Archiwum kategorii: Rozmowy

Roztańczeni tropikiem

Moi dzisiejsi rozmówcy, Zosia i Cristian de los Santos, mają w sobie dużo karaibskiej radości i polotu. To bardzo pozytywni, sympatyczni ludzie. Do tego aktywni i wiedzą czego chcieć od życia.

Ona Polka, On Dominikańczyk – zakochani w sobie i w Dominikanie. Potrafią dzielić się tym krajem mądrze, z wigorem i pasją – prywatnie i zawodowo (co i tak na jedno wychodzi).

Parę lat temu stworzyli nad Wisłą „De los Santos Project” popularyzując wśród Polaków dominikańską historię, kulturę oraz to, co stanowi istotną część tożsamości Dominikańczyków, czyli muzykę i taniec. To bardzo taneczne małżeństwo. Przekonacie się!

Obecnie mieszkają w Santo Domingo i rozwijają projekt podróżniczy Pal’Caribe. O wszystkim opowiedzą.

Ponadto dowiemy się:

  • jak ogarnąć dominikańską stolicę,
  • jak wygląda „covidowa” godzina policyjna,
  • jak kochliwi są Dominikańczycy,
  • co zostawili po sobie Tainos,
  • jak zrozumieć bachatę,
  • jak Polka przekonała Dominikańczyka (nie odwrotnie!) do tańczenia?

Oddaję im zatem głos.

„Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.”

Przenieśmy się w rzeczywistość Dominikany.

Zapraszam.

Rozmowa z Zosią i Cristianem de los Santos

Caribeya:  Od razu zapytam Was o to miasto. Przyznaję, mam do niego słabość. Elektryzuje, nęci; wchodzi w krew, w pamięć. Do tego, wyciska morze potu. To bardzo karaibskie, nienasycone miasto. Zatopione w lepkim, wilgotnym powietrzu. Czasem tajemnicze, albo lubieżne. Oczywiście, potrafi także dręczyć: właśnie tym palącym słońcem, ulicznym chaosem, co i rusz bajzlem do kwadratu. Melymel, dominikańska „Mama Rapu” śpiewa o nim „kiedy jestem daleko, tęsknię za tobą, nie ma nic takiego, jak ty”. Jak Wam się żyje w Santo Domingo?

Zosia de los Santos: Wiedziałam, że to pytanie się pojawi! A odpowiedź na nie jest równie zawiła jak i samo miasto Santo Domingo. Myślę, że każdy postrzega stolicę trochę inaczej i dotyczy to też nas. Dlatego proponuję, żebym ja opowiedziała o niej z perspektywy osoby „przyjezdnej”, która zdecydowała się tutaj zamieszkać, a Cristian z perspektywy człowieka, który się w tym mieście urodził.

Cristian de los Santos: Tak, Santo Domingo to zawsze był i będzie mój dom. Tutaj się urodziłem i wychowałem. Moim barrio była Sabana Perdida, Santo Domingo Norte – koniec świata, wszędzie daleko, transport fatalny. Teraz wygląda to zupełnie inaczej. Mamy metro, teleférico (miejska kolejka linowa), połącznie do centrum jest o wiele lepsze. Kiedyś w centrum miasta (Stare Miasto/ Malecón) bywaliśmy bardzo rzadko, życie toczyło się w dzielnicy. Przy okazji muszę powiedzieć, że Santo Domingo to miasto bardzo rozwarstwione, ma w sobie dużo kontrastów. Są tu zarówno przepiękne dzielnice z luksusowymi wieżowcami, szerokimi ulicami, gdzie jest czysto, a o porządek dba policja, ale są też nadal dzielnice, gdzie nawet policja bałaby się wejść i gdzie nie zawiezie Cię żaden taksówkarz. Jest też oczywiście klasa średnia, mieszkająca w tzw. residenciales, czyli zamkniętych, nowoczesnych osiedlach. Warto o tym mówić, bo od jakiegoś czasu widzę, że Dominikanę przedstawia się bardzo jednostronnie, jako biedny kraj Trzeciego Świata, a tak naprawdę znaleźć można tutaj wszystko. Kraj się rozwija i idzie w dobrą stronę, a przykładem tego jest Santo Domingo. 

Zosia: Faktem jest jednak, że wielu turystów, a nawet Dominikańczyków omija Santo Domingo szerokim łukiem, bo głośno, chaotycznie, wszędzie korki, zgiełk i jak sam wspomniałeś powietrze jest jakby bardziej wilgotne, słońce jakby praży mocniej. Mając do wyboru ten chaos i gwar oraz piękną plażę w Punta Cana, większość będąc na wakacjach wybierze pewnie to drugie. Coś więcej kryje się jednak pod tą skorupą. Myślę, że są takie rzeczy, które dostrzega się dopiero po pewnym czasie. Trzeba poczekać, aż to miasto się przed Tobą otworzy, albo inaczej – aż to Ty otworzysz się na nie i zdecydujesz się tak naprawdę je poznać. Wtedy pojawią się chwile, kiedy poczujesz je tak mocno, że to uczucie pozostanie z Tobą na zawsze. To dlatego wiele osób chce stąd uciec, ale kiedy są już daleko, tęsknią do tego klimatu.

Cristian: Santo Domingo ma wiele wad, ale ma też takie rzeczy, których nie znajdziesz w żadnym innym miejscu na ziemi. Chaos z jednej strony jest przytłaczający, z drugiej jednak strony ma w sobie pewną magię, jest wibrujący, sprawia, że życie tutaj jest bardziej aktywne, nie czuć monotonii. Ludzie tworzą specyficzny klimat. El Capitaleño (mieszkaniec stolicy) reprezentuje karaibski luz próbując dostosować się do życia w wielkiej metropolii o szybkim tempie. To niesamowite, jak potrafimy uzyskać ten balans. To miasto codziennie daje Ci też przykłady ile jest w życiu dróg, że Twój los jest tylko w Twoich rękach; możesz odpuścić i żyć z dnia na dzień, albo guayar la yuca (lit. trzeć maniok – ciężko pracować), żeby do czegoś dojść. Poza tym, nie ma nic lepszego jak usiąść niedzielnym popołudniem w ulubionym colmadon i darse pal de fría’ (lit. dać sobie parę zimnych – wypić kilka orzeźwiających piw); oddać się długim spacerom po Maleconie i dać się otulić przyjemną morską bryzą, zagrać w domino z niezwyciężonymi starszymi panami w Ciudad Colonial, a później zatańczyć merengue na koncercie Bonyé w ruinach klasztoru i po głośniej imprezie zgłodniałym wstąpić na chicharroncito (smażona wieprzowina).

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Zosia: Warto wspomnieć, że życie w stolicy wiele też ułatwia. W przeciwieństwie do innych dominikańskich miast (może oprócz Santiago), jest to miasto z prawdziwego zdarzenia, które oferuje całą gamę atrakcji kulturowych; mamy teatry, kina, operę, restauracje, dyskoteki, parki etc., a z rzeczy bardziej praktycznych – uniwersytety, rozwinięty rynek pracy, ładne mieszkania w niskiej cenie, sklepy i usługi wszelkiego rodzaju. To tutaj znajdują się też wszystkie urzędy, dlatego mieszkając w Santo Domingo wszystkie sprawy formalne załatwiamy na miejscu.

Na koniec dodam jeszcze kwestie historyczne. Santo Domingo, a konkretnie Zona Colonial to dla osób zainteresowanych historią krajów latynoskich czy historią kolonialną nie lada gratka! Najstarsze miasto obu Ameryk, budynki z XVI wieku, większość bardzo dobrze zachowana; każda ulica, każdy kąt kryje w sobie jakąś część burzliwej historii tego kraju. I ten niesamowity klimat tutejszych patios! Uwielbiam się tutaj zgubić, wtedy zawsze odkrywam nowe, wyjątkowe miejsca. Jeśli w którymś momencie przyjdzie nam przeprowadzić się do innego miejsca, to i tak na pewno często będziemy tutaj wracać.

Cristian: Dodam, że capitaleño rodzisz się i umierasz! Santo Domingo to ludzie, kultura, historia, klimat i flow. To miasto zawsze będzie miało swoje miejsce w moim sercu!

Pamiętam, że na początku pandemii trafiłem na fotografie stolicy robione dronem o różnych porach dnia. Patrzyłem na nie z niedowierzaniem. Dzielnice, szczególnie po zmroku, były wyludnione. Główne arterie komunikacyjne, przeważnie nabite huczącą masą pojazdów, świeciły pustkami. Dotąd nie widziałem dominikańskiego życia w stanie takiego „zamrożenia”. Normalnie te stołeczne ulice są codziennie poligonem dla zmysłów – od rana do nocy. Jak Santo Domingo radziło sobie przez te „pandemiczne tygodnie” pełne restrykcji? Był lockdown, różne warianty godziny policyjnej, nadzór przestrzegania dystansu społecznego w barrios, etc. I jak wyglądał Wasz dzień w tym zupełnie nieoczekiwanym okresie?

Zosia: Ten okres trwał raczej krótko, potem wszystko zaczęło powoli wracać do normy. Szybko wróciły budki z chicharrones, a reggaeton zaczął dudnić jak wcześniej. Odnośnie do samej pandemii i przestrzegania obostrzeń, podobnie jak w innych przypadkach i tutaj relację między teorią a praktyką opisałabym raczej jako „to skomplikowane”. Myślę, że żadna nawet najbardziej ekstremalna sytuacja nie jest w stanie zabić dominikańskiej natury. Pamiętam, że w międzyczasie powstało nawet kilka piosenek z koronawirusem w tle, już samo to pokazuje luźne podejście do tematu.

Cristian: Jeśli chodzi o toque de queda (godzina policyjna) to na samym początku bardziej to respektowano i policja faktycznie docierała nawet do barrios, później jednak zewsząd zaczęły dochodzić nas słuchy, że godzina policyjna to fikcja. Kiedy pytaliśmy o aktualną sytuację znajomych z różnych regionów, w odpowiedzi usłyszeliśmy: „Jakie toque de queda? Tutaj nie ma toque de queda”… Z tego co zaobserwowaliśmy, ludzie szybko zaczęli przyzwyczajać się do sytuacji i żyć w miarę normalnie, przynajmniej w obrębie swojego miejsca zamieszkania, co oznacza działalność sklepików, budek z jedzeniem wieczorem, a kiedy wszystko jest zamknięte, spotkania towarzyskie w domach czy też na ulicy.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Zofia De los Santos (@sofayer.andayer)

 

Zosia: Trzeba powiedzieć, że w kraju tropikalnym ciężko jest zamknąć ludzi w domu, szczególnie bez klimatyzacji… Zaduch i wilgoć zadręczy każdego. Dominikańskim zwyczajem wszyscy po południu wychodzą na balkon, patio lub chodnik przed domem i tam spędzają czas – tego nie da się w ludziach zmienić. To dotyczy również maseczek, jeśli w Polsce ludzie mają z tym problem, wyobraź sobie co może się dziać tutaj. Bądźmy szczerzy, w maseczce nie da się oddychać w tym klimacie, i to dlatego wiele osób, będąc na zewnątrz, zwykło nosić ją na brodzie, albo trzymać w ręce…

Cristian: W okresie, kiedy godzina policyjna była w Santo Domingo od 17:00, najgorsze były korki! To było nie do zniesienia, nawet nie chciało się wychodzić gdziekolwiek. Później była od 21:00 (w weekendy od 19:00), więc było to w miarę znośne, można było się swobodnie przemieszczać, pojeździć po kraju, otwarto też wiele restauracji i barów. Ludzie zaczęli spotykać się po prostu wcześniej, chodzić do restauracji czy do colmadonu na piwko, a później wracać do domu i tam kontynuować imprezę. Dominikańczyk ma w naturze chęć zabawy i tego nie da się go oduczyć. Tak naprawdę nie potrzebujemy lokalu, żeby się dobrze bawić! Aha, oczywiście otwarto też cabañas (domy schadzek) tak, żeby każdy mógł znaleźć coś dla siebie!

To zostańmy przy tej dobrej zabawie. Cristian wspomniał wcześniej o koncercie kapeli Grupo Bonyé. To już kultowe wydarzenie muzyczne. Pod ruinami klasztoru św. Franciszka w Zona Colonial. Od lat, w każdy niedzielny wieczór. Wtedy nobliwi dżentelmeni pod wodzą maestra Félixa Báeza wycinają karaibskie rytmy: son, merengue, bachata… Jest głośno, energetycznie, leje się rum. No i rządzi taniec. Wy tańczycie, prawda? Od zawsze tańczycie? Santosowie tańcem żyją? Gdziekolwiek, kiedykolwiek?

Zosia: Taniec to faktycznie ważna część naszego życia. Dla mnie to życiowa pasja. Muzyka i taniec towarzyszą mi odkąd pamiętam. Pierwszy raz zapach sceny poczułam mając zaledwie 4 latka. Powiadają, że jako jedyne dziecko podskakiwałam do rytmu! 

Cristian: U mnie historia jest zupełnie inna. Muzyka dla Dominikańczyka to część codzienności, wszystko jest nią przesiąknięte, jest wszechobecna, od rana do nocy. Pamiętam, kiedy zaprosiłem Zosię po raz pierwszy do mojego rodzinnego domu. Od razu zlecieli się sąsiedzi i kazali mi zatańczyć z nią merengue. Dla mnie to był obciach, bo za tancerza się nie uznawałem, a wiedziałem, że ona kocha taniec. Jakoś poszło… Najważniejsze, że ona była zadowolona!

Zosia: Tak, pamiętam ten dzień! To wtedy pierwszy raz zatańczyłam merengue i to z rodowitym Dominikańczykiem! To było coś! Kilka lat później, kiedy Cristian przyleciał do Polski, ja już prowadziłam kursy tańca. Wpadłam wtedy na pomysł, żeby Cristiana w to zaangażować, widziałam w nim duży potencjał. Opierał się, ale wyszło na moje i powstało „De los Santos Project” – nasze wspólne taneczne dziecko. Teraz czuję satysfakcję, bo dzięki temu, Polska mogła doświadczyć niezwykłego klimatu bachaty czy merengue z pierwszej ręki.

 

 

Cristian: Lekcje tańca oraz wszystkie taneczno-muzyczne wydarzenia, które organizowaliśmy pod flagą „De los Santos Project”, traktowałem jako dzielenie się kulturą Dominikany. Miło było patrzeć na radość i pozytywną energię, którą powodowała w ludziach dominikańska muzyka. Zafascynowani tymi karaibskimi klimatami, pytali często o mój kraj, chcieli wiedzieć więcej o jego kulturze, ludziach. A ja z wielką radością opowiadałem im o Dominikanie. 

Zosia: Teraz kiedy jesteśmy już w Dominikanie też często tańczymy, muzyka gra u nas prawie cały czas; pobudzające merengue, gitarowa bachata, romantyczne bolero, a w niedziele obowiązkowo salsa! Zaczęliśmy też prowadzić lekcje tańca on-line, dla tych, którzy zamknięci w domu, poszukują dodatkowej dawki pozytywnej energii. Szczególnie w tych pandemicznych czasach, muzyka daje dużo radości, dystansu i wytchnienia. To zdecydowanie najlepsza terapia na stres!

Ponoć, aby zrozumieć bachatę trzeba znać dominikańską duszę. I odwrotnie, aby pojąć Dominikańczyków, warto oswoić się z bachatą. Czym jest bachata? W jaki sposób dominikańska mentalność jest zaszyfrowana w tych rytmach, w tej śpiewnej liryce, w tej nierzadko ckliwej ekspresji?

Cristian: Bachata to zdecydowanie jeden z najbardziej popularnych gatunków muzycznych w Dominikanie. Powstała w latach 60-tych i w odróżnieniu do merengue, które jest rytmem wesołym i skocznym, ma charakter bardziej uczuciowy, pochodzi m.in. od bolero – romantycznego, subtelnego rytmu kubańskiego.

Zosia: Mówi się, że słowem, które najtrafniej opisuje bachatę jest amargura, czyli gorycz, zgorzkniałość, głęboki smutek i faktycznie, słuchając wielu utworów, nawet nie rozumiejąc tekstu, można wpaść w stan melancholii. Powoduje to m.in. charakterystyczna „płacząca” gitara.

Cristian: Mimo, że Dominikańczycy sprawiają wrażenie ludzi bardzo wesołych i zawsze uśmiechniętych, są też wrażliwi i bardzo, bardzo kochliwi. Szczególnie mężczyźni! Zawsze to powtarzam – dominikański macho żyje dla kobiet. Od najmłodszych lat uczymy się jak zwrócić uwagę kobiet i je zdobyć. Czasami nam się uda, czasami nie. O tym właśnie jest bachata, opowiada o wszystkich odcieniach miłości – zakochaniu, odrzuceniu, zdradzie, nienawiści – wpisanych w dominikańską kulturę i mentalność.

Zosia: Kobieta pokazywana jest często w roli „femme fatale”, jest dumna, zimna i bezlitosna, nie zważa na uczucia mężczyzny. Faktycznie, w pewnym stopniu oddaje to rzeczywistość, podobnie jak Cristian, też mam wrażenie, że to mężczyźni są tutaj bardziej uczuciowi i to oni ganiają za kobietami zabiegając o nie na każdy możliwy sposób. Ten stan rzeczy wpisał się już na stałe w dominikańską kulturę, aż do tego stopnia, że od kilku Dominikanek mieszkających w Europie usłyszałam, że czują się tam mniej atrakcyjne, bo brakuje im komplementów, uwagi mężczyzn, którą w swoim kraju mają na co dzień. Cóż, trzeba przyznać, że Dominikańczycy są niezwykle szarmanccy i umieją sprawić, żeby kobieta poczuła się wyjątkowo, trudno im się oprzeć. Mnie się nie udało…

 

 

Zosia, obroniłaś w Polsce intrygującą pracę dyplomową o pierwotnych mieszkańcach Hispanioli, którymi byli Tainowie; pisałaś o tzw. indygenizmie, czyli nurcie, głównie literackim, odwołującym się w kulturze dominikańskiej do rdzennych tradycji i wartości. Powiedz, co odkryłaś dzięki tej pracy? Czy indygenizm wpływa na poczucie tożsamości narodowej wśród dzisiejszych Dominikańczyków?

Kiedy poznałam Cristiana, zaczynałam właśnie studia na Filologii Hiszpańskiej, ale o Dominikanie nie miałam wielu informacji. Szybko zaintrygowała mnie jednak historia i kultura tego kraju, co rozwinęło się jeszcze bardziej po moim pierwszym pobycie na Hispanioli. Szczególnie zainteresowała mnie historia prekolumbijska i czasy kolonialne, dlatego postanowiłam zagłębić się w ten temat przy okazji pisania pracy dyplomowej. Fascynujący jest dla mnie fakt, jaką mieszanką kulturową są Dominikańczycy, w ich żyłach płynie krew trzech różnych ras: rdzennych mieszkańców, Hiszpanów oraz Afrykańczyków.

W pracy skupiłam się na Tainach, ich wpływie na kulturę dominikańską i tożsamość narodową Dominikańczyków. Szybko jednak odkryłam, że temat jest bardziej zawiły niż mi się z początku wydawało. W Dominikanie, w przeciwieństwie do krajów Ameryki Łacińskiej, gdzie nadal żyją potomkowie pierwotnych plemion, nie zachowało się wiele pozostałości po plemieniu Taíno. Po słynnej rzezi dokonanej przez gubernatora Nicolasa de Ovando, nastąpił nagły spadek liczebności tubylców, co sprawiło, że do połowy XVI w. praktycznie zniknęli oni z powierzchni ziemi. Dlatego myślę, że plemię Taíno jest dla Dominikańczyków pewnego rodzaju mitem osławionym krwawą historią, który zarówno w czasach niepodległościowych jak i dziś, spełnia rolę fundamentu dominikańskiej tożsamości narodowej.

W wyniku tego tragizmu historycznego i mitologizowania kultury rdzenni mieszkańcy są idealizowani i gloryfikowani, a pamięć o nich jest przejawem najszczerszych patriotycznych uczuć, zakorzenionych głęboko w sercu i duszy. To dlatego dominikańscy patrioci na Dominikanę powiedzą Quisqueya (jak mieli nazywać wyspę Tainowie), a w hymnie zamiast określenia dominicanos pojawia się quisqueyanos. Hołd kulturze przodków składają również artyści pisząc poematy o ukochanej przez lud królowej Anacaonie i jej areytos (utwory poetyckie służące do odśpiewywania na uroczystościach religijno-kulturowych Tainów) oraz nieugiętym Enriquillo, który przez 13 lat walczył z Hiszpanami o prawo do godnego życia i wolności dla swoich współplemieńców. Te postacie pojawiają się także w kulturze popularnej – w piosenkach czy na muralach. W sztuce często spotkać można symbole zainspirowane sferą religijno-duchową Tainów czy też ich piktogramami. Nadal kultywuje się również prekolumbijską tradycję kulinarną – przygotowanie tzw. casabe, prostego placka z manioku.

Dziś, po przeanalizowaniu wielu źródeł, do którym mam dostęp dopiero będąc tutaj, nie mam wątpliwości, że największy wkład w szeroko pojętą kulturę Dominikany ma element afrykański, jednak myślę, że Tainowie zawsze będą mieli swoje miejsce w pamięci i sercach Dominikańczyków.

Wróćmy teraz do Waszych pomysłów na życie. W samej Dominikanie chcecie rozwijać kolejny „rodzinny projekt” – tym razem podróżniczy – Pal’Caribe. Włóczęga po tym kraju jest zawsze konkretną przygodą. Niektóre prowincje, szczególnie w zachodniej Dominikanie, te położone najbliżej granicy z Haiti pozostają nadal w turystycznej niszy. I to sprzyja, choćby indywidualnym eksploracjom. Jakiej Dominikany można spodziewać się podróżując z Wami?

Cristian: Pal’Caribe powstało, aby przybliżyć Polakom poznanie właśnie tych miejsc, do których wciąż ciężko dostać się na własną rękę, a które obfitują w najpiękniejsze dominikańskie skarby. Trzeba przyznać, że Dominikana znana jest na całym świecie przede wszystkim jako mekka all inclusive; Punta Cana zdecydowanie przyczyniła się do rozwoju dominikańskiej turystyki i otwarła drzwi innym regionom, żeby mogły dać się poznać. I chwała jej za to! Dominikana w całej swojej okazałości jest jednak wciąż niedostępna, tutejszy system poruszania się czy zdobywania informacji jest dość chaotyczny i często utrudnia turystom dostęp do dominikańskich perełek. Pal’Caribe powstało jako opcja dla tych, którzy mają ochotę na głębszą eksplorację, ale niekoniecznie chcą stresować się kwestiami organizacyjnymi.

 

 

Zosia: Po zakończeniu pandemii z pewnością znów wystartujemy z naszym flagowym projektem o nazwie „Dominikana Twoich Marzeń”. Ma on na celu tworzenie spersonalizowanych programów dla osób indywidualnych. W tym przypadku, to nasz klient decyduje jakiego rodzaju wyjazd go interesuje, a my zajmujemy się jego organizacją. Ktoś woli zupełny relaks i obserwacje tropikalnej natury, kogoś innego interesuje turystyka aktywna i nutka adrenaliny. Każdy program jest inny, bo dopasowany w 100 procentach do konkretnej osoby. Głównym przewodnikiem w tym projekcie jest oczywiście Cristian, bo kto pokaże nam Dominikanę lepiej niż rodowity Dominikańczyk? Wycieczki z nim są nasycone nie tylko solidną wiedzą „książkową”, ale przede wszystkim historiami z życia wziętymi, ciekawostkami, które może znać tylko osoba, która się tutaj urodziła i wychowała.

Cristian: Wszyscy, którzy zdecydują się ze mną podróżować, muszą się też nastawić na dużo muzyki, tańca, śmiechu i rumu, bo w naszym „wesołym autobusie” zawsze się dzieje! A to, co się wydarzy w guagua (autobus), zostaje w guagua!

Gdzie lubicie jeździć najbardziej? Wasze ulubione dominikańskie rewiry?

Cristian: Odpowiedź na to pytanie to spore wyzwanie, bo jak to mówią, Dominikana „lo tiene todo” (ma wszystko). Po tych latach podróżowania po Dominikanie mamy jednak swoich faworytów, do których często wracamy.

Zosia: Pierwszym miejscem jest, bez wątpienia, Półwysep Samaná. Dla mnie, jest on kwintesencją karaibskiego klimatu, w jego obrębie mieści się wszystko to, co mnie osobiście kojarzy się z Dominikaną – soczysta, egzotyczna natura, nieziemsko piękne plaże, górzyste przylądki, ciepło i przyjacielskość bijąca od lokalnych mieszkańców, muzyka i taniec za dnia i w nocy, wyśmienite jedzenie oraz na koniec najlepsze – kameralność i poczucie intymności.

 


 
 
 
Wyświetl ten post na Instagramie.

Post udostępniony przez Pal’Caribe (@palcaribe.dominikana)

 

Cristian: Dokładnie, Samaná wciąż jest jeszcze niedostępna dla masowej turystyki, przez co nie jest wyeksploatowana, ma nadal świeżość i dziewiczy klimat. Kolejnym naszym azylem jest tzw. Sur Profundo, okolice Barahony i Pedernales, region zupełnie wyjątkowy, niepowtarzalny. Tamtejszy kolor wody uznaliśmy zgodnie za najpiękniejszy w całej Dominikanie.

Zosia: W najgorętszych miesiącach lubimy też spędzić kilka dni w górzystym centrum Dominikany, np. w Jarabacoa. Trzeba przyznać, że dominikańskie góry mają w sobie magię i specyficzny klimat, a rześkie powietrze daje wytchnienie od stołecznego upału.

Cristian: Na koniec muszę wymienić wybrzeże północne, od Cabrera po Monte Cristi – tutaj wybór jest bardzo ciężki, bo perełek jest tam sporo, ale warto wspomnieć szczególnie o rzekach czy naturalnych kąpieliskach, w które obfituje ten region – a to Dominikańczycy lubią nawet bardziej niż plaże.

Cristian, gdybyś miał określić swoich rodaków tylko trzema słowami, czymś co idealnie opisuje dominikańską kulturę, tę esencję – „dominicanidad„, tę codzienność wymieszaną z aspiracjami i pragnieniami lepszej przyszłości  – co by to mogło być i dlaczego?

Cristian: Namiętni, zdystansowani, solidarni.

Namiętni, bo kochamy życie i umiemy się nim cieszyć. Żyjemy intensywnie, impulsywnie, mamy gorącą krew. Nie tracimy czasu na zamartwianie się, korzystamy z tego co jest i po prostu dobrze się bawimy, w biedzie czy w luksusie, w chorobie czy w zdrowiu, w pracy czy w domu, przy porannej kawie czy wieczornym rumie… zawsze jest dobry czas, żeby celebrować życie!

Zdystansowani do świata, innych ludzi i samych siebie. Zauważ, że tutaj nikt się nie obrazi, kiedy krzykniesz do niego „Ey, gordito” (Hej, grubasku). Żartujemy sobie ze wszystkiego, nawet z naszych wad i kompleksów. Nie bierzemy życia zbyt na poważnie. W innych krajach ludzie sprzeczają się o politykę, religię, problemy społeczne… my też, ale kończymy te rozmowy nie podziałem, a śmiechem.

Solidarni z tymi, którzy potrzebują naszej pomocy. Na co dzień widzę te gesty solidarności i chęć pomocy w najbardziej przyziemnych sytuacjach, kiedy przypadkowy przechodzień pomoże mi zaparkować, kiedy sąsiadka wiedząc, że jestem chory przyniesie mi caldo con cilantro y mucho ajo (rosół z dużą ilością kolendry i czosnku), kiedy pytam o adres jedną osobę, a odpowiada mi pięć, z czego trzy z nich chcą mnie tam zaprowadzić osobiście… to zwykłe, wydawać by się mogło, nieznaczące sytuacje, które sprawiają, że żyje się nam wszystkim po prostu lepiej.

Dziękuję Wam, Amigos, za tę rozmowę…

 


Cristian de los Santos – Dominikańczyk, patriota, po uszy zakochany w swojej ojczyźnie, jak mówi: „Mogę żyć w wielu krajach świata, ale umrzeć zamierzam w Dominikanie”. W Polsce spędził 6 lat, przywiedziony tam przez los i miłość do blondynki o niebieskich oczach; tam studiował, pracował i z pasją przekazywał Polakom wiedzę o kulturze Dominikany. Obecnie jest przewodnikiem po Dominikanie dla polskich turystów.

Zofia de los Santos-Gonzalezfilolog języka hiszpańskiego, tancerka, pasjonatka kultury i historii Dominikany. Śmieje się, że „amor wystrzelił do niej naraz dwie strzały: męża Cristiana i Dominikanę; obydwoma trafił w samo serce”. Współtwórczyni dwóch projektów mających na celu promocję kultury dominikańskiej w Polsce: projektu tanecznego „De los Santos Project” oraz podróżniczego „Pal’Caribe”.

Zdjęcie tytułowe, zrobione w półwyspie Samaná, za pozwoleniem (c) Pal’Caribe / De Los Santos

Polska dusza latino

Julitę Osińską, znaną również jako @polacaviajera, mega pozytywną dziewczynę i podróżniczkę poznałem najpierw wirtualnie, na Instagramie… przy dominikańskim piwie Presidente w listopadzie 2016 roku. Tak to często działa. Opublikujesz post, który obudzi w kimś dobre wspomnienia; albo przeniesie w pożądany podróżniczy młyn, w miejsca skąd dusza wracać nie chce, gdzie dusza czuje się najlepiej…

Julita pokochała Amerykę Łacińską i wzięła się za latynoskie marzenia pełną parą. Widziała Argentynę, widziała Kubę, widziała wiele innych rewirów, między tymi krajami: w Ameryce Południowej, Północnej; na Karaibach.

Opowie nam o swoich inspirujących wojażach po lądzie południowoamerykańskim…

Naszą bohaterkę, mieszkającą na co dzień w Barcelonie, spotkaliśmy z Kingą na żywo w Warszawie, latem 2020 (pandemicznego) roku. Przy paru mojitos, w karaibsko-żoliborskim barze Boogaloo Beach Bar, zrodziła się idea tego materiału…

„Mówi się, że w przypadku silnych objawów choroby wysokościowej należy zjechać w dół, ale jak to zrobić kiedy znajdujesz się na altiplano, czyli na płaskowyżu, gdzie nie da się zjechać na niższą wysokość!? To był bardzo trudny moment dla nas wszystkich, absolutnie nie spodziewaliśmy się tak silnych objawów i nie byliśmy przygotowani na taki przebieg zdarzeń.”

Z wielką przyjemnością, w aurze czystej przygody (z czołem spoconym i oddechem zapartym) zapraszam na…

 

…Rozmowę z Julitą Osińską…

Caribeya: Jak to się stało, że znalazłaś się pośrodku największej pustyni solnej świata Salar de Uyuni w Boliwii, w dodatku siedząc na dachu polskiego Żuka i trzymając polską flagę?

Julita Osińska: To było przeznaczenie! A przynajmniej tak lubię to tłumaczyć. O odwiedzeniu Salar de Uyuni, jak i w ogóle kontynentu południowoamerykańskiego, marzyłam już od czasów liceum. Uczęszczałam do klasy dwujęzycznej z hiszpańskim i szalenie zafascynowałam się kulturą Ameryki Łacińskiej. Już wtedy pojawił się pomysł podróży po Ameryce Południowej, ale wiedziałam, że chcę tam jechać na dłużej niż kilka tygodni, dlatego zdecydowałam się poczekać. Na studiach pomysł na dobre zadomowił się w mojej głowie i zdecydowałam, że to będzie idealny plan na tzw. gap year między licencjatem a magisterką. Wiedziałam, że jeśli nie zrobię tego wtedy, to być może już nigdy nie będę miała okazji na tak długą podróż.

Ostatni semestr studiów spędzałam na Erasmusie w Barcelonie i to właśnie wtedy powstał wstępny plan: bronię pracę licencjacką w lipcu, jadę na pół roku do pracy na Wyspy Kanaryjskie i odkładam pieniądze, by w lutym 2016 r. ruszyć w 6-miesięczną podróż. Miałam jechać sama, odwiedzić znajomych w Argentynie, Brazylii, Kolumbii i Meksyku, myślałam też o jakimś wolontariacie (co w rezultacie zrealizowałam), a skończyło się na 3-miesięcznej podróży z ekipą Żukiem Przez Świat. Jak do tego doszło? W zasadzie wszystko za sprawą… jednego postu, na który wpadłam pewnego popołudnia przewijając feed na Facebooku.

Ekipa szukała 2 osób, które zechciałyby dołączyć do wyprawy po Ameryce Południowej polskim Żukiem… w lutym 2016!!! Nie mogłam uwierzyć własnym oczom, od razu zgłębiłam temat, przeczytałam wymogi „rekrutacji” i po chwili wysmarowałam długiego maila pełnego ekscytacji i niedowierzania, że robią taki świetny projekt i do tego wyprawa ma odbyć się dokładnie w terminie, kiedy ja sama planowałam znaleźć się po drugiej stronie Atlantyku. Umówiliśmy się na rozmowę przez Skype (byłam wtedy na Gran Canarii) no i zwyczajnie zaiskrzyło. Zaczęły się przygotowania i 3 miesiące później wylądowałam w Argentynie, by przeżyć podróż życia z grupą osób, których kompletnie nie znałam!

Zacznijmy więc opowieść o tej południowoamerykańskiej odysei. Wylądowałaś w „Boskim Buenos” i co było dalej?

Dla nas „Boskie Buenos” nie okazało się zbyt łaskawe. Żuka wysłaliśmy do Ameryki Południowej w kontenerze na statku, który miał dotrzeć do Argentyny kilka dni po naszym przylocie. Założenie było takie, że w argentyńskiej stolicy spędzimy 7-10 dni i później ruszymy już w trasę. Jednak firma spedycyjna, która miała załatwić wszystkie formalności dotyczące odbioru Żuka, wystawiła nam rachunek na 8 tys. dolarów, krótko mówiąc zażyczyła sobie kwotę niemal 3 razy wyższą niż ta, której się spodziewaliśmy! Przed wyjazdem zrobiliśmy bardzo dokładne rozeznanie i koszty nie powinny były przekroczyć 3 tys. dolarów. Staliśmy się ofiarami korupcji, która niestety w Ameryce Łacińskiej ma się całkiem dobrze.

Nie chcąc się poddać bez walki, nie zgodziliśmy się na zapłacenie „łapówki” i rozpoczęliśmy szalenie skomplikowany proces wyciągania Żuka z najbardziej skorumpowanego portu Ameryki Południowej na własną rękę. Z pomocą przyszli nam Polacy mieszkający w Buenos Aires, znajomi Rafała Sonika (polski przedsiębiorca i kierowca rajdowy – przyp. red.), który był tam stałym bywalcem ze względu na rajd Dakar i którego ekipa Żuka poznała kilka lat wcześniej w Maroko. Jesteśmy im dozgonnie wdzięczni, bo uratowali naszą wyprawę, która bez ich pomocy prawdopodobnie by się nie odbyła.

Jak to jednak bywa w podróży (i w życiu), nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki tym problemom, spędziliśmy miesiąc u naszego argentyńskiego gospodarza Juana, na prowincji miasta Buenos Aires, miejscu zupełnie nieturystycznym, gdzie mieliśmy okazję uczestniczyć i poznawać kulisy codziennego życia Argentyńczyków. Oni pokazywali nam swoje zwyczaje, jak wspólne picie yerba mate, słynne asados (argentyński grill), lepienie empanadas, czy jedzenie lodów o północy.

Nie chcieliśmy być dłużni, więc chwyciliśmy butelkę po winie i zabraliśmy się za wałkowanie ciasta i lepienie pierogów oraz pieczenie (przesłodzonej) szarlotki (śmiech). Nie zabrakło oczywiście degustacji tradycyjnych trunków, z jednej strony popularny w Argentynie fernet (gorzka ziołowa wódka), a z drugiej przywieziona przez nas polska wódka. Nasza obecność wywoływała również zaciekawienie wśród sąsiadów, którzy z początku myśleli, że jesteśmy studentami na wymianie. Wyprowadziliśmy ich z błędu, a gdy w końcu Żuk zajechał przed dom Juana, sąsiedzi cieszyli się i świętowali ten sukces razem z nami.

Potem rajd tym niebieskim Żukiem na… niebieskiej benzynie po argentyńskich bezdrożach i… trzęsienie ziemi w Chile..?

Tak jest, potem zaczęła się prawdziwa przygoda! Pierwsze noclegi na dziko w pięknych okolicznościach przyrody i setki przejechanych kilometrów bez ani jednej wioski po drodze! To nas bardzo zaskoczyło, bo jednak w Europie nie ujedziemy zbyt długo bez natknięcia się na jakąś nawet malutką wieś. W Ameryce Południowej jest mnóstwo takich niezabudowanych terenów, dzięki czemu możemy rzeczywiście poczuć przestrzeń i ogrom przyrody.

 

 

Z kolei awarie Żuka, które zaczęły się już od samego początku, były po prostu integralną częścią tej przygody (śmiech). Jeszcze w Argentynie Żuk zaczął się dławić, szarpać i gasnąć, a my nie mieliśmy pojęcia dlaczego. Po wielu próbach napraw, w końcu odkryliśmy, że to wina argentyńskiego paliwa, które zawiera po prostu bardzo dużo etanolu (stąd niebieski kolor) i przez to benzyna wrze w temperaturze niższej niż zazwyczaj. Rozwiązaniem okazało się mieszanie benzyny z olejem! W późniejszych etapach podróży zmagaliśmy się jeszcze z wieloma awariami, ale te nieraz nerwowe sytuacje, teraz wspominamy już tylko z uśmiechem.

Przygodę z Argentyną skończyliśmy przejechaniem północnego odcinka słynnej Ruta 40, czyli drogi ciągnącej się z północy na południe kraju, gdzie krajobrazy dosłownie zapierają dech w piersiach.  Zajrzeliśmy jeszcze do Mendozy, by spotkać się z grupą Argentyńczyków, których poznaliśmy wcześniej w Buenos Aires, a następnie przekroczyliśmy pierwszą granicę lądową na kontynencie południowoamerykańskim i wjechaliśmy do Chile. Tam czekało na nas wspomniane przez Ciebie „trzęsienie ziemi”. Nie chodzi tu oczywiście o fenomen naturalny, tylko o typowy chilijski drink. Składniki tajemniczego napoju to tanie (zazwyczaj) wino, fernet, grenadyna i gałka lodów ananasowych. Choć brzmi niepozornie, trunek mocno uderza do głowy, więc nazwa „terremoto” jest tu jak najbardziej adekwatna!

 

 

Po wizycie w stolicy kraju, ruszyliśmy na północ, w kierunku pustyni Atacama, należącej do najsuchszych obszarów świata, po drodze zatrzymując się m.in. w pokrytym pięknymi muralami Valparaiso, czy w Punta Choros, gdzie mogliśmy obserwować delfiny z gatunku butlonosów oraz pingwiny Humboldta w ich naturalnym środowisku.

Zostańmy przy Atacamie. Przypomina mi się scena z filmu „Dzienniki motocyklowe”. Młody Ernesto Guevara (wtedy jeszcze nie „Che”) i jego kompan podróży Alberto Granado spędzili na tej pustyni lodowatą noc dzieląc żar ogniska i krzepiącą yerba mate z parą autochtonów. Wy, poszukując noclegu w tamtych pustynnych rewirach, trafiliście do „miasta widm” – Pampa Unión. Co się tam zdarzyło?

To było jedno z tych miejsc na trasie, których absolutnie nie planujesz odwiedzić, bo nawet nie wiesz, że istnieją! Tajemnicze miasteczko, a raczej jego pozostałości, zrujnowane i kompletnie opustoszałe budynki… Zaintrygowani, wysiedliśmy z samochodu i zapuściliśmy się w aleje porzuconej osady. W pewnym momencie doszliśmy do bramy prowadzącej na… cmentarz pełen mogił przyozdobionych drewnianymi krzyżami. Po chwili mrocznego spaceru wśród nagrobków, odkryliśmy, że wiele z nich to mogiły małych dzieci…

Chcieliśmy dowiedzieć się, co to za miejsce i jaka jest jego historia, ale nie było tam żadnych tabliczek informacyjnych. Na murach kapliczki dostrzegliśmy kilka napisów nakreślonych markerem, które wskazywały na to, że historia tego miejsca została przemilczana w szkolnych podręcznikach. Początkowo myśleliśmy, że to będzie dobra miejscówka na nocleg, ale po tym krótkim spacerze zdecydowanie zrezygnowaliśmy z tego pomysłu i ruszyliśmy dalej w trasę. Jednak ciekawość i niepokój pozostały. Dopiero po powrocie z wyprawy udało nam się dowiedzieć, że Pampa Unión to jedna z wielu, rozsianych po Atacamie, osad robotniczych związanych z wydobyciem saletry, stąd osady te nazywano „oficinas salitreras”.

Na początku XX w. tamtejsze regiony zostały nawiedzone przez liczne epidemie, mówimy tutaj m.in. o epidemii dżumy, czy żółtej febry. Doprowadziły one do masowych śmierci, a umierały przede wszystkim małe dzieci. W latach 30 zaprzestano eksploatacji złoża i Pampa Unión szybko opustoszała i przeszła do historii, o której nikt głośno nie mówił. Dla nas był to zupełnie nieplanowany punkt na trasie, ale za to właśnie kocham podróże, zawsze dowiesz się czegoś nowego, co pozwala nieustannie poszerzać twoje spojrzenie na świat.

Po mrożącym krew w żyłach epizodzie w Pampa Unión, ruszyliśmy dalej, zgodnie z planem, w kierunku Boliwii – kraju który zaskoczył nas chyba najbardziej z uwagi na dość ekstremalne warunki, kilka podbramkowych sytuacji oraz mnóstwo przygód, ale przede wszystkim niesamowite krajobrazy, jakich nigdy wcześniej nie widzieliśmy.

W Boliwii wjechaliście na wysokość 5033 m n.p.m. To był punkt kulminacyjny wyprawy (a przynajmniej w sensie geograficznym). Jak poradziliście sobie z tym etapem kondycyjnie, łącznie z Waszym wiernym Żukiem?

To był zdecydowanie najtrudniejszy etap podróży, zarówno dla nas jak i dla Żuka, który często się dławił i nie dawał rady podjechać pod górkę. Wtedy nie pozostawało nam nic innego, jak wyskoczyć i siłą ludzkich rąk trochę go pchnąć, by jakimś cudem jednak ten podjazd pokonał. Później trzeba było oczywiście do Żuka (w ruchu) z powrotem wskoczyć, mieliśmy przy tym całkiem sporo zabawy (śmiech). Czasem jednak i to nie pomagało, dlatego na przykład w Chile nie udało nam się zobaczyć gejzerów El Tatio położonych na wysokości 4200 m n.p.m.. Trzeba zaznaczyć, że te problemy wiązały się ze zmniejszoną ilością tlenu dostępnego na takich wysokościach.

Na szczęście męska część ekipy znalazła lekarstwo na dolegliwości Żuka dzięki czemu mogliśmy jechać dalej zgodnie z planem. Jednak choroba wysokościowa dotknęła nie tylko Żuka, prędzej czy później musiała też dopaść i nas. Ja miałam tylko jeden moment kryzysowy, kiedy w Boliwii po nocy spędzonej na 5000 m n.p.m. wyszłam nad ranem z namiotu z bólem głowy i czułam, że brakuje mi powietrza. Swoją drogą to była najzimniejsza noc podczas całej wyprawy, myślę że było wtedy kilka stopni poniżej 0°C, a my nie mieliśmy sprzętu dostosowanego do tak niskich temperatur. Jestem pewna, że tamtej nocy miałam na sobie prawie całą zawartość plecaka. Ale to nie mnie, a inną członkinię wyprawy – Olę, choroba dotknęła najbardziej.

Muszę przyznać, że przeżyliśmy momenty grozy, kiedy dosłownie pośrodku niczego, Ola zaczęła potwornie gorączkować, przeszywały ją dreszcze, a ból rozsadzał jej głowę niczym dynamit. Mówi się, że w przypadku silnych objawów choroby wysokościowej należy zjechać w dół, ale jak to zrobić kiedy znajdujesz się na altiplano, czyli na płaskowyżu gdzie nie da się zjechać na niższą wysokość!? To był bardzo trudny moment dla nas wszystkich, absolutnie nie spodziewaliśmy się tak silnych objawów i nie byliśmy przygotowani na taki przebieg zdarzeń. Wokół nas ani żywej duszy, tylko góry i laguny, przed nami i za nami szutrowa droga biegnąca, wydawać by się mogło, donikąd, bo najbliższa wioska oddalona była o dobrych kilka godzin jazdy. Zdecydowaliśmy zawrócić na granicę parku narodowego w nadziei, że może strażnik rezerwatu będzie nam w stanie jakoś pomóc lub coś doradzić.

Na szczęście okazało się to właściwą decyzją, ponieważ właścicielka malutkiego schroniska, które stało obok budki strażników, poratowała Olę magicznym naparem z ziół chachacoma, który sprawił, że zaczęła odzyskiwać siły. Właściciele schroniska pozwolili nam rozbić namioty obok chatki, a Oli udostępnili łóżko i koce, by mogła lepiej odpocząć.

 

 

Następnego dnia, bez pośpiechu, ruszyliśmy w głąb altiplano oglądając po drodze niesamowite krajobrazy: wulkany, gorące źródła, gejzery oraz kolorowe laguny wypełnione setkami różowych flamingów. Widoki tak oszałamiające, że momentami trudno było uwierzyć, że wciąż jesteśmy na Ziemi! Po około 5 dniach jazdy przez bezdroża, bez dostępu do bieżącej wody i na resztkach paliwa oraz jedzenia dotarliśmy do Uyuni, gdzie mogliśmy w końcu zmyć z siebie cały pył, piach i pot. W takich momentach człowiek dopiero docenia, jakim przywilejem jest dostęp do bieżącej wody! Cały ten trud i wysiłek był oczywiście absolutnie wart tego, co czekało na nas “za rogiem”.

Mowa oczywiście o Salar de Uyuni – najbardziej niesamowitym miejscu w Boliwii, a może i w całej Ameryce Południowej. To właśnie tam znalazłam się na dachu Żuka wymachując dumnie polską flagą.

Na innym zdjęciu, zrobionym także w Salar de Uyuni, zasuwasz śmiało z deską surfingową pod pachą. Jak wspominasz surfowanie na tym największym na świecie „naturalnym lustrze”?

To, jak pewnie się domyślasz, kolejna szalona historia! W podróży poznajemy zawsze mnóstwo ludzi, często są to spotkania bardzo przypadkowe, kilkuminutowe rozmowy i wymiana doświadczeń oraz wskazówek na dalszą podróż. Takie właśnie było nasze spotkanie na stacji benzynowej w San Pedro de Atacama w Chile. Poznaliśmy tam 3 Australijczyków, którzy przemierzali 3 Ameryki (z Patagonii po Alaskę) na motocyklach z deskami surfingowymi u boku. Kilka minut rozmowy i każdy pojechał w swoją stronę. Jakie było nasze zdziwienie kiedy około tydzień później wpadliśmy na siebie na ulicach Uyuni w Boliwii! Krótka pogawędka i już urodził się plan na wspólne obozowisko na Salar de Uyuni zakrapiane polskimi trunkami, które uchowały się na specjalne okazje (śmiech).

Ten obszar należy do najbardziej płaskich na świecie, różnica wzniesień wynosi zaledwie 41 cm. Pobudza to kreatywność i wiele osób robi sobie śmieszne zdjęcia wykorzystując grę perspektywy. Można ustrzelić naprawdę genialne ujęcia, ale my bawiliśmy się w nieco inny sposób. Daliśmy upust wyobraźni i wykorzystując, co było pod ręką trochę poszaleliśmy. Byli tacy, co jedli jajka doprawione solą z pustyni, inni grali w golfa lub tańczyli w strojach dinozaurów, a ja stęskniona za oceanem i surfowaniem wskoczyłam w kostium kąpielowy, dorwałam deskę jednego z naszych Australijskich kolegów i biegając po tej słonej „plaży” cieszyłam się na wspomnienie lekcji surfingu na Gran Canarii, gdzie mieszkałam tuż przed wyprawą.

 

 

Warto podkreślić, że Salar de Uyuni to miejsce inne, niż wszystko co do tej pory widzieliśmy. Słynie głównie z niesamowitego efektu lustra, który tworzy się podczas pory deszczowej, kiedy Salar pokrywa cienka warstwa wody. Z pewnością widziałeś zdjęcia na których nie sposób odróżnić, gdzie jest niebo, a gdzie ziemia. Zobaczyć ten efekt na własne oczy… to było moje wielkie marzenie! Akurat wyszło tak, że na Salar dotarliśmy na przełomie pory deszczowej i pory suchej, więc obszarów wciąż pokrytych wodą było już niewiele. Własny samochód dał nam jednak niezależność i za radą lokalnego przewodnika zapuściliśmy się w głąb pustyni, we wskazanym przez niego kierunku, w poszukiwaniu lustra. Udało nam się dotrzeć do miejsca, gdzie jeszcze zachowała się cienka warstwa wody, jednak wiatr sprawił, że tafla była lekko pomarszczona i efekt nieco zaburzony, co nie zmienia faktu, że spełniłam długoletnie marzenie i czuję, że to jedno z tych miejsc, do których będę wracać.

A jak smakowały Ci jajka wielkanocne nad jeziorem Titicaca?

W takiej scenerii wszystko smakuje wyśmienicie! Prawda jest taka, że dla większości z nas to były pierwsze święta spędzone tak daleko od domu i chcieliśmy stworzyć chociaż namiastkę polskiej Wielkanocy. W rezultacie wyszło dużo lepiej niż mogliśmy się spodziewać, ale po raz kolejny zawdzięczamy to życzliwości osób napotkanych na naszej drodze. Tak się złożyło, że akurat tuż przed świętami wielkanocnymi zajrzeliśmy do księdza Jacka, który jest misjonarzem w miejscowości Challapata w Boliwii.

O księdzu Jacku dowiedzieliśmy się z bloga polskich podróżników, którzy Amerykę przemierzali na rowerach. Muszę zaznaczyć, że o ile my wiedzieliśmy o istnieniu księdza Jacka, on nie miał prawa się nas spodziewać. Mimo naszej niezapowiedzianej wizyty, ksiądz Jacek przyjął nas z otwartymi ramionami, ugościł na plebanii i… udostępnił pralkę – prawdziwy luksus podczas takiej wyprawy! Jednak wszelkie wygody zeszły na drugi plan w obliczu spotkania z osobą o tak ciekawej historii i ciepłym usposobieniu. Miło było też porozmawiać w ojczystym języku z kimś spoza naszej ekipy i dowiedzieć się więcej o życiu w Boliwii, zwłaszcza że ksiądz Jacek okazał się osobą bardzo otwartą i szybko znikł dystans, który zazwyczaj towarzyszy rozmowie z osobą duchowną.

Planowaliśmy zatrzymać się tylko na jeden dzień, ale nasz gospodarz zaproponował, abyśmy zostali na noc i w ten sposób z jednego dnia zrobiło się kilka. Kiedy w końcu zdecydowaliśmy się ruszyć dalej, ksiądz Jacek odprawił nas z poświęconymi jajkami i polską wędliną!

 

 

Tak bogato zaopatrzeni pojechaliśmy w kierunku jeziora Titicaca, by tam w pięknych okolicznościach przyrody zjeść wielkanocne śniadanie. Choć każdy z nas, z tęsknotą myślał o domu i bliskich oddalonych o tysiące kilometrów, to na swój sposób te święta były wyjątkowe i co roku wspominam je z uśmiechem na ustach. Po „uroczystym” poranku przyszedł czas na odkrywanie tajemnic, które skrywa Isla del Sol (Wyspa Słońca) położona na najwyższym żeglownym jeziorze świata. Po Boliwii skoczyliśmy jeszcze na trochę do Peru, ale mieliśmy niestety dość mało czasu, więc w zasadzie dojechaliśmy jedynie do Cuzco, skąd obowiązkowo udaliśmy się na podbój Machu Picchu.

To chyba najbardziej oczywista atrakcja krajoznawcza Ameryki Południowej. Dla wielu wizytówka kontynentu. Gwóźdź podróżniczej agendy. Spiritus movens wyprawy. Przyciąga tych, którzy szukają wrażeń na własną rękę, jak i tych, którym pasuje wygoda w typie… all inclusive. Jak dzisiaj dotrzeć do Machu Picchu w sposób „odkrywczy”?

Myślę, że pominięcie Machu Picchu byłoby grzechem, zważywszy na to, że byliśmy tak blisko. Nie da się oczywiście zaprzeczyć, że jest to atrakcja masowo odwiedzana przez turystów z całego świata, a zatem mamy tłum, który momentami potrafi przysłonić prawdziwy urok starożytnego miasta. Nie zmienia to jednak faktu, że Machu Picchu trzeba zobaczyć na własne oczy! To jedyny sposób by w pełni doświadczyć tego miejsca oraz poczuć jego energię.

Z perspektywy czasu uważam jednak, że z całej wyprawy do imperium Inków, dla mnie osobiście najważniejsza okazała się droga jaką przyszło nam pokonać, by tam dotrzeć (istnieje oczywiście wiele udogodnień dla osób, które nie chcą, bądź nie mogą dostać się tam w taki sposób jak my). Żukiem podjechaliśmy najbliżej jak się dało, czyli do miejsca zwanego Hidroeléctrica, gdzie zostawiliśmy samochód pod opieką właściciela niewielkiego parkingu i ruszyliśmy wzdłuż torów kolejowych do miasteczka u podnóży Machu Picchu. Tę samą trasę wiele osób pokonuje pociągiem, ale ja uważam, że oprócz oczywistej zalety w postaci zaoszczędzenia sporej sumy pieniędzy (140-200 USD), pokonanie tego fragmentu pieszo uświadamia nam, że Machu Picchu powstało w miejscu trudno dostępnym oraz wprowadza nas w ten “odkrywczy” klimat, jak to słusznie ująłeś.

Po kilku godzinach wędrówki dotarliśmy do Aguas Calientes, które jest typowym miasteczkiem żyjącym z turystyki, pełno tam hosteli, restauracji i sklepików z lokalnym rzemiosłem w wygórowanych cenach. Zatrzymaliśmy się tam na noc, by następnego dnia wstać przed świtem i około 5 rano, jeszcze po ciemku, przekroczyć bramę, która wyznacza początek szlaku do Machu Picchu. Podekscytowani i zupełnie nieświadomi tego, co nas czeka zaczęliśmy pokonywać pierwsze metry. Jak się później okazało, cała wspinaczka do bram imperium Inków trwa ok 1-1,5h i choć nie brzmi to zbyt wymagająco, w rzeczywistości jest zupełnie inaczej. Schody, schody… niekończące się schody. Tak w skrócie można opisać wspinaczkę do Machu Picchu.

Prawdopodobnie nie byłaby to aż taka mordęga, gdyby to były zwykłe schody, jak w przeciętnym bloku mieszkalnym, ale zamiast tego wyrastają przed nami niezmiernie wysokie, kamienne stopnie. Przyznaję bez wstydu, że ta wspinaczka była dla mnie prawdziwą walką z samą sobą i własnymi ograniczeniami. Były momenty słabości, łzy i chęć poddania się, ale motywacja do spełnienia jednego z największych podróżniczych marzeń na szczęście wygrała. Niestety kiedy w końcu znaleźliśmy się na terenie Machu Picchu, zamiast widoku znanego ze zdjęć i pocztówek zastała nas gęsta mgła i chmury… Do tego okazało się, że wykupiliśmy wejściówki z dodatkowym wstępem na górę Machu Picchu (3082 m n.p.m.) w określonym przedziale czasowym, co oznaczało, że niemal od razu musieliśmy zacząć wspinać się na nowo!

Oczywiście, byliśmy zupełnie nieświadomi, że przyjdzie nam wspinać się przez kolejne 1,5h i jakby inaczej, znów po ogromnych inkaskich stopniach. Zdecydowanie powinniśmy byli się lepiej przygotować do tej wizyty w Machu Picchu, a nie iść tak zupełnie na żywioł, ale może to i lepiej, że nie wiedzieliśmy, co nas czeka. Po drodze mijaliśmy innych turystów i każdy na twarzy miał wymalowane podobne uczucia zmęczenia i frustracji na widok kolejnych schodów. Wejście na górę Machu Picchu okazało się prawdziwą próbą wytrzymałości, nie tylko fizycznej, ale również psychicznej, bo doskonale wiemy, że wszelkie ograniczenia istnieją przede wszystkim w naszych głowach.

Pamiętam, że momentami chciałam się poddać, po prostu usiąść na jednym z tych stopni i poczekać aż reszta wejdzie na szczyt i zacznie schodzić, ale na szczęście wzajemnie się motywowaliśmy, a turyści którzy już schodzili dodawali otuchy mówiąc, że już niewiele nam brakuje.

 

 

Wspominając ten wysiłek trudno mi uwierzyć, że rzeczywiście wdrapałam się na tę górę. Od tamtego czasu już żadne schody nie są mi straszne! (śmiech). W rezultacie pogoda się poprawiła, a naszym oczom ukazała się góra Wayna Picchu, która króluje na większości zdjęć i pocztówek z Machu Picchu. Na zwiedzanie ma się ograniczony czas, więc musieliśmy utrzymać dobre tempo, zwłaszcza że czekała nas jeszcze droga powrotna do Aguas Calientes, a następnie wędrówka wzdłuż torów do miejsca, gdzie zostawiliśmy samochód.

Do Żuka dotarliśmy na nogach z waty, mokrzy od potu, zupełnie wycieńczeni, ale szczęśliwi. Przyznaję, że gdy ruszaliśmy do Machu Picchu trochę się obawiałam, że to miejsce mnie rozczaruje, że okaże się przereklamowane i nie warte ani tylu pieniędzy, ani tak dużego wysiłku. Na szczęście było zupełnie inaczej i zostałam absolutnie oczarowana energią, która wypełnia Machu Picchu. To właśnie podziwiając ruiny miasta Inków, w końcu dotarło do mnie, że naprawdę spełniam swoje największe marzenie podróżnicze.

 

 

Z Peru wyjechaliśmy z żalem i apetytem na więcej, jednak czas nas gonił, a musieliśmy jeszcze przejechać całą Boliwię, by dotrzeć do Brazylii, skąd Żuk miał wypłynąć w drogę powrotną do Polski.

Tam pokonaliście mokradła Pantanalu, była kąpiel pod Wodospadami Iguazú, widzieliście kapibary, strusiowate nandu i mega-jadowitego przystojniaka, zwanego wałęsakiem brazylijskim. Po drodze spotykaliście wyluzowanych ludzi, którzy potrafili leczyć nowe bolączki Waszego bohaterskiego Żuka. To właśnie w Brazylii, w São Paulo – po wizycie w Rio de Janeiro – dobiegła końca Wasza południowoamerykańska przygoda. Czym była dla Ciebie ta podróż? Jak Cię zmieniła?

Chyba łatwiej byłoby odpowiedzieć na pytanie czym ta podróż dla mnie nie była, bo z pewnością była wielowymiarowa. Przede wszystkim była dla mnie dowodem na to, że wytrwałość i determinacja są właściwą drogą do spełniania marzeń. Pomysł podróży po Ameryce Południowej zrodził się 8 lat wcześniej. Wtedy jego realizacja wydawała mi się bardzo odległa, a w szczególności szalenie kosztowna. Jak się później okazało, zaoszczędzenie kwoty potrzebnej na 6-miesięczną podróż po Ameryce Południowej i Meksyku, wcale nie było aż tak trudne i nieosiągalne, jak większości osób się wydaje.

Często wolimy sięgnąć po łatwą wymówkę zamiast porządnie się zastanowić, co tak naprawdę możemy zrobić, by zrealizować dany pomysł. Cały proces przygotowań, jak i podróż sama w sobie nauczyły mnie, że marzenia należy definiować jako cele, do których następnie trzeba wytrwale dążyć, nawet powoli, małymi kroczkami, ale do przodu. Z drugiej strony, wyprawa Żukiem była dla mnie prawdziwym wyzwaniem, w końcu ruszyłam na drugi koniec świata z ludźmi, których kompletnie nie znałam! Myślę, że przebywanie z tymi samymi osobami 24/7 przez 3 miesiące, nauczyło mnie wiele nie tylko o relacjach międzyludzkich, ale także o mnie samej, o moich mocnych i słabych stronach, granicach wytrzymałości i wartościach, którymi chcę kierować się w życiu.

 

 

Zupełny zbieg okoliczności i możliwość dołączenia do ekipy Żukiem Przez Świat dały mi też piękną przyjaźń na całe życie oraz wiele znajomości, które nawet jeśli przelotne, wniosły coś nowego i wzbogaciły moje spojrzenie na świat oraz obaliły wiele stereotypów. Co więcej, niektóre miejsca, tak odległe i odcięte od świata, który jest nam znany oraz lokalni mieszkańcy, z którymi miałam okazję rozmawiać, dali mi do zrozumienia, że urodziliśmy się w miejscu uprzywilejowanym i że powinniśmy bardziej doceniać tak proste rzeczy, jak choćby dostęp do prądu czy bieżącej wody.

Na koniec, już podsumowując, dodam że ta podróż była jedynie początkiem mojej przygody z Ameryką Łacińską, gdzie staram się wracać, gdy tylko nadarza się sposobność, a w międzyczasie odkrywam ją poprzez literaturę, filmy czy naukę języka, bo na przykład te kilka tygodni spędzonych w Brazylii zainspirowały mnie do nauki języka portugalskiego, właśnie w wersji brazylijskiej (śmiech).

Dziękuję Ci za te opowieści.

 


Julita Osińska – z wykształcenia tłumaczka, zawodowo związana z sektorem humanitarnym, z zamiłowania podróżniczka i amatorka sportów wodnych. W 2016 r. spełniła jedno z największych marzeń i odbyła podróż po Ameryce Południowej, a następnie  jako wolontariuszka przez kilka miesięcy uczyła angielskiego w Meksyku. Miłość do języka hiszpańskiego ostatecznie zaprowadziła ją do Barcelony, gdzie od 3 lat mieszka i pracuje, choć w każdej wolnej chwili dalej odkrywa świat. Najchętniej wraca oczywiście do Ameryki Łacińskiej, gdzie urzekli ją ludzie, język, przyroda, lokalne smaki oraz piękne, kolorowe rękodzieło.

Również do obejrzenia:

Południowoamerykańska odyseja „Żukiem przez Świat” w odcinkach na kanale YouTube – znakomite, filmowe uzupełnienie rozmowy z Julitą.

Zdjęcie tytułowe, z Julitą na dachu Żuka, zrobione w Salar de Uyuni (Boliwia), autor: Marcin Warwaszyński.

 

Moc Wayuu

Daleko na północnym krańcu Ameryki Południowej, w rejonie gdzie pustynia i Morze Karaibskie schodzą się, aby tworzyć oszałamiające scenerie; gdzie rozgrzane, wirujące powietrze kryje jakąś wieczną tajemnicę; gdzie pasterze przeganiają stada kóz pośród kaktusów yosú w zapylonym pasażu między jawą a snem; tam właśnie, na pograniczu kolumbijsko-wenezuelskim istnieje kraina zapomnianych ludzi, Wayuu.

Klany tworzące tę rdzenną wspólnotę etniczną, mówiącą językiem wayuunaiki, zasiedlają obszary departamentu La Guajira w Kolumbii i departamentu Zulia w Wenezueli. Pomimo wielu bolączek, wynikających z surowości warunków codziennego życia oraz z ciągłego zaniedbywania przez państwo, Wayuu pozostają niezłomni. Pielęgnują barwne tradycje plemienne, respektują system dawnych wierzeń i rytuałów religijnych, a także chronią pamięć o swoich przodkach. Ich kultura jest przepełniona duchowością, intryguje, zachwyca. Na szczęście, ma żarliwych i skutecznych orędowników. Dzięki nim Wayuu zyskują głos dający się usłyszeć.

Ediana Tamar Montiel Larreal urodziła się w Paraguaipoa, w Zulii, po stronie wenezuelskiej, dwadzieścia kilometrów od granicy z Kolumbią. Jest dumną ze swego pochodzenia kobietą Wayuu z klanu Ipuana. Ma 23 lata i w procesy społeczne kształtujące byt i świadomość rdzennych społeczności angażuje się od 16. roku życia. Działaniami wspiera m.in. Szkołę Komunikacji Narodu Wayuu (La Escuela de Comunicaciones del Pueblo Wayúu). Skończyła turystykę, pracowała nad projektami dotyczącymi ochrony środowiska i praw człowieka. Mówi po hiszpańsku i w języku wayuunaiki. Pasjonuje się fotografią oraz komunikacją audiowizualną.

Jest fundatorką oraz liderką powstałego w 2018 roku kolumbijsko-wenezuelskiego projektu Wayuuando Films, z którym dociera do dzieci i młodzieży Wayuu, zachęcając ich do rozwoju kreatywności, choćby na polu sztuki filmowej. Nieustannie pracuje w terenie, choć teraz, niestety, ogranicza ją pandemia. Z telefonem i notatnikiem trafia do kolejnych rancherías (małych wiejskich osad Wayuu, rozproszonych po całym półwyspie Guajira), gdzie przekonuje do swoich edukacyjnych, kulturalnych i społecznych inicjatyw. Ediana to postać charyzmatyczna, odważna, mądra i wrażliwa. Chociaż sama mówi o sobie, że jest „tylko pomostem, który łączy”, jest czymś więcej. Jest nadzieją.

O pracy na rzecz wspólnoty Wayuu, o problemach w Guajirze oraz o swoich marzeniach opowie nam w tym wywiadzie.

Zapraszam.

Rozmowa z Edianą Tamar Montiel Larreal

Marcin Wesoly / Caribeya: Ediana, dziękuję, że zechciałaś ze mną porozmawiać. Jesteś bardzo zajęta, szczególnie teraz, w trudnych czasach pandemii. La Guajira to „stan umysłu”. Można powiedzieć – oddzielna planeta, kawałek magicznej Kolumbii, której nie sposób objąć racjonalnym myśleniem. Guajirę trzeba poczuć. Trzeba się w nią wsłuchać. Z duchowością tych kolumbijskich Karaibów, z ich sekretem świat został zapoznany także dzięki prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To są niesamowite przestrzenie, gdzie podróżnik, przybysz, obcy – alijuna mogą zagubić się fizycznie, ale równie dobrze mogą odnaleźć tam coś nowego i wartościowego w swoim własnym życiu. Przejechaliśmy tę część Kolumbii od Riohacha do Punta Gallinas, najdalej na północ wysuniętego krańca Ameryki Południowej. Niełatwo było stamtąd wrócić. Zatrzymują człowieka krajobrazy. Ale przede wszystkim ludzie, Wayuu. Dlaczego ta kolumbijska kraina potrafi tak magnetyzować? Skąd to się bierze?

Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films:  Nie ma właściwej odpowiedzi, która zdołałaby objąć wszystko to, co La Guajira uosabia dla Wayuu. Stanowimy jedność z tą ziemią. Według nas pustynia wyraża obecność Mma („Matki Ziemi”). To miejsce, które oczarowuje, w którym można się zakochać. Duchy – los aseyu – manifestują się tam niespodziewanie w kształtach krajobrazów. Pradawni bogowie przybierają formy piasku, wiatru lub morza. Nieprzerwanie czuć ich obecność.

Kobiety Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Kobiety Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

La Guajira, choć dziś jest podróżniczą atrakcją i zachwyca wszystkich poszukujących w drodze czegoś odmiennego, może być również bardzo trudnym miejscem do życia dla jej mieszkańców, a szczególnie dla Wayuu. Natura jest tam surowa, dzika, jakże prawdziwa, ale tworzy także olbrzymie przestrzenie, gdzie susza i głód, zwłaszcza głód dzieci, kształtują przeznaczenie człowieka. Obecnie jest jeszcze gorzej. Społeczności te są odizolowane od źródeł utrzymania z powodu koronawirusa. Narasta desperacja. Jak Wayuu radzą sobie w tych trudnych czasach, kiedy kluczowym wyzwaniem w życiu codziennym jest przetrwanie?

Departament La Guajira jest obszarem pełnym kontrastów i ofiarą wielu problemów. Przylega do granicy z Wenezuelą, dlatego część terytorium Wayuu znajduje się również w tym kraju. Mówimy więc o ludności tubylczej dwu-narodowej. Ponad 270 tysięcy Wayuu żyjących w Guajirze jest zorganizowanych w 23 klanach. Ta rdzenna społeczność z największą liczbą ludności zarówno w Wenezueli, jak i Kolumbii jest zarazem jedną z najbardziej zapomnianych. Przede wszystkim, mamy do czynienia z problemem zmian klimatycznych. Obszar staje się coraz bardziej pustynny i słodkowodne zasoby wysychają. Woda uzyskana po wykopaniu chałupniczych studni niemal zawsze nie nadaje się do spożycia przez ludzi, powodując zatrucia pokarmowe. To tylko zarys tego problemu. W ciągu ostatnich pięćdziesięciu lat spadła suwerenność żywnościowa. Obszary, które wcześniej były uprawne są obecnie wykorzystywane do hodowli bydła. Co gorsza, pomimo faktu, że La Guajira jest drugim najbiedniejszym departamentem w Kolumbii, nadal generuje duże dochody zwłaszcza z wydobycia węgla. Przy okazji, mimo iż wiedziano, że największa kopalnia odkrywkowa w Ameryce Południowej znajduje się na terytorium Wayuu skutecznie osuszono ponad dziewięć rzek, które zaopatrywały sąsiadujące społeczności w wodę. To doprowadziło do ekobójstwa i co za tym idzie, do pogorszenia sytuacji z wodą pitną. Na naszej ziemi wydobywa się gaz, węgiel, sól. Ponadto, jest to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc turystycznych w kraju. Jednak korzyści z tego generowane nie wracają na terytoria klanów. Dodaj do tego eksploatację znanego na całym świecie rękodzieła Wayuu, z czego rzemieślnik otrzymuje czasem jedynie 20% wartości swojej pracy oraz postrzeganie Guajiry, jako kolebki cichej korupcji. Nauczyliśmy się więc przetrwania z tym, co nam zostało. A teraz mamy nowy problem w postaci wirusa, który sieje strach. Ale, jak mówię urodziliśmy się, aby walczyć, urodziliśmy się, aby przetrwać i znieść wszystko. Kluczem jest iść dalej i przetrwać. Jesteśmy narodem, który żyje na pustyni, jesteśmy świadectwem odporności.

Cabo de la Vela, Guajira, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Cabo de la Vela, Guajira, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

To prawda. Sztuka i rzemiosło Wayuu są znane na całym świecie. Turyści, ludzie biznesu, gwiazdy filmowe i muzyczne, a także osoby żywo zainteresowane kulturą, obyczajami i folklorem promują to niezwykłe ludowe rękodzielnictwo. Co więcej, te wyroby są bardzo trwałe i przydatne w życiu codziennym. Torby, hamaki, bransoletki, itp. zachwycają kolorami, kunsztem wykonania i w opinii wielu stanowią unikalne oraz inspirujące dzieła sztuki. Jak wyobrażasz sobie promocję, dystrybucję, a zwłaszcza uczciwą sprzedaż tych produktów? Innymi słowy, co gwarantuje twórcom odpowiednie postrzeganie wartości ich dzieł i pomaga zapewnić realne oraz regularne źródło dochodów?

To naprawdę złożona kwestia. Nie mogłabym powiedzieć, że mam konkretny pomysł lub plan na to, jak ją rozwiązać. Ale oczywiście, jest kilka kluczowych sugestii. Po pierwsze, należy pamiętać, że Wayuu są jedną z największych wspólnot rzemieślniczych w Ameryce Łacińskiej, po drugie terytorium jest bardzo rozległe. To sprawia, że trudno ujednolicić strategię, która przynosi korzyści wszystkim. Ale trzeba mieć jasność; rzemieślnicy Wayuu zarabiają mniej, niż wynosi płaca minimalna i w rzeczywistości ponad połowa z nich nie kończy szkoły podstawowej. W rezultacie są wykorzystywani i zupełnie nieświadomi tego, w jaki sposób ich rzemiosło jest sprzedawane. Jednak to ono stanowi dla nas główne źródło utrzymania. Oddychamy rzemiosłem. Fach przekazywany od pokoleń zapewnia przychody tysiącom rodzin Wayuu. Najbardziej denerwujące w tym temacie jest to, że wszystko sprowadza się do łańcucha pośredników, w którym rola rzemieślnika-twórcy jest niemal zawsze marginalizowana. Uważam, że kluczem do sukcesu jest etnoedukacja. Ona pomoże rzemieślnikom stać się małymi przedsiębiorcami oraz nauczy ich używania narzędzi, dzięki którym będą mogli rozwijać, chronić i komercjalizować swoją pracę na godziwych warunkach. Nie można zaprzeczyć, że torby Wayuu są znane na całym świecie, a ich sprzedaż wzrasta od około 10 lat. Ale to nie zmniejszyło poziomu ubóstwa pośród tych, którzy je wytwarzają. Co więcej, często widuje się mochilas sprzedawane po wygórowanych cenach. Niektórzy nawet ośmielają się głosić, że rzemiosło Wayuu stanowi ich własność. Należy postawić na podnoszenie kwalifikacji, uczciwą wycenę rękodzieła oraz przedsiębiorczość.

Dzieci Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Dzieci Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

Opowiedz nam teraz o projekcie / fundacji – Wayuuando Films. Kim jesteście, jakie są Wasze cele oraz misja?

Projekt Wayuuando Films jest pedagogicznym procesem komunikacji społecznej, w którym dzieci i młodzież Wayuu za pomocą narzędzi audiowizualnych rejestrują i udostępniają obrazy, historie oraz elementy kultury swoich wspólnot. Inicjatywa rozwija się od maja 2018 roku w społeczności Cabo de la Vela na terenie gminy Uribia w Guajirze. W tym miesiącu mija kolejny rok naszej działalności. Aktualnie tworzymy zespół siedmiu młodych osób: pięcioro Wayuu i dwóch Afro-Kolumbijczyków. Łączymy się, aby zasiać nadzieję. Prowadzimy warsztaty audiowizualne, edukacyjne, społeczne i kulturalne, które mają na celu szerzenie wartości przywództwa w społecznościach. Jesteśmy organizacją, która przyczynia się do odbudowy tkanki społecznej i promowania polityki publicznej ukierunkowanej na rozwój ludności Wayuu. Zarządzamy inicjatywami rdzennych wspólnot poprzez tworzenie, funkcjonowanie i legitymizację lokalnych mediów non-profit, oraz poprzez nieformalną edukację i szkolenia w zakresie „dziennikarstwa etnicznego” (periodismo étnico) umożliwiając tym samym dynamizację procesów społecznych i kulturowych narodu Wayuu.

Dziewczyna Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Młoda kobieta Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

Jak udało Wam się do tej pory zmienić jakość życia Wayuu, tych młodszych i starszych, których nadzieja na lepszą przyszłość wzrasta dzięki takim inicjatywom, jak Wasza?

Cóż, przyznaję, że kiedy narodził się ten pomysł, nie sądziłam że zmieni się w coś tak dużego. Czuję się jednak uprzywilejowana posiadaniem wielu sprzymierzeńców, od wspaniałego mentora po świetnych współpracowników. To wszystko było pokłosiem mojej poprzedniej pracy. W Guajirze działa już turystyka społeczna i przynosi korzyści lokalnym wspólnotom. Tam zadałam sobie pytanie – jak jeszcze można poprawić ich sytuację? Przyjaciel uświadomił mi, że dorośli są często zbyt tradycyjni i przez to zamknięci na nowe, podczas gdy młodzież i dzieci stanowią wciąż podatny grunt dla zmian. Dotarło do mnie, że kluczem jest pomóc młodym uwierzyć w siebie, aby mogli wykorzystywać tę siłę w życiu. Tak zrodziło się to marzenie i rosło z biegiem czasu. Co ciekawe, nie dysponujemy dużym zapleczem. Na zajęciach używamy materiałów z recyklingu, bawimy się, tańczymy, śpiewamy, dzieci występują również w roli nauczycieli. To przestrzeń, gdzie proponują możliwe rozwiązania problemów, nękających ich społeczności. Nie mamy własnego biura, własnych krzeseł, tym bardziej stołów. Lekcji udzielamy w skromnych warunkach, czasem brakuje nam środków, aby kupić wodę, wszyscy jesteśmy wolontariuszami. Jednak widok młodych ludzi pełnych entuzjazmu wynagradza to. Jeżeli chcemy zmienić coś na lepsze, musimy zacząć od siebie i korzystać z tego co już wiemy. Udało nam się przeprowadzić kampanię darowizn, w tym odzieży, obuwia, a zwłaszcza przyborów szkolnych. Przekazujemy to uczniom w zamian za ich opowieści, dziecięce poezje, mini-scenariusze, lub krótkie filmy, które wymyślili, wyreżyserowali i nakręcili telefonami komórkowymi. Uczymy, że jest to rodzaj równorzędnej wymiany. Obecnie, z powodu pandemii dostarczamy jedynie żywność, w tym duże ilości kukurydzy, oraz wodę. Dotąd pomogliśmy 96 rodzinom w 7 wspólnotach, choć tylko w dwóch z nich Wayuuando Films ma swoje stałe punkty. Jednak ludzie piszą do nas, albo dzwonią prosząc po pomoc. To co, pozyskamy podczas zbiórek rozprowadzamy potrzebującym we współpracy z biurem podróży History Travelers z Riohachy. Mówimy tu o społecznościach z Górnej i Środkowej Guajiry, które ponadto zmobilizowały się i wysyłają cyklicznie swoich przedstawicieli do miasta Uribia, gdzie odbierają czekające na nich dary. To wielki wysiłek, lecz codziennie przybywa rodzin, którym brakuje żywności. Zresztą, ta sytuacja nie dotyczy tylko okresu pandemii. Czasami przeraża mnie to, że nie zawsze będą przekazywane donacje. Co wtedy będą jeść ci ludzie? Musimy myśleć o zrównoważonej strategii.

Chłopiec Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel / Wayuuando Films
Chłopiec Wayuu, (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

Wrażliwość moich Czytelników i zaufanie przyjaznych ludzi pomogło nam zebrać fundusze dla Wayuuando Films. Na co mogą przydać się te środki przekazane przez Waszych przyjaciół z dalekiej Polski?

Na zakup żywności, przede wszystkim kukurydzy, oraz wody pitnej. Dostarczamy również ryż, fasolę, kawę, mąkę, itp.. Ponadto, mydło i wodę do mycia. Dobrze byłoby także kupić krzesła i stoły, aby dzieci miały gdzie siedzieć w czasie lekcji, lub tablice do rysowania, oraz dużo książek. Przyznam, że dopadł mnie mały smutek, co w tej sytuacji jest uzasadnione. W tym miesiącu planowaliśmy przegląd filmowej twórczości młodych, podczas którego miała odbyć się zbiórka funduszy. Zdaję sobie sprawę, że te filmy które robią dzieci nie są czymś profesjonalnym, ale mają swoją wartość. Mam nadzieję, że pewnego dnia ujrzę przytulne miejsce z odpowiednimi warunkami do lepszej nauki. Na razie cieszę się tym, że pomimo barier językowych, kulturowych, społecznych, a nawet geograficznych zjednoczyły się serca, a wszystko po to, aby pomagać. Miłość, wiara i nadzieja są tym, co sprawia, że budzę się każdego dnia. Nie można sobie wyobrazić uśmiechu ludzi otrzymujących torbę z jedzeniem i tego ciepła, które przekazują. Czasami płaczę, kiedy ich widzę, wzbiera we mnie mieszanka radości i smutku. Mają tak mało, ale jednocześnie tak dużo. Dzisiaj, co ciekawe, otrzymałam prezent od dwóch liderów społeczności, którym dostarczyliśmy żywność. I byłam taka szczęśliwa, bo to najpiękniejsza rzecz, jaką dla mnie zrobili. Sama jestem tylko pomostem, który pomaga się połączyć. Wiem, że świat się nie zmieni, ale dopóki słońce wschodzi każdego ranka i pustynia ma swoje żywe kolory, jest nadzieja. Jak powiedziała pewna wspaniała pani nauczyciel – we wszystkim kochajcie i służcie.

Bohaterka wywiadu - Ediana Tamar Montiel, (c) Wayuuando Films
Bohaterka wywiaduEdiana Tamar Montiel Larreal, (c) Wayuuando Films 

https://www.wayuuando.com

https://www.instagram.com/wayuuandofilms

https://www.instagram.com/soywayuuando

Zdjęcie tytułowe za pozwoleniem (c) Ediana Tamar Montiel Larreal / Wayuuando Films

STOPKA PRASOWA: Akcja Pomoc rodzinom Indian Wayuu w Kolumbii została zorganizowana jako jedna z wielu inicjatyw współtworzonych w ramach caribeya oraz luloplanet
luloplanet to nasz społecznie odpowiedzialny biznes rodzinny, który rozwijamy od 5 lat konsekwentnie wcielając w życie ideę sprawiedliwego handlu – przy bezpośredniej pomocy niesionej indiańskim rzemieślnikom z różnych krajów Ameryki Łacińskiej, zwłaszcza z Kolumbii (Wayuu, Embera-Chami). Nasza aktywność zaowocowała w ubiegłym roku stworzeniem pierwszej autorskiej kolekcji wspólnie z Indiankami Wayuu, zakorzenionej w etnicznej stylistyce Karaibów. Kontynuujemy współpracę, troszcząc się o poprawę jakości życia artystów rzemieślników i dbając o to, aby za swoją żmudną, twórczą pracę otrzymywali odpowiednie wynagrodzenie.

Karaiby na języku

„Karaiby towarzyszą mi od lat. Są źródłem transatlantyckich przyjaźni i relacji zawodowych. Z perspektywy anglistycznej obserwuję, jak kultura tego regionu zmieniła Zjednoczone Królestwo, jak wpłynęła na muzykę i literaturę w Stanach Zjednoczonych, i jak też odnalazła wspólny język z krajem nad Wisłą.” – mówi mój rozmówca Bartosz Wójcik, tłumacz literatury i obiecujący „łącznik” między kulturą karaibską a naszą nadwiślańską.

Bartosza poznałem wirtualnie, w sieci. Obaj kręciliśmy się wokół Karaibów, każdy w swoim wymiarze, aż zeszły się nasze pasje. Być może szukały dopełnienia. To pomyślne spotkanie przyniosło mi świeżą energię, mnóstwo frajdy z dzielenia się ulubionymi tematami i przede wszystkim wiele mądrych słów.

Zapraszam na pełną karaibskich treści, szalenie inspirującą rozmowę z Bartoszem Wójcikiem.

Marcin Wesoły/Caribeya: Przełożyłeś na język polski opowiadanie młodego pisarza z Trynidadu i Tobago – dalekiego, wyspiarskiego kraju na Karaibach… Niedawno „Przejście” miało swoją premierę w internetowej wersji kwartalnika „Przekrój”. Skąd ten literacki wybór?

Bartosz Wójcik: Powodów jest bez liku. Jeden z nich nasunął się kilka miesięcy temu sam. Kevin Jared Hosein, którego twórczość od dłuższego czasu śledzę, to dwukrotny zwycięzca Konkursu Wspólnoty Narodów na Opowiadanie. Jako reprezentant Karaibów i autor opowiadania „The King of Settlement 4”, został zwycięzcą regionalnym w 2015 roku, zaś „Przejście” przyniosło mu zwycięstwo globalne w lipcu 2018 roku. I właśnie jego lipcowy sukces literacki bezpośrednio przyczynił się do decyzji kwartalnika „Przekrój”, by trynidadzkie „Przejście” ukazało się na początku października po polsku. W tym miejscu podziękowania zechcą przyjąć „redaktor wszechstronna bis” Julia Potocka, która sprawowała opiekę redakcyjną nad tekstem, oraz wspierający mój pomysł skontaktowania się właśnie z „Przekrojem” tłumacz Marek Kazmierski, który swoją drogą wybornie przełożył na angielski m.in. utwory Wioletty Grzegorzewskiej i Juliana Tuwima.

Ale wybór bezpośrednio wynika również z szeregu powiązanych ze sobą powodów. Od niemalże dekady wiosną na Trynidadzie odbywa się Festiwal Literacki Bocas, nie tylko przyczyniając się do popularyzacji pisarstwa z Indii Zachodnich na świecie, ale i przybliżając kulturę Wschodnich Karaibów, w tym z pomniejszych wysp regionu. Przy okazji, hiszpańska nazwa festiwalu nawiązuje i do geografii lokalnej, a konkretnie do Cieśniny Smoka (Bocas del Dragón), i do historycznie zmiennych wpływów, także językowych, w regionie, i do tradycji ustnej („bocas” jako usta), na której przez stulecia oparty był przekaz kulturowy.  W ten sposób też na Karaibach zachowała się spuścizna afrykańskich i indyjskich przodków współczesnych mieszkańców archipelagu.

Siła opowieści jako narzędzia budowania tożsamości i podtrzymywania relacji społecznych – zauważmy, że bohatera-narratora „Przejścia” poznajemy właśnie w karaibskim barze, w rum shopie sprzyjającym socjalizacji – wynika także z jej wszechstronnej atrakcyjności. Przy okazji, tytułowe „przejście” to także rytuał społeczny, funkcjonujący na więcej niż jeden sposób w świecie przedstawionym opowiadania.

Wspomniany Trynidad (przy okazji, przepraszam mieszkańców Tobago za ten mimowolny akt kolonizacji, skrótowości i w rezultacie pomijania ich wyspy) to kraj, który w ostatnich latach często pojawia się w, szczególnie anglojęzycznych, zestawieniach literackich. Zarówno na listach bestsellerów, jak i na listach nagrodzonych. Wystarczy wymienić Monique Roffey, autorkę m.in. popularnej powieści „Biała kobieta na zielonym rowerze” (polskie wyd. 2011; tłum. Anna Studniarek-Więch), Vahni Capildeo, laureatkę Nagrody Forward w dziedzinie poezji (2016), Ingrid Persaud, zwyciężczynię Konkursu Wspólnoty Narodów na Opowiadanie (2017) i zdobywczynię Nagrody BBC (2018). A z trynidadzkich klasyków: V.S. Naipaul, Sam Selvon, a nawet urodzony na wyspie St. Lucia, ale mocno związany z Trynidadem właśnie, Derek Walcott. Zatem, wielka tradycja literacka z małej, choć nie z najmniejszej, karaibskiej wyspy!

Zależało mi także, by spróbować wprowadzić do polszczyzny opowieść spoza dominujących w regionie Jamajki i Kuby, choć rzecz jasna cieszę się i z polskich przekładów powieści Marlona Jamesa autorstwa Roberta Sudóła, i z obecności hiszpańskojęzycznej literatury karaibskiej po polsku. Podobnie zachwycony jestem Wydawnictwem Karakter, które niestrudzenie umożliwia nam zaznajamianie się z literaturą frankofońską, w tym z pisarstwem z Haiti, które znamy w wyśmienitym tłumaczeniu Jacka Giszczaka.

W jaki sposób wprowadzić do polszczyzny i przede wszystkim do świadomości dzisiejszego, rodzimego czytelnika karaibską opowieść, aby jej, wspomniana przez Ciebie, „atrakcyjna wszechstronność” została w pełni zrozumiana i doceniona? Jak utrzymać w przekładzie „tropikalną temperaturę” oryginalnego tekstu, jego pierwotny „smak”? Innymi słowy, czego trzeba dokonać, aby z grubsza trynidadzkiego rumu, popijanego i zagryzanego suszonymi solonymi śliwkami w trynidadzkim rum shopie, nie musiała rozpaczliwie zastępować polska wódka i galareta konsumowane w mętnym barze „na dzielnicy”?

Otworzyłeś puszkę Pandory, więc obawiam się, że nie będę już mógł, o tak po prostu, zamknąć ust. (śmiech). Mam uzasadnione wątpliwości, czy w przypadku jakiegokolwiek, nawet najbardziej wirtuozerskiego, przekładu jest możliwość zrozumienia w pełni. Poza pojawiającymi się w procesie tłumaczenia stratami, poza mającymi miejsce przesunięciami kodu kulturowego, poza różnicami wynikającymi bezpośrednio z odmienności języka źródłowego i języka docelowego, sama czynność czytania, jak uczy nas teoria interpretacji, jest wielce zindywidualizowana. Jak zauważa Jerzy Jarniewicz: „Każdy przekład to interpretacja”.

Osobiście, w miarę własnych możliwości warsztatowych, staram się minimalizować stratę i podpatrywać – a raczej podczytywać – tych, od których mogę się wiele nauczyć o, by ponownie przywołać Jacka Giszczaka, „żywiole wartkiej mowy”. Przykładowo, twórczość tłumaczeniowa Magdy Heydel: przekłady wierszy Dereka Walcotta i Claudii Rankine, tłumaczenie „Jądra ciemności” Conrada, powieści ważnej również w kontekście Karaibów. Zainteresowanych przekładem odsyłam do Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, zapraszając do słuchania podcastu „Na przekład” i uczestniczenia w Gdańskich Spotkaniach Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”.

Celowo myślami wypływam w tym momencie na wody szersze niż akwen Morza Karaibskiego, bo choć uważam, że literatura Indii Zachodnich należy do dokonań klasy światowej, to jednak w polszczyźnie jeszcze na tyle nie zagościła, bym mógł z przekonaniem powiedzieć, że lektury polskich przekładów, dajmy na to, tekstów jamajskiej poetki i prozaiczki Olive Senior, czy też powieści George’a Lamminga, autora z Barbadosu, posłużyły mi za model lub punkt odniesienia. Nie mogły, bo jak dotąd – w przeciwieństwie do kanonu literatury iberoamerykańskiej, tzw. magicznego realizmu, którym wielokrotnie zapewne się obydwaj po polsku zaczytywaliśmy – nie istnieją.

Dzięki pracom Doroty Gołuch wiem o długiej, bo sięgającej lat 50. XX wieku, tradycji tłumaczenia na język polski piśmiennictwa postkolonialnego (głównie powieści afrykańskich), ale jest to dla mnie dość późne odkrycie. Na mnie – jako czytelnika i tłumacza – przez lata wpływały przekłady publikowane w niezrównanej „Literaturze na Świecie”, która – co warto odnotować – również szybko zareagowała na Nobla dla Walcotta, publikując w 1994 roku numer karaibski zawierający m.in. opowiadanie jamajskiej pisarki Alecii McKenzie i fragment prozy urodzonego na wyspie St. Kitts Caryla Phillipsa. Phillips jest zresztą głównym jurorem przyszłorocznej edycji Konkursu Wspólnoty Narodów na Opowiadanie.

Mówiąc o „atrakcyjnej wszechstronności”, miałem na myśli wielość płaszczyzn narracyjnych oferowanych przez literaturę Karaibów, jej niejednoznaczność, jej złożoność, jej bogactwo kulturowe, które nota bene stanowi poważne wyzwanie czytelnicze także w oryginale. Z tego powodu np. urodzony na Dominikanie Junot Díaz zdecydował się zastosować tekst poboczny, uzupełniający paratekst w swojej powieści „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”, zapewniając poręczną (i podręczną) dawkę autorskich wytłumaczeń zawiłości kulturowych konstruowanych – bo jakże inaczej! – językowo. Oczywiście taki rodzaj kompensacji wielu osobom przypomina przypisy typowe dla tekstów naukowych – swoją drogą też niejednokrotnie stosowane w tłumaczeniach literatury pięknej – i potrafi zaburzyć rytm lektury, jeśli nie zniechęcić do ciągłego zerkania na dół strony lub do glosariusza na końcu książki.

W przypadku Junota Díaza warto szczególnie zaznaczyć, że te jego autorskie (i często rozmiarowo niebagatelne!) przypisy są błyskotliwe, zabawne i gwarantują świetną, bonusową rozrywkę podczas „czytania głównego”. Oczywiście, czytelnik pochłaniający powieść, musi zaryzykować zerknięcie w bok, na marginesy i w dół – na partie wytłumaczeń dopisane drobnym drukiem. Kiedy je „odkryje” staną się równoległą, równie smakowitą lekturą (już nie do pominięcia!). Díaz, poniekąd spec od creative writing, umiał tak samo kreatywnie rozwiązać kwestie stylu i techniki serwowania tych różnorakich uwag, komentarzy, przypisków i wzmianek. Zakładam, że mało któremu człowiekowi pióra udaje się sprawić to, że jego czytelnik z takim oddaniem sczytuje taką mnogość w zasadzie tekstu pobocznego. Jak Tobie udało się w przekładzie „wytłumaczyć” Kevina Jareda Hoseina?

Czy się udało? Bez krygowania się, odpowiem, że nie wiem. Opowiadanie Hoseina wprost odnosi się do tradycji ustnej, więc próbowałem tak wykalibrować polszczyznę, by mówiony charakter tego tekstu nie został zupełnie zatracony. Chciałem, by od samego początku „Przejście” wciągało swoim rytmem i by jednocześnie pojawiający się w otwierającym zdaniu rum shop „Szczwany Błazen”, określony trynidadzkim przymiotnikiem „ragadang”, rzeczywiście nie wzbudzał nadmiernych oczekiwań czytelniczych, co do swojego stanu i statusu. Stąd jest on i „obskurny”, i „podły”.

Pozwoliłem sobie również na aliterację, na stworzenie współbrzmień i na wzmocnienie semantyczne całej frazy. W rezultacie czytamy, że „Szczwany Błazen” jest „obskurny i podły jak wszystkie inne podrzędne i podupadające bary środkowego Trynidadu”, a język aż napakowany jest spółgłoskami zwartowybuchowymi [b], [d], [k], [p]. Nie ukrywam, że nie jestem całkowicie usatysfakcjonowany wszystkimi swoimi rozwiązaniami, np. sądzę, że postąpiłem zbyt zachowawczo w odniesieniu do składni i nie miałem też przekonującego pomysłu na trynidadzką gramatykę angielszczyzny, ale pocieszam się, że to jedna z możliwych, choć momentami spolonizowanych, „wersji”. Praca nad tekstem może trwać bez przerwy, tak jak i nieustannie ewoluuje język docelowy, przekształcają się oczekiwania odbiorców, a przemianom ulegają konwencje estetyczne. Ktoś inny może jeszcze kiedyś zaproponuje mniej zachowawcze odczytanie „Przejścia”.

Starałem się także, nie tylko dlatego, że narratorem pierwszoosobowym „Przejścia” jest specjalista, leśnik z dziewiętnastoletnim stażem, by faktografia (botaniczna, ale i geograficzna) była właściwa i by, nawet będąc w największych opałach – a tych w opowiadaniu nie brakuje, bohater-narrator nie mylił „drzew z rodziny złotośliwowatych” i by polskojęzyczni czytelnicy nie gubili się w domysłach. Niby nic zaskakującego poza wymogiem wywiązania się z zadania, ale odpowiedzialność zobowiązuje. Tym bardziej, że czuję się czeladnikiem wielu tłumaczek i tłumaczy: terminuję, czytając ich przekłady.

W przypadku „Przejścia” zdecydowałem się po konsultacji z redaktor ograniczyć przypisy do trzech, choć pod koniec pracy miałem ich pokaźny urobek. Na tym w gruncie rzeczy polega, zakładając scenariusz idealny, praca przygotowawcza: na dogłębnej lekturze, której efektem jest zgłębianie kontekstów świata przedstawionego; na wynotowaniu i objaśnieniu tych elementów, które – również tłumaczowi – sprawiają czytelniczą trudność.

A wracając bezpośrednio do twojego pytania, to myślę, że przecież nie ogranicza się wyłącznie do „Przejścia” Hoseina. Z jednej strony tłumacze mają do dyspozycji cały zestaw rozwiązań: kompensacja, ekwiwalencja, egzotyzacja, polonizacja / lokalizacja, etc. Z drugiej strony, ten wachlarz trzeba stale rozszerzać, szczególnie w obliczu karaibskiej kreolizacji językowej, wobec bogactwa i mnogości współistniejących ze sobą języków angielskich (angielszczyzn – celowo używam liczby mnogiej), języków francuskich, czy języków hiszpańskich, wobec zawodności własnych intuicji i na przekór własnym, często dość szkolnym (mówię tu karcąco o sobie), przyzwyczajeniom.

I dlatego w rozmowie z Grażyną Lutosławską w Polskim Radio Lublin, nt. literatury karaibskiej i premiery „Przejścia” w Przekroju, powiedziałeś z oczywistą pasją, że jako anglista odnajdujesz w tym bogactwie językowym regionu, świeżość i nową energię. Rozwiń ten entuzjazm.

Słów takich jak „boonoonoonoos”, czy pisarzy takich jak Earl Lovelace co prawda nie poznałem na kursach uniwersyteckich, ale byłbym niegodziwcem twierdząc, że bez kursu literatury brytyjskiej mógłbym np. docenić związki Karaibów ze Szkocją. Entuzjazm wynika zarówno z odkrycia przed samym sobą fikcji – fantazmatyczności własnej eurocentrycznej edukacji, jak i z fascynującej feerii fenomenów kulturowych ogniskujących się w regionie. Ich wyrazem jest język. W obrębie jednej wyspy, przykładowo Jamajki, kontinuum językowe stwarza ogromne wyzwania. Obok siebie funkcjonują: brytyjski angielski, jamajski angielski, jamajski patois/patwa, afrocentryczny dread talk; nieobce są też wpływy amerykańskiej odmiany angielszczyzny), a co dopiero, gdy dodamy różnice między angielskimi praktykowanymi na innych anglofońskich wyspach regionu (np. Barbados, Trynidad), gdy do głosu dochodzą wpływy języków afrykańskich i azjatyckich, gdy mamy do czynienia z dwujęzyczną wyspą St. Lucia, na której od lat istnieje i angielski (język urzędowy), i francuski kreolski (język mówiony).

Koniec końców, możliwe, że chodzi o to, by z braku polskiego laku (czy też z braku własnych umiejętności) świat językowy przynajmniej brzmiał wiarygodnie – lub mówiąc inaczej – by to, jak głosy narratora, postaci, etc. usłyszał tłumacz czytało się co najmniej przyzwoicie. Rzecz jasna, za taki stan rzeczy winię samego siebie. Jestem szczęściarzem, bo mam niewątpliwy przywilej (i radość) konsultowania wyborów przekładowych i testowania potencjalnie katastrofalnych decyzji z żoną. Gośka jest m.in. anglistką i tłumaczką, która nie tylko posługuje się kilkoma językami obcymi, ale też ma ogromne wyczucie semantyczne, doświadczenie czytelnicze i zmysł krytyczny, którego nie waha się użyć. Jako pierwsza czytelniczka wielokrotnie uchroniła niejeden tekst przed moimi pochopnymi pomysłami. Wiem, co mówię, bo nieraz wspólnie przekładaliśmy, co prawda nie-karaibskie, teksty.

Jednak to Karaiby przeciągnęły Cię mocno na swoją stronę i nie puszczają. Wystarczy tylko posłuchać, jak o nich opowiadasz, czy piszesz. Przebiłeś się przez ich „folderową” aparycję, z reguły przesadnie pielęgnowaną; zdołałeś zajrzeć głębiej w ich duszę, w naturę po to, aby zrozumieć, jakie są z dala od turystycznej fasady, czyli tam, gdzie najciekawiej. Podjąłeś to wyzwanie od strony literackiej i oto mamy namacalny rezultat. Czym są dla Ciebie Karaiby?   

Dziękuję za recenzję, ale chyba mnie przeceniasz. W przeciwieństwie do ciebie, Karaiby – i tu od razu pojawia się generalizacja, bo – nie licząc diaspory rozsianej na całym świecie – mówimy o ponad czterdziestu milionach ludzi – i ich kulturę znam głównie za pośrednictwem książek, muzyki, filmów, mediów, plików. Na Jamajce byłem pierwszy i jak dotąd ostatni raz dekadę temu, zaś potem tylko dwukrotnie odwiedziłem Barbados. Przynajmniej raz w roku odwiedzam, co prawda, Londyn i tam nadrabiam zaległości, ale to nadal kontakt mocno przefiltrowany.

Moje spojrzenie jest zatem w głównej mierze produktem lektur, by nie powiedzieć fantazją, konstruktem. Biorąc pod uwagę, jakie kanały w mediach społecznościowych subskrybuję, jakie nowości płytowe w dużej mierze mnie interesują, jakie książki nieustannie piętrzą się na biurku, jakie zalegają na stoliku kawowym i jakie stoją w równych, podwójnych rzędach na półkach, to może się wydawać, że nieświadomie pracuję na honorowe obywatelstwo jednej z karaibskich wysp. W rzeczywistości jednak do takich znawców regionu jak prof. Marcin Gawrycki z Uniwersytetu Warszawskiego trudno mnie porównywać.

Niemniej jednak Karaiby towarzyszą mi od lat. Są źródłem transatlantyckich przyjaźni i relacji zawodowych. Z perspektywy anglistycznej obserwuję, jak kultura tego regionu zmieniła Zjednoczone Królestwo, jak wpłynęła na muzykę i literaturę w Stanach Zjednoczonych, i jak też odnalazła wspólny język z krajem nad Wisłą. Przykładem jest chociażby rozwój poezji afro-brytyjskiej, nagrania studyjne i koncerty polskiego saksofonisty Adama Pierończyka i trynidadzkiego pisarza, muzyka i wykładowcy Anthony’ego Josepha, czy też „Reggae Faces”, autorski projekt fotografa Bartka Murackiego, którym zainteresowała się wytwórnia VP Records, wiodący gracz na rynku reggae/dancehall/soca. Wspaniałe, że jego wystawową odsłonę udało się w 2016 roku pokazać w Lublinie, w Centrum Spotkania Kultur, gdzie na co dzień pracuję.

Ty także powracasz do korzeni reggae na bieżąco?

Ostatnio za pośrednictwem współczesnej muzyki jazzowej tworzonej przez karaibsko-brytyjską diasporę, która regularnie dostarcza mi okazji do zachwytu – od zapomnienia do wzruszeń, od błyskotliwych duetów (Binker and Moses), przez niestrudzone liderki (saksofonistka Nubya Garcia) i liderów (Shabaka Hutchings i jego istna galaktyka zespołów), aż po wieloosobowe składy, takie jak Nerija, Ezra Collective, czy Soothsayers. Do tegorocznego, sierpniowego koncertu Zary McFarlane w Łodzi wracam myślami często.

Od kilku lat, w okresie letnim mam możliwość – dzięki zaproszeniu organizatorów Ostróda Reggae Festival – wspólnie przygotowywać i prowadzić Uniwersytet Reggae. To seria spotkań z muzykami, kulturoznawcami i postaciami istotnymi dla muzyki (oraz szerzej kultury) wywodzącej się z reggae. Z reguły odbywają się w trakcie wszystkich trzech festiwalowych dni i towarzyszą im projekcje filmowe. Choć reggae stanowi trzon programu, to wydarzenia mają charakter interdyscyplinarny i poza jamajskimi gośćmi udaje nam się też zaprosić przedstawicieli innych krajów i dyscyplin.

Równie ważna dla mnie jest karaibska kultura wizualna. Oprócz spektakularnej sceniczności sound systemowej i karnawałowej (stroje, manieryzmy, rytuały), fascynująca jest karaibska sztuka współczesna, która doczekała się już i swoich biennale (Kuba, Jamajka), i cenionego magazynu branżowego ARC., i przestrzeni artystycznych oferujących rezydencje (np. Fresh Milk na Barbadosie, Alice Yard na Trynidadzie), i wydawnictwa specjalizującego się w publikacjach artystycznych (Robert & Christopher Publishers z siedzibą na Trynidadzie),  i coraz bardziej rozpoznawalnych nazwisk artystów (Annalee Davis, Rachel Henriques, Nadia Huggins, Leasho Johnson, Sheena Rose).

Cała ta działalność oczywiście uwikłana jest w niezmiernie trudne postkolonialno-neokolonialne zależności typowe dla globalnej rzeczywistości polityczno-społeczno-ekonomicznej, co szczególnie jest uciążliwe w krajach karaibskich, gdzie mecenat państwa nad kulturą jest problematyczny. Przy okazji, prace niektórych współczesnych karaibskich artystów wizualnych (np. Ewana Atkinsona) były prezentowane w zeszłym roku w krakowskim Bunkrze Sztuki w ramach wystawy „Nowy region świata”.

Mówiąc o kulturze wizualnej, muszę wspomnieć o tworzonej w regionie kinematografii, o wideo klipach, filmach dokumentalnych i fabularnych, o festiwalach filmowych specjalizujących się w twórczości karaibskiej np. Trinidad + Tobago Film Festival w Port of Spain, czy Third Horizon Film Festival w Miami. Nie mogę zapomnieć też o urodzonej w Surinamie reżyserce filmów dokumentalnych Idzie Does, której obraz „Trzy kobiety: o niewoli i wolności” będzie miał polską premierę w Lublinie już 27 października w trakcie Demakijażu – Festiwalu Kina Kobiet. To film m.in. o historycznej relacji Holandii z Karaibami opowiedziany przez pryzmat doświadczeń kobiet. Wdzięczny jestem organizatorkom Demakijażu, że z życzliwością przyjęły tę propozycję programową.

12 października br. Maryse Condé, pisarka urodzona w Pointe-à-Pitre na Gwadelupie, odebrała międzynarodową nagrodę literacką, zwaną Alternatywnym Noblem. (Z powodu nagłośnionych skandali w Akademii Szwedzkiej w tym roku nie przyznano „normalnego” Nobla – przyp. red.). Condé ma 81 lat i jest uważana za jedną z czołowych pisarek francuskojęzycznych. W Polsce jej twórczość znamy niestety tylko za sprawą powieści „Ja, Tituba, czarownica z Salem”, wydanej przez W.A.B w 2007 roku. Dotąd literackiego Nobla otrzymało trzech pisarzy urodzonych na Karaibach: Saint-John Perse (Gwadelupa), Derek Walcott (Saint Lucia) oraz V.S. Naipaul (Trynidad i Tobago). Jak zareagowałeś na wyróżnienie przyznane Maryse Condé w symbolicznej dacie odkrycia Ameryki? Czy ten usłyszany szerzej i doceniony kolejny karaibski głos dodaje Ci, jako tłumaczowi, większej otuchy i pobudza zawodowe marzenia?

Pisarstwo Condé znam właśnie z przekładu Krystyny Arustowicz i z angielskich tłumaczeń. Zareagowałem radością instagramowo-fejsbukową, przypominając sobie, jak ponad dekadę temu, w drodze do ówczesnej pracy czytałem tę powieść w autobusie PKS na trasie do Sandomierza. To moje początki zainteresowań karaibskich, więc zrobiło się wspominkowo. Ale nie mam złudzeń: rodzimy rynek książkowy jest arcy-wymagający, konkurencja jest bezwzględna i bez wsparcia medialnego generowanego przez prestiżowe nagrody, jak Booker dla Marlona Jamesa, które też gwarantują wysoką jakość tekstu wejściowego – mówimy o przekładzie, o wiele trudniej jest zainteresować redakcje i wydawnictwa. Nagrody nie są jednak żadnym gwarantem odzewu czytelniczego: „Ostatnia kobieta-wyrocznia” (tłum. Bohdan Maliborski), powieść Jamajczyka Keia Millera (laureata m.in. Nagrody Forward), przepadła niemalże bez wieści na polskim rynku. A to ważna książka, dzięki której do polszczyzny trafiły też wiersze Edwarda Baugha (Jamajka) i Grace Nichols (Gujana / Wielka Brytania), otwierając – jako epigrafy – powieść Millera.

Symboliczność rocznicowej daty, o której mówisz, wpisuje się w re-interpretację historii światowej, w dopisywanie do niej pomijanych dotąd osób, wydarzeń, zjawisk i literatur. A co do samego Kolumba, mógłbym przywołać przejmujący, piękny i krytyczny plakat Jana Lenicy, zatytułowany „1492-1992”, przygotowany na Expo w Sewilli w 1992 roku, który mam za plecami, gdy siedzę przy biurku. Retrospektywnie podsumowuje grozę podboju Nowego Świata, łącząc serce wyrwane z piersi rdzennego mieszkańca kontynentu, który przyszło nam nazywać Ameryką, ze starotestamentowym jabłkiem.

Otuchy dodaje mi natomiast reakcja odbiorców, dotychczasowe wsparcie „Przekroju” i słowa tłumaczki Justyny Czechowskiej. Chciałbym, by jeszcze kilka karaibskich tekstów nagrodzonych w Konkursie Wspólnoty Narodów na Opowiadanie znalazło swoich polskich wydawców. Możliwe, że odważę się wrócić do zapuszczonych (i nieomal zaprzepaszczonych) przekładów wybranych wierszy karaibskich, nad którymi – jak dotąd – pracowałem zrywami i z efektów nie byłem ani trochę zadowolony. Wertuję także klasyczne i nowe opowiadania pisarzy z regionu w poszukiwaniu tekstów, wysyłając co pewien czas zapytania do ich autorów oraz propozycje wydawnicze do oficyn. Czas pokaże.

Jestem dobrej myśli! Karaibskie szaleństwo pod różnymi postaciami dopiero rozkręca się w naszym kraju. Czekamy na kolejne teksty w Twoim tłumaczeniu! Bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę, za potężny ładunek żywej, karaibskiej kultury. Jakże inspirującej!

Bardzo dziękuję.


Bartosz Wójcik – czyta, pisze, przekłada. Autor monografii „Caribbean Poetry in English: Cultural Traditions (1970s-2000s)” (Peter Lang 2015) i artykułów o literaturze karaibskiej, członek Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Pracuje w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie.

Kevin Jared Hosein – pisarz i nauczyciel przedmiotów ścisłych, urodzony i wychowany w Chaguanas (Trynidad i Tobago). Dwukrotny zwycięzca Konkursu Wspólnoty Narodów na Opowiadanie (zwycięzca globalny w 2018 roku; zwycięzca regionalny – jako reprezentant Karaibów – w 2015 roku). Opublikował trzy książki: „The Beast of Kukuyo” (uhonorowana Burt Award for Caribbean Literature), „The Repenters” (znalazła się na długiej liście International Dublin Literary Award oraz OCM Bocas Prize), jak również „Littletown Scerets”. Publikowany w wielu antologiach i czasopismach, takich jak „Granta”, czy „Lightspeed Magazine”.

Kevin Jared Hosein, „Przejście” (tłum. Bartosz Wójcik)
https://przekroj.pl/kultura/przejscie-passage-tlumaczyl-bartosz-wojcik-kevin-jared-hosei

Opowiadania nagrodzone w Konkursie Wspólnoty Narodów w latach 2012-18 (w języku angielskim):

http://www.commonwealthwriters.org/category/prize-winning-stories/

Festiwal Literacki Bocas (Trynidad):
https://www.bocaslitfest.com/

Wydawnictwo Karakter (m.in. frankofońska literatura karaibska):
https://www.karakter.pl/

„Nie tylko rozrywkowa niedziela radiowa” (Radio Lublin, 30.09.18) – rozmowa Grażyny Lutosławskiej:
https://www.radio.lublin.pl/news/30-09-2018-nie-tylko-rozrywkowa-niedziela-radiowa

Kultura wizualna:

Annalee Davis:
https://annaleedavis.com/

Nadia Huggins:
https://www.nadiahuggins.com/

Sheena Rose:
https://www.sheenaroseart.com/

Fresh Milk (Barbados):
https://freshmilkbarbados.com/

Alice Yard (Trynidad):
http://aliceyard.blogspot.com/

„Reggae Faces” – autorski projekt fotograficzny Bartka Murackiego:
http://reggaefaces.com/

Wystawa „Nowy region świata” – Bunkier Sztuki (Kraków):
http://bunkier.art.pl/?wystawy=nowy-region-swiata

Muzyka:

Nubya Garcia:
https://www.jazzrefreshed.com/nubyagarcia/

Shabaka Hutchings:
http://www.shabakahutchings.com/

Anthony Joseph:
http://www.anthonyjoseph.co.uk/

Zara McFarlane:
https://www.zaramcfarlane.com/

Ostróda Reggae Festival:
https://www.ostrodareggae.com/

Tłumaczenia:

Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury:
http://stl.org.pl/

„Odnalezione w tłumaczeniu” – Gdańskie Spotkania Literackie:
http://odnalezionewtlumaczeniu.pl/

„Literatura na Świecie”:
http://www.literaturanaswiecie.art.pl/

Motyle żyją krótko

„Siostry Mirabal musiały być wspaniałymi, dzielnymi dziewczynami, które przesiąknięte były romantyczną, nieco naiwną wiarą w obalenie reżimu. Myślę, że właśnie dlatego nie wybrały na swoje pseudonimy pompatycznych, czy groźnych symboli z historii. Czy może być coś bardziej pięknego, a jednocześnie szalenie kruchego i nietrwałego niż żyjący krótko motyl? Przedziwne stworzenie, które wydaje się być czymś z pogranicza światów – trochę jak kolorowy kwiat, a jednocześnie unoszący się w powietrzu owad. Coś, co zupełnie nie kojarzy się z walką i wojną, ale za to z nadzieją, wiarą i miłością.”


Rozmowa z Andrzejem Młynarczykiem

Caribeya: Dzisiaj 25 listopada. Kilkanaście lat temu ONZ ustanowiła tę datę Międzynarodowym Dniem Walki z Przemocą wobec Kobiet. Korzenie tej kampanii sięgają Republiki Dominikańskiej…

Andrzej Młynarczyk: Tak, przyszło nam dziś rozmawiać o tragicznym wydarzeniu z historii Dominikany, czyli o zamordowaniu sióstr Mirabal. Proponuję byśmy zaczęli od faktów, bo wbrew pozorom w całej sprawie więcej jest spekulacji i domysłów niż można byłoby przypuszczać.

W dniu 25 listopada 1960 roku zamordowane zostały Patria Mercedes Mirabal, Minerva Argentina Mirabal, Antonia María Teresa Mirabal oraz kierowca, który im towarzyszył. Do zabójstwa przyznali się funkcjonariusze Służby Wywiadu Wojskowego (SIM „Servicio de Inteligencia Militar”), którymi byli Ciriaco de la Rosa, Ramón Emilio Rojas Lora, Alfonso Cruz Valerio oraz Emilio Estrada Malleta. Oprawcy zmasakrowali swoje ofiary pałkami, a ich ciała umieścili w samochodzie, który zepchnęli z urwiska pozorując wypadek.

Feralnego dnia siostry Mirabal wracały do Salcedo z Puerto Plata. W tamtejszej twierdzy San Felipe, pamiętającej XVI wiek i służącej jako więzienie dla oponentów reżimu Trujillo, odsiadywali wyroki ich mężowie. Manolo Tavárez Justo, mąż Minervy był liderem walczącego z dyktaturą ugrupowania „Ruch 14 czerwca” (Movimiento 14 de Junio). „Polowanie” na siostry rozpoczęło się ponoć tydzień wcześniej. Egzekutorzy musieli co najmniej dwukrotnie wstrzymać akcję, gdyż kobiety przemieszczały się z dziećmi. Zezwolenie na odwiedziny internowanych mężów przyszło niespodziewanie. Stała za tym bezpieka. Mirabal nie wyczuły podstępu. Korzystając z „daru losu” pojechały. Tym razem same. Jedynie z szoferem Rufino de la Cruz.  Zobaczyły mężów. Jak się okazało, ostatni raz. W drodze powrotnej do domu rozegrała się tragedia. Dlaczego siostry musiały zginąć?

A może postawić Twoje pytanie inaczej: czy mord dokonany na siostrach Mirabal był efektem rozkazu Trujillo, czy też wręcz przeciwnie? Wiem, że takie przedstawienie sprawy może budzić oburzenie, ale trzeba zrozumieć w jakich okolicznościach politycznych doszło do zabójstwa.

Był to okres, w którym USA zdecydowanie straciły cierpliwość do Trujillo. Chciano sprawę załatwić spokojnie tzn. namówić prezydenta do dobrowolnego oddania władzy. Oczywiście „Dobroczyńca” zignorował wszelkie sugestie płynące z USA.

Wróćmy teraz to zamachu na siostry Mirabal i rozważmy przez chwilę następujący scenariusz. Jest rok 1960 i elita Dominikany (podobnie jak CIA) ma dość rządów Trujillo. Ich zazdrość budzi majątek i ciągle rosnąca władza dyktatora. Niepokój budzi też to, że prawdopodobnie na swojego następcę Trujillo wybierze nieudolnego syna, który może być jeszcze bardziej pazerny niż ojciec. Tym samym elita Dominikany prawdopodobnie straciłaby część pieniędzy i wpływów.

Pojawia się więc pomysł, aby dokonać czynu, który mocno uderzy w Trujillo, a jednocześnie da doskonały argument by Amerykanie raz na zawsze zerwali z poparciem dla dyktatora. Wybór pada na siostry Mirabal – rozpoznawane w Dominikanie dzięki swemu zaangażowaniu w opozycję. Wystarczyło znaleźć odpowiednich wykonawców i np. przekonać ich, że Trujillo byłby przeszczęśliwy, gdyby siostry „zniknęły”.

Oczywiście są to tylko moje domysły, ale przecież przesłanek nie brakuje! Po pierwsze pamiętajmy, że na usługach reżim miał prawdziwych fachowców od tzw. „mokrej roboty”, którzy potrafili dokonywać zamachów i porwań nie tylko w Dominikanie, ale też innych krajach – nawet USA. Czy tacy ludzie mogliby wykonać wyrok na siostrach w sposób co najmniej mało przemyślany? Przecież ewidentnie doszło do popełnienia błędu, tzn. Bélgica Adela Mirabal (czwarta z sióstr, nazywana przez wszystkich Dedé) nie podróżowała tego dnia w samochodzie, a samo zabójstwo miało charakter dość toporny. Tymczasem w ówczesnej sytuacji politycznej dyktatorowi zależałby na maksymalnym ukryciu swej zbrodni. Logiczne byłoby np. sfingowanie napadu bandyckiego, którego sprawcy oczywiście zostaliby złapani i przyznali się do czynu przed mikrofonami dziennikarzy (koniecznie z USA).

Zauważmy, że płatnym zabójcom Trujillo nie udał się tylko jeden, ale za to poważny zamach, czyli próba zabicia Rómulo Betancourta, prezydenta Wenezueli (swoją drogą to jest temat na książkę!). Miało to miejsce w dniu 24 czerwca 1960, co ma ogromną wagę dla sprawy sióstr Mirabal. Otóż, po nieudanym zamachu śladów było dość, aby szybko powiązać Trujillo z zamachowcami. Efektem było zagęszczenie atmosfery wokół prezydenta Dominikany i ogromna fala krytyki międzynarodowej. Czy w takiej sytuacji Trujillo zdecydowałby się na brutalny mord na siostrach Mirabal? Mam poważne wątpliwości.

Nie sposób odmówić logiki temu scenariuszowi, ścisłości Twym domysłom. Całość jest równie prawdopodobna, jak to że po nieudanym zamachu na Betancourta aparat bezpieki Trujillo zaciął się na dłużej, utracił swą represyjną sprawność. Zresztą, on już przestał idealnie funkcjonować kilka lat wcześniej, kiedy niewygodne tropy w tzw. „sprawie Galíndeza” poprowadziły z USA do Republiki Dominikańskiej (to również tajemnicza historia na oddzielną rozmowę!). Może jednak Wódz pod koniec swego przewlekłego panowania po prostu wygubił impet (i nie tylko ten seksualny „Kozła”, o czym wiemy od M.V. Llosy), może zawiódł go w końcu instynkt samozachowawczy.

Mnie się jednak wydaje, że ówczesnym klimacie polityczno – społecznym choćby siostry Mirabal zostały zgładzone rażeniem pioruna, to i tak bezwzględnie głównym podejrzanym byłby Trujillo. I to jest najbardziej zajmujące w historii sióstr. Jak doszło do tego, że stały się taką solą w oku despoty? I nadzieją dominikańskiego społeczeństwa wymęczonego tyranią. Co sprawiło, że z małej Minervy Mirabal, która kiedyś broniła Dobroczyńcę, mówiąc że w jej domu rodzinnym w Ojo de Agua „portret prezydenta wisiał na ścianie obok naszego Pana Jezusa i całego stada przesłodkich owieczek” („Czas motyli”, Julia Álvarez, wyd. Wołowiec 2014), wyrosła taka nieprzejednana oponentka reżimu?

Nie ulega wątpliwości, że tak, czy inaczej, to właśnie Trujillo ponosi odpowiedzialność za zabójstwo. To on stworzył Dominikanę, w której działy się takie rzeczy i nic nie zdejmie z niego tej winy.

Siostry Mirabal są dla mnie natomiast przykładem na ewolucję pewnej części elity Dominikany. To były dziewczyny wychowane w dobrym domu, typowe przedstawicielki tej dominikańskiej klasy średniej, która miała dość środków, aby żyć na dobrym poziomie i co najważniejsze – kształcić się. W przeciwieństwie do swoich rodziców nie musiały już skupiać się na budowaniu materialnej pozycji rodziny i mogły uczyć się, poznawać ówczesny świat za pośrednictwem książek. A to z kolei zaowocowało tym, że zaczęły mieć większe aspiracje i zadawać pytania, które były niewygodne dla reżimu.

Nie można też zapomnieć o tym, że siostry Mirabal były przedstawicielkami tego pokolenia młodych Dominikańczyków, które w 1965 roku wyszło na ulice Santo Domingo domagając się swoich praw. Zapewne, gdyby żyły, to siostry stanęłyby po stronie konstytucjonalistów szukających nowej drogi dla swojego kraju. Dla Dominikany to pokolenie było szczególnie ważne i cenne. To byli ludzie, którzy nie bali się myśleć samodzielnie, działać w konspiracji, a później chwycić za broń.

Najgorsze jednak, że było to również pokolenie tragiczne – straconych szans, zniszczonych życiorysów, zmarnowanych nadziei. Najpierw wielu młodych ludzi było prześladowanych jeszcze w okresie rządów Trujillo, a nawet, jak siostry Mirabal, zapłaciło krwią za działania opozycyjne. Później, już po śmierci dyktatora, sytuacja wcale nie uległa znacznej poprawie. Rząd, chroniąc skostniałe elity, nadal nie pozwalał młodym ludziom na udział w życiu politycznym kraju, a w 1965 roku na barykadach w Santo Domingo oddało życie zbyt wielu młodych, odważnych ludzi.

Tiranicidio, czyli tyranobójstwa dokonano pół roku po zamordowaniu sióstr Mirabal. Ich męczeńska śmierć wywołała powszechny gniew w Dominikanie, stanowiła punkt zwrotny i niejako przypieczętowała wyrok na Trujillo, wykonany przez grupę zamachowców 30 maja 1961 roku.

Prawie trzy i pół dekady później Julia Álvarez we wspomnianej wyżej powieści „Czas motyli” (właściwie fabularyzowanej biografii sióstr) pisze tak: „Zobacz czego dziewczęta dokonały. Robi szeroki gest. Ma na myśli wolne wybory, złych prezydentów teraz dochodzących do władzy, jak należy, nie za pomocą czołgów. Ma na myśli nasz kraj, który zaczyna prosperować, powstające wszędzie strefy wolnocłowe, wybrzeże przeładowane klubami i ośrodkami wypoczynkowymi. Kiedyś byliśmy polami śmierci Karaibów, teraz jesteśmy ich placem zabaw. Cmentarz zaczyna kwitnąć.”

Łatwo zauważyć, że siostry Mirabal utkwiły głęboko w świadomości Dominikańczyków. Poświęca się im murale, nazwy szkół, prowincji, czy stacji metra, drukuje banknoty z ich wizerunkiem, stawia za wzór młodym ludziom, ponadto zjednały sobie podziw wielu kobiet na świecie. Gdzie według Ciebie obecność las hermanas Mirabal zaznacza się najmocniej w dzisiejszej Dominikanie?

Z tym jest jednak pewien problem. Łatwo zauważyć, że w Dominikanie powszechne są symbole odwołujące się do „Ojców Narodu” i każdy trafi na nie bez trudu. Ja mam wrażenie, że podobnych odwołań do sióstr Mirabal jest zdecydowanie mniej. Dlaczego? Podstawowym powodem jest to, że siostry Mirabal są nadal wyrzutem sumienia, tkwią niczym cierń w zbiorowej pamięci.

Mam na ten temat swoją teorię i chętnie o niej opowiem. Otóż, siostry i ich los przypominają Dominikańczykom o strasznych kartach w historii. Nie jest żadną tajemnicą, że ludzie wolą pamiętać wydarzenie radosne, przynoszące chwałę i dodające narodowi blasku. Z opowieścią o siostrach Mirabal nie jest tak łatwo. Duarte, Sánchez i Mella symbolizują lud, który mężnie sięgnął po niepodległość i z bronią w ręku zbudował państwo. Patria, Minerva i María Teresa Mirabal przypominają Dominikańczykom, że większość milczała, akceptowała i nie potrafiła znaleźć w sobie tak wielkiej dawki odwagi, jak te trzy kobiety. W społeczeństwie, w którym kult twardego faceta – macho – ciągle jest żywy, to nie jest do końca wygodny symbol. Trudno go wykorzystać, choć oczywiście spotyka się murale, czy na co dzień obraca banknotem z wizerunkiem sióstr.

Po drugie, Dominikana ma pewien ogólny problem z rozliczeniem czasów dyktatury. Zauważmy, że trudno mówić o jakimś okresie przejściowym, w którym dokonano rozliczenia. W zasadzie chciano zapomnieć możliwie szybko i w jakiś dziwny sposób starano się nadrobić stracony czas. Pamiętajmy, że portret Trujillo wisiał w każdym domu, a dziś wystarczy popytać na targowiskach, czy zachowały się jakieś pamiątki z tego okresu. Większość zagadywanych Dominikańczyków ze zdumieniem reaguje na takie pytania, a nieliczni wręcz się oburzają. Dlaczego? Po prostu w sposób szybki i bardzo dyskretny pozbywano się tej przeszłości i dziś nie ma po niej śladu. Portrety, tabliczki, wszelkiego rodzaju regalia związane z czasami dyktatury wylądowały w morzu, a ironią losu jest, że zaradni Dominikańczycy zaczynają na potrzeby zainteresowanych turystów, produkować… podróbki.

Patria, Minerva i María Teresa znane są jako Las Mariposas, „Motyle”. Skąd to się wzięło?

To pamiątka po opozycyjnej działalności sióstr. W czasach dyktatury działały na wygnaniu różne grupy opozycji, które starały się o przywrócenie w kraju demokracji. Na sąsiedniej Kubie działał „Movimiento de Liberación Dominicana”, czyli Ruch Wyzwolenia Dominikany. W dniu 14 czerwca 1959 roku członkowie tej organizacji wylądowali w Dominikanie z zamiarem prowadzenia partyzanckich działań przeciwko rządowi Trujillo. Skończyło się to tragicznie, bo wszystko było bardzo słabo przygotowane, a miejscowa ludność nie udzieliła rebeliantom żadnego poparcia. Prawdę mówiąc partyzanci zupełnie bez sensu uparli się by powtórzyć taktykę Fidela Castro i nie przyjmowali do wiadomości, że w Dominikanie panują inne warunki terenowe, a społeczeństwo nie jest gotowe na poparcie zbrojnego działania.

Co ciekawe dzień 14 czerwca 1959 roku stał się dla opozycji symbolem i na cześć tej próby zrywu powołano do życia „El Movimiento Revolucionario 14 de Junio”, czyli „Rewolucyjny Ruch 14 Czerwca”. Zastosowano tu pewną „kalkę” z najnowszych dziejów Kuby, gdzie Fidel Castro również nazwał swój rewolucyjny ruch na cześć pierwszego i oczywiście nieudanego ataku na koszary Moncada, który miał miejsce w dniu 26 lipca 1953 roku. Dla Dominikańczyków był to symbol tego, że nawet pierwotną klęskę można zmienić w zwycięstwo.

Jak to zwykle w konspiracji bywa, tak i w przypadku tej organizowanej przez „Rewolucyjny Ruch 14 Czerwca” każdy miał jakiś pseudonim. Siostry Mirabal nazywane były „Motylami”. Prawdę mówiąc niewiele wiadomo o przyczynach, dla których panie wybrały sobie takie pseudonimy. W książce „Czas motyli” przedstawiono wersję, w której siostrom tak spodobał się wybrany przez jedną z nich „Motyl”, iż wszystkie zapragnęły przyjąć ten sam pseudonim. Szczerze mówiąc ta opowieść odpowiada moim wyobrażeniom o „Ruchu” i trzech jego bojowniczkach. Przecież konspiracja w „Ruchu” była zupełnie amatorska i więcej było tam żarliwej wiary w zwycięstwo niż profesjonalnego przygotowania działań, gromadzenia broni, amunicji i szkoleń.

Siostry Mirabal musiały być wspaniałymi, dzielnymi dziewczynami, które przesiąknięte były romantyczną, nieco naiwną wiarą w obalenie reżimu. Myślę, że właśnie dlatego nie wybrały na swoje pseudonimy pompatycznych, czy groźnych symboli z historii. Czy może być coś bardziej pięknego, a jednocześnie szalenie kruchego i nietrwałego niż żyjący krótko motyl? Przedziwne stworzenie, które wydaje się być czymś z pogranicza światów – trochę jak kolorowy kwiat, a jednocześnie unoszący się w powietrzu owad. Coś, co zupełnie nie kojarzy się z walką i wojną, ale za to z nadzieją, wiarą i miłością. Poza tym, czy może być coś lepiej świadczącego o ogromnej więzi siostrzanej niż właśnie to, że wszystkie panie Mirabal nazywane były w konspiracji identycznie?

Niestety, „Rewolucyjny Ruch 14 Czerwca” prawdopodobnie od samego początku był pod baczną obserwacją Służby Wywiadu Wojskowego (SIM) i już na początku 1960 roku rozpoczęły się aresztowania. Większość czołowych działaczy została pojmana i trafiła do więzień – w tym do straszliwej katowni zwanej „Czterdziestką”.

Poważniejszych represji uniknęła czwarta z sióstr Mirabal, wspomniana wyżej Dedé. Nie więziono jej, ani jej męża w kazamatach dla dysydentów. Uniknęła bestialskiego mordu na przełęczy w La Cumbre tamtego fatalnego listopadowego dnia. Jedyna z czwórki dziewcząt, której dane było żyć w dobrej kondycji do późnej starości. Umarła 1 lutego 2014 roku. Pamiętam, jak w 2008 roku przyjechałem do Salcedo, do tego miasta związanego z siostrami. W centrum poruszył mnie jeden z tamtejszych murali. Przedstawił gwałtowną scenę śmierci Minerwy, Patrii, Maríi Teresy oraz kierowcy Rufino. Dominują oprawcy. Są ucieleśnieniem posępnej, destrukcyjnej siły, jaka miażdżyła dominikański lud przez tak długi okres. Ciągną swe ofiary na pole trzciny cukrowej, gdzie wykonują egzekucję.

W Salcedo pracowała znajoma wolontariuszka. Opiekowała się dzieciakami, które ponoć często widywały się z doñą Dedé. Kto, jak kto, ale Dedé miała rękę do dzieci! Przyszło jej przecież wychować własne pociechy z pociechami swoich sióstr. Upatrywałem szansy na spotkanie. Ostatecznie, niewiele z tego wyszło. Do dziś żałuję. Jednak, gdyby mi się to udało, prawdopodobnie zadałbym Jej, w możliwie najłagodniejszy sposób, to jedno nieuchronne pytanie, zadawane jej zapewne wielokrotnie na przestrzeni wielu lat: „w jaki sposób przeżyła?”

Przyznaję, że ja zapewne nie miałbym odwagi pytać jej o cokolwiek. Myślę, że Dedé musiała być bardzo zmęczona tym brzemieniem „jedynej, która przeżyła”, a więc tej jedynej, która musi o wszystkim, ciągle i na nowo opowiadać, a co za tym idzie – powtarzać tamte emocje. Myśląc o niej odczuwam pomieszanie radości z powodu tego, że udało jej się uniknąć straszliwego losu oraz ogromny smutek związany z tym, że do końca życia musiała nieść wielki, przygniatający ciężar.

W osobie Dedé widzę też pewien symbol Dominikany, która wyszła z „Ery Trujillo”. Dominikany zranionej, pełnej bólu, ale jednak wolnej. Kraju, który zapłacił ogromną daninę krwi i cierpienia, aby zdobyć… no, właśnie… co? Jak wspomniałeś powyżej „cmentarz zakwitł”, wolność pozwala na tworzenie mitu wiecznie szczęśliwej, uśmiechniętej i roztańczonej karaibskiej krainy. Tylko, że rzeczywistość jest o wiele, wiele bardziej skomplikowana i pełna pułapek. Wielu Dominikańczyków, podobnie jak Dedé, w ciszy przeżywało i nadal przeżywa horror poprzedniej epoki. Nikt nie zwróci im straconych dni, ani przywróci do życia zmarłych. Czy oni mogą w pełni cieszyć się obecnym czasem? Czy mają uznać, że „turystyczny raj” jest tym, o co walczyli ich bliscy?

Andrzej, już od jakiegoś czasu z pasją i zaangażowaniem odkrywasz rozmaite ścieżki dominikańskiej historii, szukasz inspiracji, docierasz do prawdy, dzielisz się wiedzą. Jakie miejsce w Twej duszy badacza, w umyśle otwartego człowieka zajmują te dominikańskie heroiny, siostry Mirabal?

Ich historię badam w dwóch kategoriach – czysto politycznej oraz tej, nazwijmy ją „ludzkiej”. To co dotyczy polityki zasługuje na wysokobudżetowy film sensacyjny. Większość osób interesujących się tematem wie, że w 1962 roku, czyli już po upadku dyktatury, sprawcy mordu zostali skazani na 30 lat więzienia, czyli otrzymali najwyższe wyroki przewidziane w prawie Dominikany (jedynie Ciriaco de la Rosa skazany został na 20 lat w uznaniu swojej współpracy z wymiarem sprawiedliwości).

Jednak tylko nieliczni mają świadomość, że sprawcy w więzieniu nie pozostali zbyt długo. Przeczytawszy znamienny artykuł dziennikarza Acento.com Aleksandra Peñi o tym, jak jeden z zabójców sióstr pogrywa w domino w lokalu o nazwie… „Hermanas Mirabal”, należącym do dominikańskiej diaspory (tej sympatyzującej z opozycyjną partią PRD) w amerykańskim mieście Lawrence, skupiłem się na kulisach morderstwa oraz badaniu jego politycznych przyczyn, a także skutków. I muszę ze zdumieniem przyznać, że im więcej na te tematy czytam, tym więcej mam wątpliwości i pytań.

Z drugiej strony nieustannie wracam do historii „Motyli” w jej zwykłej, emocjonalnej i symbolicznej postaci. Z przykrością stwierdzam, że w Polsce niewiele się mówi o tych tragicznych wydarzeniach, choć wydawałoby się, że powinny być nam one bliskie z kilku powodów. Po pierwsze w naszym kraju, i to jeszcze nie tak dawno temu, mieliśmy do czynienia z podobnymi tragicznymi mordami na tle politycznym. Po drugie „Międzynarodowy Dzień Walki z Przemocą wobec Kobiet” to doskonała okazja do poczynienia pewnych porównań w sytuacji pań żyjących w Dominikanie i w naszym kraju. Zapewne zdziwilibyśmy się, jak wiele nas łączy i jak wiele mamy jeszcze do zrobienia by poprawić sytuację kobiet. A tak po cichu liczę na to, że przynajmniej jedna stacja telewizyjna wyemituje w dniu 25 listopada całkiem dobry film oparty na książce „Czas motyli”.

Dziękuję Ci za tę poruszającą rozmowę.

 


Andrzej Młynarczyk o sobie: „Czterdziestoletni historyk i politolog, który w 2014 roku spełnił jedno ze swoich wielkich marzeń odbywając po raz pierwszy podróż na wyspę Hispaniolę. Przywiózł stamtąd wiele wspaniałych wspomnień i pomysłów, które następnie postanowił systematycznie realizować. Wymyślił sobie, że nie tylko sam będzie poznawał, ale też przybliżał wszystkim zainteresowanym kulturę i historię Hispanioli, a szczególnie Republiki Dominikany. Marzy mu się stworzenie w przyszłości platformy spotkań i dialogu Polaków oraz Dominikańczyków (także tych mieszkających w naszym kraju).”

Od 2015 roku prowadzi blog „Niedźwiedź w Dominikanie” (elosoendominicana.wordpress.com)

Poprzednie spotkanie z Andrzejem w cyklu „Rozmowy”: Cień dyktatora (13 wrzesień 2016).

Efekt domina

Kuba nie widzi świata bez domina. Świat Kuby musi być „zdominowany”. Kuba jest Libre, gdy może w domino grać: po polsku, dominikańsku, kubańsku, czy jamajsku; to prawdziwy pasjonat tej gry, domino jest dla niego stylem życia, to jest aficionado do szpiku kości. Po prostu, człowiek z pasją, rozdający dominowego bakcyla. Nie jest to zwykła gra. Kuba widzi ją szczerzej. Udowadnia, że to kawał kultury, barwna codzienność na Karaibach, że to jest gra wielowymiarowa, obejmująca tamtejszą politykę, damsko-męskie relacje, czy „teorie zachowań”.

Z przyjemnością przedstawiam Wam Kubę, bo to co mówi jest cenne, jest pouczające, jest koniecznie, jeśli chcemy wejrzeć głębiej w tę buzującą latynoską, karaibską rzeczywistość. Domino jest jej częścią.

Myśmy się z Kubą wirtualnie poznali ze sześć lat temu, jeden drugiemu coś napisał, skomentował, jeden o drugim jakby pamiętał, myśmy sąsiadami zza „blogowej miedzy” byli. W końcu zaprosiłem Kubę do Rozmowy.

Sam o sobie mówi tak:

„Kuba Libre to pseudonim jaki narodził się w 2004 roku na potrzeby polskojęzycznej strony z zasadami gry w domino. Żeby pasował do tematyki. Strona powstała jako efekt poszukiwań zasad gier w domino do rodzinnego grania. Ostatecznie zgromadziło się ich tyle, że pierwotnie istniał nawet pomysł wydania tego w formie drukowanej, ale ostatecznie zebrane materiały powędrowały do sieci. Obecnie są to dwa, niszowe blogi. Jeden z instrukcjami zawierającymi reguły gier w domino oraz drugi – paranaukowy blog domorosłego antropologa kultury, któremu wszystko kojarzy się z grą w domino. Taki dziennik pokładowy, będący połączeniem doświadczeń czynnego gracza z ulotnymi przemyśleniami internetowego analityka.”

Kuba Libre jest autorem blogów: dominogry.blox.pl oraz domino6.blox.pl

Rozmowa z Kubą Libre

Caribeya: Czym jest domino dla Dominikańczyków? Nasi z Kombi śpiewali: „twój normalny dzień zawsze black & white”. Czy to pasuje do fanów tej gry na Karaibach?

Kuba Libre: Były prezydent Dominikany Hipólito Mejía powiedział o grze w domino: „To jest sport i jedna z ulubionych rozrywek Dominikańczyków, domino jest dla mnie bardzo ważne ponieważ pomogło mi bardzo w kryzysowych momentach.” W 2012 roku zorganizował w ramach swojej kampanii wyborczej mega dominowanie. Do gry zasiadło ponad 3000 graczy a dominowe stoliki zdobiła jego podobizna wraz z hasłem wyborczym „Llegó Papá”, czyli „Tato Przyszedł”. Sam zagrał a jego przeciwnikiem był Joaquín Martínez, obecnie dziesięciokrotny mistrz świata w domino. Również reprezentująca konkurencyjną partię polityczną Margarita Cedeño de Fernández, była Pierwsza Dama a obecnie wiceprezydent Republiki Dominikany, lubi pozować na dominowego gracza. Domino jako element marketingu politycznego dla mnie jednoznacznie pozycjonuje miejsce domina w Dominikanie.

No właśnie, pani Margarita jeździła z eskortą, jeszcze jako kandydatka na stanowisko vicepresidente z ramienia partii PLD, do barwnych dzielnic północnego Santo Domingo, jak Villa Mella, czy Sabana Perdida. Jadła tam z sympatykami chicharrones, czyli smażone świńskie skórki, jadła placki maniokowe, słuchała afro-karaibskiej muzyki (z jakiej Villa Mella słynie!). A potem siadała za stołem do domino, aby rozegrać kilka partyjek ku uciesze wszystkich naokoło! Co więcej, gdy wywalczyła już fotel wice prezydentowej kontynuowała podróże do „ludu”. Choćby do dzielnic biedoty, rewirów o wątpliwej reputacji, jak Gualey, nad samym brzegiem Río Ozama. Tam również grała w domino, udając swojaczkę. Gdyby przyszło Ci zmienić Margaritę na stołku (trzymamy się domina, nie władzy) to jakbyś grał, aby wygrać?

Nie usiadłbym. Babę zastąpić w grze tylko dla machos? Nawet dla mnie, wychowanego w duchu równouprawnienia, to taki atawistyczny odruch, pierwotny pierwiastek męskości. Poza tym, tam gra się w domino partnerskie, czyli dwóch na dwóch. Tak jak u nas w brydża. I podobnie, jak przy brydżu granie z przypadkowym partnerem nie ma sensu. No chyba, że jak Margarita chciałbym machnąć sobie fotę lub osuszyć plastikowy kubek z mamajuaną. No i jeszcze bariera językowa: tam przy grze mówi się po męsku, więc i tu jako gringo jestem znowu na straconej pozycji.

Podsumowując: trzy rzeczy wyróżniają domino z Karaibów. Po pierwsze: jest to męska gra. Czyste machismo. Po drugie: grze towarzyszy często alkohol, a najlepiej jakiś domowy wynalazek. Po trzecie: w domino gra się tak głośno, jak to jest tylko możliwe. Wrzaskliwa, dominowa gadka oraz agresywne przybijanie kamieni do stołu wyglądają niejednokrotnie, jak wstęp do bójki. To nie jest miejsce dla takiej kobity jak señora Margarita, która jest doktorem prawa oraz magistrem ekonomii. Resumując: nie znam innej rozrywki, która przy takim minimalnym nakładzie środków pasowałaby do karaibskich klimatów w sposób doskonalszy niż domino partnerskie. Prawdziwy Dominikańczyk dorzuciłby zapewne do tego seks, baseball i walki kogutów.

Spec od thrilleropisarstwa John Grisham,  znający się też na baseballu, próbował klarować reguły tej gry we wstępie do swej „baseballowej powieści” Calico Joe. Czytelnik miał po tym rozumieć żargon. Grisham po prostu „rozegrał” typowy mecz na papierze. Czy mógłbyś w podobny sposób rozegrać partyjkę gry w „domino partnerskie”?

Reguły baseballu to dla Amerykanów buła z masłem. Gdy u nas spotkasz gościa z „bejsbolem”, to na pewno nie idzie pograć sobie na trawniku przed blokiem. A domino w Polsce to gra dla dzieci, choć w naszych więzieniach jest to gra powszechna. Na Karaibach czterech facetów zasiada przy czymś co można nazwać stołem na czymś co nie zawsze musi być krzesłem; partnerzy naprzeciwko; mieszają kamienie wspólnie lub solo tak, jakby chcieli zmyć z nich niewidzialny brud; potem jednocześnie dobierają po siedem kamieni; w pierwszym rozdaniu kto ma [6-6] – zaczyna; potem wychodzi gracz po jego prawej ręce; potem kolejny i kolejny; gdy gracz nie może zagrać opuszcza kolejkę mówiąc ¡paso!, stukając w stół lub wykonując inny szybki gest zrozumiały dla pozostałych; pozbycie się szybciej swoich kamieni przez jednego z graczy oznacza victorię dla pary; ale czasami gra ulega blokadzie: gracze mają kamienie ale żadnego nie można zgrać; i wtedy gracze liczą kropki na kamieniach w ich ręku; w zależności od wersji zwycięscy dopisują albo sumę wszystkich kropek, albo tylko te od przegranej pary; przy blokadzie zwycięża para, która ma lżejsze kamienie (o mniejszej liczbie oczek); przy remisie rozdanie uważa się za niebyłe; gra się kolejne rozdania aż jedna z par przekroczy w zapisie 100 lub 200 punktów i zwycięży w rozgrywce; pary grają do określonej ilości wygranych rozgrywek; w kolejnych rozdaniach kamienie miesza jeden z przegranych, a jako pierwszy wychodzi jeden ze zwycięzców.

Co przełamuje rutynę w tej grze?

Jest w błędzie ten, kto sądzi, że wszyscy grają tak samo. Wielu graczy klarowne zasady podstawowe dopełnia o własne ekstra reguły co dodaje kolorytu rozgrywce. Inaczej więc grywa się w domino partnerskie na Portoryko, Jamajce czy Dominikanie. W Dominikanie tzw. reglas de patio („reguły podwórkowe”) są dość ciekawe i dodatkowo punktowane są extra sytuacje takie jak „paso corrido“ (gdy gracz wychodzi i może zgrać kolejny kamień bo pozostali spasowali), „paso a la salida“ (gdy grający po otwierającym pasuje), lub „capicúa“, czyli „podwójne“ zakończenie rozgrywki: gracz kończy grę kładąc na stole swój ostatni kamień, który pasuje do obu końcówek łańcucha i nie jest dubletem;  takie „zamknięcie obwodu“.

Jedna z 13 Złotych Zasad Gry w Domino, jakie wypunktowałeś na swoim blogu, mówi o tym „aby dokładnie obserwować oczy przeciwnika, gdy jest jego kolejka gry”. Wygląda na to, że domino ma wiele wspólnego z pokerem?

Domino partnerskie mnie bardziej kojarzy się brydżem niż z pokerem. Bo podobnie jak w brydżu siedzący naprzeciwko siebie gracze tworzą duet, który gra przeciwko drugiej parze. To wymaga zgrania i współpracy partnerów. Ważny jest nieformalny, pozawerbalny kontakt między nimi. Niebagatelne znaczenie mają drobne gesty i subtelne sygnały, które informują partnera o strategii gry. Oczywiście formalnie porozumiewanie się między partnerami jest niedozwolone i uważne za oszustwo w grze. Doświadczonemu graczowi wystarczy bowiem drobna informacja od partnera oraz jeden rzut oka na stół i już wie jakie kamienie mają przeciwnicy oraz wysyłający wiadomość. I właśnie dlatego gracze gestykulując i tocząc głośną konwersację nie tylko chcą zdeprymować przeciwników ale również ukryć sekretny przekaz dla partnera. Taka dominowa Enigma, bo jeżeli dodatkowo rozszyfrowaliśmy jak porozumiewają się partnerzy to wygrana musi być nasza.

Czytałem o pewnym dziewięćdziesięcioletnim seniorze z Portoryko. Wstawał wcześnie rano, jadł coś, pił kawę i szedł na „plac publiczny”, gdzie rozgrywał z kumplami dziesięć partyjek domino, każda po kilkadziesiąt minut. Potem szedł na obiad, po południu kontynuował grę. I tak od 42 lat. Ponoć nie przegrywał. Na czym polega doświadczenie w tej grze?

Domino to gra losowo-strategiczna. Dobry gracz radzi sobie z tym, że dobierze słabe kamienie. Bo nie jest sztuką wygrać mając w ręku dobre kamienie, ale ograniczyć do minimum przegraną mając słabe. W grach tego typu jak domino, rozgrywanych „na poważnie” o zwycięstwie nie decyduje jedno rozdanie ale cała ich seria, potrzebna do zgromadzenia punktów niezbędnych do zwycięstwa. W zasadzie element losowości nie jest czymś negatywnym. Potrafi sprawić, że każde rozdanie jest niepowtarzalne, a inny układ kamieni za każdym razem stawia przed graczem inne dylematy w procesie decyzyjnym. Ale domino to nie szachy. Ilość posunięć jakie ma do dyspozycji gracz w domino jest stosunkowo mała. Bardzo często gracz ma tylko jedną możliwość ruchu. Taki proces decyzyjny podejmowania słusznych i logicznych decyzji w oparciu o doświadczenia wynikające z rozegranych partii daje większe szanse na wygraną graczowi „ogranemu“, obdarzonemu inteligencją i bardzo dobrą pamięcią.

Rozwój w domino polega na sukcesywnym i samodzielnym odkrywaniu zasad dobrych i złych posunięć w oparciu o rozegrane lub świadomie obserwowane pojedynki. Dlatego przyszły mistrz gra z mistrzami. aby w końcu sam stać się niepokonany. W przypadku osób starszych gra w domino może być naturalną „gimnastyką“ umysłu, która zmniejsza ryzyko zachorowania na chorobę Alzheimera.

Wróćmy do udziału płci pięknej w grze w domino. Kiedy np. dominikańscy machos idą w sobotni wieczór oglądać, obstawiać walki kogutów, wtedy ich kobiety mają czas dla siebie. Biegną do kumoszek: na ploteczki, zrobić sobie nowe tipsy, nakręcić wałki. Chyba tylko raz widziałem młodą dziewczynę w pobliżu koguciej areny, zapisywała wyniki jakiejś loterii. Za to, przy domino widywałem kobiety częściej. Czy ta rozrywka dla machos bardziej im odpowiada, tam w Dominikanie? 

Spotkałem się kiedyś ze stwierdzeniem, że kobiety nie grają w domino bo mają widocznie coś ciekawszego do roboty. Myślę, że tam kobiety nie grywają „na ulicy“ bo to nie uchodzi. Szybciej zasiądą do partyjki domina w domu. Bo jak żona wygra z mężem w domu to jeszcze przejdzie ale jakby to uczyniła w miejscu publicznym… Wbrew pozorom panie grywają na oficjalnych rozgrywkach dominowych i radzą sobie bardzo dobrze. Ponieważ w turniejach dominowych panuje prawdziwe równouprawnienie to w czasie mistrzostw świata panie grają z panami i jest prowadzona tylko jedna, wspólna klasyfikacja. Ale najlepiej sklasyfikowanym paniom są przyznawane osobne tytuły mistrzowskie. Carolina Méndez z Wenezueli, tegoroczna złota medalistka z Dominowego Mundialu w Orlando, była ósma w ogólnym rankingu indywidualnym a w parach – czwarta! Osobiście bardzo lubię grać z paniami w domino.

W jednym z dzienników z karaibskiego wybrzeża Kolumbii wyłapałem nagłówek, który mówił, że dla miejscowych domino jest czymś więcej, niż grą. Jest „fabryką przyjaciół”. Przy jakiejś okazji wspomniałeś mi, że zdarza Ci się… „pijać w domino”. To bardzo dominikańskie podejście! Ich stoły do domino mają „fabrycznie” wyrżnięte okrągłe otwory, aby można w nie było bezpiecznie wsadzić kubek z piwem, czy rumem. Ile ta gra znaczy dla Ciebie?  

Domino to jedna z wielu fascynacji w moim życiu, ale chyba najważniejsza bo jedyna, o której prowadzę bloga (dominogry.blox.pl) w formie zapisków na tematy „okołodominowe”. Nie urodziłem się w „kulturze dominowej”, która skazałby mnie na granie w jedyną, słuszną odmianę domina jak to jest na Kubie, lub Dominikanie. Dzięki temu mogę zmieniać wariant gry i jak kameleon być raz dobrym ojcem grającym z córką i żoną w „Matadora”, a innym razem dziewiętnastowiecznym dandysem, który z piękną damą zasiada do partyjki gdzieś pomiędzy operą a nieuchronnym finałem wieczoru. Mogę również ze smakiem piwa w ustach dostawiać kolejne kamienie niby stały bywalec londyńskiego pubu, lub ze znajomymi przy rumie pograć w jamajską odmianę domina partnerskiego.

Mogę też w wieloosobowym gronie jak amerykański emeryt podominować w „Kurzą Stopę” albo zasiąść do pojedynku jeden na jeden w jakąś „mózgożerną“ grę, której autorem jest Andrzej Lewicki, dominowy fascynat mieszkający w USA. Myślę, że właśnie dlatego zdecydowałem się na reinkarnację mojej starej strony poświęconej regułom gier dominowych, która wyparowała na skutek pazerności i niechlujnych zabezpieczeń zarządcy portalu. Ale tym razem wybrałem formę bloga (domino6.blox.pl). Podsumowując: domino jest dla mnie pretekstem zarówno do zaspokojenia moich niespełnionych grafomańskich ambicji, jak i do spotkania się ze starymi przyjaciółmi.

Bardzo dziękuję za tę inspirująca rozmowę!

Cień dyktatora

Bohater mojej rozmowy

Andrzej Młynarczyk wylądował któregoś dnia w Republice Dominikańskiej, zaciągnął się dominikańskim powietrzem, ciepłym i wilgotnym, popatrzył na palmowe pióropusze, na ludzi spojrzał miejscowych, jak żyją i to mu już spokoju nie dawało, coś go za duszę chwyciło. Pospacerował po Starówce w Santo Domingo, popatrzył na grube wiekowe mury, do katedry się przytulił pięćsetletniej, na monument Admirała Krzysztofa K. zerknął, gdy mu gołębie pozwoliły, twierdzę skontrolował, chałupę gubernatora ocenił, obwarowania sprawdził, wojakom się przyjrzał, czy równo pozapinani, no i go poniosło. W głowie zaczął sobie zaraz układać, że ta, czy tamta rewolucja mogła się przecież skończyć tak, a nie tak, bo gdyby było inaczej, a mogło być, to…

No, i zaczął ten człowiek myśleć po swojemu, jak historyk z głową na karku, historyk z nową pasją. I jak mu się to drążenie, to szperanie włączyło, tak wyłączyć się nie może, i bardzo dobrze, i słusznie! Innymi słowy, złapał ten człowiek dominikańskiego bakcyla!

Poznałem Andrzeja ponad rok temu, zafascynowanego Dominikaną, nakręconego tą dominikańską historią po stokroć, niemal gestykulującego po dominikańsku. Poznałem też niezwykle ciepłego, sympatycznego człowieka, który potrafi mądrze widzieć świat. Wiedza, jaką gromadzi z daną mu chyba łagodnością na pewno pomoże nam lepiej zrozumieć dzieje Hispanioli i nie tylko.

Andrzej umie także gadać. Oj, umie. Chcecie się o tym przekonać? Umówcie się z nim na rum (i przynajmniej postawicie mu pierwszą kolejkę! 🙂 )

Sam o sobie mówi tak:

„Czterdziestoletni historyk i politolog, który w 2014 roku spełnił jedno ze swoich wielkich marzeń odbywając po raz pierwszy podróż na wyspę Hispaniolę. Przywiózł stamtąd wiele wspaniałych wspomnień i pomysłów, które następnie postanowił systematycznie realizować. Wymyślił sobie, że nie tylko sam będzie poznawał, ale też przybliżał wszystkim zainteresowanym kulturę i historię Hispanioli, a szczególnie Republiki Dominikany. Marzy mu się stworzenie w przyszłości platformy spotkań i dialogu Polaków oraz Dominikańczyków (także tych mieszkających w naszym kraju).”

Od 2015 roku prowadzi blog „Niedźwiedź w Dominikanie” (elosoendominicana.wordpress.com)

Rozmowa z Andrzejem Młynarczykiem

Caribeya: Uważam, że „Święto Kozła” trzeba koniecznie brać ze sobą w podróż do Dominikany i czytać „na żywo” w Santo Domingo, najlepiej gdzieś w zasięgu Pałacu Narodowego. Wyobraźnia na pewno mocniej zadziała. Czy zgodzisz się z tym?

Andrzej Młynarczyk: I tak i nie. Moim zdaniem „Święto” trzeba przeczytać przed wyjazdem, aby później móc konfrontować treść oraz własne wyobrażenia z tym co zastaniemy na miejscu. Przecież większość Polaków jadących do Dominikany ma o tym kraju oraz jego historii bardzo niewielką wiedzę. Lektura „Święta Kozła” przed podróżą jest tym samym czymś, co wprowadza nas w pewien „klimat”. Wybacz mi użycie tego słowa, które jest zbyt poręcznym wytrychem, ale tu pasuje doskonale.

Wydaje się, że Mario Vargas LLosa odtworzył ten „klimat” wyraźnie i precyzyjnie. A jak potraktował „historię prawdziwą”? Pomijając licentia poetica, czy pisarz trzyma się faktów, czy Rafael Leónidas Trujillo Molina jest sobą?

Zanim opowiem o Trujillo, to pozwól na jeszcze kilka zdań o „klimacie”, ale w rozumieniu społecznym, politycznym i takim nieco psychologicznym. Otóż, my (na szczęście) znamy Dominikanę inną, całkowicie odmienną od tego co można było poczuć tam za czasów dyktatury. Gdybym miał porównywać, to jest więc tak, jakbyśmy mieli poznawać Polskę epoki stalinizmu czytając współczesną literaturę traktującą o latach pięćdziesiątych. Czy w związku z tym autor dobrze oddał „klimat” dyktatury panujący w Dominikanie? Wydaje mi się, że raczej tak, bo porównuję to co przeczytałem do wiedzy o życiu w Europie wschodniej, gdy już zapadła „żelazna kurtyna”.

Pytasz, czy w książce Trujillo jest sobą? I tu znów mamy zagadkę, bo szukając wiedzy o życiu dyktatora trafiłem na cały ocean mitów, domysłów, wnioskowania na podstawie kilku kluczowych faktów. Zaryzykowałbym twierdzenie, że raczej nikt już nie dowie się tego, jaki naprawdę był Trujillo. Już za życia dyktator zadbał o to, aby zatrzeć wszelkie niewygodne fakty ze swojej młodości i oczywiście z okresu sprawowania władzy. Co ciekawe, w Dominikanie po zakończeniu dyktatury nie było specjalnej chęci, aby rozdrapywać stare rany i badać dogłębnie dzieje rządów „Dobroczyńcy”.

Nie chciały tego władze wywodzące się z dworu „Kozła”, nie chciała Ameryka, która obawiała się, że na światło dzienne wypłynie wiele niekorzystnych faktów dokumentujących współpracę z dyktaturą dominikańską. I co ważniejsze – nie chcieli tego zwykli ludzie, choć z różnych powodów. Jedni wstydzili się swego poparcia dla władzy, swojej uległości, a także zwykłego donosicielstwa. Inni chcieli zapomnieć o osobistych i rodzinnych tragediach.

Na wstępie powieści Llosa cytuje dominikańską przyśpiewkę ludową: „Z wielką radością Ludzie obchodzą Święto Kozła Trzydziestego Maja”. To data dobrze zapamiętana. Tego dnia w 1961 roku przyszedł kres „Dobroczyńcy” i jego trzydziestoletniej dyktatury. Trujillo został zabity przez zamachowców w drodze do rodzinnego San Cristóbal. Jechał do swej rezydencji Casa de Caoba, gdzie lubił wypoczywać, albo wyprawiać bachanalia. Ponoć tym razem czekała go kameralna schadzka. Zaufani ludzie sprowadzali mu tam kobiety, często bardzo młode, nieletnie. Nie zdążył dojechać. Nie zdążył zaspokoić swej chuci, z jakiej słynął. W jaki sposób Ty interpretujesz tytuł powieści – „Święto Kozła”? Czy Llosa zaszył tam cokolwiek z „klasycznego dramatu”?  Mamy fatum, mamy katharsis?       

Moim zdaniem Llosa chciał powiedzieć coś jeszcze. Wiemy, że kozioł istnieje w kulturze chrześcijańskiej, jako symbol szatana, czyli przewrotnego, podstępnego zła. Jednak czemu święto szatana miałoby łączyć się z zabiciem podłego dyktatora? Szukając prostej symboliki byłby to przecież upadek zła w osobie Trujillo.

Tymczasem Llosa potraktował dyktatora nieco inaczej, a mianowicie tak, jak znanego z literatury Fausta. Trujillo w rozumieniu autora wydaje się mieć podpisany pakt z samym diabłem. Zyskuje władzę, pieniądze, zdobywa kobiety – wszystkie, które tylko wskaże. Jednocześnie, jak w przypadku Fausta, pakt nie może trwać wiecznie. Trujillo ma wszystko o czym marzył, ale każdy krok zbliża go do końca, który zapisany jest w szatańskim planie. I oto mamy dzień 30 maja. Jest to prawdziwe święto dla diabła, bo naznaczana paktem dusza w końcu trafia tam gdzie powinna. Jednocześnie wszystko co pozostawia po sobie Trujillo splugawione jest złem. Cały kraj jest nim przesiąknięty, a w ludziach dominuje strach, a nie ulga. Nawet zamachowcy, którzy zabili dyktatora nie mogą odetchnąć i stają się ofiarami. W tym nie ma krztyny czegoś dobrego i budzącego nadzieję. Prawdziwe „Święto Kozła”, czyli fiesta na cześć szatana.

W tym „piekielnym kręgu” dojrzewał politycznie Joaquín Balaguer, przebiegły admirator „Ery Trujillo”, w końcu VIP w orszaku dyktatora. Przejął po nim władzę. I epokę deklarowanej demokratyzacji zmienił praktycznie w kryto-dyktaturę. O nim porozmawiamy przy innej okazji. Czy naprawdę nie było wtedy żadnej nadziei dla Dominikańczyków? Natomiast Urania, bohaterka powieści Llosy, wraca do współczesnego Santo Domingo po trzydziestu paru latach pobytu na obczyźnie. Próbuje mierzyć się z demonami przeszłości w kraju, z którego uciekła. Z winy ojca, bliskiego współpracownika Trujillo. Powoli oswaja te demony, wspomnienia wciąż bolą, lecz pojawia się cień szansy, że ból w końcu minie, że rany się zabliźnią. Czy dzisiejsza Dominikana dobrze rokuje, potrafi patrzeć do przodu z optymizmem?

Trzymam Cię za słowo, bo Joaquín Balaguer to jest faktycznie temat rzeka. Dziś powiem tylko tyle, że sposób rządzenia, ale też myślenia Trujillo był produktem przebywania wśród prostych amerykańskich marines i fascynacji ich światem. Tymczasem Joaquín Balaguer to zupełnie inna liga – to zimny, kalkulujący inteligent, którego umysł był zabójczą bronią. Ale zostawmy ten wątek na inna okazję i powróćmy do tego, że zadałeś dwa pytania, na które nie da się odpowiedzieć krótko i prosto. Zacznijmy od pierwszego, czyli spróbujmy „pogdybać”, czy dla Dominikańczyków była nadzieja po upadku dyktatury? Ja twierdzę, że była i śmiem się upierać, że mam na to dowód w postaci rewolucji 24 kwietnia 1965 roku.

Ten temat nie daje mi spokoju i ciągle szukam informacji dotyczących wspomnianych wydarzeń. Żeby nie zanudzać znów odwołam się do porównania i przywołam polski zryw wolnościowy, który zduszony został przez stan wojenny. Mniej więcej to samo stało się w Dominikanie w 1965 roku. Dlatego twierdzę, że nadzieja była, ale została brutalnie zdeptana i to niestety, butami amerykańskich żołnierzy.

Drugie pytanie jest chyba trudniejsze, a twierdzę tak, bo ciągle zastanawiam się nad tym, czy Dominikana może patrzeć z optymizmem w przyszłość? Łatwiej byłoby mi wyliczyć te zagrożenia i te nadzieje, które już zdefiniowałem, ale wyszłaby z tego książka! Prościej będzie skupić się tylko na problemie wychodzenia ze skutków kolonializmu, który uważam za kluczowy dla przyszłości Dominikany. Jeśli naród nie poradzi sobie z tą bardzo złożoną sprawą, to niestety – każdy, nawet mało optymistyczny scenariusz może się zdarzyć. Sam wiesz, że jednym z bardzo palących problemów jest również dostępność i poziom edukacji w Republice Dominikany, a jeśli nic się w tym względzie nie zmieni na lepsze, to kraj czeka bardzo długa i wyboista droga.

Krążą pogłoski, można do nich dotrzeć np. w Internecie, że Rafael Trujillo wystąpił w „Casablance” – filmie zrealizowanym w 1942 roku z Bogartem i Bergman! Czy to możliwe?

Wiedziałem, że mnie o to zapytasz! Dobrze, więc muszę się wytłumaczyć. Otóż, przez dłuższy czas szukałem ciekawostek dotyczących życia Trujillo, ale takich, które byłyby mało znane. Każdy łatwo natrafi na wzmianki o jego ulubionej wodzie kolońskiej, o alkoholu, który mu najbardziej smakował, czy zamiłowaniu do koni i kobiet (nie wiem, czy w tej kolejności…). Ja natomiast wygrzebałem wiele różnych nieprawdopodobnych bzdur, z których ogromną większość od razu zweryfikowałem i odrzuciłem. Problem miałem tylko z tym rzekomym epizodem aktorskim i pomyślałem, że może ktoś z moich czytelników sobie z tym poradzi. Przyznam, że nadal nie mam żadnych dowodów na to, że jest to tylko zbieżność imienia oraz nazwiska aktora, a tym samym zagadka nadal czeka na rozwiązanie. Pewnie w końcu będę musiał napisać do wytwórni filmowej, bo inaczej się tego nie rozstrzygnie!

Na koniec dodam tylko, że jestem przekonany, iż Trujillo nie byłby zadowolony z tej plotki o jego rzekomym aktorskim epizodzie. A to dlatego, że sam zapewne uważał się za wielkiego aktora, który godny jest tylko największych i najwspanialszych ról. Dlatego, tak prywatnie i bez żadnych dowodów, uważam, iż „Dobroczyńca” nie zniżyłby się do zagrania jakiegoś marnego epizodu w filmie. Z drugiej strony kto wie, jak bardzo pokręcone poczucie humoru mógł mieć jeden z bardziej gorliwych pomocników szatana?

Dziękuję za tę interesującą rozmowę!