dodaje swoje trzy grosze. Nie mówi po hiszpańsku, tylko w swoim narzeczu, lider wszystko tłumaczy.

Chodzi o pichcenie potraw. I typowe zaplecze kuchenne. Mamy gliniane podium. Na nim trzy grube belki. Ułożone tak, że tworzą trójnóg, który jest podporą dla garnka. Pod nim tli się ogień. Kiedy wewnętrzne końcówki belek zwęglą się, rozpadną, wtedy podsuwa się ku środkowi resztę „zdrowego” drewna i tak dalej. Wygląda to, jakby dopalały się trzy gigantyczne cygara na wielkiej popielniczce. Po wykładzie, kto ma ochotę, idzie zwiedzać wioskę. Mamy tu normalne toalety, dodaje lider, całkiem poważnie.

Achiote, jeszcze nie dojrzałe owoce z nasionami, osada Tusípono nad rzeką Chagres, Panama.
Achiote. Po polsku arnota właściwa. Ponoć nazwę gatunkową, Bixa orellana, nadano roślinie na cześć konkwistadora i podróżnika Francisco de Orellana, który jako pierwszy przepłynął Amazonką z Andów do Atlantyku. Z jej nasion pozyskuje się naturalny pomarańczowo-czerwony pigment zwany annatto. Obecnie, oznaczany symbolem E160B, jest wykorzystywany szeroko w przemyśle spożywczym, albo kosmetycznym. Owocem achiote jest kilkucentymetrowa, kasztano-podobna torebka, tylko węższa i bardziej spłaszczona, pokryta sztywnymi włoskami. Owoce niedojrzałe są zielone, jak te na zdjęciu. Te najbardziej dojrzałe mają kolor czerwonawy, pękają na dwie części, uwalniając mnóstwo drobnych, czerwonych nasion. Niejadalnych. Ponoć biali, którzy najechali nowe ziemie i zobaczyli tam tubylców wysmarowanych maścią z achiote, nazwali ich „czerwnonoskórzy”.
Osada Tusípono, dom na palach, nad rzeką Chagres, Panama
Typowa, ustawiona na palach, chata w osadzie Emberá. Nie ma ścian. Dach kryty strzechą palmową. Z przodu, przystawiona do chaty pochyła bala, z głębokimi wycięciami imitującymi schody. Ponoć, na noc jest odwracana (wycięciami do wewnątrz), aby do środka nie wspięły się nieporządne stworzenia.
Osada Tusípono Emberá, kobiety przygotowują posiłek, Panama.
Starsze kobiety Emberá w spódnicach, zwanych parumas. Jedna z nich szykuje posiłek, krojąc dojrzałego ananasa.

Możesz zajrzeć, gdzie chcesz, do jednego czy drugiego domostwa, pospacerować wśród bananowców. Czasem dojrzysz papaje, mangowiec i drzewa limonowe. Gonisz po trawnikach wielkie, nakrapiane jaszczurki, rozdajesz małym zasmarkańcom cukierki, oglądasz rękodzieło; jakieś naszyjniki, czy „łapacze snów”, jakieś połyskujące żółwie, ropuchy, małpy, węże, albo ptaki wyrzeźbione w drewnie cocobolo. Potem proszą cię na obiad, na smażoną rybę i „platanosy”, podane w tutce z liścia rośliny zwanej bijao. Jesz dłońmi. Poprawiasz kawałkiem soczystego ananasa. Po posiłku chwila sjesty.

Tatuaż na kilka dni

Po niej czas na tatuaż. Tymczasowy. Po dziesięciu dniach zniknie. Patrzysz na swoje ramię, albo na przegub i co widzisz? Jakieś zacieki, wątłe esy floresy, blade bohomazy. Lecz następnego dnia te sine mazaje zmieniają się w granatowe dziełka sztuki. Wszystko to sprawka naturalnego barwnika pochodzącego z popularnego w Ameryce Południowej i na Karaibach, drzewa Genipa americana, znanego bardziej jako jagua.

Z soku niedojrzałych owoców jaguy powstaje tusz używany, jako farba do ciała. Wywołuje na ludzkiej skórze łagodną reakcję chemiczną, sprawiając, że ciemnieje ona po kilkunastu godzinach od malowania. Później warstwy skóry stopniowo złuszczają się i po upływie półtora tygodnia po tatuażu nie ma śladu. Podobną cechę nietrwałości ma henna znana w Indiach, na Bliskim Wschodzie, czy w północnej Afryce. Wykorzystywana tam choćby do upiększania kobiecych twarzy, dłoni i stóp.

Jednak zaletą malunków z jaguy, wymyślonych przez rdzenne plemiona amazońskie jest to, że swym kolorem dość wiernie imitują prawdziwy tatuaż. Czego nie można powiedzieć o np. czerwonawo-brązowej hennie. To idealna opcja dla tych, którzy chcieliby najpierw „wypróbować” wymarzoną dziarę, zanim zrobią ją sobie na stałe. Tubylcy z Amazonii odkryli, że pokrycie tatuażem z jaguy całego ciała od stóp do głów chroni ich przed insektami w dżungli.

Ponoć napar z kory Genipa americana poskramia rzeżączkę. Natomiast kompot z dojrzałych owoców działa moczopędnie. Co być może pozwoli odeprzeć atak niesławnej rybki zwanej candirú. Według licznych legend pochodzących z selwy to stworzenie wielkości cienkiego gwoździka lubi wpłynąć do narządów płciowych kąpiących się w rzece mężczyzn i kobiet. Fakt to czy mit, candirú sieje popłoch wśród miejscowych nad Orinoko i Amazonką. Nie można tego olać, lepiej potraktować moczem, w czym pomaga jagua.

Tatuaż z jagua, Osada Tusípono Emberá nad rzeką Chagres, Panama.
Sztuka tatuażu jagua. Artysta wyrysowuje tuszem rozmaite, geometryczne wzory. Używa do tego jakby powiększonej „wykałaczki”, o tępym zakończeniu.
Tańce wężykiem

W kulminacyjnym punkcie wizyty główny gospodarz osady, wspomniany już Melio Tócamo, zaprosił gości na pokazy taneczne. Pod dachem przestronnej wiaty, krytej liśćmi palmowymi, na klepisku z rdzawej ziemi miały zatańczyć kobiety. Señor Tócamo dopełnił roli konferansjera. Najpierw zapowiedział „taniec kolibra”. Kobiety odziane w fantazyjne, wzorzyste spódnice, zwane parumas, przystrojone naszyjnikami z… monet i wiankami z kwiatów hibiskusa, biegały, drobiły, truchtały wężykiem po okręgu, raz zginając się, raz prostując w rytm muzyki bębnów i piszczałek. Po otrzymanych brawach były gotowe na bis.

Wtedy lider zapowiedział „taniec motyla”. I ponownie, te same kobiety odziane w fantazyjne, wzorzyste spódnice, zwane parumas, przystrojone naszyjnikami z… monet i wiankami z kwiatów hibiskusa, biegały, drobiły, truchtały wężykiem po okręgu, raz zginając się, raz prostując w rytm muzyki bębnów i piszczałek…

Zapewne, tylko wytrawny etnograf, mógłby rzeczowo uwypuklić subtelne różnice między pierwszym tańcem a drugim. Nawet jeśli każdy z nich honorował w rzeczywistości coś innego; czy to wydłubanie nowego czółna, czy postawienie nowej chaty, oczy zwykłego widza-dyletanta widziały to samo, niestety. Ten najbardziej kolorowy (i to dosłownie!) element folkloru Emberá, okazał się w moim odczuciu najsłabszy ze wszystkich zaprezentowanych podczas wizyty. Wyzuty z czegoś autentycznego, pozbawiony jakieś pierwotnej energii, radości. Okazał się po prostu zwykłą, niejako cepelią. Nie szkodzi.

Cała reszta była warta poznania. Chcieliśmy odwiedzić wspólnotę Emberá w Panamie. Planowaliśmy to. Opłaciło się. Taki rodzaj etnoturystyki ma sens, tak czy inaczej. Zresztą, tubylcy z parku pragną tego, czego chce każdy człowiek. Godnego przetrwania…

Tusípono Emberá, taniec kobiet, taniec motyla i koliba, Panama
„Taniec kolibra”, albo „taniec motyla”. Albo dwa w jednym.
Tusípono Emberá, taniec, kacyk z napierśnikiem z wizerunkiem jaguara, Panama
Mężczyźni i kobiety Emberá tańczą w parach. Señor w niebiesko-zielono-pomarańczowej przepasce to lider osady Melio Tócamo. Señor w naszyjniku z żółtą głową jaguara to kacyk wszystkich wspólnot leżących nad rzeką Chagres.
Tybylcy, Tusípono Emberá, jeden z członków społeczności, przygląda się odpływającym turystom, rzeka Chagres, Panama.
Pożegnanie.

* Źródło: https://www.veintemundos.com/magazines/19-fr (dostęp 08.02.2018 r.)

Dominikańczycy

Gdybym chciał powtórzyć którąś z dominikańskich podróży z pewnością byłaby to podróż z 2007 roku…

Nazwę ją moją dominikańską odyseją, wędrówką rozpalonej duszy po karaibskim świecie „logiki rozmytej”, świecie zatartych granic: między jawą i snem, żywotnością i letargiem, życiem i śmiercią. Wtedy wylądowałem w Dominikanie po raz drugi, lecz mimo powrotu wszystko jawiło mi się nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swym chaosie, intensywne w rozkwicie, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą lubieżnością.

A było to dokładnie 30 maja 2007 roku, w kolejną rocznicę el tiranicidio – tyranobójstwa: zamachu na „Kozła” – Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę.

Karaibska noc

Z lotniska do hotelu w rewirach Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, trefni ciecie w swoich stróżówkach; burdelmamy pogasiły ostatnie światła. Pewnie tylko złodzieje powstawali  i poszli grabić, bo taka kolej rzeczy. Ponadto, było parno i wilgotno, zbierało się na deszcz, jaki potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów.

Wcześniej taksówkarz wiózł mnie do stolicy nabrzeżem Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Frankfurtu, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za szczęście, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, jaki dopiero zaczynałem odkrywać, jaki pokazał mi później dość wyraźnie swoje żywe trzewia i rajskie pióra. Kroiła się jakaś przygoda, której nie mogłem się oprzeć, przed którą nie było już odwrotu. Nie myślałem o tym, co będzie, nie mnożyłem wątpliwości. Po prostu napawałem się chwilą. Szybę w oknie opuściłem do oporu. Zaraz do środka wtargnęła bryza i porządnie przewietrzyła mi umysł. Poczułem także jej zapach, łapiąc w nozdrza te setki molekuł tropikalnej nocy…

Dominikana dała mi dotąd tyle emocji, że nie potrafiłbym ich zmierzyć.

Te emocje zawdzięczam ludziom, przede wszystkim ludziom…

Oto ich portrety, z tamtego okresu, z 2007 roku.

no images were found

Gwiazdy bazaru

Do San Cristóbal jechałem śladami dyktatora Trujillo. Ale ślady zgubiłem. A właśnie w tym mieście, 30 kilometrów od Santo Domingo urodził się późniejszy generalissimus, tyran i satrapa, którego podły reżim terroryzował życie Republiki Dominikańskiej przez ponad trzy dekady. Liczyłem, że uda mi się trochę połazić tu i tam, i wyszperać coś ciekawego w temacie ale jak tylko dotarłem na miejsce, szczerze mi się odechciało. Jasne, miałem przygotowany plan, gdzie się kierować i po co, ale atmosfera miasta, jakaś niespotykana obojętność tuziemców plus chmura spalin i niemożliwie osłabiająca kakofonia dźwięków z ulicy skutecznie mnie zniechęciły.

Zapału i chęci starczyło mi jedynie, aby dotrzeć w okolice kościoła Nuestra Señora de la Consolación. Ten, otoczony niskimi palmami przybytek boży sfinansował z funduszy rządowych sam despota. I tu pierwotnie, w 1961 roku złożono jego ciało, podziurawione kilkudziesięcioma kulami zamachowców. Zrobiłem kilka zdjęć kościoła i machnąłem ręką. Później włóczyłem się dusznymi alejami, jak otruty kundel, szukając odwrotu. Zamiast postoju busów, przypadkowo odkryłem… lokalne targowisko. Zupełnie inny świat! Oszołomiony zatraciłem się tam na dobre… San Cristóbal się zrehabilitowało.

Zacząłem niefortunnie, niemal zwijając się ze smrodu, jaki roznosił się między straganami. Poczułem fetor, w którym zakodowana została historia tego bazaru. Wiemy, jak potrafi „dawać po nosie” np. psująca się cebula, czy ziemniaki. Natomiast klimat tropiku zmienia te warzywa w bezwzględnych stręczycieli. Do tego cała gama innych, mdławych zapachów i kwaśnych odorów. Bo egzotyczne warzywa i owoce potrafią się równie egzotycznie rozkładać. Jednak jakimś cudem dało radę przywyknąć. Oczywiście wdepnąłem w zgniłe mango i przejechałem się na jego pestce. Co nie przeszkodziło mi nabyć po promocyjnej cenie dwóch innych, dorodnych sztuk i schować w plecaku na czas głodowego kryzysu. Właściciel kramu przyjął wygniecione pesos. Nie było odliczone, więc pobiegł do sąsiada rozmienić. Gdy wrócił, miał na nosie okulary. „Tak wyglądam lepiej, a na zdjęciu chcę wyglądać dobrze”! – zachęcił mnie, wskazując żylastą dłonią aparat. No i się zaczęło. Teraz wszyscy zażyczyli sobie sesje zdjęciowe. Niektórzy pozowali, inni chcieli, aby ich uchwycić „w akcji”. Nie miałem wyjścia. Spędziłem tam resztę dnia… I naprawdę pysznie się bawiłem. Zresztą nie tylko ja.

Biznes kręci się na targowisku, showbiznes, San Cristóbal

 

no images were found

Kuba twarzowa

Według Susan Sontag, amerykańskiej pisarki, eseistki „fotograf to super turysta, przedłużenie antropologa, odwiedzający tubylców i wracający z wiadomościami o ich egzotycznych poczynaniach i dziwnym przyodziewku”*. Na Kubie fotografowanie idzie łatwo, bo Kubańczycy chcą być fotografowani i dają to po sobie poznać. Niektórzy bez gadania stają do obiektywu en face, wyprostowani i skupieni, jak do zdjęcia komunijnego, tyle że w stroju z karnawału. Inni zawodowo kombinują, jak tu wyciągnąć turyście z kiesy kilka pesos za pozowanie. Są wśród nich spece płci obojga, raczej nestorzy i nestorki w wieku Ibrahima Ferrera, kiedy go litościwa Muza oderwała od warsztatu ulicznego pucybuta, pozwalając nagrać Dos Gardenias. Do dzisiaj niewiele się na Wyspie zmieniło. Emeryturę dalej pobiera się na ulicy.

Jedni czyszczą buty albo sprzedają orzeszki ziemne w tutkach, inni odziani w pstrokaciznę udają szczęśliwą Kubę. Nieraz w towarzystwie jakiejś wytresowanej fauny. Przyjezdni mają z tego cyrku ubaw po pachy i natychmiast chcą pamiątkę do albumu. „Fotografie dostarczają niepodważalnego dowodu na to, że podróż się odbyła, program wykonano i bawiono się dobrze”*, pisze w swoich esejach wspomniana Susan. Turyści ustawiają się w kolejce do kruchej kobieciny, wypacykowanej Mulatki, która siedzi od rana do wieczora na tle jakieś żółtej czy niebieskiej ściany (dla lepszego kontrastu) i przykładnie ćmi cynamonową parówkę grubości przedramienia. Jeśli to-to było skręcane na czyimś udzie, to chyba na udzie znanej filmowej małpy. „Cygaro” ledwo mieści się w jej ustach lecz babinka tchu nie traci. Podtrzymuje dzielnie tego obscenicznego drągala dłonią ozdobioną tipsami, dopóki gromada ciemiężycieli z cyfrówkami nie wypstryka się do cna. Scena wyjęta z kiczowatej obyczajówki acz nie brak jej również czegoś z taniego pornosa. Żal mi tych staruszek lecz przynajmniej czasem wpadnie im jakaś sesja do błyszczącego, podróżniczego magazynu ze świata. Andy Warhol mawiał, że każdy ma swoje pięć minut. O to mu chodziło?

Jeden señor, nieco młodszy od reszty wiekowej ferajny, działa pod Katedrą Kolumba i chwali się swą podobizną na okładce któregoś z magazynów NG Traveler. Jego specjalność to odgrywanie Che Guevary. Ma beret, ma partyzancką brodę, ma cygaro. Beret i broda mają ludzki rozmiar. Cygaro, o Dios mío, jest grube, jak kuchenny wałek. W szczytowym momencie prezentacji nasz miły pan pakuje do swych obrośniętych ust żarzącego się giganta i z tłumu gapiów wyłapuje ofiarę do wspólnego zdjęcia.

W lot przypomina mi się dowcip o żołnierzu (albo partyzancie!), który machnął sobie fotkę w zupełnym negliżu. Potem przeciął ją wpół i sprytnie pomyślał: górę wyślę matce a dół dziewczynie. Tyle, że roztargnienie młodego wieku sprawiło, że źle nadał koperty. Matka spojrzała na „swoją” połówkę raczej z politowaniem niż ze zdziwieniem, po czym skomentowała: No tak, mój chłoptaś, jak zawsze – nieuczesany, nieogolony i z cygarem w gębie. Samo życie, prawda?

Tych i podobnych bohaterów spotyka się w różnych rewirach hawańskiej starówki albo w foto-zasobach Google… Tutaj ich nie zaprosiłem. Chciałbym dać szansę innym Kubańczykom, mniej światowym.

Gdzieś tam po drodze odkryłem, że to ochocze pozowanie, jakim mnie co rusz zaskakiwali, że to silne pragnienie bycia w kadrze jest dla nich swego rodzaju sposobem na choćby wirtualną podróż (może ucieczkę?) poza Kubę, poza Rewolucję. Indianie ponoć boją się tego, że fotografia wykradnie im duszę. Za to Kubańczycy w swoistej, podświadomej desperacji próbują ratować to, co jeszcze z ich duszy pozostało…


* Cytaty pochodzą z: Susan Sontag – „O fotografii”, w przekładzie Sławomira Magala, wyd. Karakter, Kraków 2009.

Morgan Freeman w Dominikanie

Gdy wskoczyłem do taksówki w Santo Domingo, od razu wiedziałem, skąd pochodzi jej szofer. Z Półwyspu Samaná. Zagaiłem, aby to potwierdził. Trafiłem. Półwysep uwielbiam, więc z marszu nagadałem mu o rybach, jakie tam jadłem, o półdzikich plażach, jakie tam widziałem, o przyrodzie, jaka zawróciła mi w głowie, o nieskończonych gajach palmowych, o jakby rajskich rewirach. Samaná jest zawrotnym, fotogenicznym miejscem. A jakich ludzi ma wspaniałych, przyjaznych! Samaná es muy linda, dorzucił swoje szofer, wszystko tam najpiękniejsze, amigo, również chicas, wiadomo. Samanés, czyli mieszkańców Półwyspu Samaná można często łatwo rozpoznać. Po swoistych rysach twarzy, po kolorze skóry, co mi się właśnie udało. Wielu różni się wyglądem od Dominikańczyków z innych części kraju. Bliżej im do wyspiarzy np. z Bahamów, czy innych anglojęzycznych, karaibskich wysp, lub do Afroamerykanów z południa, czy ze wschodu USA. Tak chciała historia. Konkurs na sobowtóra Morgana Freemana, tego aktora, no wiecie, wygrałby w Dominikanie na pewno ktoś z Półwyspu…

Czekał mnie powrót do Santo Domingo z El Cortecito we wschodniej Dominikanie, na wybrzeżu. Do „pętli” busów Bavaro Express jadących do stolicy chciałem dotrzeć, łapiąc pierwsze lepszemotoconcho, lecz zaraz zmieniłem plany. Szybciej zmienia się tylko pogoda w tym pokręconym kraju, był wrzesień, lunął rzęsisty deszcz.

Wezwałem hotelowego recepcjonistę, aby załatwił mi jakiś inny tani transport. Spojrzał na mnie, jak człowiek któremu niechętnie przychodzi mierzyć się z nieprzewidywalnym. Pamiętałem, że tenmuchacho miał kumpli, którzy kręcili się przy hotelu, przesiadywali tam godzinami na męskim gadaniu. Niech zadzwoni do któregoś, poprosiłem, może zechce dorobić. Złapał za komórkę. A kumpel odebrał i to nie na drugim końcu Bavaro, ale po drugiej stronie ulicy. Krył się przed ulewą, siedząc we własnej furze, naprzeciwko hotelu. Wycedził, że mnie podrzuci za trzysta pesos, co daje jakieś dwadzieścia pięć złotych. Dodał, że taka stawka obowiązuje w okolicy i nie ma czego negocjować. Wsiadłem. Szofer miał skórę połyskująca i bardzo ciemną. Gdyby nie akcent, pomyślałbym że to Haitańczyk. Lubię Haitańczyków. Ten był Dominikańczykiem z krwi i kości. Okazało się, że pochodził z północy, z Półwyspu Samaná. Mógł mieć zatem korzenie afro-amerykańskie. Stąd ta intensywna czerń skóry.

Geny afroamerykańskie płyną na Półwysep Samaná

Jakieś dwa wieki temu wielu wolnych Czarnych trafiło na Hispaniolę, emigrując z USA. Wtedy całą wyspą władał Haitańczyk Jean Pierre Boyer, przychylny Czarnym osiedleńcom. Najpierw, jako prezydent Republiki Haiti wkroczył w 1822 roku z siłami zbrojnymi do wschodniej, hiszpańskojęzyczną cześć Hispanioli, dokonując jej aneksji. Powstało jedno państwo pod banderą haitańską. Boyer sprowadził na Półwysep Samaná często całe haitańskie rodziny. Okupacja „Hiszpańskiego Santo Domingo” trwała 22 lata, zanim w 1844 roku narodziła się niepodległa Republika Dominikany.

Natomiast rezultaty relokacji byłych niewolników z USA, głównie ze wschodnich stanów, z miast takich, jak Filadelfia, czy Baltimore na obszary Haiti, w tym na Półwysep Samaná bywały różne. Ze względu na ubóstwo wyspy i niewielką zdolność administracji Boyera do tego, aby wesprzeć przybyłych imigrantów w okresie przejściowym, większość z nich dość szybko powróciła rozczarowana tam, skąd przybyła. Ci, którzy dali radę w trudnych warunkach i odnaleźli nową ojczyznę, zachowali północno-amerykańskie tradycje, również językowe. Dzisiaj potomkowie tamtych imigrantów zwani są Americanos de Samaná. Oczywiście, mówią po hiszpańsku, lecz starszyzna ponoć pamięta jeszcze dawną mowę.

Charakterystycznych samanés z „afroamerykańskimi genami” spotyka się nie tylko na Półwyspie Samaná, czego miałem dowód, zresztą nie raz.

Szofer, Ruscy i lalunie

Czarnoskóry szofer przystąpił od razu do rozmowy na dość zaskakujący temat. Zaczął rozprawiać o Rosjanach i robił to z takim naciskiem, że miałem wrażenie, iż to jego hiszpańskie Rusos znaczy – Ruscy. Pomyślałem, że nie zaszkodzi posłuchać, co ma do powiedzenia. Dużo tu u nas Ruskich, mówił. Tygodniowo cztery grube samoloty lądują z Ruskimi. Jedni idą na plażę, inni kupują domy, gdzie można. Mamy z Rosjanami kawałek granicy, wypaliłem. Jakbym chciał się podszyć pod tę ich smykałkę do interesów na miejscowym rynku nieruchomości. Wy to języki macie podobne, oznajmił szofer, można was pomylić. Pomylić? No znalazł się lingwista! Mówimy inaczej. Zresztą, Rosjanie mają całkiem inny alfabet. Odparowałem zgodnie z prawdą, lecz zupełnie bez sensu. W każdym razie, polski i rosyjski ładnie brzmią. Rosyjski może i ciut ładniej. Mógłbym jeszcze pociągnąć tę językową dysputę, ale mój elokwentny rozmówca ziewnął tak bezczelnie przeciągle, że się zacukałem. Najpierw facet rwie się do gadania a zaraz znudzony ma dość. A ja wychodzę na paplającą pierdołę.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, nawet radio nie grało, jednak nie o to chodziło, ta cisza wadziła, nie dało się tak siedzieć. Pomyślałem, że ściągnę jego uwagę czymś innym, czymś bardziej życiowym. A Rosjanki to lubią nosić krótki ciuch, mówię, pewnie coś o tym wie. No, coś tam słyszał. A jak tutaj zjeżdżają do ciepła, mówię, to po tych plażach chodzą tak, że już niczego nie noszą, pewnie widział, albo mu już donieśli. No, coś tam niby widział, ale nie za dużo. Niezłe są, mówię i mrugam okiem, i nawet nie lecą na kasę, bo tej mają po kokardę, tylko ciągle szukają romansów pod palmami, jakbym to wszystko skądś wiedział. Za to polskim chicas, dodaję, też niczego nie brakuje, też dziewuchy z fantazją, serce siada, jak biorą w obroty, co akurat wiem na pewno. Pytam, czy szofer coś wie. Nie potwierdził, ale jakby podłapał temat, zaciekawił się, i Rosjankami i Polkami, czyli zwabiłem koguta, podgrzałem go, ustawiłem w blokach startowych! A jeszcze posłuchaj tego, escucha me, amigo: my Polacy, oni Rosjanie i wy Dominikańczycy, jak jeden mąż lubimy sobie golnąć. Taka jest prawda, to nas łączy, czyż nie? Liczyłem, że się ze mną zgodzi, ale szofer nie załapał. Musiał dopytać. Czyli co, też pijecie rum, pijecie jak my? Nie, amigo, pijemy wódkę, rum też ale wódki więcej, w sensie tyle, ile wy rumu! A Rosjanie piją najwięcej wódki ze wszystkich na świecie, oceany wódki! A jak wypiją naprawdę za dużo to mają złe czerwone gęby. I dlatego rosyjskie lalunie mają ich dość, lecą do Dominikany, aby sobie lepszego chłopa znaleźć, ¿entiendes?, kapujesz? Bo Rosyjski chłop okrutnie brzydki, jak sobie golnie. A muchachos dominicanos to sami pięknisie są, gdzie nie spojrzeć, z was jakby urodzeni modele, wszędzie; na plaży, w mieście, we wsi. Krążą o was legendy, no śmiej się, amigo, śmiej.

Czy coś na ulicy sprzedajesz, czy didżejem jesteś albo barmanem, czy ludzi taksówką wozisz, albo podrzucasz ich łodzią na wyspę to przyjezdne babki od razu do was lgną. Zresztą, nic nie musisz robić, wystarczy że jesteś w pobliżu. A tamtym ledwo opalone nogi natychmiast miękną. Mówi się, że wam diabeł w oczach siedzi a prędzej o tu poniżej, że nie przestajecie, no śmiej się, amigo, śmiej. Podobno od tego słońca tak macie, od klimatu, już nauka to tłumaczy, coś tu jest w powietrzu, że wam się ciągle chce. Co więcej, wasze morenitas też się stale do was kleją. Chodzę po ulicach to widzę, a nieraz słyszę, jacy kochliwi jesteście, na werandach, na gankach, nad wodą obłapiacie się, aż miło. Gdzie tam naszym orzechom do waszych kokosów, no śmiej się, amigo, śmiej! Tyle racha-racha, ile wy tu macie w tropiku przez miesiąc w Europie by nas zabiło. O facetach mówię. Nie dalibyśmy rady, w życiu! Dlatego żeńska Europa przylatuje do was na południe po jeszcze. El béisbol y el sexo. Oto, w czym nas bijecie. Potraficie wy muchachos używać piłek. Tego wam zazdroszczą białasy w Europie, no śmiej się,amigo, śmiej!

I on to kupił, ten bałamut jeden, łyknął wszyściutko, jak młody pelikan. Do tego miał niezły ubaw, wioząc takiego brzydala, prawie Ruskiego za trzysta pesos. Jeszcze ze trzy kilometry wspólnej przejażdżki a tak połechtałbym jego „macho-ego”, że poszłoby w górę, jak balon z helem. Takie banialuki bym mu wcisnął, takie dziewoje naraił na za dwa dni, od razu z samolotu z Moscú via Varsovia, że by mnie ten szofer może i za darmo do stolicy Republiki wziął. A szoferowi, co prawda, oczy już się porządnie rozmydliły, tęgo się koleś napalił, lecz kiesy pilnował. I przy terminalu autobusowym w Bavaro wydębił od mnie te swoje pesos.

Mały terrorysta w poczekalni

Miałem więcej niż pół godziny do odjazdu. Kupiłem bilet do Santo Domingo, płacąc tyle samo, ile przed chwilą za prywatną podwózkę! Poczekalnia była pełna. Ludzie siedzieli obstawieni walizkami. Dzieciaki ganiały po kątach, piszczały, błaznowały po swojemu. Niektórzy próbowali drzemać. Inni dojadali jakąś smażeninę, ignorując zakaz spożywania tam czegokolwiek. Jej woń rozchodziła się w wilgotnej parnocie razem z wonią perfum i „krówkowym” aromatem dulce de leche. To mieszanka dość przyjemna. Jednak nie uchroniła ludzi przed innym zapachem, fatalnym, jaki wdarł nagle, niczym terrorysta. Był to, w mordę, zapach bąka. Kto go puścił? Jaki nikczemnik? Obecni w strefie skażenia przyjęli postawę obroną – to nie ja! Wtedy włączył mi się w głowie Herkules Poirot. Podjąłem dyskretne dochodzenie. Wytypowałem dwie osoby: babcię i jej wnuka o spojrzeniu wrednego makaka. Babci dałem spokój. Choćby była winna, uszłoby jej to na sucho. Babciom się daruje. Raczej zrobił to niesubordynowany małolat. Tkwiła w nim jakaś skumulowana anarchia, szukająca ujścia. Zepsuł powietrze celowo, czułem to. Wszyscy czuli. Musiałem go obwinić! Lecz nie zdążyłem. Wszyscy podróżni podnieśli się raptem i wypadli na zewnątrz, jakby po zbawcze antidotum. W sam raz podjechał autobus. Ja podniosłem się na końcu. Kto wie, czy nie z haniebnym osądem na karku?

Wybudzić Miguela, czyli falstart.

Po drodze poznałem chłopaka o imieniu Miguel, właściciela colmado, tj. sklepo–baru z mydłem i powidłem, chyba z Veron. Kogoś mi przypominał. Jakiegoś steranego pirata, może dokera, który rano pilnuje kontrabandy a wieczorem daje w mordę za kasę. W jego, kanciastej, wyrazistej twarzy było coś z Michaela Yorka oraz Micka Jaggera. Wręczył mi paczkę ciastek, podkreślając, że takie sprzedaje u siebie, na wypadek jakbym zgłodniał, kiedy on będzie spał. Bo właśnie zmierzał kłaść się spać. Nadmienił, gdzie jedzie, po co jedzie i kiedy będzie wracał. Poczułem, jakby mianował mnie stróżem swego snu. To odpowiedzialne zadanie. Coś mi jednak nie grało. Miguel powiedział, że jedzie do San Pedro de Macoris, po czym przekręcił się na bok i zasnął. Kto zasypia, kiedy zaraz ma wysiadać? Pewnie był śmiertelnie zmęczony, co mi wcześniej umknęło, łapał każdą minutę. A te mijały jedna po drugiej, czuwałem w coraz większym napięciu. Zbliżało się San Pedro, zwykle bus stawał dla chętnych przy zjeździe z autostrady. Miguel pobudka, dojeżdżamy! Miguel otworzył oczy, ziewnął. I rzucił mi dziwne spojrzenie. Był zaskoczony. Poza tym, jakoś nie zbierał się do wyjścia. W każdym razie, odetchnąłem. Zrobiłem to, o co mnie prosił. Chłopak wysiądzie, tam gdzie chciał. Mogłem zająć się swoimi myślami. Tyle, że Miguel nie wysiadł. W ogóle tego nie planował. Nie opuścił mnie w San Pedro de Macoris. Pozostał moim kompanem podróży, kontynuując przerwany sen. Jechał o wiele dalej, bo aż do… San Francisco de Macoris (właśnie – San Francisco!), do matki. Za to ja głupio pomyliłem „Piotra” z „Franciszkiem”. Miguel mógł odespać po drodze całe życie, miał czas. Czekała go tylko przesiadka w Santo Domingo, dokąd obaj zmierzaliśmy.

W stolicy wskoczyłem do taksówki, której szoferem był jeden z samanés, o czym już wiecie ze wstępu.

Jorge czyli Mad Max

Dominikana to przede wszystkim ludzie z krwi i kości. Dominikańczycy. Jak Jorge. Bez ludzi, bez ich historii, włóczyłbym się tylko po tym niemożliwym tropiku do znudzenia. Ludzie dali mi poczuć w Dominikanie znacznie więcej, niż sam zdołałbym wywęszyć własnym nosem, łażąc własnymi ścieżkami. A przyznam, że schodziłem tam kulasy porządnie, po miastach, w interiorze. W Dominikanie jest gdzie łazić, to jest nieskończony kraj, zresztą dla mnie nieskończona może być jedna, prosta ulica w takim Santo Domingo, gdzie wysp zdarzeń na każdym metrze zatrzymuje człowieka co rusz.

Wrócić na dominikańską ulicę

Noblista V. S. Naipaul, Trynidadczyk, człowiek na Karaibach wyrosły, napisał niegdyś zbiór opowiadań „Nasza ulica”. Do tego, wyśmienitych. Ta jego ulica to jakby trynidadzki mikrokosmos, to cały Trynidad pomniejszony ze wszystkim, z całym inwentarzem. Wystarczyłoby stanąć na tej ulicy, uwolnić zmysły i wchłonąć kraj w pigułce. Tak samo będzie z ulicą dominikańską, chyba każdą. Wysyłał mnie tam Jorge.

Ten, który dał mi w swoim dzienniku robotę fotoreportera. Bardziej foto, niż reportera. Bo miałem ustrzelić multum zdjęć, jak leci, na teraz i na potem, do archiwum. Chodziło o biznes, turystykę, może sport, jakiś folklor, jakiejś sprawy lokalne. To ostatnie kręciło mnie najbardziej – życie ulicy, la vida social, zwykła Dominikana, której brakuje czasu, czy raczej pesos, aby dbać o retusz. Wcześniej, po pierwszych podbojach, utrzymywałem z Dominikaną ciągłą łączność, siedząc przy laptopie w Polsce. Przepalałem łącza, przebierałem nogami. Spać nie mogłem, bo kraj ten zdążył mnie już usidlić. Zapach tamtej wilgoci wgryzł się w ciuchy na amen, był nie do sprania. Zresztą, po co go spierać, to świętokradztwo. Obwąchiwałem te ciuchy, jak pies i kręciła mi się w oku łza. Musiałem tam wrócić i to szybko, wrócić po więcej, wniknąć głębiej w ten rozgrzany, dominikański układ krwionośny. Liczyłem na przygodę, na aktywność, na szczęście.

Najpierw napisałem Jorgemu krótko, że nie wiem, czy ktoś z Polski czyta jego artykuły, komentarze, opinie, lecz ja je czytam, co zresztą było prawdą. Chłonąłem wszelkie newsy z Dominikany, albo z Haiti. Jorge pisał często o migrantach haitańskich, chciał by Dominikańczycy żyli po ludzku z nielubianymi sąsiadami. W końcu dzielili jedną wyspę. Chciał coś zdziałać, polepszyć. Mówił głosem dziennikarza z powołaniem, nadal mówi.

W tym ciekawym mini-dokumencie „Shades of the Border” Jorge pojawia się kilkakrotnie, opowiada o relacjach dominikańsko-haitańskich (w jęz. ang.)

Współpracy początki

Od maila do maila, nawiązaliśmy współpracę. Później miałem pakować manatki i lecieć do Santo Domingo. Poleciałem z aparatem, całym majdanem i wedlowskim ptasim mleczkiem dla redakcji. Przywiozłem im z powrotem kakao, które mają u siebie na drzewach. Zajadali się. Wszystko zostało dogadane. Miałem jeździć po wyspie i robić zdjęcia, wracać z ciekawymi tematami, itd.

Jorge strasznie nisko nastawiał klimatyzator w swoim redakcyjnym gabinecie. Kiedy wpadałem tam prosto z trzydziestu stopni miejskiego piekła, błyskawicznie mnie mroziło. Kuliłem się, jak półtusza wieprzowa rzucona w odmęty chłodni. Podczas, gdy Jorge normalnie pracował, ładując w klawiaturę, jak opętany. Na szczęście nie musiałem tam długo przesiadywać. Szczękając zębami załatwiałem własne sprawy, grzebałem w sieci i uciekałem w teren. Nawet nie smakowała mi kawa z termosu Jorgego. Zwykle była najlepsza na świecie: gęsta, mocna, dobrze osłodzona, z lekką nutą cynamonu, lana do filiżanek ciut większych od naparstka.

Dopiero na zewnątrz wracałem do życia. Obiady jadaliśmy z Jorgem dość regularnie „za rogiem”. Styropianowe pudełka wypełniał zwykle ryż, kurczak i fasola, czyli danie zwane La Bandera Dominicana: trzy składniki, jak trzy kolory dominikańskiej flagi. Płukaliśmy całość piwem Presidente. Potem każdy wracał do swoich zajęć. Jorge wpadał nieraz pod wieczór do hotelu, gdzie mieszkałem, co zapowiadało wizytę w barze. Do późnej nocy siedziałem w pokoju pod szumiącym wiatrakiem, pisałem, obrabiałem zdjęcia, pociągałem rum. Chciałem tego, co miał pisarz Grahama Greene, ten piewca tropików.

„Buggy” czyli Mad Max pozazdrości

Jorge, poza tym, że miał dar do łapania newsów i gest do fundowania mi najlepszego ulicznego jadła, miał też hobby. Jako maniak motoryzacji składał wehikuły, o których Mad Max mógłby jedynie pomarzyć. Na przykład własnoręczne wyklepał sobie jeepa z niczego i nazwał go „Buggy”. Rzucił kiedyś wyzwanie lokalnym auto-dilerom i zaoszczędził walizkę pesos. Stworzył oryginalnego czarnego turbo pokraka, który hula do dziś po rewirach Santo Domingo, niejednego doprowadzając do wytrzeszczu. Trzeba mieć tupet, aby w kraju, gdzie rządzą terenówki, porywać się na taki design.

Trzeba mieć cojones, aby pruć takim dziwadłem po mieście z „chłodnym łokciem”, ciąć skrzyżowania na czerwonym, kląć na ospałych mundurowych kierujących ruchem. Gdy nas w końcu światło zatrzymało, Jorge, także znawca trunków, rozprawiał o rumach. Radził, bym nie pił żadnej gasoliny („benzyny”), czyli tanich rumów, choć w ładnych butelkach. Miałem pić tylko rumy dobre, najlepsze takie, jak Barceló Imperial. I tak podczas jazdy nauczyłem się pić, jak koneser.

„Buggy” daje radę

Jorge prowadzi na luzie, w okularach „oczy muchy”, mokasynami dusi sprzęgło i gaz, czasem hamulec. W korku, po dwóch sekundach ciśnie klakson, tak jadowity, rozrywający nagrzane powietrze, że każda fura, z przodu, czy z boku, po prostu truchleje. Jeździłem tym wehikułem wielokrotnie, jako uprzywilejowany pasażer. Pierwszy raz z osiem lat temu. Jorge tłumaczył mi wtedy liczne braki w pojeździe. Wciąż nad nim pracował, nieśpiesznie. Coś dosztukował, coś dospawał. Kabina zalatywała warsztatem. Kanciaste, surowe wykończenie pasowało bardziej do wnętrza czołgu.

Nim zasiadłem obok Jorgego, przerzucałem do tyłu stertę narzędzi, starych gazet, puszek po piwie Presidente. Nieraz upaprałem się smarem. „Buggy”, chociaż niewykończony, już dawno zaliczył chrzest bojowy. Przejechał kawał dominikańskiego świata na zachód od Santo Domingo, docierając pod granicę z Haiti, gdzie Jorge szukał materiałów na reportaże. Jorge lubi wspominać tamte chwile. Nie dziwię mu się. Dominikana zachodnia ciągle wabi czymś pierwotnym, magicznym, nie przetworzyła jej masowa turystyka. Przekonałem się, że „Buggy” jest niezniszczalny. Wiecznie tunningowany i konserwowany wygrywa z czasem. Jorge dba o niego, jak o wszystko, co jest mu bliskie. Jorge, mój człowiek w Santo Domingo.