Archiwum kategorii: Reportaż

Wiza do zombiestanu

Można „wygooglować” nazwisko Clairvius Narcisse, aby poczytać historię pewnego zombie. Nie chodzi o żadnego popaprańca gustującego w mózgach swych ofiar, żadnego kiczowatego zgniłka, czyli monstera na hollywoodzkim wybiegu. Nie. Chodzi o egzemplarz w każdym calu oryginalny, rzec można, z krwi i kości, pochodzący z Haiti, miejsca na planecie, jakie nieodmiennie kojarzy się z legendą żywych trupów. Coś musi być na rzeczy, skoro zmarły facet, jakiego w bólu pogrzebano prawie dwadzieścia lat wcześniej, wraca do rodzinnej wioski, staje przed własną osłupiałą siostrą i mamrocząc fakty z dzieciństwa daje się w końcu jej rozpoznać. W Dominikanie spotkałem kiedyś Haitańczyka, którego zapytałem o te zdarzenia.

Haitańskie bohomazy na piątkę

Było wczesne, deszczowe popołudnie w Las Terrenas. Z szarych i zbitych chmur spadały krople wielkie, jak pestki awokado. Niewiele wskazywało, że za godzinę, czy dwie coś się zmieni. Głupiejesz w tym kraju, jak leje, gdzie się podziać? Przed oczami stanął mi Javier, boy hotelowy z Santo Domingo, notoryczny donżuan. Pouczył mnie kiedyś z szelmowskim uśmieszkiem, że „są takie rzeczy amigo, które przy słońcu i przy deszczu możesz robić.”

Rozdrażniony koczowałem pod wiatą, która musiała należeć do przyplażowego klubu disco. Słyszałem jakieś szmery. Dochodziły ze stojącej obok donicy z agawą. Zajrzałem pod jej mięsiste liście. A tam tycie jaszczurki wyczyniały orgię! W plecaku odezwała się cykada, dostałem wiadomość: „Rok temu też lało, pamiętasz?” Jakiś pech prześladował mnie w Las Terrenas, docierałem tam zawsze nie w porę.

Pod wiatą nie byłem sam. Kilka metrów dalej rozłożył sztalugę z resztą ekwipażu niby artysta-malarz. Obstawiłem, że to Haitańczyk. Jemu pogoda nie przeszkadzała. Ze spokojem nakładał farbę na płótno, pogrążony w twórczym skupieniu. Skrzywiłem się na widok palm chłostanych deszczem przy nabrzeżu. Pomyślałem, że przynajmniej zagadam do człowieka.

Haitańskie malarstwo.
Twórcze skupienie.

Może jest okazja, aby poznać jednego z haitańskich malarzy, prymitywistów, których twórczość podrabia się w Dominikanie na akord. Potem trafia do turystów, jako egzotyczny souvenir. Dominikańczycy też mają własne malunki, też oddają hołd swoim natchnionym pejzażystom. Ale to Haitańczycy urodzili się, by malować, by w ogóle tworzyć, bo Haiti to niepojęty kraj twórców!

Na ich talencie poznał się w 1943 roku Amerykanin, Dewitt Peters. Przyjechał na wyspę, aby uczyć angielskiego. Po godzinach hulał rowerem po okolicznych wioskach i patrzył, jak ludzie żyją. Tak odkrył prymitywistów. Niektórzy malowali kurzym piórem, bo nie stać ich było na więcej. Jednak malowanie szło im tak dobrze, że spodobało się w Nowym Jorku! Dewitt Peters założył Centrum Sztuki w Port-au-Prince i haitańskie malarstwo trafiło do świata…

Las Terrenas, rozmowa o zombie.
Nazwiemy go Profesorem…
Malarza złe spojrzenie

Co señor maluje? – zagaiłem niezbyt wymyślnie.

Wystarczyło zerknąć. Naiwne pagórki, naiwna łąka, naiwny kwiat przy kwiecie, szaleństwo barw. Nie odpowiedział, tylko przekręcił się wolno w moją stronę, wrzucił pędzel do kubka z wodą i uniósł głowę. Wtedy jednym rozmytym spojrzeniem sprawił, że struchlałem. Wpatrywał się we mnie dobrych kilka sekund, nim cokolwiek powiedział. Oto masz chłopie Haiti, jak na dłoni; Haiti, jakiego ci było trzeba? Pułapka. To już nie malarz, to bokor. Taki nie rozpieszcza swych ofiar. To spec od czarnej abrakadabry, od wudu, tego gorszego, diabelskiego, bo jest też wudu dobrze rokujące, choć nie tym razem. Byłem bezsilny. Czekała mnie… „wiza do zombiestanu”.

„Nie rozumiem zbyt dobrze, co do mnie mówisz po dominikańsku” – wycedził te słowa mozolnie po angielsku, z ciężkim, jak walec akcentem – „I am Haitian…

Pomyślał, że jestem Jankesem, bo prędzej odezwałby się po francusku. Pewnie szacował już, czy dawka proszku, jaki trzymał we fiolce na dnie kieszeni zmieni „Amerykanina” w przykładnego żywego trupa. Zamiast wyrywać stamtąd byle dalej, co pewnie skończyłoby się tak, jak w sennych koszmarach biegiem w krochmalu, rzuciłem dziwnymi pytaniami. Po kreolsku pan mówi? Jest pan z Port-au-Prince, albo z Gonaïves, czy może z północy, z Cap-Haïtien?

Po co pytałem o kreolski? Ile umiem powiedzieć tym języku: dziękuję, proszę, przepraszam? Chyba zagrożenie zmienia człowieka w kompetentnego wariata. Bokor zareagował ochrypłym śmiechem. Tak lepiej. Wolałem upalonego marychą Johna Lee Hookera, albo Muddy Watersa. Rozluźniłem się, choć nadal nie wiedziałem, co mnie czeka…

Haitańczyk, Polak – dwa bratanki

„Mówię po kreolsku, to prawda. Jestem z Port-au-Prince, to prawda.” – kontynuował po angielsku.

Francuski też znał. Przyszło mi do głowy, że tym wybuchem wesołości nagrodził mnie za jakąś wiedzę. Ten „amerykański turysta”, wie cokolwiek o Haiti. Może to mnie uratowało. W każdy razie, zaczęliśmy po ludzku rozmawiać. Kiedy zdradziłem skąd jestem, ożywił się, co wprawiło mnie w zdumienie. Zeszliśmy na temat Polaków walczących w oddziałach napoleońskich na San Domingo w XIX w.!

Było tak, że Bonaparte wysłał polskich wiarusów na Antyle, aby pomogli stłumić powstanie Czarnych w zamorskiej kolonii. Ponoć wielu z naszych odrzuciło zaborczą, napoleońską wizję. Wybrali walkę o wolność po stronie Czarnych powstańców. Ten romantyzm uratował ich od niechybnej egzekucji, jaka później spotkała przegranych. Postawa Polaków na tyle spodobała się wielkiemu wygranemu Jean-Jacques Dessalines’owi, że nadał im specjalne prawa w ogłoszonej przez siebie konstytucji.

Bitwa na San Domingo (obraz z 1845 r.), January Suchodolski
January Suchodolski, „Bitwa na San Domingo” (obraz z 1845 r.)

Polacy zyskali swobodę osiedlania się na terenach nowo powstałego państwa. Część opuściła wyspę, bo nie służył im zabójczy klimat. Inni znieśli trudy tropików i skorzystali z nadanej swobody. Ich potomkowie żyją skromnie do dziś w haitańskim interiorze; mają ciemną skórę, ale błękitne oczy, rysy jakby bardziej słowiańskie. Co więcej, są świadomi swego pochodzenia.

Mnie natomiast trafił się ktoś więcej, niż malarz-prymitywista, ten człowiek za sztalugą był kiedyś nauczycielem w swoim kraju, teraz zarabiał malowaniem. Nazwiemy go Profesorem.

Zombie są wszędzie

Kiedy dalsza rozmowa, tym razem o stosunkach dominikańsko-haitańskich zaczęła tracić impet, uznałem, że chyba już czas, aby przejść do sedna moich haitańskich fascynacji i zapytać o… zombie. Respons nastąpił z grubej rury, ale chyba mnie nie zaskoczył.

„Zombie są wszędzie!„

Od razu przeniosłem umysł jakieś osiem i pół tysiąca kilometrów na wschód, gdzieś w okolice Pałacu Kultury i Nauki, przyznając rację memu rozmówcy.

„Zombie mogą być tutaj, w Las Terrenas…” – kontynuował – „Jeśli zrobisz źle swojej rodzinie, albo zrobisz źle sąsiadowi to oni sprawią, że staniesz się zombie. Wykluczą cię z wioski. Zombie nie ma wolności, nie ma wolnej woli. Zombie chce umrzeć, ale nie może. To kara…” – spojrzał na mnie i powtórzył – „To kara…”

Gdybym stał się zombie to, czy włóczyłbym się po polach, albo harował w otępieniu, jak niewolnik na czyjeś plantacji trzciny cukrowej? Czytałem o tym…

„To tylko opowieści. Na trzcinowym polu w Dominikanie, czy poza nim spotkasz żywych Haitańczyków i daleko im do zombie. Choć ich wygląd mówi co innego…” – na moment zawiesił głos.

Miał na myśli los bateyes, robotnicze kolonie, położone blisko plantacji trzciny cukrowej, gdzie mieszkają głównie haitańscy macheteros, pracujący przy zbiorach. Przebywają tam również całe haitańskie rodziny, zmieniając te miejsca, często bez zaplecza sanitarnego, w osiedla ludzkiej nędzy. Widywałem los bateyes w różnych częściach Dominikany, sprawiały przygnębiające wrażenie, szczególnie poza sezonem, gdy brakowało pracy, a robotnicy musieli przetrwać do kolejnych żniw.

Śmierć jest dopiero początkiem…

Kiedy Profesor wrócił do rozmowy, podjął nowy, intrygujący wątek, jakby wyczuwając moje intencje.

„Chodzi o to, że w Haiti ludzie nie boją samych zombie, za to boją się nimi stać. Rozumiesz? Nie jest straszna śmierć. Tylko to, co może nastąpić później. To jakby strach, że nie umrzesz… do końca. Takie jest Haiti.”

Od razu nawiązałem tu do znanego w świecie przypadku „żywego trupa”, dokładnie made in Haiti.

A ten „wasz” człowiek, Narcisse jak mu tam, ten którego BBC przyjechało kiedyś filmować – czy on miał szczęście? Po prawie dwudziestu latach od własnego pogrzebu wrócił do rodzinnej wioski…

Profesor kojarzył, o czym mówię.

„Ten miał szczęście, bo uciekł…” – podsumował.

Uciekł? Przed czym? Uciekł skąd? Poza tym, jak to możliwe, że ucieka ktoś, kto nie żyje, kto ma leżeć w grobie, bo taka jest kolej rzeczy. Jeśli już, to przed śmiercią mógł uciec i to dawno temu. Niekoniecznie z własnej woli. Lecz tylko dlatego, że ktoś inny tego chciał. I pomógł mu „nie do końca umrzeć”? – zasugerowałem.

Nastało dłuższe milczenie.

Odpowiesz za „proszek zombie”

„Bo widzisz, w Haiti mówi się o dobrym i złym wudu…” – zaczął mój niezwykły rozmówca – „a złe wudu przyciąga złych kapłanów. I mówi się, że kapłan od złego wudu robi czasem coś z ludźmi…

Zombifikuje ich?

„Tak mówią…”

Sam wybiera ofiary, czy dostaje zlecenie?

„Czasem mu się płaci, aby się kimś zajął…”

Obecnie takie skrajne praktyki powiązane z haitańskim folklorem uznawane są formalnie za przestępstwo. Artykuł 246 kodeksu karnego Republiki Haiti traktuje o czynie kryminalnym, jakim jest otrucie innej osoby w celu pozbawienia jej życia. Przy czym, artykuł ten jakby rozróżnia dwa rodzaje skutków działania trucizn. Najpierw, przez otrucie rozumie się świadome podanie ofierze w jakikolwiek sposób, jakiejkolwiek substancji trującej, co w konsekwencji może prowadzić do zgonu. W drugim przypadku, sprawy znacznie się komplikują, gdyż „pozorny zgon” ofiary może okazać się jedynie… początkową, a nie ostateczną konsekwencją otrucia. Jak miał powiedzieć kapłan Lucien Celine w filmie „Wąż i tęcza” Wesa Cravena – „Whatever happens, death is not the end”.

Dla lepszego efektu warto przytoczyć odpowiedni fragment Artykułu 246 w oryginale. „Si, par suite de cet état léthargique, la personne a été inhumée, l’attentat sera qualifié d’assassinat.” Wystarczy minimalne skupienie, bez znajomości języka, aby z tego ciągu francuszczyzny wyłowić coś, na kształt słowa „letarg”, albo dokładnie letargiczny (léthargique), co już jest osobliwością samą w sobie. Jeśli więc z powodu tego letargu osoba zostanie pogrzebana, czyn będzie klasyfikowany, jako morderstwo. W zasadzie ten artykuł bije prosto w zombifikację. Powtarzając za Profesorem – „takie jest Haiti”.

Dziwne lekarstwa

A co takiego tamten aplikuje ofiarom, że potem chodzą tym swoim słynnym krokiem, całkiem zamroczeni, bez celu, bez świadomości? Serwuje im koktajl z narkotyków? A może dostają ten legendarny zombie powder, proszek zombie?

'The Zombies' by Hector Hyppolite
„Zombies”, autorstwa haitańskiego malarza Hectora Hyppolite’a.

„To są amerykańskie filmy, człowieku!” – odparł niby obruszony.

Ale ta historia z proszkiem jest ciągle na topie, trzeba przyznać, działa na wyobraźnię! A proszek sam w sobie, też działa, jak to z nim jest? Istnieje, czy nie? – trochę naciskałem.

„Mówią, że po Haiti krążyły od zawsze dziwne lekarstwa…

Czyżby takie „lekarstwo” zażył ten Narcisse? I zniknął? Gdzie bywał przez tyle lat? Mógł przecież obejść całe Haiti ze sto razy, zajrzeć do każdej chałupy, w każdej wiosce… Co się z nim działo?

„Nie mam pojęcia, my friend. Ale to mogło być złe wudu. To było złe wudu!

Na koniec spytałem Profesora, czy sam jest praktykującym wuduistą?

„Tak, to religia mego narodu. W Dominikanie mieszka wielu Haitańczyków, tutaj także praktykujemy…

Trochę niepoważnie, ale jednak zaryzykowałem, dopytując jaki „kolor” ma to wudu – jest białe, czy czarne? Spojrzał na mnie tak, jak przed dwoma godzinami, potrzymał w niepewności przez złowróżbną chwilę i wreszcie wyszczerzył zęby w uśmiechu.

„Chciałbym jeszcze dokończyć ten obraz, więc może pogadamy wieczorem…?”

Nie potrafię przypomnieć sobie, co robiłem tamtego wieczoru…

Haitański malarza, Las Terrenas, Dominikana.
Malowanie pewną ręką…

Bejsbolowy narybek

Spotkałem w Santo Domingo dziarskiego i obrotnego człowieka, który własnym sumptem zbudował i rozkręcił „profesjonalną podwórkową” ligę bejsbola. Pozbierał z ulic szwendające się wyrostki, zorganizował im kije, rękawice oraz resztę ekwipunku, rozdał stylowe t-shirty, wymyślił logo dla swego dream teamu a każdemu wychowankowi twardo i jasno wyklarował, że jeśli mają się obijać, to będą to robić w grze – dosłownie! I chyba udało mu się młokosów przekonać. Niejeden „kijbolista” z polskiego osiedla mógłby się tęgo zdziwić, widząc czemu faktycznie służy bejsbolowa pała.

Te zdjęcia to gdzie wykorzystasz? – spytał mnie niski i krępy Mulat, poprawiając swą bejsbolówkę. Siedzieliśmy na zużytej murawie boiska w Centro Olímpico Juan Pablo Duarte. Odpowiedziałem mu, że zbieram materiał do reportażu o „normalnym” życiu Dominikańczyków, dodając iż bejsbol wydaje mi się być jego ważną częścią.

Skoro żółtodziobom, których tu widzisz chce się grać, to znaczy, że coś jest na rzeczy – zamyślił się przez moment i dokończył. Tak, gramy w bejsbol i gramy dobrze. Widzisz tego pałkarza, o tam? – wskazał dzieciaka, gotowego uderzyć piłkę. Jak myślisz, ile ma lat?

Z dziesięć to ma… – próbowałem zgadnąć.

Osiem! – poprawił mnie mój rozmówca. Ma osiem lat i myśli, że pewnego dnia stanie się wielkim. Musi tak myśleć. Bo jeśli grasz tylko dla samej gry to jasne, że od czasu do czasu wygrasz ale… we własnym rewirze. Ale jeśli myślisz, że jesteś w stanie zmienić swoje życie, to tak się stanie, światła areny zapalą się dla ciebie. Zabłyśniesz!

Czy señor jest jego ojcem? – spytałem mimochodem

Nie. Chociaż mógłbym powiedzieć, że jestem ojcem ich wszystkich. Za to, jestem ich trenerem. Nazywam się Miguel! – powiedziawszy to z dumą rozciągnął przede mną swą czarną, sportową koszulę, abym mógł dobrze zobaczyć logo teamu. A potem dodał – Jeśli napiszesz coś o bejsbolu, to dopisz tam, że potrzebujemy sponsora…

I zaczął wydzierać się na jednego ze swych „kaczorów”. Miał, trzeba mu przyznać, stanowczy charakter. Do tego był prostolinijny. Trochę przypominał mi w sposobie zachowania trenera piłkarzy Franciszka Smudę. No i na co się gapisz? Na piłkę się patrz, jak leci, a nie na drzewo! No gdzie ta piłka? Straciłeś ją, tak jest – stra-ci-łeś!

Señor Miguel, ile pan potrzebuje? – nawiązałem do tego „sponsora”.

Każde peso byłoby mile widziane… – odparł zachrypniętym głosem – Problem w tym, no wiesz, że my potrzebujemy… pesos.

Chciał się dowiedzieć, skąd przyjechałem. Gdy mu wyjaśniłem, spytał czy bejsbol jest w Polsce popularny.

Nie, szczerze mówiąc, prawie nie znamy tej gry – wyznałem.

Za to futbol to pewnie znacie?

Kiwnąłem głową.

Tutaj, amigo, tutaj baseball… znaczy COŚ…

Najpierw podwórko, potem bejsbolowa akademia i w końcu Stany…

Raczej trudno zignorować bejsbol w tym latynoskim kraju. Sam, wolno bo wolno, ale nabieram przekonania do tej gry. Jest krzepiącą karmą Dominikańczyków. I senior, i junior w wysłużonych bejsbolówkach na głowach, z dzikim zapałem obejrzą każdy mecz. Czy to na wielkim, rozświetlonym Estadio Quisqueya w Santo Domingo, wypełnionych arenach w Santiago, albo San Pedro de Macoris, czy na wytartym poletku w kształcie diamentu w biednej dzielnicy, albo na wsi. Czy zwyczajnie, w huczącym telewizorze, wystawionym przed chałupę, w knajpie za rogiem, albo na stacji benzynowej.

A jest co oglądać! I to praktycznie non-stop. Kiedy miejscowi giganci po zabójczych styczniowych finałach kończą rozgrywki, zyskują zasłużoną sportową sjestę. Muszą zregenerować siły, ale i przeczekać: najpierw porę deszczową a później sezon upałów i huraganów. Jednak wtedy za kije chwytają zawodowcy ze Stanów Zjednoczonych. Świeże uniformy i wypolerowane rękawice zakładają Jankesi. Staruje tzw. Major League Baseball. A w niej mocno wyróżniającą się grupę Latynosów niezmiennie tworzą znakomici gracze z Dominikany. No to, jak im nie kibicować przed TV?

Dominikana, zresztą podobnie, jak i rozwijająca się w konkurencyjnym tempie na „bejsbolowym polu” Wenezuela zyskują sporą przewagę w treningach i w „produkcji” zdolnych zawodników. A ci, zarówno profesjonaliści, jaki i niepoliczalni amatorzy od wyrostków poczynając, mogą się niestrudzenie szkolić w wybijaniu i chwytaniu piłki praktycznie przez okrągły rok na świeżym powietrzu. Na wyniki nie trzeba długo czekać. Tym bardziej, że sprytni menedżerowie czołowych amerykańskich klubów latają do Dominikany na regularne „polowania” i nie wracają bez zdobytych „głów”.

Klimat tropikalnej wyspy wykorzystują również spece od zakładania bejsbolowych akademii, z roku na rok coraz intensywniej. W nich ma się rozwijać i kształcić narybek dla amerykańskich teamów, takich jak New York Yankees, czy Boston Red Sox. Niewykluczone, że każda drużyna z MLB zyska swój dominikański przyczółek. Na terenie kraju funkcjonuje wiele akademii, gdzie pod okiem wymagających coachów uczą się fachu, być może, następne gwiazdy największej ligi bejsbola.

Akademie dają możliwość wybicia się młodym talentom z Dominikany, jednak nic za darmo. Ulgi w treningach nie obowiązują. Adepci przechodzą podobno koszmarną zaprawę. Do samej akademii też niełatwo jest trafić. Najpierw trzeba „coś pokazać na podwórku”. I nad tym czuwał, między innymi, señor Miguel…

no images were found

Ferajna Samuela

Louis ruchem głowy wskazuje na Coqa, wiadomo od razu, że dobrze się znają, widzisz tego tu, skończył w Haiti wszystkie klasy, w domu miał książek potąd, literatura i polityka to on, i Biblię mówi z pamięci, a popatrz, co robi teraz, lody na ulicy sprzedaje. Nie wadzi mi to, no pwoblem, wzbrania się Coq, i sprawia wrażenie, jakby nie pierwszy raz się wzbraniał, z Bogiem dam radę, i unosząc dłoń punktuje niebo, z Bogiem idę właściwą drogą. A robiłbyś to samo u siebie, gdyby to było możliwe? To nie możliwe, w tym rzecz, my pwend, ale takie życie, godzi się i skubie ochłap gąbczastej bułki z niczym…

W Santo Domingo jest prawie południe, zbyt długo stoimy w spiekocie, i w porażającej kakofonii dźwięków, idących zewsząd. Gonimy do cienia i ciszy, co ledwo nam się udaje, siadamy. Ja, to bym dalej uczył w Port-au-Prince, ciągnie Louis, tak jak uczyłem zanim zatrzęsło, studiowałem matematykę eksperymentalną, było dla mnie miejsce szkole, a teraz szkoły nie ma…

Biorę instynktownie aparat, jedno, góra dwa i basta, ale nie chcą zdjęć, to ja nie naciskam. A ci droczą się, bo potem dasz te fotki Amerykanom a oni potrafią szybko myśleć i zaraz zechcą nas „adoptować”, my wiemy, są to ludzie very intelligent. Pojąłem tę gorzką ironię…

To ja wam coś pokażę, tu spójrzcie, i zgodnie obaj nachylają się i patrzą przez me ramię w ekran aparatu. To wasi młodsi kumple, pewnie młodsi ze trzy razy. Jasne, to przecież haitańskie dzieciaki, bidule pewnie, zadumał się Louis, jakby dojrzał swych podopiecznych z dawnej szkoły, ano haitańskie, wtóruję mu, a z nimi jeden dominikański wyrostek, Mulat. Na oko, zgrana ferajna z ulicy, bo tam ich poznałem, kawał miasta stąd, jak śmigały chmarą między wozami w korku, dręcząc szoferów kawałkiem upstrzonej tektury. Za groszem goniły, ze „sztuką” do ludzi, z „malarstwem naiwnym”, łapserdaki jedne, i jakoś bawiły się przy tym, grając swej marnej doli na nosie.

W końcu i mnie, pieszego, namierzyły i dopadły. Dowodził „marszandami” Samuel, i tylko on się przedstawił, reszta się wykręcała bo tak im doradził mały Dominikańczyk, i tak już zostało. Na zdjęcia przystały chętnie lecz bezimiennie, od razu załapałem dlaczego, a tu i teraz, przy Louisie i Coqu zrozumiałem to dobitnie…

I gdzie jest ich przyszłość, gdzie dorosną, który kraj da im żyć po ludzku, w którym kraju wspominać będą własną ojczyznę albo o niej marzyć, zwracam się z tym do Louisa, nauczyciela i poruszyłem też Coqa bo ten kręci się, jakby miał już odpowiedź ale nie zaczyna, jeszcze milczy, i czy tę przyszłość da nowy prezydent, i to każdemu Haitańczykowi młodemu i leciwemu, po wyborach? Kto może zrobić lepiej w Haiti? To pytanie się zadaje, bo innego nie ma, bo gorzej już być nie może. Haitański pisarz wieszczył ponad pół wieku temu, że „przyjdzie czas, kiedy naród chrześcijański ssać będzie własne palce, a psy, szukając pożywienia będą się wdrapywać na kokosowe palmy”.(1)

Czy to się dzieje już, czy tak się działo zawsze, czy po czasach złych nastały gorsze?

Louis i Coq potwierdzają to, jeden po drugim ale obaj jakoś bez przekonania. Natychmiast, na tę ich niby pewność zachodzi cień wahania, jakże ludzkiego przecież, jakby miała się w nim wybić pierwotna nadzieja, jej pokład rezerwowy, nie do naruszenia, za to do użycia w przypadkach… właśnie beznadziejnych. Louis i Coq, jakby nie chcieli mieć racji, bo trzyma ich swego rodzaju siła, może trwania, widać że z trudem przychodzi im to wyrazić, ale w końcu wyrażają to. Tak, gorzej już być nie może…

Lecz ja im nie bardzo wierzę bo ten sam wieszcz, który wcześniej wizję nieuchronnego nakreślił, on właśnie, i niezbicie musi to Haitańczyków cechować, daje za moment od nieuchronnego wytchnąć bo tym razem pisze, iż „lud haitańskiej ziemi rzucał wezwanie przeciwnością losu, pracował dla piękniejszych plonów i śpiewem obwieszczał nieustannie zwycięstwo życia nad śmiercią”.(1)

Louis, nauczyciel na przymusowym wygnaniu za chlebem, bez szkoły, którą mógłby wesprzeć i bez klasy, jaką mógłby wychować, słowem bez możliwości pracy dla plonów, ten wrażliwy, jak się okazuje człowiek, patrzy na zdjęcia zrobione dzieciakom, które smutek tu mieszają z radością i chce wierzyć, że i dla nich nadejdzie łagodna przyszłość ale od razu też z żalem wyznaje, iż może ona nastać zbyt późno…

Prawie dwudziestu kandydatów i wy nie macie na kogo postawić, pytam swych rozmówców, nieświadomie nieco szorstko, jakbym ich ganił, ale Louis i Coq mówią, że nie typują, bo nie wiedzą, jak typować, aby to miało sens, i teraz wyczuwam, że nie bierność przez nich przemawia a zagubienie bardziej. I to, co sportretował literat, patrząc przed laty na swą niespokojną krainę, dziś zachodzi ponownie z uderzającym podobieństwem. „W mieście kipiało niby w przededniu wielkich wydarzeń. Ludzie byli zgnębieni, spoglądali na siebie pytająco, usiłowali zorientować się, skąd wieje wiatr. […] Będą nowe wybory, a w czasie kampanii przedwyborczej każdy zechce mieć własnego posła, senatora, prezydenta. Każdy zechce znaleźć się po stronie tych, którzy wygrają, i zdobyć dla siebie miejsce przy patelni”.(1)

To nie może być znowu René Préval, tak uważają Louis i Coq, kto inny byle nie on, co do tego są zgodni, jakże stanowczy, jednakowo rozczarowani. Prévala na liście kandydatów nie ma. Jest tam za to nazwisko z nim powiązane, Jude Célestin, i oni wiedzą, że taki ktoś istnieje lecz chodzi im o tego, który „użycza” Célestinowi pleców, o Prévala właśnie, to jego rozliczają, jego sądzą, i wreszcie jemu „dziękują”, i chcą już zamknąć te liche lata jego kadencji, i zapomnieć. Prezydent to musi być ktoś dobry dla Haiti, tyle.

Tak proste, że i dzieciaki potrafią to wyczuć i powiedzieć, nie powtórzyć, powiedzieć, od siebie…

I wtedy Coqa poniosło, rozłożył ramiona, jak kaznodzieja natchniony, oczy wymownie przymknął, teatralną pauzę zrobił po czym w fanatycznym niemal uniesieniu, rzucił, że Bóg by chciał i ja też, aby to był Aristide, Jean-Bertrand Aristide, on znał Haiti, i biedę rozumiał, i głośno o niej mówił, Haiti go dzisiaj potrzebuje, tu wyciągnął dość rozpaczliwie. No właśnie, wtrącam się, tyle, że mówisz o przeszłości Coq, a Haiti ma już jej dość, bo Aristide wtedy mówił, wtedy krzywdy i bezprawie piętnował, ubóstwo i niesprawiedliwość wytykał, a ściślej, kazania prawił, bo ludziom dał się poznać, jako katolicki ksiądz, salezjanin, nieprawdaż, ale to było wtedy Coq. Dwadzieścia lat temu z okładem po raz pierwszy biedny, haitański lud słuchał tych jego kazań, i wyszedł na ulice i fakt, przepędził Dzidzię Doktorka z Haiti, bo jeśli źle się w kraju dzieje a głos z ambony w bożym przybytku podnosi się szczerze i z odwagą, to lud głos ten usłyszy, i lud za tym głosem pójdzie…

I pod koniec Anno Domini 1990, roku który dla odmiany rzeczywiście mógł być pański, Haiti niemal w całości żarliwie zaszło do urn wyborczych, aby wolny głos oddać, bo miało na kogo, bo wreszcie mogło, po dekadach epoki Duvalierów, monstrualnych prezydentur à vie, w sensie dożywotnich dyktatur, i po kilku następnych latach ponurego interregnum, czyli rządów zakapiorskiej generalicji po uszy upapranej kokainą płynącą tranzytem przez kraj, tu jak najbardziej, masz rację Coq, była to próba demokracji, i nie najgorzej wówczas wypadła, Haiti dotknęło wolności po prawie dwustu latach istnienia państwa…

Ale nie każdemu widziało się z demokracją eksperymentować i nowe Haiti popierać, na Karaibach równie mocno się kocha, jak i nienawidzi, i nie każdy Aristide’a pokochał, a na pewno nie pokochali go wojskowi i szybko zgotowali regionalną specjalność, coup d’état, zamach stanu, powrócił zatem stary wykolejony schemat przejmowania władzy gwałtem: prezydent wybrany, prezydent obalony, prezydent wygnany. Do Pałacu Narodowego wjechała junta a Aristide zdążył spakować tyle walizek, że starczyło mu to na ucieczkę do USA, w roku ’91. Mógł sobie jeszcze pozwolić na przelot samolotem, ale biedni, zapatrzeni w niego wówczas Haitańczycy, latać nie mieli za co, a nie chcieli zostać sami w kraju znowu brutalnie „przewróconym”, tylko być ze swoim prezydentem, którego legalnie wybrali, to pozostało im morze, aby za nim popłynąć czyli przeprawa po Golfsztromie, i magiczne do pokonania mile na przeładowanych łodziach, jak to przeważnie bywa.

I The Little Haiti, na Florydzie, w Nowym Jorku, czy gdzie tam jeszcze regularnie zaczęło się rozrastać, przez co przestało być tak całkiem little, co z Białego Domu w efekcie przyuważył Bill, prezydent, Clinton. A łatwo mu wtedy nie szło, bo mówimy o roku ’94, gdy pan, po godzinach saksofonista, miał już na karku zeszłoroczne fiasko w Somalii, bieżące zaniechania ruandyjskie i teraz nowy dylemat haitański: oni chcą go tam, w sensie Haitańczycy chcą Aristide’a u siebie a my nie chcemy ich tutaj, w sensie, nie w takiej ilości, never. Ogień zwalcza się ogniem, złożył więc Clinton propozycje nie do odrzucenia swoim soldiers, i wysłał chłopaków do karaibskiej „piekielnej dziury”, niech dobrzy wojskowi przepędzą złych wojskowych, niech wmontują prezydenta do fotela, z którego go wypchnięto, i niech tam będzie spokój i demokracja, goddamn. Zadanie wykonano, jak trzeba a nawet lepiej bo zawczasu zadziałała dyplomacja, junta zmiękła i w sumie planowana operacja bojowa zmieniła status na operację pokojową. Grunt zatem przygotowano i Aristide do Haiti ku radości rozkochanej w nim gawiedzi wrócił.

Również i my Polacy możemy to wspominać, bo ekipę US troops wpierali wtedy i nasi elitarni, spadając na Haiti, jak GROM z jasnego nieba, a pamiętamy to, bo młody w owym czasie Tomasz, korespondent, Lis, doleciał tam z Waszyngtonu i chodził przed kamerą po śmieciach Port-au-Prince, tłumacząc, co i jak, raportując o rzeczy stanie, to było egzotyczne, to Haiti w telewizorze po polsku, jak sam pamiętam, i bardzo mi w głowie zamieszało, i na inny świat oczy otworzyło.

I znowu się z tobą zgodzę, Coq, że Aristide kadencję swą burzliwie przerwaną po bożemu dociągnął do końca, już bez oporów po demokratycznemu rządził i po takiemu też władzę, w kolejnych prezydenckich wyborach przekazał, notabene René Prévalowi, w roku ’96. A jeszcze wcześniej, jak tylko dotarł z USA do swego odzyskanego gabinetu, do żywego dopiekł mundurowym puczystom bo regularną armię rozwiązać polecił, co potem miało się to na nim zemścić…

Tymczasem Préval zmiany obiecywał i kaskadę reform proponował, i wdrażać je próbował a młodzi jeszcze, przyszli rodzice tych tu dzieciaków, ze swymi rodzicami żyli, i na pewno wierzyć chcieli, że będzie lepiej, i bez przemocy…

Nowy gospodarz bielusieńkiego Palais National w Port-au-Prince osiągnął coś, czego w dziejach politycznych zawirowań Haiti, dokonał zaledwie jeden z jego nieprzebranych poprzedników: kierował swoim państwem przez pełne pięć lat i nikt go z fotela, w żaden sposób, nie wysiudał, słowem kadencja wygasła w sposób naturalny, i to na pewno triumf znamienny. Inne działania konstruktywne również zachodziły, Haiti się z wolna podnosiło, bo jak było ekonomicznie padnięte po Duvalierze, tak przeleżało przez Aristide’a i tak leżało wciąż.

Préval diagnozował i operował, również reanimował a pomocy szukał na zewnątrz, wreszcie wpuścił do kraju Międzynarodowy Fundusz Walutowy z jego ideami, i tak się w tym zagalopował, że opozycja nie wytrzymała i stanęła okoniem. I wtedy względna polityczna stabilność została zachwiana i kraj ponownie pogrążył się w kryzysie, bo strach Zachodu, że reformy staną, bo dymisje kluczowych person w rządzie, bo stop pomocowej forsie, bo widmo zamieszek na ulicach. I tak oto historia rozpoczyna swój bieg po kolejnym, zrazu wypaczonym kole, a nieszczęśliwy naród konsekwentnie brnie w… kołowaciznę.

Patrzył na to niezaspokojony w rządzeniu Jean-Bertrand Aristide i gotował się do swej drugiej w życiu kadencji bo chciał do władzy po Prévalu wrócić i robił wszystko, aby tak się stało w roku 2001, i powiadają, szedł nawet po trupach, i nie jako Baron Samedi, loa voodoo, władca cmentarza, lecz, jako „pan duchów”, zwanych Chimères, tych ze slumsów Port-au-Prince, duchów dobrze uzbrojonych i mocno mu oddanych. I jak zaplanował, tak do władzy Aristide doszedł, on, i jego partia-rodzina Fanmi Lavalas, zdobywając niemal wszystko, co było w kraju do zdobycia w czasie wyborów prezydenckich i parlamentarnych, czym od razu zajęli się rozjuszeni przeciwnicy, w większości zamożni Haitańczycy, ostro negując legalność politycznej gry prezydenta elekta. Ten jednak, podobnie jak dziesięć lat wcześniej, wszedł do Pałacu, aby urządzić państwo na swoją modłę…

I ja obstawiam, Coq, że ktoś wówczas pomyślał i spytał, jaka przyszłość czeka dzieciaki, które właśnie na świat przyszły, jeden był pewien, że będzie dobrze, inny ręką machnął, wiedząc, że będzie źle, ktoś wiedział, Coq, wiedział bo umiał spojrzeć wstecz…

Pobita, tak czy inaczej, opozycja, na amen jednak niepogodzona z przegraną bo przeświadczona o notorycznych przestępstwach w czasie groteskowej kampanii wyborczej i o defraudacjach w czasie samych wyborów, opozycja zdeterminowana, aby swoje wywalczyć albo swoje utrzymać, ruszyła do boju. Szybko też znalazła wsparcie i militarne zaplecze u byłych wojskowych i członków szwadronów śmierci, którym Aristide przed laty „profilaktycznie” rozwiązał umowy o pracę. Wielu z ich zaszyło się w sąsiedniej Dominikanie, bynajmniej z powodu od dawna wyczekiwanych wakacji. Nadszedł czas rewanżu, a czego się spodziewałeś, Coq. Jeśli były szef policji z czasów dyktatury łączy siły z gangsterem i szefem ulicznej Armii Kanibali, i obaj nie żywią krzty miłości do prezydenta, i sprzyjają temu lokalne media prywatne, bo są to media opozycji, a jeszcze administracji W. w szerokim kraju na północy jest to na rękę, to mamy rebelię i jej finał pod Narodowym Pałacem.

To jasne, Coq, jak karaibskie niebo, że Clinton widział Haiti Aristide’a inaczej, niż Bush junior, chociaż patrzyli z tej samej odległości, Ameryki nie odkryłeś, amigo. Ale zauważ Coq, potem wszystko się zmienia i natura czasu prezydenckich emerytur sprzyja wspólnemu spojrzeniu na problemy, może i na przeszłość, nawet w takich egzotycznych stronach, jak Haiti właśnie, i to w ramię w ramię, na żywo, bo przecież „dwaj ex”, po styczniowym trzęsieniu zjawili się tam w duecie, i z bliska ujrzeli ten zmordowany kawał Hispanioli, który tak kiedyś doglądali, po swojemu. Wszędobylska kamera na coś się przydała i w samą porę zarejestrowała moment, w którym Bush, wita się z Haitańczykami w tłumie, ściska im przyjacielsko grabule lecz wtem odruchowo cofa swą dłoń i wyciera, pewnie od potu zwilgotniałą, w… koszulę Clintona. Może i to natręctwo, ale tu wypadło dość symbolicznie, trzeba przyznać…

A Kanibale już tam czekają, pod Pałac dotarli, wokół grzmi agresywny rap, a oni wyją i wymachują orężem, maczetami, pałkami, karabinami i czym tam jeszcze, są głodni, dość pijani i na haju, chcą ciała i krwi, to ich natura, zaspokoić pierwotny instynkt, dać ujście żądzy zabijania, lecz nie atakują, tylko na razie tańczą, rytualnie, jak przed bitwą, bo nawet ludożercy respektują ultimatum. Aristide nie ma wyjścia, poza jednym jedynym, już kiedyś zresztą przećwiczonym – opuścić kraj w trybie natychmiastowym. I oto chodzi tym, którzy ultimatum postawili, tego chcą, niech persona non grata wyjedzie a ludzie odetchną i „pokój” wróci na ulice, potem przyjdzie go jedynie „obserwować”, inaczej krew się poleje a kraj zejdzie na psy, i nie tylko na czarne, jak za Tatka Doktorka Duvaliera.

Prezydent żądanie spełnia i żegna się z Haiti, na razie na sześć lat, Coq, a nawet na sześć i pół. Pokonany ucieka pod eskortą. Przed nim przymusowa podróż na wygnanie, już druga w jego życiu, tym razem potrwa o wiele dłużej, bo zaprowadzi go aż do kraju przodków, do Afryki, osiądzie na jej obrzeżach, w RPA, tam ustąpi z urzędu, tam poprosi o azyl i go otrzyma, w tym samym roku 2004.

I wtedy też, może i dziadkowie, może i rodzice tych tutaj dzieciaków cicho żegnali wygnańca, prezydenta swego, a może i oni również nie kryli rozczarowania, mając zwyczajnie dosyć jego nieudolnych rządów…

Nastał totalny chaos, Coq, dwa lata później, w roku 2006 byłem w Haiti. Kraj ten wciąż nie posiadał trwałej, kompetentnej władzy i po kolejnym okresie bezkrólewia, i bezprawia, szykował się na bardzo zwolnionych obrotach do nowych wyborów. Ale wreszcie Haitańczycy poszli do urn i zagłosowali, i znowu wybrali René Prévala, zaufali mu raz jeszcze. Dzisiaj wy nie chcecie go już widzieć u władzy, Coq, a ty z Boga pomocą przywołujesz Aristida z RPA. To obłęd i desperacja, amigo, i chyba mało poważne. Jak świeżo miniony pomysł Wyclefa Jeana na kandydowanie…

Ale Wyclef za to rozumie dzieci, dodał swoje Louis, pan do tej pory milczący, od politycznych żarów stroniący, pan sytuację łagodzący, bo był taki, jak one, i w podobnych warunkach dorastał, i dzisiaj wie, że przyszłość w Haiti nadal nie jest pewna.

Ale czy ta wiedza wystarczy, aby prezydentem być i myśleć o przyszłości, o losie tych tutaj oberwańców z ferajny Samuela, pytam Louisa. Ten odpowiada, nie wystarczy…


(1) Wszystkie cytowane w powyższym tekście fragmenty – „pisane kursywą w cudzysłowach” – pochodzą z powieści Jacques Stephen Alexis „Generał Słońce”, w tłumaczeniu Małgorzaty Hołyńskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Czytelnik w 1958 roku.

Morgan Freeman w Dominikanie

Gdy wskoczyłem do taksówki w Santo Domingo, od razu wiedziałem, skąd pochodzi jej szofer. Z Półwyspu Samaná. Zagaiłem, aby to potwierdził. Trafiłem. Półwysep uwielbiam, więc z marszu nagadałem mu o rybach, jakie tam jadłem, o półdzikich plażach, jakie tam widziałem, o przyrodzie, jaka zawróciła mi w głowie, o nieskończonych gajach palmowych, o jakby rajskich rewirach. Samaná jest zawrotnym, fotogenicznym miejscem. A jakich ludzi ma wspaniałych, przyjaznych! Samaná es muy linda, dorzucił swoje szofer, wszystko tam najpiękniejsze, amigo, również chicas, wiadomo. Samanés, czyli mieszkańców Półwyspu Samaná można często łatwo rozpoznać. Po swoistych rysach twarzy, po kolorze skóry, co mi się właśnie udało. Wielu różni się wyglądem od Dominikańczyków z innych części kraju. Bliżej im do wyspiarzy np. z Bahamów, czy innych anglojęzycznych, karaibskich wysp, lub do Afroamerykanów z południa, czy ze wschodu USA. Tak chciała historia. Konkurs na sobowtóra Morgana Freemana, tego aktora, no wiecie, wygrałby w Dominikanie na pewno ktoś z Półwyspu…

Czekał mnie powrót do Santo Domingo z El Cortecito we wschodniej Dominikanie, na wybrzeżu. Do „pętli” busów Bavaro Express jadących do stolicy chciałem dotrzeć, łapiąc pierwsze lepszemotoconcho, lecz zaraz zmieniłem plany. Szybciej zmienia się tylko pogoda w tym pokręconym kraju, był wrzesień, lunął rzęsisty deszcz.

Wezwałem hotelowego recepcjonistę, aby załatwił mi jakiś inny tani transport. Spojrzał na mnie, jak człowiek któremu niechętnie przychodzi mierzyć się z nieprzewidywalnym. Pamiętałem, że tenmuchacho miał kumpli, którzy kręcili się przy hotelu, przesiadywali tam godzinami na męskim gadaniu. Niech zadzwoni do któregoś, poprosiłem, może zechce dorobić. Złapał za komórkę. A kumpel odebrał i to nie na drugim końcu Bavaro, ale po drugiej stronie ulicy. Krył się przed ulewą, siedząc we własnej furze, naprzeciwko hotelu. Wycedził, że mnie podrzuci za trzysta pesos, co daje jakieś dwadzieścia pięć złotych. Dodał, że taka stawka obowiązuje w okolicy i nie ma czego negocjować. Wsiadłem. Szofer miał skórę połyskująca i bardzo ciemną. Gdyby nie akcent, pomyślałbym że to Haitańczyk. Lubię Haitańczyków. Ten był Dominikańczykiem z krwi i kości. Okazało się, że pochodził z północy, z Półwyspu Samaná. Mógł mieć zatem korzenie afro-amerykańskie. Stąd ta intensywna czerń skóry.

Geny afroamerykańskie płyną na Półwysep Samaná

Jakieś dwa wieki temu wielu wolnych Czarnych trafiło na Hispaniolę, emigrując z USA. Wtedy całą wyspą władał Haitańczyk Jean Pierre Boyer, przychylny Czarnym osiedleńcom. Najpierw, jako prezydent Republiki Haiti wkroczył w 1822 roku z siłami zbrojnymi do wschodniej, hiszpańskojęzyczną cześć Hispanioli, dokonując jej aneksji. Powstało jedno państwo pod banderą haitańską. Boyer sprowadził na Półwysep Samaná często całe haitańskie rodziny. Okupacja „Hiszpańskiego Santo Domingo” trwała 22 lata, zanim w 1844 roku narodziła się niepodległa Republika Dominikany.

Natomiast rezultaty relokacji byłych niewolników z USA, głównie ze wschodnich stanów, z miast takich, jak Filadelfia, czy Baltimore na obszary Haiti, w tym na Półwysep Samaná bywały różne. Ze względu na ubóstwo wyspy i niewielką zdolność administracji Boyera do tego, aby wesprzeć przybyłych imigrantów w okresie przejściowym, większość z nich dość szybko powróciła rozczarowana tam, skąd przybyła. Ci, którzy dali radę w trudnych warunkach i odnaleźli nową ojczyznę, zachowali północno-amerykańskie tradycje, również językowe. Dzisiaj potomkowie tamtych imigrantów zwani są Americanos de Samaná. Oczywiście, mówią po hiszpańsku, lecz starszyzna ponoć pamięta jeszcze dawną mowę.

Charakterystycznych samanés z „afroamerykańskimi genami” spotyka się nie tylko na Półwyspie Samaná, czego miałem dowód, zresztą nie raz.

Szofer, Ruscy i lalunie

Czarnoskóry szofer przystąpił od razu do rozmowy na dość zaskakujący temat. Zaczął rozprawiać o Rosjanach i robił to z takim naciskiem, że miałem wrażenie, iż to jego hiszpańskie Rusos znaczy – Ruscy. Pomyślałem, że nie zaszkodzi posłuchać, co ma do powiedzenia. Dużo tu u nas Ruskich, mówił. Tygodniowo cztery grube samoloty lądują z Ruskimi. Jedni idą na plażę, inni kupują domy, gdzie można. Mamy z Rosjanami kawałek granicy, wypaliłem. Jakbym chciał się podszyć pod tę ich smykałkę do interesów na miejscowym rynku nieruchomości. Wy to języki macie podobne, oznajmił szofer, można was pomylić. Pomylić? No znalazł się lingwista! Mówimy inaczej. Zresztą, Rosjanie mają całkiem inny alfabet. Odparowałem zgodnie z prawdą, lecz zupełnie bez sensu. W każdym razie, polski i rosyjski ładnie brzmią. Rosyjski może i ciut ładniej. Mógłbym jeszcze pociągnąć tę językową dysputę, ale mój elokwentny rozmówca ziewnął tak bezczelnie przeciągle, że się zacukałem. Najpierw facet rwie się do gadania a zaraz znudzony ma dość. A ja wychodzę na paplającą pierdołę.

Przez chwilę siedzieliśmy w ciszy, nawet radio nie grało, jednak nie o to chodziło, ta cisza wadziła, nie dało się tak siedzieć. Pomyślałem, że ściągnę jego uwagę czymś innym, czymś bardziej życiowym. A Rosjanki to lubią nosić krótki ciuch, mówię, pewnie coś o tym wie. No, coś tam słyszał. A jak tutaj zjeżdżają do ciepła, mówię, to po tych plażach chodzą tak, że już niczego nie noszą, pewnie widział, albo mu już donieśli. No, coś tam niby widział, ale nie za dużo. Niezłe są, mówię i mrugam okiem, i nawet nie lecą na kasę, bo tej mają po kokardę, tylko ciągle szukają romansów pod palmami, jakbym to wszystko skądś wiedział. Za to polskim chicas, dodaję, też niczego nie brakuje, też dziewuchy z fantazją, serce siada, jak biorą w obroty, co akurat wiem na pewno. Pytam, czy szofer coś wie. Nie potwierdził, ale jakby podłapał temat, zaciekawił się, i Rosjankami i Polkami, czyli zwabiłem koguta, podgrzałem go, ustawiłem w blokach startowych! A jeszcze posłuchaj tego, escucha me, amigo: my Polacy, oni Rosjanie i wy Dominikańczycy, jak jeden mąż lubimy sobie golnąć. Taka jest prawda, to nas łączy, czyż nie? Liczyłem, że się ze mną zgodzi, ale szofer nie załapał. Musiał dopytać. Czyli co, też pijecie rum, pijecie jak my? Nie, amigo, pijemy wódkę, rum też ale wódki więcej, w sensie tyle, ile wy rumu! A Rosjanie piją najwięcej wódki ze wszystkich na świecie, oceany wódki! A jak wypiją naprawdę za dużo to mają złe czerwone gęby. I dlatego rosyjskie lalunie mają ich dość, lecą do Dominikany, aby sobie lepszego chłopa znaleźć, ¿entiendes?, kapujesz? Bo Rosyjski chłop okrutnie brzydki, jak sobie golnie. A muchachos dominicanos to sami pięknisie są, gdzie nie spojrzeć, z was jakby urodzeni modele, wszędzie; na plaży, w mieście, we wsi. Krążą o was legendy, no śmiej się, amigo, śmiej.

Czy coś na ulicy sprzedajesz, czy didżejem jesteś albo barmanem, czy ludzi taksówką wozisz, albo podrzucasz ich łodzią na wyspę to przyjezdne babki od razu do was lgną. Zresztą, nic nie musisz robić, wystarczy że jesteś w pobliżu. A tamtym ledwo opalone nogi natychmiast miękną. Mówi się, że wam diabeł w oczach siedzi a prędzej o tu poniżej, że nie przestajecie, no śmiej się, amigo, śmiej. Podobno od tego słońca tak macie, od klimatu, już nauka to tłumaczy, coś tu jest w powietrzu, że wam się ciągle chce. Co więcej, wasze morenitas też się stale do was kleją. Chodzę po ulicach to widzę, a nieraz słyszę, jacy kochliwi jesteście, na werandach, na gankach, nad wodą obłapiacie się, aż miło. Gdzie tam naszym orzechom do waszych kokosów, no śmiej się, amigo, śmiej! Tyle racha-racha, ile wy tu macie w tropiku przez miesiąc w Europie by nas zabiło. O facetach mówię. Nie dalibyśmy rady, w życiu! Dlatego żeńska Europa przylatuje do was na południe po jeszcze. El béisbol y el sexo. Oto, w czym nas bijecie. Potraficie wy muchachos używać piłek. Tego wam zazdroszczą białasy w Europie, no śmiej się,amigo, śmiej!

I on to kupił, ten bałamut jeden, łyknął wszyściutko, jak młody pelikan. Do tego miał niezły ubaw, wioząc takiego brzydala, prawie Ruskiego za trzysta pesos. Jeszcze ze trzy kilometry wspólnej przejażdżki a tak połechtałbym jego „macho-ego”, że poszłoby w górę, jak balon z helem. Takie banialuki bym mu wcisnął, takie dziewoje naraił na za dwa dni, od razu z samolotu z Moscú via Varsovia, że by mnie ten szofer może i za darmo do stolicy Republiki wziął. A szoferowi, co prawda, oczy już się porządnie rozmydliły, tęgo się koleś napalił, lecz kiesy pilnował. I przy terminalu autobusowym w Bavaro wydębił od mnie te swoje pesos.

Mały terrorysta w poczekalni

Miałem więcej niż pół godziny do odjazdu. Kupiłem bilet do Santo Domingo, płacąc tyle samo, ile przed chwilą za prywatną podwózkę! Poczekalnia była pełna. Ludzie siedzieli obstawieni walizkami. Dzieciaki ganiały po kątach, piszczały, błaznowały po swojemu. Niektórzy próbowali drzemać. Inni dojadali jakąś smażeninę, ignorując zakaz spożywania tam czegokolwiek. Jej woń rozchodziła się w wilgotnej parnocie razem z wonią perfum i „krówkowym” aromatem dulce de leche. To mieszanka dość przyjemna. Jednak nie uchroniła ludzi przed innym zapachem, fatalnym, jaki wdarł nagle, niczym terrorysta. Był to, w mordę, zapach bąka. Kto go puścił? Jaki nikczemnik? Obecni w strefie skażenia przyjęli postawę obroną – to nie ja! Wtedy włączył mi się w głowie Herkules Poirot. Podjąłem dyskretne dochodzenie. Wytypowałem dwie osoby: babcię i jej wnuka o spojrzeniu wrednego makaka. Babci dałem spokój. Choćby była winna, uszłoby jej to na sucho. Babciom się daruje. Raczej zrobił to niesubordynowany małolat. Tkwiła w nim jakaś skumulowana anarchia, szukająca ujścia. Zepsuł powietrze celowo, czułem to. Wszyscy czuli. Musiałem go obwinić! Lecz nie zdążyłem. Wszyscy podróżni podnieśli się raptem i wypadli na zewnątrz, jakby po zbawcze antidotum. W sam raz podjechał autobus. Ja podniosłem się na końcu. Kto wie, czy nie z haniebnym osądem na karku?

Wybudzić Miguela, czyli falstart.

Po drodze poznałem chłopaka o imieniu Miguel, właściciela colmado, tj. sklepo–baru z mydłem i powidłem, chyba z Veron. Kogoś mi przypominał. Jakiegoś steranego pirata, może dokera, który rano pilnuje kontrabandy a wieczorem daje w mordę za kasę. W jego, kanciastej, wyrazistej twarzy było coś z Michaela Yorka oraz Micka Jaggera. Wręczył mi paczkę ciastek, podkreślając, że takie sprzedaje u siebie, na wypadek jakbym zgłodniał, kiedy on będzie spał. Bo właśnie zmierzał kłaść się spać. Nadmienił, gdzie jedzie, po co jedzie i kiedy będzie wracał. Poczułem, jakby mianował mnie stróżem swego snu. To odpowiedzialne zadanie. Coś mi jednak nie grało. Miguel powiedział, że jedzie do San Pedro de Macoris, po czym przekręcił się na bok i zasnął. Kto zasypia, kiedy zaraz ma wysiadać? Pewnie był śmiertelnie zmęczony, co mi wcześniej umknęło, łapał każdą minutę. A te mijały jedna po drugiej, czuwałem w coraz większym napięciu. Zbliżało się San Pedro, zwykle bus stawał dla chętnych przy zjeździe z autostrady. Miguel pobudka, dojeżdżamy! Miguel otworzył oczy, ziewnął. I rzucił mi dziwne spojrzenie. Był zaskoczony. Poza tym, jakoś nie zbierał się do wyjścia. W każdym razie, odetchnąłem. Zrobiłem to, o co mnie prosił. Chłopak wysiądzie, tam gdzie chciał. Mogłem zająć się swoimi myślami. Tyle, że Miguel nie wysiadł. W ogóle tego nie planował. Nie opuścił mnie w San Pedro de Macoris. Pozostał moim kompanem podróży, kontynuując przerwany sen. Jechał o wiele dalej, bo aż do… San Francisco de Macoris (właśnie – San Francisco!), do matki. Za to ja głupio pomyliłem „Piotra” z „Franciszkiem”. Miguel mógł odespać po drodze całe życie, miał czas. Czekała go tylko przesiadka w Santo Domingo, dokąd obaj zmierzaliśmy.

W stolicy wskoczyłem do taksówki, której szoferem był jeden z samanés, o czym już wiecie ze wstępu.

Karzeł i larimar

Wreszcie spojrzałem w otchłań szybu. Na jego dnie tkwił górnik, kopacz larimarów, tkwił po pas w cieczy tłustej od gliny. Przepłukiwał skalną drobnicę, garść za garścią, szukał okazu, który byłby cokolwiek wart. Za sztuki najwyższej próby płaci się górnikom ekstra. Jakość kamienia zależy od jego barwy. Im bielszy, tym gorszy i tańszy. Im bardziej błękitny, tym lepszy i rzecz jasna, droższy. Kolor tanizny balansuje przeważnie pomiędzy białym i jasnoniebieskim takim, jak zachmurzone niebo nad Karaibami. Za to dobry kamień od razu ściąga wzrok swoim niemalże odbiciem lazurowej tafli Morza Karaibskiego?

Karzeł bryluje w kopalni

Karzeł to wszędzie się wciśnie, wśliźnie, wpełźnie, wejdzie bez zginania się, na prostych nogach, nie na kolanach. To mówił o sobie Karzeł, sam zaczął, nim padło pytanie, dlaczego tam pracuje, w kopalni, a nie gdzie indziej. A on, chwaląc się, dowodził, że ma tę robotę bo mały jest. Jak tylko kończyłem w jednym miejscu to chcieli mnie od razu w drugim, wspominał. Boś mały, to prawda, dlatego cię brali, boś tani, bo liliputom płacą za pół człowieka, który ma ludzki wzrost. Chyba ten Karzeł przywykł do drwin, nie reagował na kolejne, stać go było na to, był bogaty, tak mówił. Za to, że umie wykopać najlepsze larimary może utrzymać dwie żony. Tak mówił, ten Karzeł-pasza, gdyśmy wjeżdżali w chłodne, zamglone góry masywu Sierra de Bahoruco w Dominikanie.

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Dalej natrząsano się z Karła, radząc mu, aby lepiej w domu siedział, przy mamuśce, bo dzieci do kopalni idą za karę, że lepiej będzie mu w cyrku, w przebraniu, bo Karzeł to przecież pajac, to jego fucha, każdy wie. Poza tym, mały to musi mieć małego, o takiego tyciego, ktoś to pokazał palcami, faktycznie nie dając wiele w centymetrach, a Karzeł macho w wersji mini nie zapomniał języka w gębie, tylko rzucił pewnie, że tym małym to on może dużo i zaraz zdjęcie dzieci wyciągnął, bo miał przy sobie w portfelu, i jak nic dwójkę już machnął, i na nie łoży pesos zarobione w kopalni.

Kopacze „błękitnych klejnotów”

Biała toyota pickup forsowała wzniesienie chyba pod kątem czterdziestu pięciu stopni. Wlokła się wyboistą drogą, wysypaną gruzem, tylko gdzieniegdzie utwardzoną. Charczała, rzęziła. Co rusz nią szarpało. Ci, którzy próbowali usiedzieć na pace, tracili równowagę. Wtedy łapali się jeden drugiego kurczowo, albo zaciskali dłonie na czymkolwiek. Ktoś zasiadł okrakiem na pękatym worku, lecz niewiele to dało, bo rzucało nim na wszystkie strony. Bił się z prawem ciążenia, jak Bill ujeżdżający Buffalo. Ktoś inny klapnął na leżącym tu zapasowym kole, umazanym żółtawym błotem, jak biegunką berbecia. Relaksował się, gdy czterej inni przycupnęli w środku paki, ściśnięci, pośród nich Karzeł i nie w smak im było, że tamten koleś w kole tak się rozgościł.

Naskoczyli na wygodnisia, daj ludziom miejsce hombre, suń się raz dwa, i wreszcie uległ. Za to na prawej i lewej burcie pickupa siedziało jeszcze bodajże sześciu górników, jakby robili za balast. I choć ta cała groteskowa podwózka nie wyglądała szczęśliwie, nikt nie wypadł, bo sąsiad trzymał sąsiada, nikt sobie kończyn nie powykręcał, nawet czapki z daszkiem nie zwichrował, wkrótce ekipa miała dojechać w jednym kawałku do celu.

Podczas tej karkołomnej jazdy po górkę, po kilku kilometrach, pewnie za półmetkiem drogi, gdy na moment przestało chybotać zziajanym wehikułem z napędem na cztery koła, gdy wreszcie dano spokój żartom z Karła, spojrzałem na rozległy pejzaż, który od podnóża Sierra de Bahoruco zmienił nie do poznania. Widziałem teraz gęstniejący, zawilgotniały las w kolorze butelkowo zielonym, który parował, podsycając wiszącą nad nim mgłę, raczej przybrudzoną i smętną, niż czysto mleczną. Ponurość tej mgły łączyła się zachmurzonym karaibskim niebem w sposób dający złudzenie, jakby niebo zległo na tropikalną knieję, tłamsząc ją swym ciężarem.

Toyota pick-up, Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Górnicy, Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Kumple Karła po fachu, ci kopacze „błękitnych klejnotów” wiedzieli bardzo dobrze tu na pace, w tej ruchomej loży szyderców, że tam, gdzie zaraz dojadą, w kopalni Los Chupaderos to Karzeł zacznie rządzić, bo tam czuje się, jak ryba w wodzie. Ci prześmiewcy szanowali go, to całe droczenie się, to śmiechowisko do potęgi było wyraźnie stałym punktem programu, poganiało nudę. Za to w podziemnych wąskich gardłach, gdzie olbrzymy nie dadzą rady, będą zdani na Karła, jak diabeł zdawał się na kobietę. A Karzeł pójdzie, bo wie, że jest przydatny. I ktoś na koniec wyjawił, że w tej wiosce, gdzie Karzeł mieszka, to Karła poważają, liczą się z nim, bo trzeba mieć to coś, aby urodzić się małym i być wielkim.

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

A Karzeł był wielki i sprytny. Pierwszy ruszył do roboty, zeskoczył z paki wymykiem, jak radziecki gimnastyk artysta i zniknął zaraz w kopalnianym korytarzu, gdy tylko terenówka dociągnęła półżywa na miejsce. Tyle go było widać. Inni załoganci poschodzili z wozu znacznie wolniej, leniwie i poszli zająć własne robocze pozycje. Rozpierzchli się po wzgórzu, jak termity po gigantycznym kopcu. Za moment wszyscy poznikali w skalnych, ziejących mrokiem dziurach. Kopania larimaru nastał czas…

Powrót do ery kamienia łupanego

Ten półszlachetny, błękitny kamień z Karaibów, ten larimar to jest kawał skurczybyka. Umie się zagrzebać na amen w niewdzięcznym podłożu. Takiego typa namierzyć niełatwo, jeszcze trudniej wykopać. Trzeba się naszukać, nadłubać, nakruszyć, trzeba kopać głębiej, i jeszcze głębiej. A samo kopanie idzie, jak po grudzie, dosłownie. Zwykle po ulewnych deszczach szyby zalewa wodnista breja w kolorze cappuccino, zmieniając je w zdradliwe studnie. Fala zmywa też chodniki w tunelach blokując podziemne ścieżki, prowadzące do stanowisk kopaczy. Kiedy woda zdąży opaść do jakiegoś znośnego poziomu, górnicy od razu wracają do przerwanej pracy. Wciąż jednak taplają się w błocie, nierzadko po pas.

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

O podkładaniu trotylu i w ogóle o jakimkolwiek wielkim bum w bebechach kopalni można zapomnieć, bo przecież nie chodzi o to, aby wysadzić w diabły cały interes. Kopie się więc tylko siłą rąk, najprostszymi metodami, w dodatku bez zabezpieczeń, bez pełnej odzieży ochronnej, przy użyciu kilofów, łopat oraz młotów. Używa się wiader i taczek, bo skalną rąbankę trzeba jakoś wybierać i transportować.

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana, toaleta

Kombajn, czy inny cud techniki do szybu nie wjedzie, nie wgryzie się w stężałą archaiczną warstwę i nie splunie strumieniem minerałów na pełzający taśmociąg. Wszystko jest tam wąskie, prymitywne, prowizoryczne. Bardziej sprawia wrażenie, jakby się miało zaraz posypać, runąć. Tam, pod prastarą powłoką skały i ziemi, gdzie natura zachowała wspomnienia z epoki wulkanicznego szaleństwa, na porośniętych deszczowym lasem i spowitych mgłą zboczach Sierra de Bahoruco postęp cywilizacyjny zrobił sobie fajrant, tam wciąż powracamy do ery kamienia łupanego.

W głąb wulkanu rodem z Atlantydy

Górnicy z Los Chupaderos pokazali mi jeden z kopalnianych szybów. Przeciągnęli mnie długim, klaustrofobicznym korytarzem. Szliśmy w ścisku małej grupy, gęsiego. Z każdym krokiem robiło się duszniej. Krople potu pędziły po kręgosłupie, łącząc się w lepki ciek. Rozpinałem koszulę, podwijałem rękawy. Kilka minut wcześniej, na zewnątrz, było odwrotnie. Wtedy uszczelniłem ciuchy, bo raził górski ziąb. Tymczasem wilgotność w tunelu sięgała stu procent, jak w klasycznej, parowej łaźni.

Oddychało się jakby ciężej. Wątłe światło lamp uczepionych ścian kopalni znaczyło drogę w głąb dawnego wulkanu zastygłego tu pod powłoką masywu Sierra de Bahoruco, wulkanu jakiemu niektórzy przypisują pochodzenie z mitycznej Atlantydy! W swych rozpadlinach więzi, raz mniej, raz więcej zjawiskowych, błękitnych minerałów, kopanych dziś intensywnie przez załogi górników, ryzykujących swe życie w skrajnie trudnych warunkach pracy.

Wreszcie spojrzałem w otchłań szybu. Na jego dnie tkwił górnik, kopacz larimarów, tkwił po pas w cieczy tłustej od gliny. Przepłukiwał skalną drobnicę, garść za garścią, szukał okazu, który byłby cokolwiek wart. Za sztuki najwyższej próby płaci się górnikom ekstra. Jakość kamienia zależy od jego barwy. Im bielszy tym gorszy i tańszy. Im bardziej błękitny, tym lepszy i rzecz jasna, droższy. Kolor taniochy balansuje przeważnie pomiędzy białym i jasnoniebieskim, takim jak zachmurzone niebo nad Karaibami.

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana, kamień, okaz

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Za to dobry kamień od razu ściąga wzrok swoim niemalże odbiciem lazurowej tafli Morza Karaibskiego, którego wody rozlewają się hen w dole, u podnóża masywu. Dobry kamień jest także odpowiednio duży. Wówczas można go lepiej obrobić, wyeksponować, efektownie osadzić na biżuterii w towarzystwie srebra, lub złota.

Larimar świetnie się sprzedaje. W Dominikanie można go nabyć w różnych miejscach. Ma renomę lokalnego, jubilerskiego cudeńka. Chętnie kupują go cudzoziemcy w czasie tropikalnej kanikuły, albo agenci zagranicznych, czy tutejszych biznesów specjalizujących się w ozdobnych precjozach. Kamyk jedzie do Ameryki, albo do Europy w postaci souveniru, lub towaru do dalszej obróbki. Larimar jest charakterny i nie przepada za mocnym szlifowaniem. Woli minimalne cięcia, łagodną polerkę. W zamian ukazuje się w pełnej krasie. Bywa, że jego cena waha się, jak na giełdzie. Zależy od tego, czy się górnikom poszczęściło w wydobyciu. Nieraz dilerzy jadą do kopalni i biorą co jest, nie czekając na okazy wybitne.

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana

Dlaczego – larimar?

Kamienie, przypominające nieco turkusy, lub niebieskie jadeity odkrywano w Dominikanie dwa razy. W 1916 roku natknął się na nie hiszpański ksiądz, podróżnik, pasjonat geologii Miguel Domingo Fuertes Lorén z parafii w Barahonie. Osobliwe znalezisko zgłosił w jednym z krajowych ministerstw. Próbował uzyskać zgodę na eksploatacje potencjalnych złóż. Nie otrzymał jej. Dlaczego? Nie wiadomo. Następnie, w 1974 roku niejaki Miguel Mendez oraz wolontariusz Korpusu Pokoju Norman Rilling spacerowali po plaży blisko Barahony.

Zauważyli pobłyskujące w piasku niebieskie kamienie. Wcześniej, miejscowi znajdowali je tam co jakiś czas, myśląc, że są wyrzucane na brzeg przez morze. Miguel i Norman pomyśleli inaczej. Zafascynowani plażowym odkryciem chcieli wybadać jego faktyczne źródło. Poszli w górę Río Bahoruco, rzeki spływającej z masywu o tej samej nazwie. W rezultacie odnaleźli złoża kamieni półszlachetnych, z których dzisiaj słynie Dominikana. Na plażę trafiły niesione rzecznym nurtem. Córka Miguela Mendeza miała na imię Larissa. Tatuś, wykazał się fantazją i skojarzył urodę swego dziecka z pięknem błękitu Morza Karaibskiego. Połączył słowa: Larissa i mar (morze). Wówczas narodził się sławny – larimar.

Larimar, Sierra de Bahoruco, kopalnia, Dominikana, oszlifowany

Haitańska inicjacja

Haiti to magnes, irracjonalnie pociągająca, cofnięta w czasie kraina, ponoć G. G. Marquez miał tam jechać, by robić reportaże, ale coś wyszło inaczej, coś go zatrzymało i nie pojechał. A powiadają, że gdyby tam jednak trafił, to całe jego Macondo, jakie skazał później na „Sto lat samotności” wyrosłoby na haitańskim gruncie właśnie, a nie na kolumbijskich Karaibach.

Haiti scala przeciwieństwa

Eduardo, mój znajomy Chilijczyk pracował w Haiti, a ściślej w Port-au-Prince, stolicy tego niemożliwego kraju, a dokładnie na jej obrzeżach w Pétionville. Pracował tam dla haitańskiej policji, jako spec od IT. Miał siedzieć pod wiatrakiem i grzebać w bazach danych. Pocił się i klął. Jakiś dzisiejszy Graham Greene mógłby mu dopisać absurdalną rólkę w nowych „Komediantach”. Ja się go nie pytałem, czy upadł na głowę, wyjeżdżając z takiego Chile, które przecież jakoś się trzyma, do takiego Haiti, które jest wiecznie skazane na pecha i wszystko się tam chwieje, nie pytałem go, bo sam bym tak zrobił. Haiti to magnes, irracjonalnie pociągająca, cofnięta w czasie kraina, ponoć G. G. Marquez miał tam jechać, by robić reportaże, ale coś wyszło inaczej, coś go zatrzymało i nie pojechał. A powiadają, że gdyby tam jednak trafił, to całe jego Macondo, jakie skazał później na „Sto lat samotności” wyrosłoby na haitańskim gruncie właśnie, a nie na kolumbijskich Karaibach. Haiti – sama nazwa tego lądu poruszała mi wyobraźnię odkąd mogę pamiętać. Chyba scala przeciwieństwa. Jest w niej coś poetyckiego, lekkiego, lecz kryje także niewymowny dramat, no nie wiem, jakiś pierwotny wrzask, coś gwałtownego, jak antylski huragan. Haiti jest ładunkiem mocy, na pewno magii i ma przy tym niejasną, niepokojącą reputację, która tak czy inaczej nęci, hipnotyzuje, porywa. Wystarczy się tam zjawić, pobyć chwilę, aby załapać, iż lokalna rzeczywistość, jakby rozpływająca się między jawą i snem nie jest „teatrem jednego dnia”, żadną wymyślną egzotyką, fundowaną przyjezdnym przez miejscowych, jest raczej stanem ciągłym, czymś tam naturalnym, jak powietrze, którym się oddycha. Haiti jest wcielonym w życie realizmem magicznym! Na pewno Marquez byłby zachwycony. Mnie wydawało się najpierw, że słyszę dwa różne głosy. Jeden z nich mówił: nie jedź tam, nic nie zyskasz. Drugi zaś, dam głowę, że silniejszy, kusicielski wołał: ależ jedź, upewnij się, że warto. Wiedziałem, że nadejdzie właściwy czas, aby pojechać do Haiti i zobaczyć na własne oczy, co to za kraj, czy faktycznie tyle w nim domyślnego uroku…

Eduardo polubił Haiti, przyzwyczaił się do jego rozmaitych bolączek, choć nie do końca przestał narzekać, szczególnie dawała mu się we znaki sama stolica, do której nieraz dosłownie zjeżdżał, bo Pétionville leży na wzgórzach, zaś Port-au-Prince w dole, nad zatoką, i słońce praży tam nieziemsko, co Eduardo gorzej znosił. Poza tym miewał lęk przez stolicą, przerażał go gęsty, nieokiełznany tłum, wspominał, że ciągle czuł tam w powietrzu jakąś zawiesinę niepewności, choć sami Haitańczycy wydawali mu się w porządku, tylko niekiedy surowo na niego spoglądali, lecz na tym się kończyło, i jeszcze mówił, że jak wysiadał z samochodu, aby cokolwiek kupić, załatwić, to żar go pognębiał, a sama ulica oferowała widoki, których czasem jego wzrok nie wytrzymywał, nie tylko zresztą wzrok, nozdrza również. „No, idę chodnikiem” – mówił – „a tutaj wybiega kobieta, nie jakaś ze starszyzny, której wszystko już wolno, ale młoda zupełnie kobieta, ładna, niczego sobie, no i podciąga spódnice, człowieku zsuwa resztę i robi to trzy kroki ode mnie, jakby mechanicznie, bez zażenowania, bez niczego, po prostu, mówię ci, robi to na ulicy. A dalej stoi sprzedawca i sprzedaje ryby, kupujesz kilogram, dostajesz pół, bo druga połowa to muchy, czarne tłuste muchy, cała chmara, rozganiasz je łapą, no cholera to musiała tam naprawdę hulać, bracie. Ale tę ich uliczną smażeninę, ten ichni fast food to lubię, bo mają dobry, kupujesz bez problemu bo widzisz, że to od razu przy tobie smażone, takie banany na przykład, i nie ma w nich żadnej zarazy, bo temperatura ją wybiła i kupujesz to, i normalnie jesz, i to jest smaczne, no ale żeby tak wybiegać pędem i robić to przy krawężniku, albo do dziury w drodze, to już się w głowie nie mieści…”

Haiti, coś gwałtownego, jak antylski huragan

A do mnie Haiti przyszło najpierw plażą, w północnej Dominikanie, z osiem lat temu. Wędrowałem z Cabarete w kierunku Sosua brzegiem oceanu, kawał drogi. Wiała silna bryza, niosąca sól. Tam zawsze wieje. Podszedł do mnie znienacka dzieciak. Okazało się, że ściska w dłoni pistolet i mierzy z niego raz we mnie, raz w siebie. Mały zabójca i samobójca. Żadna to prawdziwa broń, jedynie zabawka, jakby kupiona przy kościele w czasie odpustu. Dzieciak był haitańską dziewczynką. Chciała sprzedać ten kawałek plastyku za kilka zielonych. „Daj, five dolares,” – mówiła po angielsku-hiszpańsku – „bo jestem głodna”. Przez kolejne minuty, terroryzowany niewinną spluwą poznawałem historię tego głodu. Mała dobrze odgrywała swoją rolę, wyuczono ją, jak ma to robić, jak ma prosić, żebrać, pokazywać na brzuszek, zmieniać tę swoją dziecięcą fizjonomię w chodzący szkielet. To przecież nie jej wina, to całe aktorstwo. Miała udawać, brać człowieka na litość. Jednak nie wyglądała na zabiedzoną, w tym „problem”. Jakoś nie miałem pięciu dolarów, tylko jakieś pesos, miałem butelkę wody i ogromną ochotę iść dalej. Zostawiłem tę sierotkę z pistoletem, rozczarowaną. Nawet mnie nie zastrzeliła na pożegnanie.

Haiti nęci, hipnotyzuje, porywa

A potem był Jean, pilnujący areny do walk kogutów w Los Charamicos, w Sosua. Niewielu Haitańczyków miało tyle szczęścia, co Jean.

Urodziłem się w Port-au-Prince a teraz mieszkam tutaj. Właściciel tego miejsca siedzi w Nowym Yorku. Tam organizuje kogucie walki, nielegalnie. Tu rządzi jego brat. A ja mu pomagam. Mam klucze, otwieram, zamykam, wpuszczam ludzi. Haiti nie ma przyszłości. Poczekaj chwilę. Pobiegł gdzieś i zaraz wrócił, z paszportem haitańskim w dłoni. Zainteresowany poprosiłem o ten dokument, obadałem okładkę i chyba nazbyt metodycznie, jak oficer imigracyjny, zajrzałem do środka, wertując kartki. Emocje mnie dopadły, pamiętam je. To była namacalna cząstka Haiti, tego Haiti, gdzie zamierzałem wkrótce jechać. Tyle, że patrzyłem na paszport młodego człowieka, który stamtąd uciekł, jakiemu nędza i brak perspektyw nie zostawiły wyboru. W Dominikanie żył godnie, ułożyło mu się, choć papierów pobytowych nie miał. Granicę przekroczył, jak setki jego rodaków, za plecami dominikańskich żandarmów. Jednak nie trafił na plantację trzciny cukrowej, do którejś z robotniczych kolonii, zwanych los bateyes gdzie trafia większość haitańskiej imigracji, gdzie żyją rodziny macheteros, pracujących przy zbiorach, nie trafił też na budowę, jakich w Dominikanie wiele, bo ten sąsiad zza miedzy buduje się, stawia hotele dla turystów, ciągnie autostrady. Nie, Jean znalazł bardziej łaskawe zajęcie, dbał o rozrywki dominikańskich machos.

Haiti wie, jak usidlić

A ja dotarłem w końcu do Haiti z krwi i kości, kraju wielkiej biedy i wielkiego ducha, kraju urokliwego, gdzie jedynie bogowie vodou zdają się inwestować bez przerwy, czerpiąc z tego profity. Kilka kilometrów za przekroczoną granicą pojawił się pierwszy tubylec. Chwiejnym krokiem forsował jałowe, wypalone słońcem wzniesienie. Na ramieniu targał płócienny worek. Kiedy dojrzał bus leniwie sunący szosą, wyciągnął w jego kierunku dłoń, rozprostował ramię na całą długość, wyraźnie prosił, dajcie! Wtedy myśli zaczęły mi galopować, serce mocniej bić, ciało potnieć. Nie byłem przygotowany na ten świat za zakrętem. W samo południe targowego dnia wjechałem w epicentrum zamieszania, w niepojęty, roztętniony tłum Haitańczyków, co do jednego czarnoskórych, ubranych w stroje sprzed dekady, za to schludne i kolorowe.

Odgłosy ludzkie mieszały się ze zwierzęcymi, z meczeniem kóz, chrząkaniem macior, czy pianiem kogutów. Dzieciarnia urządzała gonitwy. Dochodził jazgot skuterów, w uszach dudniły klaksony cofających pickupów. Zalatywało benzyną i spalinami, rozgrzanym olejem i smażonym posiłkiem, jakąś zieleniną butwiejącą w spiekocie, końskim łajnem. Pachniało też kawą i świeżością owoców. Wszędzie powyrastały prowizoryczne kramy; na ziemi, na kamieniu, na fundamentach jakiejś niedokończonej chałupy, na oślim grzbiecie, handlowano z wigorem głównie ryżem, czarną fasolą, zielonymi „platanosami”, tym co niezbędne, nieraz kozim mięsem.

Płacono haitańskimi goud, dominikańskimi pesos, albo towary wymieniano w barterze. Chyba zagubiłem się w czasie, w przestrzeni, nie wiem. To był zapomniany afrykański lud przerzucony na Karaiby razem z inwentarzem, z piekielnym upałem i chmurą pyłu suchej ziemi, jaki zaraz poczułem w ustach, w nozdrzach, na skórze. Pierwsze wrażenie – piorunujące. Do tego, dochodzący zewsząd, język kreolski. Nie należy do subtelnych, używany w emocjach obezwładnia, natomiast jego rytm intryguje; to niby ciąg „zaklęć”, krótkich, szybko wypowiadanych. Dopadły mnie te zaklęcia, nie uchroniłem się przed nimi, może nie chciałem ochrony, żadnego antidotum, byłem ciekaw co dalej, byłem w amoku. Dałem się wciągnąć. Haiti wie, jak usidlić.

Jeszcze wrócimy do tego, co haitańskie, wrócimy być może nie raz…

Haitańczyk nie tygrys

Jeśli w Dominikanie mówią ladrón, co znaczy po hiszpańsku złodziej, mówią to często na wyrost i mówią tak, że do końca nie wiesz, czy to prawda, czy żart, czy półprawda, bo i taka istnieje, jak istnieje półwytrawne wino.

W Dominikanie wskakuję na pakę terenówki, byle trafiła się okazja. Szofer chce zarobić każde peso, weźmie obcego, bez łaski. Taki pickup może być tęgo zużyty, z kosmicznym przebiegiem, na steranych resorach, rzadziej to navara, czy hilux spod igły. Ważne, że jest miejsce, aby siąść wśród ludzi, chociaż z reguły na pierwszy rzut oka, miejsca nie ma. Kolektyw na pace daje popis błyskawicznej samodyscypliny; ci się przesuną, tamci przegrupują, inni ścieśnią, starszyzna do środka, młodziany kulasy na zewnątrz i kolejne cztery litery wpasują się w całość, bez bólu. Za sztukę kompresji ludzkiego elementu w publicznym transporcie Dominikana dostanie kiedyś Nobla. Zresztą nieco ścisku na pace sprzyja naturalnie zacieśnianiu więzi. A przecież o to chodzi. Jednak zdarzają się cuda. Bywa, że „dostawczy osobowy” sunie z puściuteńką, albo prawie pustą paką. Tak było tamtego dnia. Odcinek z Las Terrenas do Sánchez dzieliłem tylko z jednym współpasażerem, Haitańczykiem. Przyjmijmy, że nosił imię Samuel.

Las Terrenas – Sánchez

Dogadywaliśmy się bardziej na migi. Chłopak znał ledwo dwa hiszpańskie słowa: oraz gracias. Jego językiem był kreolski. Pochodził z Port-au-Prince. W Dominikanie przebywał od niedawna. Wiedział, dokąd ma jechać, tyle że jechał całkiem bez rozeznania, za to ja wiedziałem dokładnie, jak powinna wyglądać jego trasa i mogłem mu pomóc. Każdy zbieg okoliczności podczas wojaży wart jest choćby przemyślenia. Ponieważ, w przeciwieństwie do mnie, podróż mego nowego kompana nie kończyła się w Sánchez, zmieniłem własny rozkład zajęć i w roli samozwańczego przewodnika ruszyłem z nim dalej.

Może łatwiej było mu znieść to, co przeżył nieco później, w drodze z Sánchez do Naguy, jako jedyny Haitańczyk w minibusie z ekipą zaczepnych, podchmielonych Dominikańczyków.

Gdzie złodziej, gdzie „kot” a gdzie „tygrys”?

Jeśli w Dominikanie mówią, ladrón, co znaczy po hiszpańsku złodziej, mówią to często na wyrost i mówią tak, że do końca nie wiesz, czy to prawda, czy żart, czy półprawda, bo i taka istnieje, jak istnieje półwytrawne wino. I tak ladrón może zrobić to, co do niego należy, czyli cichcem albo gwałtem chapsnąć to, co należy z kolei do ciebie i cześć. Albo ladrón może po prostu za dużo za kilo cytrusów zawołać, czy też podwózkę zaoferować z nielichą przebitą bo wie, że ty nie wiesz, jak przeważnie jest.

Są zatem ladrones, z krwi i kości i biegle robią wedle łupieżczego fachu, niestety, i cierpisz, bo dobra tracisz, i są ladrones, rzec można, koniunkturalni, rabujący „leganie” w biały dzień, którzy mają dla ciebie, specjalnego klienta, okazyjne stawki, cenniki, czy inne promocje, a ty uśmiechasz się i mówisz muchas gracias, i mówisz z uprzejmością nieświadom niczego do chwili, gdy zauważy to ktoś trzeci, i głośno im to wytknie, tamtym chciwcom zza lady.

Wtedy do wytknięcia służy idealnie słowo ladrón. Czasem ktoś powie inaczej, powie też, „a ty taki delincuente, jeden z drugim”, i palcem pogrozi. Wiadomo, nie w tym rzecz, aby delikwentowi od razu sugerować ciupę, tylko o to, aby się delikwent opamiętał i „nie robił kokosów”, sprzedając zwykłe mango. Bywa, że z tym ladrónem wychodzi dość zabawnie, gdy np. dziarska babinka drąc się na całą ulicę namaści w ten sposób dziadka, bo coś jej nie zagrało w budżecie domowym i cała ulica już wie, że diabli wzięli właśnie dziadkowe zaskórniaki. Innymi słowy, różne ladrones chodzą po ludziach i oby więcej z tego było śmiechu, albo co najwyżej nerwacji, niż płaczu.

Dalej, jak wychwycisz gdzieś wokół siebie słowo gato, co znaczy „kot”, to być może ktoś podniósł temat miauczących dachowców. Jeśli zaś okaże się, że słyszysz gato pięć razy w jednym zdaniu, to wielce prawdopodobne, że rozmowa nie dotyczy milusińskich tylko nie-milusińskich, czyli np. polityków, urzędasów, każdej skorumpowanej miernoty, która nie waha się brać. Gato jest w Dominikanie osobą, która nie ma oporów, aby się jawnie obłowić, nachapać, zagarnąć jak najwięcej dla siebie tak, jak… kot zagarnia kłębek włóczki. Cóż, niewinne kocie zostało wmieszane w ludzką sprzedajność i zepsucie.

Po ladrónie i gato, mamy jeszcze – tigre – tygrysa. Atlas zwierząt nie widzi tygrysów w Dominikanie. Ani dzisiaj, ani w czasach przed najazdem odkrywców. Jednak one tam są, te tigres i czyhają na akuratny moment, aby dopaść swą ofiarę. Potrafią osaczyć, sterroryzować. Użyją broni, jakiejkolwiek. Użyją przemocy. Zwykle działają stadnie a nie w pojedynkę, jak im matka natura wymyśliła, lecz bardziej na sposób gangu; czterech na jednego i może być z tego problem. Najważniejsze, aby nie dać się tygrysom rozszarpać.

Słowo ladrón słyszałem w Dominikanie setki razy, w dziesiątkach kontekstów, w tuzinach wypowiedzi. Słowo gato, wpadało mi do ucha najczęściej, gdy chodziło o tych szabrujących polityków. Natomiast słowo tigre, czy prędzej tigres pojawiało się nieraz w prasie, przeważnie w kontekście jakiś cięższych przestępstw, jak rozboje, handel prochami, czy zabójstwa.

Bywało jednak, że tigres używano zupełnie bez kontekstu, na wyrost, niemal instynktownie. W odniesieniu do haitańskich imigrantów w Dominikanie…

Sánchez – Nagua

Na „pętli” w Sánchez terminuje kilka ciasnych mikrobusów, zwanych guaguas. Kursują do Samany, albo do Naguy. Stan ich obłożenia sugeruje, które wyjadą lada chwila. W pobliżu kręcą się sprzedawcy słodyczy oraz wynędzniałe kundle, licząc na atencję. Pierwsi mają więcej szczęścia; Dominikańczycy lubią coś tam poskubać, pożuć w czasie jazdy. I przeważnie wiedzą dokładnie, gdzie mają jechać i po co, choćby po nic. Ale wiedzą. Dlatego wokół guaguas panuje względny ład. Zresztą naganiacze, pomagierzy szofera robią wszystko, aby upchać podróżnych gdzie tylko można. Wstrzelamy się idealnie. Maszyna z napisem „Nagua” na przedniej szybie grzeje silnik. Jeśli Samuel tam dojedzie, pójdzie pracować. Wiedziałem to już wcześniej. Na przystanek w Las Terrenas przyszedł z jakimś Dominikańczykiem. Ten dał mu gotówkę na przejazd. W Nagua miał go odebrać ktoś inny i pokierować dalej.

Naganiacz, szczupły Mulat o twarzy cwaniaka, sprasza nas do środka. Cieszy się, bo dzięki nam zebrał komplet pasażerów. Jednak zwraca się tylko do mnie, żartuje, nieco spoufala, klepiąc po ramieniu, jakbyśmy mieli cokolwiek dogadane. Na Samuela patrzy spode łba. Chłopak znosi to surowe spojrzenie bez urazy i znika we wnętrzu busa. Naganiacz ma dla mnie poufną informację, ostrzeżenie. Z jego gestów mam odczytać, że Haitańczycy to świry. Na wszelki wypadek wybiera asekurację. Swój „problem” przekazuje jedynie białemu, ten powinien go zrozumieć. Ten rozumie go inaczej.

Ruszamy. Szofer odpala od razu płytę z bachatą, najnowszymi hitami, na cały regulator. Mówią, że guagua bez muzyki wozi ludzi jedynie na tamten świat (a i to nie jest pewne). Pokonamy ze trzydzieści kilometrów. Na miejscu będziemy za godzinę. Jako jedyni obcokrajowcy na pokładzie, wzbudzamy zainteresowanie całej reszty. Tworzymy wyrazisty duet black&white. Udaje nam się wcisnąć w przedostatnim rzędzie.

Za plecami mamy hałaśliwe trio: on, ona i on. Ona z dzieckiem na kolanach; kędzierzawym, ładniutkim, jak to zwykle bywa w przypadku dominikańskich latorośli. Oni, obydwaj z butelkami „Prezydenta” między kolanami. Jeszcze trio zajmuje się sobą, jeszcze im Samuel nie wadzi. Jest i naganiacz, siedzi obrażony, milczący, wietrzy stopy tam, gdzie zwykle jego miejsce, przy rozsuniętych drzwiach busa. Oczywiście, przestał mnie lubić, bo nie potraktowałem go poważnie.

Blisko zjazdu na lotnisko El Catey, naganiacz przypomina sobie, iż poza naganianiem klientów, kasuje ich również za przejazd. Musi więc wstać i pozbierać pieniądze. Zaczyna od przodu, w jego dłoni lądują kolejne banknoty, monety. Kiedy podchodzi do nas, Samuel wręcza mu pięćdziesiąt pesos. Tamten przyjmuje zapłatę, ale wyciąga dłoń ponownie, „dziesięć, a gdzie pozostałe dziesięć?”, cedzi.

Haitańczyk nie rozumie, kiwa głową i rozkłada ręce. W Sánchez dostał sto pesos, na pierwszy odcinek trasy wydał pięćdziesiąt, na drugi przejazd miał tyle samo. A tu potrzeba więcej, potrzeba sześciu dych. Jednej mu zabrakło. Rozjusza tym naganiacza, „daj mi jeszcze dziesięć pesos, ale już, dawaj, słyszysz!”. Scena przykuwa uwagę innych pasażerów. Powstają dwie frakcje. Jedni walczą o pesos, drudzy bronią Samuela. Od razu awantura.

Wysupłuję z kieszeni dodatkową dwudziestkę (bo też pamiętam starą stawkę) i podaję naganiaczowi, płacąc za siebie, i dopłacając za mego towarzysza. Bierze, sprawdza, czy jest, ile ma być, rzuca nam pogardliwe spojrzenie. Moneta za Haitańczyka wyraźnie parzy mu dłoń, do tego rozpadają się grupy wsparcia i opozycji, ludzie chwilowo cichną, tylko muzyka dalej huczy. Wtedy odzywa się trio za nami. Wypite piwo zaczyna działać, dodaje rozmówcom kurażu. Ich konwersacja wygląda z grubsza tak…

Dialog „trójcy”

ON: Popatrz na niego, gapi się w okno, niby patrzy a słucha i rozumie, tylko głupiego udaje.

ONA: Znam ich, oni tak robią, że niby nie rozumie, nie wie, a dobrze wie, tylko chce pesos i myśli, jak je wyciągnąć, tu dziesięć, jak teraz, tam dziesięć i tak żyją, ci Haitańczycy!

Samuel, łapie z potoku obcych słów to jedno – haitianos. Domyśla się, że to o nim, kręci się na siedzeniu, zerka na mnie, mrugam mu, że wszystko gra, poprawia więc czapkę i dalej obserwuje to, co za oknem.

ON: Czy on ma jakieś włosy pod tą czapką?

ONA: Oni nie mają, dlatego noszą czapki, ty też nie masz, ale nie nosisz, bo nic nie ukrywasz, a oni się ukrywają, tu, w naszym kraju, ten tu na pewno jest nielegalny, papiery ma nielegalne, jakby miał legalne, to by miał pesos, aby jechać, a on chciał za darmo, a ludzie tu pracy nie mają, a płacić muszą, jak jadą, ci Haitańczycy, to są tigres, ja ich znam, spotkasz takiego, i weźmie ci to, co masz, to są tigres, ci Haitańczycy, ha-i-tia-nos!

Samuel odwraca się gwałtownie i mierzy trio groźnym spojrzeniem. Potem przerzuca wzrok na mnie, stąd wiem, jak przeszywająco potrafi patrzeć. Nie wypowiada przy nich ani słowa. Po hiszpańsku, bo nie umie. Po swojemu, bo być może nie chce. Siedzi dalej w ciszy. Rozglądam się po okolicy, do Naguy już niedaleko…

ONA: Widzisz, od razu wiedziałam, on wszystko rozumie, bo tutaj musi coś rozumieć, inaczej się nie dogada po haitańsku i niby nie wie, co powiedzieć, ale słucha i wie, co o nim mówimy, chociaż my Dominicanos mówimy bardzo szybko, to są tigres, wiadomo, Haitańczycy to tigres, nie ma tu pracy a oni ją mają, jakby nigdy nic…

Samuel zamyka oczy, wciska się mocniej w oparcie siedzenia, zbiera się w sobie, walczy gdzieś w środku. Takie mam wrażenie, siedząc tuż przy nim. On musi mieć świadomość, jak bardzo źle o nim mówią. To go gnębi, to nim potrząsa. Szkoda mi Samuela.

ON: Nie, on raczej nic nie rozumie, tylko czuje, że jest coś o nim, na pewno nic nie rozumie, może to sprawdzimy?

Wtedy nie wytrzymuję, włączam się: on nic nie rozumie, to prawda, za to ja rozumiem!

Żadnej riposty. Trio nagle trzeźwieje. Są zażenowani, oniemiali, jakby wypunktowani, widać to na ich twarzach. Jedynie dzieciak chciałby coś dodać, siedząc na kolanach swej matki, chyba sparaliżowanej wstydem. Samuel szturcha mnie w kolano, mówi gracias, i mówi tak, że trio go słyszy.

Wreszcie wjeżdżamy do Nagua, stajemy na tamtejszej „pętli”, żegnamy się, tu kończy się podróż, której w ogóle nie planowałem, dalej pojadę sam do Río San Juan, dawno tam nie byłem. Zmiana planów popłaca. Myślę sobie, niech te dziesięć pesos przyniesie chłopakowi szczęście…

Powyższy materiał opublikowałem również na goforworld.com