Archiwum kategorii: Miejsca

Winnica na wulkanie

Wróciłem z Południa. Nie z tropiku (choć parnoty i żaru słonecznego nie zabrakło), nie z Karaibów (choć koloryt lokalny sycił duszę równie tęgo). Żadna więc Dominikana, czy kolumbijskie wybrzeże. Za to, Polska. Zamiast ośmiu tysięcy kilometrów, może niecałe pięćset. Zamiast Santo Domingo – Jelenia Góra. Nie Río San Juan w prowincji María Trinidad Sánchez, lecz Sokołowiec na dolnośląskim Pogórzu Kaczawskim. Ale i tak byłem szczęśliwy. Rozradowany, zaciekawiony, w emocjach. Bo „u siebie”. Przez bity tydzień. W krainie wciąż żywych wspomnień, w cudownościach krajobrazowych i przyrodniczych; niedaleko Złotoryi – miasta u stóp Wilczej Góry, gdzie urodziłem się; dość blisko Pogwizdowa – mojego „dolnośląskiego Macondo”; wsi, gdzie kiedyś żyli moi dziadkowie i gdzie w dzieciństwie spędzałem każdy wolny czas.

Dobrze było zjawić się znowu w tamtych rewirach. I wędrować, odkrywać nowe „mety”, przypominać sobie stare, patrzeć na to wszystko wokół z zachwytem, z niejakim rozczuleniem. Schodziliśmy porządnie kulasy. Ja, Kinga, Raquel. Nieraz coś się odparzyło, kopytka nabrzmiały, albo tchu zabrakło, kiedy z nieba lał się całkiem południowy żar. Łącznie przewędrowaliśmy prawie osiemdziesiąt kilometrów. Sokołowiec, Rząśnik, Lubiechowa, Proboszczów, Świerzawa, Rzeszówek, Sędziszowa, Dobków, Stara Kraśnica… Bazę wypadową zrobiliśmy w Sokołowcu. I to jaką bazę! Winnicę! Połączoną z agroturystyką. Za dnia zdzieraliśmy więc nogi na drogach, dróżkach i drożynach, ścieżkach polnych i leśnych – żłopiąc hektolitry wody i skubiąc dzikie jeżyny. Wieczorem – pełna kultura – sączenie wina. Poza tym, stuprocentowo domowym jadłem rozpieszczała nas pani Irenka. Kobieta z charakterem. Na pewno – osobowość. I to wszystko w „Agacie”.

Winnica Agat w Sokołowcu

Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

Prawda. Wino było. Można powiedzieć – wszędzie. Też w imieniu przeuroczej, trzymiesięcznej suczki (Chianti), też w haśle do wifi. Zawsze jakieś, zawsze dobre. Białe, czerwone (tu mój faworyt – Rondo 2017 wytrawne), lub różowe. Codziennie degustacja wina. Na „własną rękę”. Albo w czasie przyjemnej ekskursji po winnicy. Pan Marcin Kucharski, właściciel „Agatu” to winiarz pełną gębą, albo lepiej rzec – winiarz całym sobą. Człowiek z niego niebywale sympatyczny, wyluzowany, niewątpliwie o usposobieniu „południowca”, na czym wszyscy zyskują. O historii winnicy, szczepach winogron, procesie kreacji wina, macerowaniu, butelkowaniu, etc. opowiada z pasją, zaangażowaniem, ale szczerze, bez ściemy. Nie tworzy mitów. Nie tuszuje winiarskich porażek. Swój gość. Mówi, jak jest, jak było.

Białe wino. Winnica Agat w Sokołówcu

Jeśli szpaki, czy inne skrzydlate cwaniaczki rzuciły się jednego roku na dojrzewające grona i opędzlowały je, to winiarz miał nauczkę. Bo zapomniał o szpakach. A miał przecież sto innych spraw na głowie. No, a szpaki są sprytne. Wiedzą, gdzie bonanza. Siądzie taki delikwent – zwiadowca na drucie wiszącym nad winnicą i podleci tu, sfrunie tam, skubnie, popróbuje, przekona się, wybada czy bezpiecznie, potwierdzi, że „strachy na lachy” i zaraz skrzyknie chmarę kolesiów, czy gang szpaczych koleżanek, którzy w trymiga runą na zdobycz i splądrują winnicę sycąc swój szpaczy apetyt. Jak to mawiał Ian Malcolm w „Parku Jurajskim” – „natura zawsze znajdzie sposób”. Można winnicę chronić. Setki metrów siatki ochronnej rozwinąć. Krzewy pozasłaniać. Ale są ptaszki, już przez pana Marcina rozpracowane, które potrafią wlecieć pod siatkę i swoje zrobić. Powtórzmy: „natura zawsze znajdzie sposób”. Oto codzienność winiarza. Nie taka romantyczna. Ale też nie taka, której nie można znieść. Właściciel „Agatu” z ekipą dają radę. Wino wspaniale się leje.

„Pan taki opalony!”, mówię panu Marcinowi. Bo opalony, jakby z tropiku zjechał. Równo, po całości. I widać, że ta opalenizna nie wzięła się z bezruchu, nie z odpoczynku na leżaku. I myślę, że choćbym się tu wystawiał, jak nie wiem co do słońca i lico prażył maszerując przez pola w spiekocie; choćbym wina czerwonego opił się po korek, albo i przy niespiesznym wiązaniu butów puściłbym do głowy więcej krwi, to taki opalony, tak fest, rasowo ogorzały, jak pan Marcin – z tego Pogórza Kaczawskiego nie wyjadę.

Wtedy pan Marcin odparł krótko: „Zapraszam do pracy w winnicy…”.

Winorośl. Winnica Agat. Sokołowiec.

Winnica Agat na stoku wygasłego wulkanu, w Sokołowcu, Pogórze Kaczawskie

O to chodzi. O pracę właśnie. O ludzką szczerą robotę na łonie matki natury. Na trudnym łonie. To, że winiarze nie mają łatwo – wiadomo. Trzeba te tysiące sadzonek winorośli wsadzić w ziemię. O wszystko zadbać, o wszystkim pomyśleć. Oczywiście, to nie możliwe. Co pan Marcin z rozbrajającym śmiechem demaskuje. Zawsze coś. Jak nie aura, to szkodniki, albo brak wiedzy, doświadczenia, właściwego wyczucia. Bo winiarze uczą się cały czas; uczą się na błędach, doznają rozmaitej sromoty, los kłuje ich raz po raz, sypiąc plagami. Gromadzenie bazy mądrości zajmuje winiarskiej rodzinie lata, dziesiątki lat, dekada po dekadzie. Pan Marcin dodaje, że ogarnianie tego ze skutkiem zebrania jako takiej wiedzy eksperckiej może zająć… sto lat. Po tej nowince, wybuchu śmiechu i łyku wina, którego obecność jeszcze bardziej się docenia – pada przykład rodzin francuskich, które swój „winny kapitał” budowały przecież od pokoleń, żeby nie powiedzieć, od wieków.

Winnica „Agat” pana Marcina jest bardzo młodziutka. Nie ma piętnastu lat. W skali „winiarskiego czasu” to wciąż „bezzębny osesek”. Ale za to, szkrab ten ma charakter, zdrową ruchliwość, aspiracje i rozwija się w jednej z najpiękniejszych dolnośląskich okolic – na Pogórzu Kaczawskim. Są winnice i winnice. Przeważnie cieszą oko – jakimś porządkiem, symetrią, rozbuchaną paletą zieleni. Zwiastują coś delikatnego, poetyckiego. Albo obiecują nieposkromioną radość bachanaliów. Co kto woli. Ale Winnica „Agat” ma coś jeszcze. Jest spektakularnie położona! Ale jak! Mili państwo – na stoku wygasłego wulkanu! Zapamiętajcie – w Sokołowcu! Jako jedyna taka w Polsce! Mało tego, leży w „Krainie Wygasłych Wulkanów”. O czym możemy przekonać się wspinając się po stoku i zatrzymując na jego szczycie, pod brzózkami, uważając by nie zdeptać gdzieniegdzie rozpanoszonych na dziko pieczarek –  w miejscu, które pan Marcin nazywa bez żadnej przesady swoim „kontemplacyjnym zaułkiem”. Mówi, że za każdym razem, kiedy winnica daje mu w kość przychodzi tam z butelką wina i szuka wyciszenia.

I chyba znajduje, bo widok z tego winiarskiego stoku to jednej z najcenniejszych bonusów „Agatu” – tak dla właściciela, jak i jego gości.  Z oddali (będzie z pięć kilometrów w linii prostej) spojrzenia kontemplatorów przyciąga swą mocą i dostojeństwem – Ostrzyca Proboszczowicka. Wysoka na pół kilometra. Króluje na horyzoncie. Chwali się burzliwym wulkanicznym (a jakże!) rodowodem sięgającym milionów lat. Ze względu na swą niemalże stożkowatą aparycję i niejakie podobieństwo do najsłynniejszej góry Japonii, zwana jest „Śląską Fudżijamą”. Fantastyczny kawałek krajobrazu. Niezapomniany. Kiedy napatrzymy się na Ostrzycę –  szczególnie przy słońcu schodzącym na fajrant, bo wtedy jarzący się kolorami pejzaż wzmaga swą baśniowość – możemy iść dalej wino pić.

Winnica Agat w Sokołowcu

Schodząc z najwyższego punktu winnicy widzimy czasem usypane na uboczu hałdki kamieni o rożnych, nieregularnych kształtach, różnej wielkości, choć przeważnie rozmiarów przynajmniej zaciśniętej pięści; w kolorze brunatnym, czy podobnym. Wszystkie zostały wykopane z gruntu podczas sadzenia winorośli. To opór rozdrobnionej, wulkanicznej masy, zaszytej pod miękką powierzchnią ziemi, będącej tu przekleństwem winiarzy. Opór czyhający na człowieka i na jego narzędzia: szpadel, kilof, albo młot pneumatyczny. Człowiek, choć z mozołem, pokonuje ten opór. Dowodem wiktorii są te brunatne hałdki, lecz przede wszystkim rosnąca w siłę winnica. Pytam pana Marcina, czy mogę sobie wziąć jeden taki wulkaniczny kamień? W odpowiedzi słyszę, że nie muszę się krępować, że do wzięcia jest ich jakieś sześć tysięcy…

W końcu zapomniałem i pamiątki z Sokołowca nie zabrałem. Może poproszę o wysłanie pocztą. Jednej sztuki. Jednej! Albo nie – wrócę tam. Do tej winnicy na wulkanie…

Winnica Agat w Sokołowcu, ujęcie ze stoku z widokiem na Ostrzycę Proboszczowicką

 Winnica i Agroturystyka Agat w Sokołowcu

 
„Śląska Fudżijama” widziana z Winnicy „Agat”

 

Serdeczne podziękowania dla pana Marcina, pani Arlety i pani Irenki.

Warto odwiedzić, przenocować tam, wina popić, wino kupić, życiem się nacieszyć, odetchnąć:

Winnica & Agroturystyka Agat
Sokołowiec 113, 59-540 Świerzawa
Województwo Dolnośląskie

Kopalnia lazurowych kamieni

W masyw Sierra de Bahoruco pojechaliśmy z Kingą pierwszy raz jedenaście lat temu. W poszukiwaniu larimaru, legendarnego dominikańskiego kamienia półszlachetnego. Wtedy zamglone, wilgotne góry przypominały nam pejzaże afrykańskie Konga, czy Rwandy, zachowane w pamięci z programów przyrodniczych. Droga wiodąca do kopalni była długa (ponad 8 km podjazdu), wyboista i kręta. Jednak mieliśmy przygodę – wspólny transport z górnikami na pace terenówki!

Potem, już u celu, niesamowite wrażenie wywarły na nas prymitywne, klaustrofobiczne szyby kopalniane i metodologia pracy zatrzymana w jakimś odległym czasie. Spece od bezpieczeństwa i higieny pracy pocięliby się pewnie w pachwinach, gdyby to wszystko zlustrowali. Górnicy eksploatujący złoże, wydzierali górze lazurową kopalinę w warunkach dalekich od komfortu, bardzo ciężkich, narażeni na konkretne ryzyko. Bywało, że do kostnicy szpitala Jaime Mota w Barahonie trafiały ofiary uduszeń z powodu braku powietrza na głębokości kilkudziesięciu metrów. Ponoć, górnicy opłacani są dość godziwie (ale o tragiczne wypadki nietrudno).

Tamtą wyprawę opisałem szczegółowo i zilustrowałem zdjęciami w materiale „Karzeł i larimar”.

Fragment:

Wreszcie spojrzałem w otchłań szybu. Na jego dnie tkwił górnik, kopacz larimarów, tkwił po pas w cieczy tłustej od gliny. Przepłukiwał skalną drobnicę, garść za garścią, szukał okazu, który byłby cokolwiek wart. Za sztuki najwyższej próby płaci się górnikom ekstra. Jakość kamienia zależy od jego barwy. Im bielszy, tym gorszy i tańszy. Im bardziej błękitny, tym lepszy i rzecz jasna, droższy. Kolor tanizny balansuje przeważnie pomiędzy białym i jasnoniebieskim takim, jak zachmurzone niebo nad Karaibami. Za to dobry kamień od razu ściąga wzrok swoim niemalże odbiciem lazurowej tafli Morza Karaibskiego?” Więcej…

W marcu 2018 roku dominikański Kongres Narodowy ogłosił 22 listopada „Narodowym Dniem Larimaru” (Día Nacional del Larimar). Dokładnie tego dnia w 1916 roku, ksiądz Miguel Fuertes Domingo Lorén, odkrył ów kamień w pobliżu miasta Barahona. Księdza-odkrywcę uhonorowywano wcześniej pomnikiem przyrody. Jego imię nosi rezerwat biologiczny El Monumento Natural Miguel Domingo Fuertes we wschodniej części pasma górskiego Sierra de Bahoruco w prowincji Barahona.

W styczniu 2019 wróciliśmy z ekipą do górskiej kopalni larimaru…

Oto fotoreportaż z tej wizyty.

DSC_0077

DSC_0071

DSC_0078

DSC_0087

DSC_0098

DSC_0050

DSC_0053

DSC_0061

DSC_0149

DSC_0047

DSC_0109

DSC_0206

DSC_0114

DSC_0112

DSC_0138

DSC_0119

DSC_0148

DSC_0201

DSC_0126

DSC_0209

DSC_0127

DSC_0217

Gówniana Saona

Nie będę tego miejsca odczarowywał złośliwością, bo prawda jest taka, że Saona jest tak samo zajebista, jak i nijaka, plastykowa; jak te setki białych leżaków czekających w rządkach na chmary turystów złaknionych raju prosto z folderu. Ładnie opakowanego, podlanego do granicy sponiewierania rumem „Imperial” z colą, albo ze spritem. Saona jest piękna; zielona w stu odcieniach, żółta i złotawa w swej rozbuchanej przyrodzie; bielusieńka na plażach, błękitna, lazurowa, turkusowa w oblewających ją wodach Morza Karaibskiego. Ponadto, chowa na zapleczu jakąś nieposkromioną dzicz, szczątki czegoś pierwotnego, tajemniczą historię. Lecz kogo to obchodzi?

Plaża na wyspie Saona, Morze Karaibskie.
Wyspa Saona. Raj opanowany.
Palmiarnia

Zdjęcia można tak wykadrować, tak pokazać tamtejsze pejzażyki (bez psucia ich znamionami „postępu”), tak chwycić to niemożliwe słońce, te kolory, te pochylone palmy oraz ich cienie, tę tryskającą zewsząd witalność, że niejednemu szczęka opadnie na laczki. I nie jest to odkrycie z wczoraj. Tę wyspę wieki temu ubóstwiali Taínos, wnet wyrżnięci przez osiłków ze Starego Świata, zwali ją Adamanay i obsadzali maniokiem, z którego wypiekali przaśny chleb casabe; wówczas zawinął tam Kolumb z załogą, aby przeczekać wichurę i obejrzeć zaćmienie księżyca; później wzięli się za nią łajdacy wszelakiego sortu, barbarzyńcy, kolonizatorzy i prymitywne indywidua, którzy szczuli psami, ponoć wielkimi mastiffami, miejscowych kacyków dla rozrywki; potem rodzina satrapy Rafaela L. Trujillo rozcapierzyła swe macki nad tą nieskończoną palmiarnią; dalej kolumbijscy przemytnicy wodowali tam swoje paczuszki ze „śniegiem” i w końcu zjawili się turyści w masie nie do ogarnięcia. Taka ewolucja.

Wybrzeże Morza Karaibskiego, palmy, plaża, wyspa Saona.
Typowa pocztówka z Saony.
Wyspa Saona, wybrzeże, plaża, Morze Karaibskie, Dominikana.
Palmy. Dużo palm.
Zbawienna Saona

W sumie, dobrze Dominikanie, że ma tę Saonę pod sobą, że ta wyspa daje się tak drenować do cna każdego dnia. Dzięki temu, wiele innych rewirów w tym oszałamiającym kraju pozostanie długo poza zasięgiem miażdżącej wszystko bezmyślnej turystyki, jakże potrzebnej do zbawienia ludzkości. Saona jest skutecznym lekarstwem na to. Jest samarytanką, rzec można. Miłosiernie daje się zadeptywać, okrajać, oszpecać; odsłania nowe kawałki plaż, stawia kolejne „karmniki” pod palmową strzechą. I chwała jej za to poświęcenie.

Pojechaliśmy tam z moją Szaloną Ekipą, jak inni – na finalne harce, na rum-bibę totalną, na wygłupy taneczne na katamaranie, na cyrkowe sesje zdjęciowe; pojechaliśmy tam, aby przekonać się, co do jednego; że to, co najlepsze już nas spotkało w Dominikanie. Z dala od Saony…

Wyspa Saona, Dominikana. Plaża, palmy, bieg do Morza Karaibskiego.
Sporty wodne.
Plaża na wyspie Saona, dziesiątki leżaków.
Leżeć każdy może. Trochę lepiej, lub trochę gorzej.
Chiński paw

Zrobił to. Ten okrutny Chińczyk z Massachusetts. Albo ten Amerykanin w skórze Chińczyka. Wszystko jedno. Zrobił to. Na łodzi – lancha rapida. Na szybkiej łodzi. Prującej z Bayahibe na wyspę Saona. Dwa siedzenia ode mnie. Dzieliła nas tylko jego żona. Amerykanka w skórze Chinki. Z Massachusetts. Z lewej strony miałem Chilijkę. Oto nasz rząd. Cała czwórka. Przed Chilijką w rzędzie poprzedzającym siedziała jej koleżanka. Chyba pasowało im bardziej siedzieć obok siebie. Najpierw poczułem kwaśny odór. Jakby porzygał się berbeć. Nie patrz tam, a przeżyjesz, oddychaj skromniej. Przeżyłeś to nie raz. Rzygały przy tobie objedzone chipsami dzieci w ciasnym dominikańskim busie, rzygał współpasażer podczas turbulencji w samolocie, wąchałeś dojrzały owoc noni o zapachu rzygów zmieszanych z miodem… Myśl o czymś przyjemnym. O zaczarowanym ogrodzie, o kapciach dziadka pachnących cygarami, o białych gołąbkach niosących pokój, o wielkim lukrowanym torcie, który popijesz wodą po kiszonych ogórkach. Myśl o lepszym świecie, to poskromisz chińskiego pawia.

Szybka łódź, lancha rapida, wyspa Saona, Morze Karaibskie.
Lancha rápida, czyli szybka łódź.
Po rewolucji

Kątem oka widzę, że Chińczyk gmera przy pasku, przy rozporku, słychać zip, ściąga spodnie. Co za ulga. Sprząta po rewolucji. Będzie po wszystkim. Wtedy łódź hamuje. Nie dobija do brzegu. Tylko rzuca kotwicę na środku czegoś, co przypomina wielki seledynowy basen kawałek od lądu. Woda sięga w nim do pasa. To Piscina Natural. Kto nie zna tego „basenu”, choć zapłacił za wypad na Saonę tego wyrolowano. Padły instrukcje. Można się kąpać, żłopać rum w pokładowym barze i wyginać się do zdjęć, ile wlezie.

Ledwo zdążyłem podnieść się z własnego siedzenia, Chińczyk przemknął mi przed nosem z plugawym zawiniątkiem w dłoniach. Jego żona spojrzała na mnie zażenowana, jakby wiedziała znacznie więcej o tym, co się zdarzyło. Dla mnie sprawa była zamknięta. Chwyciłem oparcie na siedzeniu przede mną, aby się podeprzeć przy luzowaniu bermudów, pod którymi nosiłem kąpielówki. I znowu poczułem atomowy podmuch rzygowin, ale ciut inny, bardziej niepokojący. Skąd dochodził? Przecież skutki katastrofy zostały złagodzone. Wcale nie. Najgorsze dopiero nadchodziło. Miałem coś na dłoniach. Coś jakby w kolorze rdzy. Czegoś dotknąłem. Chyba na tym oparciu. Powąchałem odruchowo. I dostałem po gębie lewym sierpowym. Padłem na deski. Ktoś wcisnął mi paluchy w nozdrza i przeciągnął z rogu do rogu, jak w lucha libre – meksykańskiej rozwałce pod publiczkę. Słyszałem odliczanie. To nie były rzygowiny. To było, moi drodzy, gówno. Rzadkie.

Chińczyk nawalił

Poleciałem prosić o ratunek, błagać o mokre, pachnące wybawieniem chusteczki osobę, która zawsze miała je w pogotowiu. Dyskretnie podzieliłem się swoją tragedią. Chciałbym usłyszeć, że przesadzam, że jestem przewrażliwiony, czy coś w ty stylu. „Weź dwie”, usłyszałem. Wtedy pojąłem. Nie było odwrotu, to się zadziało naprawdę. W panice przetarłem dłoń ze sto razy, potem oparcie siedzenia ze dwadzieścia razy i wskoczyłem do „basenu”, aby zatopić ten horror. Woda była wspaniała. Kapitan lał obficie rum z pokładu. Wystarczyło podejść pod burtę i wyciągnąć proszalnie dłoń. Było przyjemnie. Naprawdę przyjemnie. Rodzina i przyjaciele w pobliżu. Byłem w raju, co tu gadać. Wtedy zjawił się diabeł. Zobaczyłem okrutnego Chińczyka z Massachusetts, jak na stronie pierze gorączkowo swoje spodnie. Chwilę później wykręca z mozołem swoje… gacie. W tym cudownym „naturalnym basenie”! Wyobrażacie to sobie? W porządku. Wyobraźcie to sobie, gdy będziecie tam następnym razem.

Już wiedziałem, że za… Chiny nie wrócę na tę łódź, nie usiądę tam… Jednak w końcu przemogłem się. I wtedy zdarzył się cud. Wróciła dobra energia. Z pomocą przyszła Chilijka. Ta w moich rzędzie. Będzie tak. Ona zostanie tu, ja przesiądę się do przodu, jej koleżanka zajmie moje miejsce. Zgadliście! Siedziałem z przodu, nim zdążyła powiedzieć muchas gracias.

Bar na katamaranie. wyspa Saona - Bayahibe
Rum wyszedł, została mamajuana

Dalej było znacznie lepiej. Na tej wyspie Saonie. A najlepiej w drodze powrotnej do Bayahibe –  na katamaranie. Działo się. W barze i na „pokładzie tanecznym” kocioł. Imprezowali z nami Wenezuelczycy, Kolumbijczycy, Brazylijczycy, Portugalczycy i oczywiście, Dominikańczycy. Gorącej krwi nie brakowało. Kompletny odjazd na rumowym rauszu.

Taki to był finał naszej dominikańskiej wyprawy, której opisywanie zacząłem, jak widać, od dupy strony…

Katamaran u brzegów wyspy Saona.
Katamaran imprezowy.

Aleja wspomnień

Pojechaliśmy z Kingą do Dominikany w 2006 roku, bo tak się złożyło. Miała być Kuba. Potem była. Ale wówczas trafiło na Dominikanę. I tak już zostało. To był szczęśliwy traf. Szczęki nam spadały na klapki, gdyśmy się włóczyli po tym kraju, gdyśmy sycili nim oczy. Taki to kraj! W 2007 roku poleciałem tam działać, jako fotoreportero. Szwendałem  się po ulicach Santo Domingo. Tak sobie wymyśliłem. I bakcyl dominikański zasadził się na mnie, dopadł mnie, przejął nade mną kontrolę. Zostałem wkręcony w czasoprzestrzenną spiralę o nazwie „Dominikana”. Nie ma znaczenia, czy widzę rok 2007, czy dajmy na to, 2010, 2014, 2017, bo i tak wszystko układa się w jakąś całość. Jak w nieliniowym montażu u Quentina Tarantino. To jest kawał mego życia, nie tylko podróżniczego. Za kilka dni skończę w tej „mojej” Dominikanie 40 lat. Niech to diabli! Ale dalej mi się chce…

Droga przyszłości

Wtedy nie wiedziałem, że aleją Máxima Gómeza spacerował niegdyś codziennie wieczorową porą dyktator Rafael Leónidas Trujillo Molina, bo lekarze mu ponoć powiedzieli, że to dobre na serce. Gdyśmy w 2006 roku przyjechali z Kingą z Sosúa do Santo Domingo i wysiedli na terminalu autobusowym Caribe Tours, poszliśmy najpierw aleją 27 de Febrero; zalaną słońcem, chaotyczną, owładniętą kakofonią dźwięków, rozjeżdżaną wehikułami wszelakiego sortu i kondycji.

Do głowy by mi nie przyszło, że rok później będę śmigał tą stołeczną arterią regularnie w zapchanych do szczętu carros públicos; że jej wschodnią cześć od Plaza de la Bandera po aleję Churchilla przejdę pieszo kilkakrotnie; że cztery lata później dam się tam wyprowadzić w pole wytrawnemu oszustowi, co opisałem w „Anatomii szwindlu”; że w sąsiedzkim Centro Olímpico Juan Pablo Duarte poznam fantastycznych młodocianych adeptów baseballu i sfotografuję ich podczas treningów; że w barze na skrzyżowaniu z aleją Dr. Fernanda Artura Defilló dostanę prawie każdego dnia na śniadanie „swoje” empanadas oraz „swój” sok z marakui – dopiero co zmiksowany, nie za słodki; że jedenaście lat później poprowadzę tamtędy, używając na przemian własnej orientacji i GPS-u, zagubionego kierowcę mini busa, który znał ponoć stolicę, lecz sprawiał wrażenie, jakby ostatnio był tam w dzieciństwie, z babcią na lodach kokosowych.

Aleja 27 de Febrero będzie mi się potem kojarzyć z podróżami po samej Dominikanie, bo ze wspomnianego terminalu Caribe Tours wielokrotnie ruszałem gdzieś w kraj; na zachód, czy na północ, od Barahony po Sánchez. Gdy tylko dostałem w kasie biało-żółty bilet, a raczej podwójny paragon w kolorystyce flagi Watykanu, i odczytałem z niego, jak się zwała kasjerka (co nieraz było czymś tak cudownie brzmiącym, jak Guadalupe Natera Vasquez), łapałem jeszcze przed odjazdem gorącą, słodką i diablo mocną kawę, „wyciskaną” z termosów do plastykowych „naparstków”. Wtedy byłem gotów podróżować dokądkolwiek, po tej kawie właśnie, Café Santo Domingo, najlepszej na świecie.

Santo Domingo, Avenida 27 de Febrero / Avenida Máximo Gómez.
Młodość. Skrzyżowanie alei 27 de Febrero z Aleją Máxima Gómeza. 12 lat wstecz, 2006 rok.
Jeździec pomylony

Przy pomniku tego „dominikańskiego Kościuszki” Máxima Gómeza, który trafił z ojczystego kraju do obcego, aby się o niego bić, przepłynął z wyspy na wyspę, aby walczyć o niepodległość Kuby, przy tej statui bohatera, który dosiada rumaka bełtającego powietrze przednimi kopytami, herosa wskazującego dłonią na wyprostowanym jak strzała ramieniu jedyny słuszny kierunek „wolność”, tam skręciliśmy z Kingą w poświęconą mu aleję, wiodącą w dół, jakieś trzy kilometry, aż do samego nabrzeża Morza Karaibskiego, do bulwaru Malecón, zwanego aleją Jerzego Waszyngtona.

To wszystko prawda poza jednym. Na rączym koniu siedzi ktoś inny. Nie Máximo Gómez. Ktoś równie zasłużony, lecz nie on. Siedzi José de San Martín; argentyński generał, bohater narodowy Argentyńczyków, Chilijczyków i Peruwiańczyków, zasłużony przywódca walk wyzwoleńczych w Ameryce Południowej i towarzysz broni Simóna Bolívara. Doczekał się chwały oraz… ignorancji. Taki nagłówek sprzed lat w najstarszym dominikańskim dzienniku „Listín Diario”: Monumento a don José de San Martín es usado como urinario. Z grubsza, posąg w randze pisuaru. Co więcej, sam Gómez wyjechał pierwotnie na Kubę nie dlatego, że chciał. Wyjechał, bo musiał. Przegrał we własnym kraju. Dopiero z czasem to przejrzałem…

Władca maczet

Kim był więc Máximo Gómez? Na pewno postacią nietuzinkową. Przyszedł na świat w miasteczku Baní, w zachodniej Dominikanie. Tam, skąd pochodzi najsłynniejsze dominikańskie mangoel banilejo; gdzie rokrocznie urządzane są mangowe dożynki. Zapamiętano go, jako wybitnego dowódcę wojsk kubańskich w trakcie wojny o niepodległość tego kraju. Wcześniej, jako nastolatek bronił Dominikany przez inwazją wojsk cesarza Haiti – Faustyna I. Haitańczycy sromotnie przegrali. Potem zaciągnął się do armii hiszpańskiej. Przeszkolono go za oceanem, w Saragossie.

Kiedy Hiszpania przegrała walkę o odzyskanie utraconej kolonii i wycofała się z wyspy, Gómez wyemigrował na Kubę. Oczywiście, w niesławie. Tam jednak przejrzał na oczy, przestał służyć w wojsku hiszpańskim i przystąpił do kubańskiego ruchu wyzwoleńczego. Pokazał powstańcom taktykę, zwaną „szarża maczet”. Uzbrojeni w te narzędzia piechurzy nacierali na wroga, wycinając go do nogi. Coś, jak kościuszkowscy kosynierzy w trakcie insurekcji.

Do krwawej kampanii doszło w Guantanamo, gdzie plantatorzy dostali wycisk, choć chroniły ich oddziały Hiszpanów. W przerwach między walkami, Gómez dorabiał za granicą. m.in. przy budowie Kanału Panamskiego. Z czasem przyjął najwyższy stopień wojskowy – generalissimusa armii kubańskiej. Układał coraz skuteczniejsze strategie bitew powstańczych. Niektóre budziły w nim mieszane uczucia, np. podpalanie hektarów trzciny cukrowej. Cechowała go niezłomność, nie kłaniał się kulom. Jedna z nich trafiła go w szyję. Rana po wyleczeniu zamieniła się w trwałą dziurę. Zatykał ją kawałkiem wełny a szyję obwiązywał chustką.

Odrzucił hiszpańską propozycję wspólnej batalii przeciwko siłom Stanów Zjednoczonych. Kuba uzyskała częściową niepodległość w 1898 roku, pod protektoratem USA. Gómez nie przyjął nominacji na prezydenta. Podobno uznał, że jako Dominikańczyk z krwi i kości nie powinien być formalnym przywódcą Kubańczyków. Zresztą, polityka nie była jego żywiołem. Do rodzinnego kraju nie wrócił. Zmarł w Hawanie, gdzie pochowano go na tamtejszym Cmentarzu Kolumba. Na hawańskim bulwarze Malecón stoi teraz pomnik ku chwale Dominikańczyka.

W Santo Domingo również stanął. Tyle, że nie tam, gdzie mi się wcześniej wydawało. Nieco dalej, choć w pobliżu. Na skrzyżowaniu alei 27 de Febrero z Máximo Gómez trzeba skręcić w prawo, nie w lewo, i dojść do kolejnego skrzyżowania; z aleją Johna F. Kennedy’ego. Tam znajdziemy posąg bohatera, o którym mowa. Teoretycznie powinien dzierżyć w dłoni szablę, nieodłączny atrybut bojownika-wyzwoliciela. Niestety, dzierży powietrze, bo szabla regularnie znika. Za sprawą rabusiów.

Aleja zdarzeń

Zeszliśmy z Kingą aleją Máximo Gómeza podobnie, jak schodził dyktator, maszerując „szybkim krokiem w otoczeniu ministrów, doradców, generałów, adiutantów, dworaków idących w naznaczonej szacunkiem odległości, z czujnym spojrzeniem, z nadzieją w sercu, wypatrujących choćby jednego gestu, jednego ruchu, skinienia, które pozwoliłoby zbliżyć się do Szefa, wysłuchać go, zasłużyć sobie na rozmowę, chociażby miało się w niej kryć oskarżenie” („Święto Kozła”, M.V. Llosa).

Wtedy nawet nie pomyślałem, że rok później zatrzymają mnie w tamtej okolicy mundurowi, wylegitymują i łagodną perswazją wymuszą skasowanie zdjęć, które kilkanaście minut wcześniej zrobiłem pod konsulatem Stanów Zjednoczonych; nie podejrzewałem, że dwa lata później i dwa spojrzenia od miejsca tego zatrzymania, w ambasadzie Watykanu zamieszka nuncjusz apostolski o nazwisku niechybnie podobnym do mojego, którego świat zapamięta później, jako głównego obwinionego w dominikańskiej aferze pedofilskiej; nie mogłem przewidzieć, że Jorge, którego zresztą dopiero miałem poznać, poprosi mnie o sfotografowanie wielkiej dziury w ziemi, czyli placu budowy pierwszej linii metra w Santo Domingo, biegnącej dokładnie pod aleją Máxima Gómeza.

Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007
Jeden z budowniczych pierwszej linii metra w Santo Domingo.
Metro Santo Domingo, budowa, rok 2007
Dziura w ziemi, która zamieni się później w stację metra Estación Joaquín Balaguer.
El Macho

Potem skręciliśmy z Kingą w lewo, aby wysadzaną smukłymi palmami nadmorską promenadą dotrzeć do obelisku El Macho, zwanego tak przewrotnie przez rubasznych Dominikańczyków, ze względu na jego falliczny kształt i będącego dość wierną kopią pomniku Waszyngtona z Nation Mall w amerykańskiej stolicy. Pod tym obeliskiem dyktator kończył spacer. W perspektywie miał choćby wyszukane nocne rozrywki takie, jak schadzki z nieletnimi dzierlatkami, które kazał sprowadzać swym akolitom do ekstrawaganckiej rezydencji Casa de Caoba w swoim rodzinnym mieście San Cristóbal, leżącym nieopodal stolicy.

Malecón w Santo Domingo, w tle El Obelisco Macho.
Obsadzony palmami Malecón w Santo Domingo. W tle El Obelisco Macho, 2006 rok.
El Obelisco Macho, 2014, Mural poświęcony siostrom Mirabal.
El Obelisco Macho w nowej szacie z 2014 roku. Zjawiskowy, eksplodujący kolorami mural poświęcony dominikańskim heroinom – siostrom Mirabal.

Aleję Máxima Gómeza przemierzałem wielokrotnie, z góry do dołu i na odwrót. Przeważnie na piechotę. Nieraz metrem, albo wskakując do carros públicos. Poświęciłem jej sporo czasu i potu. Fotografowałem jej życie w różnych okresach; od 2006 roku do dzisiaj… Często lądowałem w miejscu, gdzie krzyżuje się z aleją Independencia.

Wrażenia miałem podobne, jak Urania Cabral z cytowanej tu już powieści Llosy.

„Węchem rejestruje tyle różnych zapachów, że można to porównać do natężenia hałasu atakującego jej słuch. Spaliny wydobywające się z rur wydechowych autobusów, które kopcą dymem unoszącym się wprost na przechodniów, smród smażonego tłuszczu dobiegający ze straganu, na którym skwierczą dwie patelnie, gdzie sprzedają jedzenie i napoje, no i ten zapach – ciężki, nieokreślony, tropikalny fetor żywicy, gnijących zarośli, spoconych ciał, powietrza nasyconego zwierzęcymi, roślinnymi i ludzkimi zapachami, które konserwowane przez słońce, wolniej się rozkładają i ulatniają. Ta gorąca woń porusza jakąś intymna strunę w jej pamięci i przywraca czasy dzieciństwa […]”

Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.
Każdy pcha swój wózek…
Skrzyżowanie alei Máximo Gómez z aleja Independencia, Santo Domingo.
Kolporterki dziennika „El Caribe” (tu logo z 2007 roku) i sprzedawczyni kart telefonicznych Orange.
Aleja wspomnień, aleja Máximo Gómez, Santo Domingo, Dominikana.
W oczekiwaniu na zielone światło…
Pucybut, Santo Domingo, Avenida Máximo Gómez.
Macho – pucybut.
Haitańscy robotnicy, Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Roześmiani haitańscy robotnicy…
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Palacio de Bellas Artes, Pałac Sztuk Pięknych w renowacji…
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Autobus szkolny. Jeden za drugim.
Avenida Máximo Gómez, Santo Domingo.
Funkcjonariusz nieistniejącej już „miejskiej drogówki” AMET – La Autoridad Metropolitana de Transporte, zastąpionej w 2017 przez nowe służby, zwane DIGESETT – Generalną Dyrekcją Bezpieczeństwa i Transportu Drogowego.

Nieopodal stacji metra Estación Joaquín Balaguer, czyli tej która w 2007 roku była bezładnym placem budowy, wyląduję razem z Kingą w połowie marca. Spotkamy się z Claudią, z którą w lipcu ubiegłego roku dzieliłem ścianę w „Centrum Obrazu” na starówce w Santo Domingo, na której wisiały nasze fotografie podczas wystawy „Everyday Dominican Republic – Miradas Cotidianas”.

I tak to się toczy. Od dwunastu lat. Daje o sobie znać, co i rusz. Dominikańskie uzależnienie…

*Cytowane teksty pochodzą z powieści „Święto Kozła”, Mario Vargas Llosa, wyd. Znak, Kraków 2016 

Góra w mieście

Poszliśmy na Wzgórze Ancón, aby popatrzeć z wysokości 199 metrów na Miasto Panama. Perspektywa może zachwycić. Wystarczy się dobrze ustawić. Najpierw spójrzmy na lewo. W oddali dżungla drapaczy chmur: wieże mieszkalne w ekskluzywnych rewirach Punta Paitilla, Punta Pacífica oraz biurowce dzielnicy finansowej Obarrio. Wśród nich dwa budynki: ten najwyższy w mieście (70 pięter) i ten najbardziej… pokręcony (dosłownie!). Pierwszy przypomina wielki żagiel, albo monstrualną waginę, co zależy od punktu widzenia, i jest sygnowany marką Donald Trump. Do tego, podobieństwo konstrukcji do Burdż al-Arab w Dubaju budzi ponoć jakieś kontrowersje. Drugi to F&F Tower, mówią, że ikona panamskiej nowoczesnej architektury; gigantyczne wiertło borujące niebo. Teraz zerknijmy na prawo. Tam widać, jak na dłoni, starówkę Casco Viejo, wstęgę-obwodnicę Cinta Costera, która ją oplata, oraz sąsiednią dzielnicę El Chorrillo, gdzie jankeskie wojska zrobiły Armagedon podczas inwazji w 1989 roku.

W oddali widać budynek w kształcie wiertła F&F Tower
Po środku fotografii wyraźnie widoczna gwiazda architektonicznej awangardy w mieście Panama – budynek F&F Tower. W kształcie wiertła. Albo śruby, jak wolą inni.

 

Casco Viejo, starówka w mieście Panama.
Panamska starówka – Casco Viejo wybudowana na cyplu pod koniec XVII wieku.
Widziana z Cerro Ancón. Za nią „wstęga”, tj. obwodnica Cinta Costera. Można dostrzec również wystające dno morskie w zatoce – podczas odpływu.
Leniwiec

Wspinaczka na Ancón nie jest mordęgą. Nie ma co dramatyzować. To raczej tylko ambitniejszy spacer. Często z psem. Dwa kilometry pod górę. Tyle samo w dół. Razem cztery. Ci z lepszą kondycją mogą tam wbiec, albo wjechać rowerem. Idzie się zwykłą, asfaltową drogą, znośnie pochyłą. Auto pokona ją bez problemu docierając pod sam szczyt. Jakimś wyzwaniem może być co najwyżej duchota. Z człowieka wyciekają siódme poty, więc zapas wody niezbędny. Wokół pleni się wilgotna puszcza. W niej czają się leniwce, małpy, aguti, ostronosy, pancerniki, chmary kolorowych ptaków wliczając tukany. Podobno.

Niełatwo wytropić te stworzenia. Mieliśmy szczęście do jednego perezoso, czyli leniwca i kilku aguti. Leniwiec wisiał głową w dół uczepiony gałęzi, wysoko w gęstwinie drzew. Mało ruchawy, jak to on, uroczy flegmatyk. Wypatrzył go jakiś ojciec. Musiał mieć bystre oko. Najpierw podzielił się odkryciem z synem, potem z nami, gdyśmy przechodzili obok. O, tam jest, widzicie go, ma trzy palce! Facet był uradowany, jak dziecko. I sprzedał nam ten entuzjazm. Bo to niesamowite. Kawał góry porośniętej deszczowym lasem w objęciach miasta; z dziką fauną, z tymi leniwcami i resztą. Nie poszliśmy tam na darmo.

Bandera, jak boisko

W erze szesnastowiecznych szaleństw kolonialnych, kiedy w 1519 roku założono miasto Panama w pierwotnej lokalizacji, Wzgórze Ancón służyło hiszpańskim osadnikom, jako punkt obserwacyjny. Potem zjawił się niejaki Henry Morgan i w zgodzie, że swą ulubioną dewizą „pal i rabuj” obrócił w perzynę to, co się dało. Skutki tej destrukcji można otaksować na własną rękę. Ruiny Panamá Viejo, tj. Starej Panamy udostępniono zwiedzającym. Nową osadę, zwaną Casco Antiguo, lub Casco Viejo, wybudowano parę kilometrów od gruzowiska na cyplu wrzynającym się w Zatokę Panamską, w bliskim zasięgu Wzgórza. Spływające stamtąd strumyki (chorrillos) dostarczały przesiedleńcom wodę pitą. Ponoć, źródło jednego chorrillo spiętrzono, aby zyskać rezerwuar wodny. Obecnie jedna z najbardziej zaludnionych, biednych i niebezpiecznych dzielnic panamskiej stolicy, położona po sąsiedzku u podnóża Cerro Ancón zwie się właśnie El Chorillo.

Cementerio Amador, czyli cmentarz Amador w dzielnicy El Chorrillo.
Rozległy Cementerio Amador, czyli cmentarz Amador w dzielnicy El Chorrillo. Niemal pod samym blokowiskiem…

Przez większość XX wieku, od czasu uzyskania niepodległości przez Panamę w listopadzie 1903 roku, Wzgórze stanowiło część Strefy Kanału Panamskiego, wydzierżawionej dozgonnie Amerykanom. Innymi słowy, należało do Stanów Zjednoczonych. Jego status zmienił się w 1977 roku po podpisaniu traktatu Torrijos-Carter. Wtedy Panama odzyskała nad nim kontrolę. Co zrobili Panamczycy? Od razu wciągnęli potężną flagę państwową na maszt ustawiony na szczycie. Powiewa tam bez przerwy 365 dni w roku. Widać ją bardzo wyraźnie z wielu punktów miasta, z dużych odległości.

Flaga Panamy łopocząca na Wzgórzu Ancón, widziana z dystryktu Calidonia
Bandera Panamy łopocząca na szczycie Wzgórza Ancón, widziana z hotelowego tarasu w dystrykcie Calidonia.

Bandera ma rozmiar jednego cancha de baloncesto, czy boiska do koszykówki. Taka ciekawostka do odczytania na jednej z tablic informacyjnych. Brzmi efektownie, działa na wyobraźnię i warto by to włączyć do opowieści z podróży. Jednak coś tu nie gra. Ta sama tablica oprócz zgrabnego porównania podaje dokładny rozmiar flagi w metrach: 15 x 10. Typowe boisko do „kosza” ma wymiary: 28 x 15. Drobna latynoska niekonsekwencja, która nikomu nie przeszkadza.

Wieszczka Amelia

Postawiono tam również pomnik ku czci narodowej wieszczki Amelii Denis de Icaza (1836-1911). Była pierwszą kobietą, która opublikowała wiersze we własnym kraju. Najważniejszy z nich „Al Cerro Ancón”, poświęciła Wzgórzu, czyniąc go symbolem narodowej tęsknoty.

Amelia Denis de Icaza, panamska poetka (1836-1911), pomnik na Cerro Ancón.
Statua ku czci Amelii Denis de Icaza na szczycie Wzgórza Ancón.

[…] ya no eres mío, idolatrado Ancón. Que ya el destino desató los lazos […]”

W moim wolnym tłumaczeniu:

[…] przestałeś być mym Wzgórzem, tak ubóstwianym. Bo fatum już więź naszą rozsupłało […]

Wiersz ten, napisany w 1906 roku, wyrażał szczery patriotyzm i niechęć poetki wobec utworzenia przez USA Strefy Kanału. Był niejako wezwaniem Panamczyków do rozpoczęcia walki o odzyskanie zajętego terytorium. Kolejnym pokoleniom dodawał otuchy do czasu, aż słuszne żądania zostały spełnione wraz z podpisaniem wspomnianego traktatu w 1977 roku.

Tak oto, zachwycające panoramy, rozbuchana tropikalna przyroda i romantyczna poezja łączą się na Wzgórzu Ancón.

Dominika po Marii, raj utracony?

Dominika na Małych Antylach. O nią chodzi. Tym razem nie chodzi o Dominikanę. Bo jedna jest mylona z drugą bardzo często, ta mniejsza z tą większą. Najbardziej w porze huraganów. Gdy obie widzą nieuchronne zagrożenie, jak ostatnio. Myślę o małej, górzystej Dominice, wyspie zasnutej lasem deszczowym, jaką przeszło tydzień temu rozharatała Maria. Nie ma już takiej Dominiki, jaka dotąd była. Nie wiadomo, kiedy znowu będzie w pełni sobą. Może nigdy…

Nie przestaję o niej myśleć. Patrzę za siebie, trzy lata wstecz. Wtedy ją zobaczyłem i poznałem, zauroczyła mnie, uczepiła się duszy. Kawalątek karaibskiego „raju”, wciśnięty między Gwadelupę a Martynikę. Już tydzień, odkąd Maria rozpętała piekło na Dominice. Zniweczyła cały jej powab zmieniając wieczną zieleń w bury pył, drzewa w zapałki, kolorowe chatynki w oberwane budy. Pozrywała jej szaty i ogołociła. Rozdarła do szpiku. I wyzuła z tajemnicy.

Nosi mnie teraz, aby tak pisać. Tak emocjonalnie, z wnętrza. Aby tamto piękno sprzed kilku lat przywołać, powspominać w obliczu tego, co nastało. Jakbym nie mógł uwierzyć w istnienie tego cholernego żywiołu, tego toczącego pianę barbarzyńcy, z jakim nie sposób walczyć. To jest dzika loteria natury, gdzie można wielokrotnie wygrać i napawać się szczęściem. Ale można przegrać jeden jedyny raz. I wtedy jest po wszystkim. Przegrana niesie wiele bólu.

Jakiś smutek mnie dopadł. I chyba tego nie kryję. Bo piękne przeżycia łączą się przecież z pięknymi miejscami, z podróżami. I niektóre z tych miejsc obchodzą potem człowieka bardziej, niż inne. Nieważne, że leżą daleko; gdzieś tam na drugiej półkuli, za wielką wodą, kto wie, czy nie w innym świecie? Ważne, że z jakiegoś powodu stały się człowiekowi bliskie, dając mu żywe wspomnienia, jakie ostały się w pamięci w stanie nienaruszonym. Jak choćby te z wędrówek po Dominice, jakie odbyliśmy z Kingą wszerz i wzdłuż wyspy; po rewirach Soufrière, Scotts Head, Pointe Michel, Roseau i Castle Bruce. Albo Portsmouth, Calibishie i Kalinago Territory.

To są wspomnienia rozjaśnione tamtejszym słońcem, ubarwione, zaprawione czułością. Na pewno. Jednak źródło tych wspomnień rozmyło się kilka dni temu. Nie w czasie. Nie we mgle przeszłości. Rozmyło się w przestrzeni. Dosłownie. Pękło. Rozpadło się. Tego mi szkoda najbardziej. Miejsca mi szkoda. I ludzi. Właśnie ludzi. Tych najmocniej. Związanych z tym miejscem – z karaibskim kraikiem, wabiącym przybysza z zewnątrz czymś bez reszty naturalnym; z tą wyspą, jaka być może jedyna w tamtych stronach łączy/łączyła pragnienia „odkrywania” wciąż nienaruszonych Karaibów z rzeczywistością.

Jest mi przykro, że tak się to potoczyło. Ściska mnie w środku, gdy widzę tych biednych ludzi, zbierających do kupy to, co pozostało z ich rozbitych domów, z ich okaleczonego życia. Nie mieli na to wpływu. Tamtej przed-huraganowej nocy szli spać z jakąś nadzieją, że Maria złagodnieje, że okaże się łaskawsza chociaż trochę. Ale Maria nie złagodniała. Urosła do monstrualnych rozmiarów i uderzyła w bezsilny ląd Dominiki z zabójczą prędkością. Nie oszczędziła niczego. Rano świat wyglądał, jak po wojnie. Bo destrukcyjny żywioł jest, jak wojna. Zmienia wszystko. Zostawia po sobie zgliszcza.

Premier Dominiki Roosevelt Skerrit powiedział to przez Zgromadzeniem Ogólnym ONZ; że Dominika przypomina strefę wojenną, że „Eden is broken” –  raj rozbity. Dokładnie, widać to na zdjęciach, filmach, słychać w relacjach świadków. Jest ich coraz więcej, uzupełniają koszmarny obraz sytuacji. Po Armagedonie, jaki Dominice zafundowała Maria…

Ludzie z tego wyspiarskiego kraju są silni. Starsi pamiętają huragan David z 1979 roku, że nie było po nim łatwo żyć, ale jakoś dali radę. Trudno ich złamać. Zapewne wiele marzeń będzie musiało teraz poczekać. Lecz skoro i tym razem przetrwali to dzień po dniu podniosą Dominikę z kolan. Może z nadzieją, że limit pecha już się wyczerpał. Lepiej mieć taką nadzieję. Każdą nadzieję.

Straty są ogromne i odbudowa kraju potrwa latami. Pochłonie mnóstwo siły, środków, bo teraz Dominice potrzeba wszystkiego. Dominika zaczyna od początku. Będzie się odradzać. Trzeba być z Dominiką. Pamiętać o niej, mając przed oczami jej dotychczasowy niewymowny urok…

To tyle mych emocji, moi drodzy. Wybaczcie, jeśli było ich zbyt dużo. Jakoś, proszę, znieście tę ckliwość człowieka, któremu po prostu smutnawo. Kocham Karaiby, szanuję je. I boleje wraz z nimi. Ale pozostaję z nadzieją. Jak one.

Oto, cały urok Dominiki…

no images were found

Na plantacji tytoniu

Od małego lubiłem wejść na wsi w pole, stanąć pośrodku żywej zieleni, czy złotego morza rozlanego po horyzont, wiosną czy latem i dotykać, wąchać, słuchać szumiących łanów, nacieszyć się jakimś urodzajem. Dziadek mi pokazał, że natura jest na wyciągnięcie dłoni, że można jej się przyjrzeć z bliska, że człowiek i natura żyją obok siebie. Zabierał mnie ze sobą.

Szliśmy w pszenicę, w żyto, albo w zagony maku, bo ten dawniej wyrastał radośnie na polskich wsiach, jak na wyżynach Afganistanu; zrywaliśmy kłosy, rozcieraliśmy w dłoniach i kosztowaliśmy ziaren. Albo dziadek otwierał mi scyzorykiem makówkę (wyglądało, jakby ją skalpował), a ja śliniłem paluch i wkładałem do środka, wyciągając hordę grafitowych „mrówek”, które zlizywałem z jako takim smakiem. Takie wspomnienie.

I tam, w Dominikanie, zachciało mi się także wejść w pole, tym razem tytoniowe. Z Polski pamiętam takie pola na Wyżynie Lubelskiej. Gapiłem się w nie (oraz w „podniebne” plantacje chmielu), gdyśmy do Zamościa, do babci jeździli. A teraz dotykałem tytoniu prawie najlepszego na świecie. Są teorie, że jeszcze lepszego od tego, który niby wiedzie legendarny prym – kubańskiego. Bo dwie doliny: dominikańska Valle del Cibao i kubańska Valle de Viñales mają dla tabaco najlepsze ziemie. Tam rozwijają się, ku radości tytoniowych aficionados, najlepsze liście do cygar.

Na plantację

Plan był taki. Najpierw zajedziemy na którąś z plantacji tabaco dominicano w rewirach Villa González, Palmar Abajo, albo Palmar Arriba. Popatrzymy na zielone kwartały tytoniu, na te kryte palmowym liściem szałasy, gdzie tytoń schnie, spotkamy ludzi, którzy doglądają wszystkiego. Potem ruszymy do Santiago de los Caballeros, do fabryki cygar „La Aurora”.

Wjeżdżamy do Villa González. Kierowca jedzie, jakby wiedział, gdzie ma jechać. Ale pytam go kontrolnie: „wiesz, gdzie jedziesz?”. Okazało się, nie wiedział. Po prostu jechał. Droga była prosta, wygodna, po co stawać, myśleć co dalej. Zatrzymaliśmy się w końcu. Aby spytać miejscowych przy jakimś colmado, co i jak. Tu nie ma tytoniu, tam jest, z drugiej strony. To zawracamy. Znowu jesteśmy w centrum Villa González, znowu trzeba kogoś pytać: gdzie ten tytoń? Przyszło mi do głowy, że pytanie w tym miejscu o pola tytoniowe, to jak pytać o piasek na plaży. Dobrze jedziecie, mówią jedni, cały czas prosto, za wioskę, dodają drudzy, w kierunku Palmar Abajo. Wyjeżdżamy, jedna wieś się kończy, drugiej jeszcze nie widać, a gdzieś pomiędzy tylko poletka manioku, słoniowatych liści yautía – żółtosoczy, oraz strzeliste pnie, do których poprzypinano zielone „skarpety z piaskiem” – papaje, po „dominikańsku” – lechosas.

Ale gdzie ten cholerny tytoń? Już myślałem, że staniemy w jakiejś wysokiej trawie, popatrzymy na szczyt Diego de Ocampo siniejący w oddali, poudajemy że jest całkiem fajnie i zawrócimy. Trudno. W kolebce tytoniu, nie udało nam się go znaleźć! Takie wytłumaczenie powinno wystarczyć, prawda? Aż tu nagle – trach. Plantacja. Jak z obrazka. Wyskoczyłem na pole, jakby mnie tęgo przypaliło. Tak na zwiady. Potwierdzić, że to nie miraż. No, i weszliśmy w te liście, między te łodygi wysokie prawie, jak człowiek. Napatrzyliśmy się na nie, jak i na krajobrazy, gdzieś tam w tle: wzgórza, palmy królewskie, flamboyany czekające na majowe, ognistoczerwone kwitnienie. To wszystko nadawało się do malowania. Tylko stawiać sztalugi i od ręki powiększać zasoby tzw. malarstwa prymitywnego: po co marnować takie wiejskie landszafty?

Na polu przywitali nas Haitańczycy. Pracowali tam. Ubodzy, uśmiechnięci. Jeden z nich chodził boso. Stopy miał szarawe od pyłu suchej ziemi. Zaprosili nas do siebie, pokazali miejsce, zagadali: trochę po hiszpańsku, angielsku, francusku. Między sobą komentowali coś po kreolsku. Niczego nie chcieli. Zrobili nam kilka zdjęć aparatami w komórkach. My im też. Taka wymiana.

Potem trzeba było ruszać do Santiago, bo wizyta w najstarszej fabryce cygar w kraju została umówiona już dawno. Przypominam szoferowi, aby jechał obwodnicą, bo zakleszczymy się w korku w centrum miasta. Skorzystał z rady. Dotarliśmy przed czasem. Pracownicy fabryki kończyli obiad. Jeszcze zdążyliśmy wypić kawę za dziesięć pesos…

no images were found

Wyspa „Piratów z Karaibów”

Swego czasu na karaibskiej wyspie, bujnej i pięknej Dominice rozpanoszyła się ekipa „Piratów z Karaibów”. Ponoć zjechało tam pół tysiąca różnej maści speców-filmowców z całym majdanem, osprzętem, wałówką, zablokowano większość przejezdnych dróg, co wywołało prawie „kryzys logistyczny” na tym dotąd słabo rozwiniętym kawałku lądu. Na szczęście, wszystko poszło, jak trzeba; pogoda dopisała, aktorzy z Johnnym Deppem na czele oraz statyści zrobili swoje. Łatwo im nie było w parnym tropiku; przecież musieli nosić epokowe fatałachy, tęgie makijaże, pirackie gadżety. Ponad miesiąc, w kwietniu i maju 2005 roku, kręcono tam bez wątpienia miłe dla oka fragmenty „Skrzyni umarlaka”, czyli drugiej części tej kinowej, hollywoodzkiej produkcji.

Jeśli komuś przyjdzie do głowy, aby jechać na Dominikę, co jest zamysłem pysznym, wartym każdego zachodu, powinien koniecznie obejrzeć, albo przynajmniej odświeżyć sobie dwójkę „Piratów”. Tam jest, można rzec, wszystko czego człowiek potrzebuje, aby się doskonale nastroić przed karaibskimi wojażami. Właściwe ten film stanowi w sporej części efektowną promocję Dominiki, ukazuje jej niezwykły przyrodniczy, krajobrazowy urodzaj. Dominika to jeszcze Karaiby nienaruszone, miejscami nadal dzikie, tajemnicze. Producenci „Piratów” wiedzieli, gdzie trafić.

Dominika filmowa

Dominika odgrywa z rozmachem fikcyjną wyspę Pelegosto. Po jednej stronie tropikalnego raju, na wzgórzach porośniętych dżunglą żyją praktykujący kanibale, wymalowali jak do danse macabre, po drugiej zaś, w mrocznych, zamglonych czeluściach bagiennych rozlewisk urzęduje zagadkowa (do tego całkiem seksowna!) wiedźma Tia Dalma, z grubsza, wieszczka, kapłanka wudu z konkretnym zapasem fetyszy tudzież spiżarnią magicznych ingrediencji. Kanibale wierzą, że kapitan Jack Sparrow jest wcieleniem ich boga. Dla Jacka byłaby to całkiem zacna nobilitacja, gdyby nie fakt, że ci sami kanibale pragną wyzwolić go pilnie z cielesnej, „mięsnej powłoki”. Spryciarze planują ucztę z jasno ustalonym daniem głównym. Podrzucają drewien, preparują ruszt, zaczynają tańczyć i złowrogo buczeć. Nie wygląda to dobrze. Jack ma kłopoty.

Z opresji ratują go jednak starzy znajomi. Natomiast kanibale nie zapuszczają się na przerażające mokradła, gdyż Tia Dalma budzi w nich paniczny lęk. Sądzą, że jest ludzkim wcieleniem morskiej bogini Calypso, w czym zresztą mają rację. Jack nie zdradza takich oporów. Zabiera towarzyszy do siedziska czarownicy. Ona wie, jak obchodzić się z kapitanem statku „Latający Holender”, kreaturą zwaną Davy Jones. Wyruszają łodziami w głąb lądu, płyną upiorną Pantano River. Obserwowani są przez tajemniczych autochtonów, zasiedlających brzegi rzeki. Ich szałasy maskują się w plątaninie konarów poskręcanych, jak kończyny gigantycznych starców, zanurzone w mętnej wodzie. Atmosfera gęstnieje, w powietrzu wibruje jakaś abrakadabra, zapada zmrok…

Łodzią po Indian River

Pantano River to w rzeczywistości Indian River, rzeka w Dominice, bodaj jedna z dwóch w tym kraju, po której można swobodnie pływać łodzią, wije się z zasięgu miasta Portsmouth, w oszałamiających okolicznościach przyrody. Powiosłujemy tą rzeką śladami „Piratów z Karaibów”…

Wyprawa po Indian River jest „miniaturą amazońskiej przygody” miał powiedzieć Lennox Honychurch, czołowy piewca Dominiki, popularyzator jej historii, jeden z najbardziej prominentnych obywateli tego kraju. Można mu uwierzyć. Spróbujmy…

 

no images were found

Planeta Guajira

Po łuszczącej się ramie okiennej w pokoju hotelowym snuł się gekon, leniwie i bez łowczego napięcia. Pewnie trawił insekty, jakie wcześniej upolował. Może w ten sposób oczyścił teren, dzięki czemu obudziłem się w dobrym stanie, niepokąsany.

Javier przyjechał po mnie fordem pickupem o świcie, o piątej, gdy zapiały pierwsze koguty, bo Ríohacha to czasem wioska, która wrosła w chaos karaibskiego miasteczka. Poprzedniego wieczoru wspominał, że z niego madrugador, czyli „ranny ptaszek”. Zresztą, wolał ruszyć jak najwcześniej, aby większość trasy pokonać w chłodzie, nie walcząc z piekielnym słońcem na półwyspie Guajira. Liczył, że w ciągu sześciu godzin dotrzemy do celu – do najbardziej na północ wysuniętego kawałka Ameryki Południowej, do Punta Gallinas. Kiedy wjechaliśmy na most, w notesie zapisałem nazwę rzeki – Río Ranchería, spodobała mi się, zapadała w pamięć, nie mogłem podejrzewać, że stanie się później „kluczem” do całego półwyspu: ta rzeka niepokojąco wysychała.

Javier zatrzymał samochód na poboczu, przy drewnianym ni to kiosku, ni szałasie. Wychynął z niego zaspany człowiek. Okazało się, że handlował benzyną przeszmuglowaną z Wenezueli. Przed kwadransem tankowaliśmy na normalnej stacji, teraz Javier dokupił kilka pełnych plastikowych kanistrów. Wrzucił je na pakę forda a tamtemu zapłacił. Ta wenezuelska bajura jest o niebo tańsza, amigo, trzeba sobie radzić – wyjaśnił. Spojrzałem przed siebie, już świtało. Wschodzące słońce rozcięło horyzont nieprawdopodobną feerią barw. Patrzyłem na to, jak na obraz malowany na żywo, tam w oddali. To było pokrzepiające, bo świt zawsze dodaje otuchy. Wychudzone kundle biegały środkiem drogi, sporo ryzykując. Natomiast jakieś dwieście metrów dalej stał policyjny patrol, jeden motor, dwóch policjantów. Nie interesowali się nami, mieli swoje sprawy.

Na trasie Ríohacha – Maicao w stronę granicy z Wenezuelą notowałem nazwy kolejnych comunidades, rodzinnych klanów Indian Wayuu: Cucurumana, Mayapo, Buayarumana. Gdybym je usłyszał, zamiast sczytywać z wyblakłych tablic na poboczu, pomyślałbym o sekretnych ziołach w spiżarni szamana, albo o świętych kwiatach zrywanych podczas pełni w amazońskiej dziczy. Dwie, może trzy takie nazwy wystarczyłby do pobudzenia wyobraźni, lecz było im tam znacznie więcej, były ich dziesiątki. Na jedynym znaczącym skrzyżowaniu w okolicy zjechaliśmy z drogi numer dziewięćdziesiąt, prowadzącej dalej na wschód do przejścia granicznego, kierując się na północ do miasta Uribia, „indiańskiej stolicy Kolumbii”, gdzie czekało nas uzupełnienie zapasów na lokalnym targowisku.

Na zwalistym nasypie, równolegle do szosy, którą teraz jechaliśmy ciągnęły się tory kolejowe. Pociąg towarowy woził tędy węgiel z kopalni „Cerrejon” w Dolnej Guajirze na wybrzeże, do Puerto Bolivar. Było coś niepokojącego w jego monstrualnej bezosobowości. Równie dobrze mógł nie istnieć. Toczył się w tym narastającym skwarze, jak w letargu.

W Uribii zjedliśmy śniadanie w jednym z barów. Mrukliwa Indianka Wayuu o kruczoczarnych, lśniących włosach podała nam gorące kukurydziane placki arepas, jajecznicę z pomidorami i cebulą oraz kawę. Rozchmurzyła się, gdy dostała więcej, niż wynikało z rachunku. W rogu siedziało czterech policjantów, jedli jakąś smażeninę, prawie nie rozmawiali. Pojechaliśmy na targ. W centrum miasta widziałem mężczyzn Wayuu zamiatających zakurzony skwer Plaza Colombia przaśnymi miotłami: syzyfowa praca, bo piasek wdzierał się wszędzie, był tutejszą „ziemią”, nie można go było zamieść. W sklepie – baraku, jaki utkwił na skraju bazarowego szaleństwa, stała olbrzymia lodówka. Javier wytargał z niej dwa worki lodu w kostkach, które wrzucił do termicznego styropianowego pudła. „Wiele lat później, stojąc naprzeciw plutonu egzekucyjnego, pułkownik Aureliano Buendia miał przypomnieć sobie to dalekie popołudnie, kiedy ojciec zabrał go z sobą do obozu Cyganów, żeby mu pokazać lód.” – pisał G. G.  Márquez w „Stu latach samotności”…

Kupiliśmy dodatkowe baniaki z wodą, napoje gazowane Pony malta oraz mnóstwo cukierków i ciastek dla indiańskich dzieciaków. Wezmę piwo na wieczór – mówię do Javiera – wypijemy leżąc w hamakach! Uśmiechnął się. Wziąłem całą zgrzewkę, czyli dwadzieścia cztery puszki cerveza Aguila. Kilka od razu włożyłem do lodu. Czterdzieści parę kilometrów za Uribią stanęliśmy przy szmaragdowym stawie, jaki mógł przypominać o dawnej tutejszej rzece. Brodziło tam stado różowych ptaków, które z odległości wyglądały jak flamingi. Wybudziły w nas, choćby na chwilę,  jakąś ornitologiczną pasję. Były to jednak warzęchy różowe (Platalea ajaja) z dziobami, jak łyżki do butów.

Gdyśmy około południa wjeżdżali w bezmierne przestrzenie półwyspu Guajira pomyślałem, że byłaby to jakaś wersja raju, gdyby na tych pustkowiach nie zamieszkał człowiek, biorąc na siebie to „rajskie” okrucieństwo. Dla obcego z zewnątrz, Guajira może być kalejdoskopem pejzaży, jakie potrafią wyciągnąć z duszy niejeden zachwyt. Jednak wystarczy spojrzeć na tych, którzy próbują tam przetrwać, aby odkryć, że oni w tej krainie marnieją, że to jest kraina zapomnienia. La Guajira – uwieczniona w realizmie magicznym powieści G.G. Márqueza istnieje naprawdę. Jest suchą, rozpaloną słońcem ojczyzną Indian Wayuu, największej etnicznej wspólnoty w Kolumbii. Poraża krajobrazami, lecz wyciska z człowieka ostatnie poty, wyciska z niego wszystko.

To są pełnoprawne Karaiby, ogromne karaibskie połacie, lecz daleko im do Karaibów, o jakich myślimy. To jest karaibska półpustynia z wiecznie wirującym pyłem; białym, żółtym, czerwonym, każdym. To jest okrutna geografia, jakby sawanna Kalahari pomieszana z meksykańską prerią i Saharą. Ostatni raz widziałem taką marność w haitańskim interiorze, takie opuszczenie i uderzającą „tymczasowość”… w stanie ciągłym. Guajira to kraj w kraju, o jakim nikt nie chce pamiętać, albo przypomina sobie o nim raz na jakiś czas, by wyczyścić sumienie, by wyciągnąć stamtąd głosy w kolejnych wyborach; lokalnych, czy innych. Bo przecież Guajira to wciąż Kolumbia, choć na uboczu tego kolumbijskiego świata. Planeta Guajira – czarująca i zarazem okrutna.

Na wijących się, jak wielkie żmije piaskowe szutrowych drogach Guajiry trafialiśmy z Javierem na dwa rodzaje blokad. Jednych pilnowali dorośli, drugich dzieci. Blokada to dwa drewniane słupy, wbite po obu stronach drogi. Między nimi przeciągnięty sznur, raz napięty, raz luźny, z jaskrawym „ostrzegawczym” trokiem, aby z daleka było widać, że trzeba zwolnić, zatrzymać się. Żadne to płonące, niewróżące niczego dobrego blokady, o jakich pisał Kapuściński z nigeryjskich szlaków, jakie zresztą Kapuściński forsował jeepem, by przeżyć. Dorośli chcieli za przejazd kolumbijskie pesos. Nie chcieli wenezuelskich boliwarów, choć Wenezuela tuż za miedzą. Raz brali co łaska, innym razem podawali konkretną sumę, negocjowali.

Dorosłych pilnujących „naszej blokady” było pięciu, ponoć pracowali od rana, cenili się: Monety same dajesz, to za mało, daj dziesięć tysięcy! Równali drogę, polepszali ją: łopatami, kilofami, czym się dało. Z miejsca na miejsce przenosili wiadrami grudy ziemi. W długich ubraniach, długich butach, pod tym żarem. Po deszczach droga miała być po ludzku przejezdna, wcześniej gdy napadało odcinek ten zmieniał się ponoć w „błotniste mydło”, nie do sforsowania. Był środek pory deszczowej, Juyapu. Niewiele na to wskazywało. Świat wokół wyglądał tak, jakby dalej spalał się w Jemial, w niepojętej suszy.

Javier dał robotnikom, ile zażądali, pamiętał, co się tu działo, że jeździło się naokoło, traciło czas. Wyznaczony poborca „myta” mruknął z aprobatą, zdjął blokadę i podszedł do swoich, zadowolony. Robotnicy mieli fajrant. Siedzieli pod drzewem, w cieniu, coś jedli, czymś się dzielili, z plastykowej butelki pili jakąś ciecz. Ostatni leżał na hamaku, sjestował. Cała piątka robotników miała indiańskie twarze, byli tutejsi, byli Wayuu, między sobą mówili w języku wayuunaiki. Wpatrywali się w nas do końca, bez zaciekawienia, raczej rutynowo. Nie były to złe spojrzenia, tylko nieruchome, zmęczone słońcem. Dostali swoje, mogliśmy jechać dalej. Za dwa dni dostaną resztę, gdy będziemy wracać.

Za to, dzieciaki indiańskie na blokadzie puszczały za cokolwiek. Już to, że udało im się zatrzymać dorosłych było wyczynem. Na moment też same doroślały. Podchodziły do auta z poważnymi minami „urzędników”. Nie wyciągały prosząco dłoni, tylko czekały, licząc na coś więcej. Javier wręczał im galletas, ciastka. Miał je pod ręką. Na każdej blokadzie po dwa, trzy opakowania, aby starczyło na kolejne przepustki. Dziękowały uśmiechem szczerym, wdzięcznym i od razu dzieliły słodkie łupy, znowu dziecinniały, przeszło im udawanie starszych. Kiedy wyczerpał się zapas ciastek, zostały monety, lecz pieniądze to najgorsza waluta dla dzieci, bezwartościowa, szczególnie gdzieś pośrodku niczego.

Nie zapomnę miny chłopca, może pięcio-, sześciolatka, miniatury mężczyzny, też Wayuu, który targał z mozołem dwa kanistry z wodą, od ich ciężaru napinały mu się ledwo zarysowane mięśnie. Spotkaliśmy go poza blokadą. Stanął przy wielkim kaktusie yosú, odstawił kanistry i wpatrywał się w nas badawczo. Javier zatrzymał auto. Podałem małemu przez okno napój Pony malta, jeszcze zimny, wyjęty z podręcznej lodówki. Chłopiec pojaśniał ze szczęścia. Przyszła mi do głowy myśl, że gdyby na wszystkich blokadach świata stały dzieci proszące o słodycze w zamian za przejazd, jak te w Guajirze, mielibyśmy z grubsza pokój. Ten indiański chłopiec był twarzą Guajiry, w której została nadzieja!

no images were found