Archiwum kategorii: Styl życia

Marcin i Kinga na tropie

Mieliśmy z Kingą u zarania naszych przygód w Dominikanie taką zabawę. Ja byłem el jefe, czyli prawda, wódz, dyktator. Ona zaś była żoną, wierną i oddaną kobietą dyktatora, która pomiatała nim w łożu, gdy on, generalissimus, dobroczyńca narodu dzień kończył. Dzień bogaty w zdarzenia, wypełniony rządzeniem niepokorną, bananową republiką. Wstawaliśmy zazwyczaj wcześnie rano. Wrodzona dyscyplina podnoszenia się z łóżka o jasno ustalonych i utrwalonych godzinach towarzyszyła mi od dziecka, więc nie lekceważyłem jej nawet na upragnionych wakacjach w tropiku. Zważywszy na nocne akrobacje w duecie, gimnastykę poranną sobie darowałem. Wysuwałem się z pościeli wypoczęty i drapiąc się gdzieniegdzie obierałem kurs na łazienkę. Tam, rzecz jasna, dokonywałem ablucji. Rytuał ten zawsze stanowił dla mnie jedną z przyjemniejszych części poranka, gdy byłem młodym, nieobrośniętym źrebakiem, i gdy dorosłem już do rangi, umówmy się, pełnokrwistego caballero.

Jako malec poznawałem tajemnice własnego ciała, teraz, już w dalszym wieku pod kroplami ciepłej wody po prostu wspominałem z uśmieszkiem udaną noc. Ananasy, te zawsze robiły mi dobrze, będę się nimi raczył po czasu kres, a niebieskie pastylki rozgniatał butem, jak gnidy – oto myśli dyktatora. Kiedy wyprażony ukropem, czysty i szczęśliwy opuszczałem zaparowaną łaźnię, kładłem się na łóżku, relaksowałem i czekałem na żonę, która poddawała się podobnym czynnościom.

Jeśli o tym nie zapomniałem, wciągałem na dyktatorski zad świeżą bieliznę i wychodziłem na balkon. Kilka metrów za żywopłotem z hibiskusów, na patio zadbanego domostwa, codziennie, prawie o tej samej porze zmywała naczynia ładna, jak sądzę, pełnoletnia już Mulatka, dominikańska muchacha. Gdy tylko mnie dostrzegła darowała uśmiech tak cudny, że musiałem natychmiast opuścić balkon, aby moje myśli pozostały czyste.

Dyktator słynął z wierności swej żonie. I mimo, ze tropikalna rzeczywistość podsuwała mu tuziny okazji do rozmaitych grzeszków, zawsze jakoś potrafił odegnać pokusę i uspokoić krew. Jego moc dawała mu pełną kontrolę, nie tylko nad ludem swej gorącej republiki, ale i nad własnym umysłem, który poskramiał tak na jawie, jak i we śnie.

Tylko raz śniło mu się, że podszedł za blisko do kozy… Jednak sen wydał mu się tak niedorzeczny (spożywać, albo czcić kozę – to zrozumiałe, ale brać się za biedne zwierzątko – wykluczone!), że zignorował go zaraz po przebudzeniu, bez konsultacji z wieszczką. Z kolei, rozmowa z żoną przy świeżo parzonej kawie o nutach cynamonu utwierdziła go jak zawsze w przekonaniu, że jako mężczyzna może spełnić się tylko w jeden sposób, i tylko w bliskości jedynego stworzenia, jakim pozostawała właśnie jego żona…

Na śniadanie, przeważnie skromne, bo składające się jedynie z soków i kilku kawałków soczystych cytrusów schodzili razem, obok siebie, lecz nigdy pod rękę. Wszelakie romantyczne gesty rezerwowali na intymne chwile sam na sam. Kiedy stawali przed obliczem nieogarniętego tłumu, wyglądali raczej, jak partnerzy w pracy i przygodzie, nie jak notoryczni, zepsuci kochankowie. I to budziło szacunek mas. Tamtego ranka dyktator nosił na sobie letni, jasny mundur, a jego połowica bawełnianą koszulę khaki. Zjedli i zaraz potem dobrze wyekwipowani zapuszczali się w teren. Na eksplorację. Szli tropić to, co warte było wytropienia…

I to się wiele nie zmieniło od prawie 13 lat.

Ten tekst dedykuję mojej żonie Kindze: partnerce, która sprawia, że świat ten bliższy, czy dalszy jest całkiem do ogarnięcia.

Muchas gracias! 

no images were found

Rowerowe Karaiby

Jeśli dotąd, z jakichś przyczyn, umykało Wam lato, polskie czy jakieś inne, to ten karaibski do cna kawałek La Bicicleta pomoże je przywrócić, na pewno!

Shakira i Carlos Vives obok siebie. Śpiewają, tańczą, prują rowerami po różnych rewirach, życiem się cieszą. Dwoje kolumbijskich Costeños, dwoje z karaibskiego wybrzeża. Ona z Barranquilli, on z Santa Marty. Sentymentalny ze mnie dureń, bo rozrzewniłem się jakość po obejrzeniu tego teledysku, kręconego w całości na kolumbijskich Karaibach. Oboje poukrywali w nim sporo nostalgii, emocji. Mam jakby to samo. W 13sek. Shakira wjeżdża na most Laureano Gómeza, zwany Pumarejo, chwilę wcześniej widzi powitalny szyld Bienvenidos a Barranquilla. Potem, w 25sek. napawa się tym niemożliwym tropikalnym powietrzem. Prawie łza mi się toczy, bo ja też się tak napawałem. Zresztą, słałem Wam wówczas film, niemal „en vivo” nagrany wcześnie rano na tym moście, gdyśmy z Javierem przeprawiali się do Barranquilli. Pisałem, że dotąd Río Magdalenę miałem w powieściach Márqueza. W końcu na żywo! Carlos, rodowity Samario zaczyna podróż na pace terenówki w swojej Santa Marcie, w zasięgu hotelu, gdzie będąc w tym mieście nocowałem.

Ten kawałek ma w sobie absorbującą mieszankę popu, reggaetonu, ma karaibski zapłon. Shakira i Carlos bawią się muzyką w rodzimych okolicznościach przyrody, dają się ponieść sentymentom, wspomnieniom, towarzyszą im miejscowi, starsi, młodsi. Shakira śpiewa, że puedo ser feliz caminando relajada entre la gente, że może być szczęśliwa spacerując wśród ludzi. W Barranquilli zajeżdżają rowerami do Colegio la Enseñanza, gdzie sławna Barrnaquillera chodziła niegdyś do szkoły. W 1min. 41sek. radują się orzeźwiającym deserem, zwanym w Kolumbii, Wenezueli, Panamie – raspao – za czym kryje się lód „skrobany na śniegowe wiórki”, polany mlekiem skondensowanym i syropem owocowym, np. z marakui. Deser ten przygotował im señor ukazany ze swoim mini food-truckiem w 1min39sek. W Dominikanie podobny frykas zwie się frío, frío. Dzieciaki za nim przepadają, dorośli też się łamią.

Shakira prosi, aby Carlos zabrał ją na rowerze tam, gdzie zagrają w bola 'e trapo, czyli jakby w„szmaciankę na małe bramki”, rodzaj piłki ulicznej w Barranquilli, popularnej zwłaszcza w biedniejszych dzielnicach. Produkowanie takich piłek, dosłownie „ze szmat” było tam dawniej częścią lokalnej tradycji. Potem tradycja ta nieco podupadła, lecz ponoć dzisiaj się odradza.

Shakira śpiewa, że chciałaby przemierzyć z Carlosem trasę desde Santa Marta hasta La Arenosa. Myśląc o finale wojaży, używa jednego z przydomków Barranquilli – La Arenosa, co można tłumaczyć, jako „piaszczysta”, albo „zapiaszczona”. Niegdyś strumienie powstałe po gwałtownych ulewach znosiły mnóstwo piasku, którego hałdy zalegały później na ulicach miasta. Zresztą, położenie Barranquilli u ujścia największej w kraju rzeki Magdaleny dodatkowo uzasadnia tę ksywę.

Od 3min. 06sek. widzimy Shakirę i Carlosa odzianych w piłkarskie koszulki. Ona w swojskich barwach Junior de Barranquilla, on jako fan Unión Magdalena, drużyny z Santa Marty. Chociaż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że Carlos nosi koszulkę klubową… Barcelony, jak Gerard Piqué, czyli facet Shakiry.

Oba zespoły są historycznymi rywalami. Ich pojedynki nazywano w przeszłości clásico costeño, czyli niejako „derbami wybrzeża”. Ostatni raz Junior i Unión stoczyli klasyczny bój w 2005 roku, potem ten drugi team spadł do niższej ligi. Dlatego „potyczka piłkarska” muzyków na plaży była, jakby zabawową „reaktywacją” tamtych dobrych, sportowych czasów. Całą „karaibskość” obu ekip podkreślają ich przydomki. Idole Shakiry to Los Tiburones, „Rekiny”. Carlos Vives stawia na El Ciclón Bananero, „Cyklon Bananowy”, jakby wyjęte z powieści Márqueza wietrzysko pustoszące plantacje bananów, z jakich słynie rejon wybrzeża

Skoro pojawił się Pique, to trzeba wspomnieć, że Shakira dwa razy „puszcza mu oko”: raz w teledysku, raz w tekście utworu. Na koszulce Juniora nosi numer 3, podobnie jak jej luby w swoim barcelońskim klubie. Poza tym, śpiewa kierując do Carlosa słowa, w których chodzi z grubsza o to, że jeśli on pokaże kiedyś Pique’mu El Tayrona, ten nie zechce potem jechać do Barcelony. Tak mu się spodoba.

El Tayrona to Parque Nacional Natural Tayrona, położony blisko Santa Marty park narodowy. Obejmuje malownicze połacie karaibskiego wybrzeża. Jest jedną z wizytówek turystycznych Kolumbii, przyciąga wielu backpackersów.

W teledysku widzimy również mężczyznę grającego na akordeonie, w tradycyjnym kapeluszu z wybrzeża zwanym sombrero vueltiao, oraz z wełnianą indiańską torbą-workiem u boku, zwaną mochila arhuaca. To Edigio Cuadrado, specjalizujący się vallenato, tradycyjnej muzyce z korzeniami na kolumbijskich Karaibach.

W 1min48 sek teledysku pojawiają się drewniane domki na palach, rozrzucone gdzieś na wodachCiénaga de Pajaral, będących „bocznicą” Ciénaga Grande de Santa Marta, największego mokradła Kolumbii. Tworzą nawodne, dość liczne i urocze pueblo zwane adekwatnie Nueva Venecia, czyli„Nowa Wenecja”.

Z miejscem tym wiąże się makabryczne zdarzenie, dobitnie świadczące o niestabilnej, pełnej przemocy historii Kolumbii. W listopadzie 2000 roku wtargnęło tam na łodziach motorowych kilkudziesięciu paramilitares, czyli bojówkarzy z prawicowych oddziałów AUC (Autodefensas Unidas de Colombiamasakrując prawie czterdziestu rybaków pod zarzutem kolaboracji z wrogą lewicową partyzantką ELN...

La Bicicleta – prosty i przyjemny wakacyjny kawałek, lecz widać też, że można z niego wiele wyciągnąć, zainspirować się, uzupełnić nieco obraz tych niesamowitych Karaibów, tych kolumbijskich, jakie nie tylko Márqueza usidliły.

Niech Wam się dobrze słucha!

Amigos w Dominikanie

Pojechaliśmy we trzech. Pablo, Arturo i ja. Tres hombres, tres amigos. Trzech facetów z Polski z imionami przestawionymi na lokalne odpowiedniki, tak jak przestawiliśmy czas, cofając go o kilka godzin, czyli… zyskując na czasie. Dawno nie miałem takiej żywej radości z podróżowania po Dominikanie, takiego wiatru we włosach, takiego bitnikowskiego zatracenia, a praktycznie większość tego co najlepsze w podróży zdarzyło mi się właśnie tam, gdzie zresztą zrozumiałem, że podróż to najpierw skracanie dystansu, każdego, że podróż spełnia się po kawałku, w drodze, en el camino, a nie gdy się kończy.

Choćby ktoś kazał mi lądować na księżycu, pewnie z marszu szukałbym porównań: w Dominikanie to, w Dominikanie tamto… Dawno nie jeździłem po tym kraju z kimś, nie włóczyłem się mając u boku towarzyszy podróży, występując w roli przewodnika, logistyka, trochę kaowca, czy „głównego mafiosa”, jak mnie raz ochrzcił Pablo. To było całkiem budujące doświadczenie i przyznam, że chętnie bym je powtórzył!

Dotąd odkrywałem Dominikanę w pojedynkę, albo z Bonitą, partnerką moją życiową tłukłem się jakimkolwiek transportem wielokrotnie, od wschodnich krańców wyspy przez „dziki dominikański zachód”, po zagubione w czasie rewiry Haiti, lub z południa na północ, z Santo Domingo do Puerto Plata, czy Sosua, czy gdzie tam jeszcze i z powrotem. Wtedy nachodziły mnie podobne odczucia: przeżywanie tego kraju wspólnie jest nową przygodą, świeżym doznaniem, uruchamia więcej emocji. Podróżując sam, odkładam ciągle w głowie to, co muszę koniecznie pokazać innym, albo inaczej – na co muszę spojrzeć znowu oczami innych. Chodzi o rzeczy duże, małe, spektakularne, czy niepozorne. Ich kaliber, gabaryty, forma, konsystencja nie mają znaczenia. Ważne są impresje, jakie powodują, to impresje są notowane w umyśle, do ponowienia przy kolejnej okazji.

Uwielbiam dzielić momenty zachwytu z drugim człowiekiem. To chyba uzależniające. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że potrafię wracać w te same miejsca wielokrotnie, choćby po tych samych śladach, bez znudzenia, z pożądaniem, z apetytem, ze spojrzeniem wyostrzonym na wszelakie zmiany wokół, mniej lub bardziej subtelne. Ponadto, dochodzi wrażenie, pewnie naiwne, iż człowiek wraca jakby do siebie, że dogląda swojego, że stworzył tam jakieś więzi. W każdym razie, gdy innej osobie wyjawię na żywo jedną, czy drugą „tajemnicę” moich wcześniejszych ekscytacji, mam wówczas przekonanie, iż poprzednia podróż dopełniła się, zyskała na wartości. W takim sensie, podróż może trwać w nieskończoność. Miejsca dobrze mi znane poznaję jeszcze lepiej, albo odczuwam mocnej dzięki zaciekawieniu ludzi, których tam zabieram, którzy widzą po swojemu to, co im stokrotnie zapowiadałem. Teraz chwytam ich emocje, spontaniczne reakcje, „olśnienia”. Są dla mnie cennym uzupełnieniem podróżniczych wrażeń. Zawsze.

W dominikańskich rewirach krążyłem z przyjaciółmi po raz pierwszy. Z Arturem byłem już wcześniej na „miejskim trekkingu” w Londynie i na wojażach po Andaluzji. Przed rokiem, w jakimś nocnym barze w Maladze, gdzie lali do szklanek rum z DominikanyBrugal, powiedziałem: „zobaczysz, przyjdzie dzień, gdy będziemy to pili w oryginalnej scenerii!” I przyszedł. Pablo zaś odwiedzał „Karaiby i inne rewiry”, od jakichś trzech, czterech lat. Znaliśmy się „wirtualnie”. Chłonął wszystko, co karaibskie, czytał, komentował, rozpalał wyobraźnię, choć ciałem przesiadywał tygodniami w Azji, bo miał tam kluski za półtora złotego na obiad. Kiedy przestała go bawić azjatycka muzyka (a jest to meloman pełnokrwisty!) zamienił ją na latynoską. W „realu” widzieliśmy się raz, aby się po męsku napić, co nam wyszło koncertowo.

Jestem szczęśliwy, że udało nam się popróbować tej niemożliwej Dominikany we trójkę, że mogłem im pokazać swoje ulubione „mety”, które odwiedzam z niegasnącym sentymentem, jak Las Galeras, czy Río San Juan. Mamy teraz „wspólną pamięć”, która mam nadzieję wzmocni naszą przyjaźń, pamięć, do jakiej możemy sięgać. A przynajmniej do tych jej fragmentów, jakich nie zdążył wyczyścić Brugal

Muchas gracias, Amigos!

Z Arturem wróciliśmy do Polski, dopadł go dominikański bakcyl, co było do przewidzenia. Jeśli w sklepie osiedlowym trafi Wam się dominikański rum, albo dominikańska kawa, podziękujcie Arturowi. Sądząc po jego bagażu ma dryg do kontrabandy. Kiedyś poleciłem mu książkę-reportaż Luki Rastello „Przemytnik doskonały”. Był lekturą zachwycony. Pablo został dłużej, niebawem wraca. Ciężko mu z tym powrotem. Napisał mi tak: „Mój drogi Przyjacielu! Już za tydzień o tej porze będę w domu. Jeszcze tu jestem. Jeszcze chodzę po tych ulicach. Jeszcze oddycham tym powietrzem, jem te owoce, ale zegar nieustannie tyka. Łzy mi się już w oczach kręcą. Pozdrawiam Cię serdecznie. Ech ta Dominikana”. Wzruszył mnie tym, autentycznie.

Gdy spytałem Artura, jak mu w rutynowej rzeczywistości, odpowiedział: „Masakra. Nie mogę się ogarnąć.”

Moi drodzy, Dominikana uzależnia!

Kubańskie refleksje

Tamten hawański taksówkarz na lotnisku José Martí nie garnął się zbytnio do nawiązania kontaktu, był nieufny, posępny. Jak można z takim wytrzymać? Wydawał się raczej zażenowany, że ta jego Kuba taka siermiężna, taka zacofana, lecz po co wstydzić się za kubański reżim, że tyle napsuł przez ponad pół wieku, że tyle zaniechał, taki wstyd nie ma tam już sensu. Kiedy żywo zareagowałem na widok naszego polskiego fiata 126p ponadto w kolorze piaskowym, bo takim woził mnie mój padre, auta zwanego tam czule polaquito, zaparkowanego pod palmą królewską, taksówkarz nie podłapał tematu.

Na dzień dobry rzuciłem grochem o ścianę, guzik tamtego interesowało, że takie dwa narody, jak Kuba i Polska trzymały się kiedyś razem, i z tego związku wielu Kubańczyków miało na przykład czym jeździć, a wielu Polaków miało na przykład pomarańcze na święta, nie chodziło mi przecież o to, aby dawnym brataniem naginać dzisiejsze relacje, poza tym my Kubę bezczelnie zdradziliśmy, wypięliśmy się na Fidela i spółkę, i na rewolucję, bośmy się zawczasu obudzili, poszli swoją drogą, bo inaczej się nie dało, po co on się wstydził, ja się pytam za tę Kubę, ten taksówkarz, dlaczego odebrał ten mój zachwyt nad polaquito, jak upokarzający komentarz do zastanych realiów, niepotrzebnie, zupełnie niepotrzebnie.

A potem, już w aucie, gdyśmy toczyli się ku Hawanie, wyciągnął komórkę i gdzieś zadzwonił, a zrobił to tak ostentacyjnie, jakby chciał pokazać, że patrzcie, my też tu mamy takie telefony, nie myślcie sobie, widzicie, możemy po ludzku dzwonić, no i się niezręcznie zrobiło, bo jak miał człowiek zareagować na widok komórki, która w normalnym świecie, byłaby już odpadem do zutylizowania, jak miał się tą komórką szczerze zachwycić, no niepotrzebnie ten taksówkarz tak się obnosił tymi zdobyczami cywilizacji, niepotrzebnie, właściwie to ten szofer zdążył mnie skutecznie zirytować.

Dopiero gdy wycedził, że pogrywa w jakimś nocnym klubie na trąbce, dałem mu drugą szansę, bo taki trębacz musi żyć w ciągłej frustracji, jest ciągle wkurwiony, że za dnia musi wozić taksówką naiwnych przyjezdnych z rozdziawionymi gębami, żeby nie powiedzieć „ograniczonych turystów”, jakby chciał Guillermo Cabrera Infante, którzy od tej Kuby, Hawany dostają zawrotów głowy, i on musi ich wozić, gdzie tam chcą, i zarabiać taką chałturą, a dopiero wieczorem może być sobą, choćby wymordowany upałem i rutyną, może zrobić coś dla przyjemności, może być, dajmy na to, artystą. Jakoś wtedy spojrzałem na niego inaczej, gdy trochę ten swój absurdalny, ten zupełnie nie-karaibski pancerz poluzował. A potem wziął za kurs więcej, niż było dogadane…

Mnie się dotąd wydaje, że ten taksówkarz zaraz na początku, witając się zachowawczo, wydedukował po swojemu, że trafiło mu się odbieranie z lotniska jakichś cwanych agentów sił nieczystych, albo jeszcze lepiej, że odebrał ludzi, jacy z nieoczekiwanym hiszpańskim na ustach mogą być po prostu blisko reżimu, blisko tego całego cyrku, co najmniej ideologicznie, no bo jak tak można przyjechać na Kubę, i znać ten egzotyczny „kubański język”, i bez krygowania się go używać zamiast mówić prosto po angielsku; albo taki językoznawca robi dla wroga, albo przyjechał bronić tej wrednej rewolucji na miejscu, jako jej niemożliwy entuzjasta, w przebraniu turysty z kieszeniami wypchanymi forsą, czy jakoś tak, i trzeba się przy nim bardzo pilnować, aby nie upuścić wywrotowej myśli.

I ten taksówkarz rozmawiał z kimś na lotnisku, być może z kolegą po fachu, gdy dwa podejrzane osobniki, jakie dopiero co przyleciały z Europy, nazbyt otwarte i gadatliwe, poszły wymieniać euro na równie nijakie „peso wymienialne”, tj. peso convertible, w skrócie cuc. Kiedy osobniki te, wzbogacone już o lokalny pieniądz (ułatwiający turystom przepłacanie na każdym kroku!), wróciły do taksówkarza, aby ich wreszcie zawiózł do centrum Hawany, do pewnej zarezerwowanej casa particular, to ten momentalnie przerwał konwersację z tamtym drugim, wykonując znamienny, konspiracyjny gest. Zwyczajnie, informował swego rozmówce, aby zamilkł, bo wielki brat nie śpi…

Jechaliśmy do tej Hawany i już po drodze było dobrze widać, że taki wspaniały ze swej natury tropik, jakim jest Kuba, został unieruchomiony paskudnym betonowym gorsetem tego całego „systemu”, który mu założyli tzw. rewolucjoniści i trzymali tak przez pięćdziesiąt lat z okładem, i zasadniczo dalej to robią. Zbyt często odnosiłem wrażenie, że jadę w pięknym popołudniowym świetle, środkiem popegeerowskiego landszaftu. Co rusz wyblakłe od słońca, wytarte, sfatygowane slogany rewolucji, na bilbordach, na murach, albo ścianach domów, bloków, czy publicznych przybytków.

Człowiek, chciał się zachwycić tą Kuba, wcześniej zakładał, że na pewno mu się spodoba, bo Kuba jest tylko jedna, bez względu na kondycję, ale natychmiast kontrolował ten zachwyt, co więcej, złość w nim wzbierała, ledwie godzinę po wylądowaniu, jak oni potwornie tu świat sponiewierali ci barbarzyńscy, ignoranci, ci partacze, egoiści obrali z życia, z kolorów ten kraj, ten synonim rozbuchanych tropików, dawkują mu oddech, dawkują mu chleb, każą ciągle walczyć do zwycięstwa, kiedy ta Cuba wiecznie ma daleko do libre, jakaż bieda tam wyziera, jakie przebija wyniszczenie, jaki bezwład rządzi, gdzie nie spojrzeć, choć ludzie próbują uchować godność, jak tylko się da.

Widok tych zapadłych, apatycznych przedmieść przygnębił mnie najpierw, ale przecież byłem na Kubie, ja nie mogłem się tak nastrajać, chciałem tę Kubę jakoś znieść, polubić, ujrzeć z nadzieją, tę „wyspę, jak wulkan gorącą”, miałem w planie ten „skansen komunizmu” objechać, popatrzeć na to wszystko, wyruszyć z Hawany, dotrzeć do Santiago de Cuba, przemierzyć dystans fizycznie i myślami, gdzieniegdzie zrelaksować się, jak to na Karaibach. Długo zbierałem się na tę Kubę…

A potem wyszedłem na ulicę, już w słusznym, lekkim odzieniu, w klapkach, jak normalny przyjezdny, rzucający się w oczy, bo miejscowi wolą dżinsy i adidasy, parność im nie wadzi, wyszedłem wieczorem, aby takiej nocnej Hawany nieco uszczknąć, ale te ulice w samych brzuchu dystryktu Centro Habana, były ciemne, ponure, na pozór niepewne, tak, cholera, słabo oświetlone, że od razu wpakowałem jedną stopę w gówno, zakładam że psie, eh poczułem coś tłustego, zdradliwą miękkość i ciepło na najgrubszym palcu, ciepło tego świeżego gówna, i takie mnie pierwsze szczęście tam spotkało!

A obok muchachos, młodzi chłopcy grali w piłkę, jakby nigdy nic, musieli mieć kocie oczy, ja tej piłki dojrzeć nie mogłem, nie powiem, ze dwa razy udało mi się kopnąć, tym gównianym klapkiem, lecz kto by się martwił, musiałem kopnąć, pokazać że umiem, i trochę ich tym rozbawiłem, i zaraz wyszło, że oni są świetnie w piłce zorientowani, na wyścigi wymieniali hiszpańskie, włoskie, angielskie kluby, bo Barcelona, bo Milan, bo Manchester, a gdzie się podział ich baseball, sport narodowy zniknął z ulicy, potem wielokrotnie widywałem, że Hawana woli grać w piłkę nożną, może ta piłka rodzi nowe marzenia, trochę uskrzydla, oby.

Podróżnicze inicjacje

To będzie, niestety, strasznie długi tekst, lecz krócej się jakoś nie dało, gdy przyszło mi do głowy, może lekkomyślnie, by wspomnieć o własnych podróżniczych początkach, czy bardziej o inspiracjach, bez których robi się różne rzeczy chyba tylko na pół gwizdka, albo na siłę. Zresztą i tak się wstrzymywałem, by nie napisać więcej za jednym zamachem. Przypadek sprawił, że się tymi klimatami około-karaibskimi, latynoskimi porządnie zaraziłem. I na szczęście nie poprzestałem na parodiowaniu Fidela Castro, grzmiącego z ambony. Nie studiowałem niczego podobnego w temacie, a pewnie i bym próbował, gdyby mnie właściwy bakcyl dopadł wcześniej. Zresztą, czym jest studiowanie, o takim żywym studiowaniu myślę, jak nie wiecznym drążeniem na własną rękę i mocowaniem się nieraz ze samym sobą, by coś trwałego zyskać, dla siebie, może dla innych, i mieć z tego trochę szczerej frajdy.

Może i chciałbym mieć w zanadrzu taką historię, jaką ma np. W. Cejrowski, który ponoć opylił lodówkę i za pieniądze z transakcji kupił bilet lotniczy i poleciał do Meksyku, by swe podróże wielkie zacząć, podróże do Indian, do dżungli i gdzie tam jeszcze, i potem boso po całym świecie. Sam lodówki nie przehandlowałem, bo była cholera za ciężka. Zarobiłem na wojaże inaczej. Zacząłem prozaicznie, jak normalny człowiek, aż szkoda się przyznawać, bo po prostu poszedłem do roboty. Z metodą Cejrowskiego łączy mnie poniekąd i podejrzewam, że nie tylko mnie to, że dość wcześnie za młodu czytałem zajadle Arkadego Fidlera, śpiewając z jego rybami w Ukajali i też czytałem albo oglądałem w telewizorze tego drugiego globtroterskiego tuza, jakim był i pewnie wciąż dla wielu jest –Tony Halik. Zawsze chciałem mieć tyle kaset video, ile miał Halik za swoimi plecami, bo było je dobrze widać, że trzymał ich tam setki, gdy siedział z Elżbietą Dzikowską we własnym domu i pasjonująco gadał, jak to ustrzelił lamparta, i go elegancko oskórował, i jak robił pranie brudnych łachów w podróży, po drodze, w ogóle nie zatrzymując jeepa. „Z kamerą i strzeblą przez Mato Grosso” to pamiętam, że dałem poczytać babci i ta książka ją bardzo przejęła, bo tam były zdjęcia Indian, pokaleczonych w jakimś rytualnym szale. Ale i tęgo się obśmiała, bo każdy by tak zrobił, gdyby na innym zdjęciu, w dodatku kolorowym, zobaczył bladoróżową dupę samego maestra Toniego, gdy ten stoi po kolana w rzece i zawzięcie filmuje Indian dokonujących ablucji.

Miała być Afryka…

Były to książki, te i wiele innych, fabuł czy dokumentów, reportaży, które gdzieś tam z tyłu głowy się odkładały i być może potem wypychały człowieka w świat szeroki. A na studiach to przypadkiem trafiłem na jedną taką pozycję, która była po trosze osobistymi zapiskami, po trosze przewodnikiem, gdzie autor, którego imienia już nie pamiętam, wziął i popłynął do Afryki Zachodniej na statku towarowym, jako zwykły pasażer, w kajucie pasażerskiej, którą można było wynająć za jakiś tam pieniądz. I jak ten autor szczęściarz ulokował się na pokładzie takiego transportowca w Gdyni, to z przystankami w Dunkierce, Nawakszucie, Dakarze, Monrowii, Abidżanie, Akrze i Lagos, dopłynął aż do kameruńskiego portu Douala. A potem zabrali go tym statkiem w drogę powrotną do domu. Wojaże w całości trwały lekko ponad trzy miesiące. Załoga stawała w jednym porcie, by tam wyładować drewniane bele, a zabrać, dajmy na to, kozy, potem gdzie indziej te kozy były zwalniane a zamian wrzucano na pokład całe hałdy czegoś sypkiego i tak dalej. Autor miał dość czasu i świętego spokoju na pełnym morzu, by pomyśleć o życiu, by coś napisać, a przede wszystkim, by coś na własne oczy zobaczyć, gdy już zszedł na ląd i nikt mu kosy do żebra nie przystawił. Mnie to się wtedy, przyznam, tak mocno udzieliło, że spać nie mogłem, niemal czułem na sobie rozgrzany oddech Afryki, bo przecież taka podróż to się idealnie zapinała ze studenckimi wakacjami, i należało coś zrobić, by te wakacje były skrojone na afrykańską modłę.

Znalazłem jednego dużego armatora ze Szczecina, który regularnie pływał do Afryki i napisałem „intencyjny list”, dodam, że tradycyjny, bo jeszcze wtedy Internet dla mnie nie istniał i wysłałem, i potem zdębiałem, gdy po kilku tygodniach przyszła odpowiedź, że nie ma problemu, że o takie miejsce pasażerskie na jednostce towarowej mogę się ubiegać. Zaraz dostałem też rozpiskę kosztów wyjazdu, i mnie z marszu zemdliło, bo tam stały jakieś okrutnie duże cyfry, w każdym razie, musiałbym tyrać przez pierwsze trzy miesiące na miejscu, by potem płynąc przez następne trzy do Afryki i nazad, co by nie wyszło mi na zdrowie, bo na pewno profesor od statystyki, czy innego kolosa założyłby mi na egzaminie obezwładniający chwyt Nelsona. Nie zamierzałem harować w Polsce, aby w konsekwencji z odległości Afryki wypiąć się, jak cwaniak na terminowe studiowanie. Chciałem jechać do Afryki, kiedy był na to czas.

Wystosowałem kolejna epistołę do armatora z pytaniem, czy nie daliby mi podczas rejsu jakiejś roboty na statku, którą mógłbym po części pokryć moje utrzymanie. Miałem, oczywiście, głupie i romantyczne wizje, że oto rano budzę gdzieś na równiku, biorę wiadro, szmatę, szczotę i pucuję kilometr kwadratowy pokładu, ładnie za porządkiem. W zmian dostaję codziennie odwszawiony koc i michę znośnej strawy. Co więcej, bosman i reszta myślą, że klawy ze mnie gość. A wieczorami, relaksuję się przy tropikalnym zachodzie słońca, słucham pojękiwań delfinów i furczenia latających ryb. Za to w nocy, w klaustrofobicznej kajucie pilnie robię notatki, trochę śpię i marzę o spodniach z prawdziwej, wężowej skóry, jakie kupię na jakimś szemranym bazarze w Liberii, albo w Togo, spodniach fest rurowatych, ciasnych w kroku, jakie zdaje się miał Jim Morrison. Później, już po wojażach, porządnie ogorzały, z bruzdami na twarzy od wiatru, z włosami wyblakłymi od słońca i soli, wejdę w tych spodniach, których się nie pierze a tylko dotlenia, na jeden z wykładów, i rozbiję tam skupienie tłumu w drobny mak, oczywiście, spóźnię się ostentacyjnie, wejdę ostatni, by wszyscy widzieli, że wchodzę i się rozsiądę, gdzieś na widoku, by do wszystkich dotarło, że oto właśnie Wróciłem, z Afryki, i jeśli tego nie będzie po mnie widać, to niech ich wszystkich diabli wezmą.

Tym razem dostałem od armatora, w osobie przemiłej opiekunki spraw pasażerskich odpowiedź telefoniczną, że dosyć ciężko z tym moim zatrudnieniem na pokładzie w czasie rejsu, ale zostaje cień szansy, bo jak napiszę do samego prezesa, poproszę go, o co trzeba, i ten się zgodzi, to wyjdę na swoje. Miałem pisać do prezesa dużego polskiego oceanicznego armatora, by zatrudnił mnie w stopniu doraźnego „pod-majtka” na jednym ze swoich statków? Było to wyzwanie, którego od razu nie podjąłem. Wyczekiwałem natchnienia, które wreszcie spłynęło na mnie którejś nocy. List napisałem przesadnie emocjonalny, z niemożliwą pasją człowieka, który rwie się do świata, nabazgrałem mnóstwo patetycznych głupot, jakieś lwy na afrykańskim brzegu z Hemingwaya tam wcisnąłem, ze dwa razy przekręciłem w grobie Sienkiewicza, wspominając coś o puszczy, coś o pustyni, o dalszych losach Stasia i Nel. Cud, że w tym popisie grafomaństwa w ogóle zawarłem jakieś rzeczowe informacje o charakterze „życiorysowym”, bo jakby nie było, chodziło mi przecież o zdobycie roboty, i nim zdążyłem się opamiętać, poczta szła już do Szczecina. Telefon zadzwonił tak szybko, jakbym wysłał co najmniej e-maila. Prezes zgodził się, widocznie czytał list, jako ostatnią rzecz w swym pracowitym dniu i było mu wszystko jedno.

A potem przyszło nowe zestawienie kosztów, uwzględniające moją harówę na statku. Od razu zbladłem, bo się okazało, że w sumie niewiele ugrałem. Wychodziło, że praca miała być dla mnie dodatkową „przyjemnością”, dość skąpo opłacaną. Tak czy inaczej, musiałbym zapłacić furę pieniędzy, których wtedy nie miałem, a jednocześnie nie mogłem naciągać rodziny, sąsiadów czy ONZ na te swoje, wyczesane afrykańskie widzimisię. Niestety, zrezygnowałem. A miałem już zdane egzaminy w terminie zerowym! Jeden z profesorów prawie dostał zawału, gdy mu w ekscytacji zreferowałem, co planuję. Gotów był jechać ze mną. Ale cóż, nic z tego nie wyszło, pamiętam, że siedziałem z telefonem w dłoni, odkładając rozmowę z armatorem w czasie, jak tylko się dało. W końcu zadzwoniłem i zakończyłem sprawę. Okazało się, że druga strona przyjęła moja decyzję z wymowną ulgą, bo myśmy się podczas tej całej wymiany listownej i telefonicznej nieco zżyli, i oni się szczerze zaczęli martwić, że mnie się w tej Afryce coś stanie, gdy jako zachłyśnięty światem studencik będę się tam włóczył po różnych mauretańskich, nigeryjskich czy kameruńskich portowych dzielnicach.

Latynoski bakcyl

Któregoś popołudnia podczas Juwenaliów na swej uczelni zapomniałem o Afryce. Sporo się wtedy działo, brać studencka świętowała. Były fiesty, zawody, koncerty, jak to zwykle bywa. Dumałem, czy czekać na show flamenco, czy iść na wykład o Ameryce Łacińskiej jakiegoś profesora iberystyki. Zaproszono go na gościnne występy. Ponoć potrafił z ikrą do ludzi gadać. U Latynosów przesiedział prawie piętnaście lat, głównie w Chile i w Meksyku, który był jego konikiem. Ten cały Meksyk, parafrazując Quentina Tarantino, wydawał mi się taki… meksykański. Kusił jakoś. Jakbym nie miał dość wykładów „programowych”, koniec końców wybrałem – wykład. No i stało się. Dopadł mnie latynoski bakcyl, potem karaibski i tak trzyma do teraz. A do Meksyku wciąż nie dotarłem. Pewnie kiedyś dotrę, choćby przelotem. Za to się czepiłem Karaibów, jak rzep psiego ogona…

Po niemal piętnastu latach nadal trzymam zanotowany tamten wykład, wciąż go dobrze pamiętam. Profesor spóźniał się. Minęło trzydzieści minut i więcej. Pojawiły się niewybredne wyrazy zniecierpliwienia. Robiło się coraz tłoczniej. Ludzie chcieli posłuchać o świecie. Czekali, przebierali nogami. Maestro zjawił się z godzinnym poślizgiem. Wyobrażałem go sobie inaczej. Myślałem, że będzie to lekko zaprawiony tequilą roześmiany sybaryta w wielgachnym, meksykańskim sombrero. Zupełnie nie trafiłem. Pozornie przypominał bardziej demonicznego Boba z filmu „Miasteczko Twin Peaks”, pamiętacie? Albo indiańskiego szamana. Nosił długie, szpakowate włosy, bluzę khaki i jakieś plemienne bransoletki na przegubach dłoni. Wreszcie zaczął swoje wykładać, od razu barwnie, z werwą. Z łatwością pozyskał sobie tłum. Miał silny głos, przekonujący. Zafundował porywające słuchowisko.

Fragment tamtego wykładu spróbuję tutaj odtworzyć.

Profesor mówi o Meksyku:

„Zachód patrzy na graniczący z Gwatemalą, meksykański stan Chiapas i krzywi się na widok odzianego w czarną kominiarkę rebelianta. No wypisz, wymaluj – jakiś guerrillero mówi się… czyli partyzant, prawda… No jak partyzant, to on musi być lewak. No, jak lewak to pewnie będzie marksista. No, jak marksista to pewnie będzie komunista. No, a jak komunista… to do diabła z nim… To jest w ogóle skandal. Kiedy, a priori, jeden taki dziennikarz na podstawie tylko figury tego właśnie subcomandante Marcosa wysyła go do diabła, mówiąc, że to na pewno jest jakaś tam infiltracja… Na poziomie ’94 roku trudno by było mówić o infiltracji Moskwy, albo o długich rękach Moskwy i Kremla. No ale coś tam było podejrzane; bo za czyje pieniądze, komu, dlaczego i po co?

Minął długi okres, kiedy nasi dziennikarze obudzili się, za przeproszeniem państwa, z ręką w nocniku i stwierdzili, że w Chiapas ma miejsce zdarzenie, nie tylko o znaczeniu kontynentalnym ale i o charakterze światowym. Dlatego, że rebelia EZLN (Ejército Zapatista de Liberación Nacional) czyli Zapatowskiego Wojska, prawda… Wyzwolenia Narodowego była tym elementem, który odwrócił bieg historii Meksyku. Ale nie tylko Meksyku… Bo to przecież jest tak, że w momencie kiedy pojawia się figura Marcosa to ludność na całym świecie dowiaduje się, iż istnieje problem w Ameryce Łacińskiej – mniejszości indiańskiej – po pięciuset latach od konkwisty! Olbrzymia władza skupiona w rękach Partido Revolucionario Institucional w Meksyku psu na budę jest warta i rychło się rozsypie z powodu właśnie tej rebelii… I nie chodzi o jakiekolwiek tam 'izmy’. Tylko chodzi o sprawę bardzo prostą. Wielomilionowa społeczność tubylcza, indiańska; przez wieki poniżana, przez wieki kopana, przez wieki wykorzystywana… nie powiem wyzyskiwana, bo to niemodne – budzi się i w pewnym momencie mówi – BASTA! Skończyło się…

I nasze dziennikarstwo, nasz sposób widzenia rzeczywistości meksykańskiej nie budzą się razem z tym wydarzeniem, tylko w dalszym ciągu mamy takie spojrzenie… właśnie podejrzliwości o lewackość, podejrzliwości o 'izmy’. I nie wystarczyło, że rebelia w Chiapas wywraca władze Partido Revolucionario Institucional. Ba, PRI było zmuszone przez Marcosa zabić własnego kandydata na prezydenta, bo w tej nowej rzeczywistości by nie pasował… Potem utrzymało władzę przez 6 lat i następnie musiało ją oddać. Co było wydarzeniem – trzęsieniem ziemi w całej Ameryce Łacińskiej, ponieważ po siedemdziesięciu latach, jak powiadał Mario Vargas Llosa – najbardziej perfekcyjna dyktatura na świecie upadła… Ale kogo to obchodzi, no kogo…?

No i kiedy państwo zostaniecie na przykład rzuceni w pewnym momencie w wir twardej rzeczywistości, w której będziecie musieli komuś doradzić jak ulokować kapitał: taki, śmaki czy owaki… właśnie w Meksyku. To wasza wiedza, wasza wizja będzie przesłonięta figurą Marcosa, figurą podejrzaną… A sam Meksyk będzie wciąż kontynuacją hollywoodzkiej wersji Pancho Villi i Zapaty, czyli bałaganu, dezorganizacji i słynnego… mañana. Tyle o Meksyku.”

Profesor mówi o Kolumbii:

„Popyt na te środki odurzające: narkotyki miękkie, twarde, półtwarde i jakiś cienkie istnieje w wysoko rozwiniętych krajach Zachodu, ze Stanami Zjednoczonymi na czele. Kropka. I teraz należałoby się zapytać. Jak to się dzieje w dzisiejszym świecie, przy tak daleko rozwiniętych technologiach, sposobach namierzania, etc., i tym podobne, że… to wszystko hula; że wszystkie kanały z Ameryki Łacińskiej tam, gdzie dotrzeć mają – tam docierają…? Czasami tylko Polacy wpadają i siedzą, na przykład w Peru albo w Chile. W Chile to jeszcze chwała Bogu, ale w Peru to już bym nie radził nikomu siedzieć… Nie można tego po prostu namierzyć? I poucinać wszelkie drogi, aby to się skończyło raz na zawsze? Państwo, wyobraźcie sobie taką sytuację: co się stanie z Kolumbią, gdy zostanie odcięta od możliwości przekazywania swojego 'towaru’? Kończy się wojna domowa, bo nie ma podstaw ekonomicznych, aby ona w dalszym ciągu trwała…

W związku z tym cała rebelia przekształciłaby się w wyzwanie dla rządu kolumbijskiego pt. „Jak zrestrukturyzować ekonomikę, aby olbrzymie masy chłopstwa mogły 'inaczej’ produkować”. A relacje są, proszę państwa, przykre… Jeżeli chłop uprawia kukurydzę to załóżmy, że to jest 1, a jeśli uprawia kokę to mamy 500. I teraz znowu trzeba sobie wyobrazić wysiłek międzynarodowy (bo Kolumbia sama nie da rady), ażeby usytuować olbrzymie, wielomilionowe masy chłopstwa w Kolumbii ale także i w Peru, Boliwii itd., w innym sposobie produkowania. Równie korzystnym, równie dającym podstawy bytowania, itd.”

Kiedy profesor skończył mówić, ludzie siedzieli, jak zahipnotyzowani. Chcieli, by kontynuował. Pomyślałem wtedy, że nieważne, dokąd kiedyś pojadę, nieważne gdzie dotrę, bliżej czy dalej, do tropiku czy nie, do Meksyku czy obok, ale jedno, o co muszę się ze wszech miar wystarać, to obudzić w sobie, w czasie tych przyszłych wojaży, taką właśnie czystą i odnawialną energię, jakiej dyspozytorem był tamten profesor, i jeszcze taką naturalną zdolność dzielenia się wiedzą, doświadczeniem, poznawczą pasją, życiem po prostu…

Jakże ważna jest inspiracja, czyż nie jest?

Prysznic to interes

Gdy już człowiek ściągnie wieczorem sterany na metę, gdzieś w tropiku, to trzeba mu trzech rzeczy: oczywiście prysznica, wiatraka na suficie (bo klimatyzacja to kiler) i czegoś do picia; nie wody a czegoś „prawdziwego”. Jak nawali prysznic, to bardzo niedobrze, ale zostaje wiatrak i trzeba być optymistą. Co się nie wymyje to się jakoś wywietrzy. Z konieczności, nie z przekory.

Można pod wiatrakiem swobodnie w negliżu leżeć i się chłodzić, nawet od zmierzchu do świtu, co autorowi się czasem zdarzało. Kiedyś nad ranem boy hotelowy, zresztą o reputacji niezłego koguta, który brał wszystko co dycha, do pokoju zaszedł bo coś tam sprawdzał i autora w adamowej odsłonie przyfilował, na co mu autor z marszu odpowiedział, że „Javier, dzisiaj nie, por favor!” A chodziło o usługę sprzątania.

Sprawny wiatrak to bezcenna ulga, gdy woda w beczkach na dachu wyjdzie na amen i spóźniony gość nie będzie miał czym zlać swej zużytej materii. Gorzej, jak wiatrak znieruchomieje, bo nagle braknie prądu, co jest raczej zjawiskiem regularnym. Mniejszy ból, gdy hotel czy inna noclegownia trzyma na zapleczu generator mocy na benzynę. W razie „blackout’u” maszyna od razu da o sobie głośno znać a zbawienny cug rychło wróci. Klapa dopiero, jak padnie generator, bo zeżre końcówkę paliwa i nie będzie już z czego dolać, co też jest normalką. Wtedy pod maską błogiej ciszy, jaka nastanie po jego charczącej agonii, powietrze w pokoju nieuchronnie zmieni się w obezwładniający krochmal.

I właśnie w takim przypadku przydaje się zestaw do higieny intymnej – czyli np. lokalny rum. Wystarczy porządnie przepłukać nim ciało po całości od… wewnątrz i można się elegancko witać z Morfeuszem. Kto czytał, „Wojnę futbolową” Kapuścińskiego, ten już w drugim akapicie trafił na dowód, że alkohol w tropiku jest przyjacielem człowieka, szczególnie po zmroku, i nie ma się co krygować. „W tropiku picie jest przymusem” – pisze Kapuściński. Potem uściśla, że „pije się w dzień, ale picie nakazane, picie programowe, odbywa się wieczorem.” Chcesz spać, a zasnąć nie dajesz rady, bo się cały od potu lepisz, wszystko cię swędzi i wiosną nie pachniesz to musisz się napić, aby po ludzku noc przeżyć. Inaczej rano poczujesz, co znaczy kac po niewypiciu.

Na szczęście, nie zawsze bywa tak dramatycznie, a bywa wręcz luksusowo. Jest prysznic, z którego radośnie leje się woda, jest wiatrak, który kojąco wiruje i jest trunek pod ręką, jakby co, dla przyjemności a nie dla ratowania godności. Po co się krzywić, że poduszka zalatuje zadem klaczy, wystarczy ją odwrócić albo w diabły wywalić. Po co się pieklić, że mały ręcznik znaczą zagadkowe ślady laksacji, wystarczy go nie używać. Po co przeszkadzać trzem Gordonom Gekko w walnym zebraniu przy suficie, po co się boczyć na sinego grzyba na wysokości lamperii, po co ścigać karalucha, wielkości krakersa i po co deptać przyszłość kolonii jakiegoś robactwa w szczelinie zbutwiałej podłogi. Nie warto roztrząsać takich drobiazgów, nie warto rozbrajać zastałego w czterech ścianach, rozbuchanego ekosystemu skoro najważniejsza jest teraz ożywcza kąpiel.

Tej natomiast mogą towarzyszą osobliwe zaskoczenia innej natury…

Wiadomo, że w tropiku, a w latynoskim szczególnie, rzeczywistość seksem ocieka, wszędzie cisną się aluzje do ten-tego-tej i co ciekawe, dotyczy to również… sprzętów codziennego użytku. Nie myślę tu bynajmniej o banalnych gadżetach wzmagających auto erotyczne harce. Wystarczy tylko spojrzeć na zwykłe, wydawać by się mogło, prysznice, na ich kształty, na prezencję jakkolwiek mało powściągliwą, aby w rezultacie odkryć obsceniczną niezwykłość tych urządzeń, które mają nam służyć jedynie do rutynowej ablucji.

Stoję pod takim, prawda, jednym czy drugim natryskiem, woda chłodna na mnie, prawda, wytryskuje, jest przyjemnie, jak cholera, nie zaprzeczę po dniu całym w żarze słońca i duchocie, ale skądinąd mam krępujące czucie, że mnie tu chytrze skaperowano do jakiejś nisko-budżetowej produkcji soft-porno z udziałem zmurszałego golema olbrzyma, któremu, no dajcież spokój, każą się obnażać i lać po ludziach z grubej rury, a zdrowo. Doświadczenie z pewnością nieco inne niż podczas oddolnej kontemplacji, dajmy na to, florenckiego „Dawida”

Weźcie sobie zimny prysznic według uznania.

A w ogóle to ściągnijmy do pomocy definicję „prysznica” (za Wikipedią), i przytoczmy ją tutaj po części, aby klarownym było, o czym właściwie mówimy. Zatem: prysznic lub natrysk – urządzenie służące do kąpieli, polegającej na polewaniu się wodą wypływającą z instalacji wodociągowej przez specjalne sitko, mające na celu rozbicie strumienia wody na drobne kropelki. Użycie konstrukcji przypominających dzisiejszy prysznic sięga czasów starożytnej Grecji, co zostało uwiecznione na wazach i muralach.

Jak tymczasem widać, w świecie współczesnym są i takie miejsca, gdzie te wspomniane, prześwietne osiągi „klasycznej inżynierii” na polu łazienkowej armatury zostały bezceremonialnie odrzucone, bądź z rozmysłem wyparte przez zdobycze… „klasycznej sztuki”. I to mającej swe źródło, jak gdyby w kulcie fallicznym…

I jak, odświeżeni? Trzeba przyznać, że taka kąpiel w tropiku to niezły… interes!

Cohiba dymi najlepiej

Jeśli rasowe cygara zwijane są na spoconych udach namiętnych Kubanek to mnie ta „romantyczna” wersja, wylansowana przez Hemingwaya, bardzo leży. Prawdziwa czy nie, oddaje typowo lubieżny klimat Karaibów i szkoda ją dementować. No chyba, że rewolucyjni gderacze wymusili już polityczną poprawność. Kubańczycy ponoć nie lubią tej wersji, czego jakoś nie pojmuję. Chodzi o dyskryminację? O to, że Kubańczyk zwija równie dobrze, jak Kubanka? Albo o seksizm? Bo Kubanka woli zwijać po swojemu, a nie jak sugeruje zdrożny Papa? Coś podobnego! Dawniej, słynna fabryka El Laguito na obrzeżach Hawany zatrudniała wyłącznie kobiety. Dzisiaj wytworne cygara Cohiba są dziełem zarówno męskich, jak i żeńskich dłoni. Lecz bywa, że któreś tam z rolowanych wprawnie cygar, tak czy inaczej… omsknie się na rozgrzane niewieście udo i już na tym udzie doczeka swej prestiżowej jakości. Parafrazując Foresta Gumpa: Życie jest, jak pudełko cygar. Nigdy nie wiesz, co ci się trafi…

Kiedy w Europie wsiadam do samolotu, aby lecieć gdzieś w znajome tropiki i tuż przed boardingiem widzę, że tym samolotem poleci więcej tamtejszych niż tutejszych, to natychmiast mnie dopada dreszcz przygody, która już nie może czekać. Zamiast mieć Karaiby za jakieś dziesięć godzin, mam je od razu. Uwielbiam ten moment i za każdym razem przeżywam go równie intensywnie. Ciągle, jak nadpobudliwe pacholę, podchodzę do ekranu, gdzie jarzy się „Santo Domingo”, czy tam „Puerto Plata” i patrzę na współpasażerów, jak badacz, któremu puszczają emocje. Bez skrępowania podsłuchuję ich rozmowy, tu i tam odwzajemnię uśmiech, nieraz dorzucę coś od siebie, dla jakiejkolwiek reakcji. Już wiem, że podróż nie będzie tylko niezbędnym dolotem z miejsca A do miejsca B. Będzie czymś więcej, naturalnym pasażem między światem, który na jakiś czas opuszczam a tym, który teraz mnie przygarnie.

Spora ekipa Dominikańczyków przeważnie leci z Frankfurtu, albo z Brukseli. Szybko się integrują i po godzinie lotu wiadomo, kto zapewni na pokładzie rozrywkę i kto ten lot zdominuje. Gadają o wszystkim, o tym czego im brakuje w Europie i co mają zamiar nadrobić u siebie, pośród bliskich. Jak zawsze są przy tym do cna rubaszni. Postronnemu słuchaczowi, któremu tak czy inaczej udzielił się już na dobre ten ich latynoski wigor, przyda się jakaś tam znajomość hiszpańskiego, aby wyłapać więcej osobliwych smaczków. Z pozoru wysoce merytoryczna dyskusja z dozą podejrzanej powagi może być w istocie serią przechwałek kilku machos, odnośnie długości ich penes, „ptaszków”. Nie wymyśliłem tego, za to podsłuchałem na wysokości jedenastu tysięcy metrów…

Tymczasem z Londynu do Hawany na pewno więcej leciało Europejczyków, niż Kubańczyków. Wyróżniała się grupa marynarzy, szczęśliwych bo wracających do domu szybszym środkiem transportu. Było też kilku, nieźle ubranych muzykantów, chyba z gatunku reggaeton. Niewiele mówili, siedzieli zanurzeni w jakiś refleksjach. Językiem urzędowym tego lotu pozostał angielski. Jednak w tym ogromnym jumbo-jecie trafiła nam się wyjątkowa osoba, Kubanka. Przysiadała się tuż obok i sprawiła, że na Kubę dotarliśmy znacznie szybciej, niż inni. Wracała z trzymiesięcznego, europejskiego tournée. Miała w Europie tylko jedną prestiżową misję: skręcać markowe cygara. I promować top marki wśród potencjalnych kontrahentów. Robiła to głównie w Niemczech i Wielkiej Brytanii w czasie specjalnych pokazów. Była to jej kolejna wizyta celowa w Europie. Kubanka zwała się Berta Corzo Thorpe. Warto wspomnieć to nazwisko. Nawet Google je dobrze kojarzy. Sami popróbujcie.

Nie wiem, jaka jest szansa przypadkowego spotkania osoby, która odpowiada bezpośrednio za kontrolę jakości najlepszych na świecie cygar. Osobą tą była właśnie nasza wyjątkowa współpasażerka!

Od lat pracowała w El Laguito, najsłynniejszej kubańskiej fabryce, skąd pochodzą słynne marki, takie jak Cohiba. Berta wspominała, że nadzoruje pracę dwustu trzydziestu „zwijaczy”. Czuwała, aby cygara były zwijane według uznawanych standardów, by miały idealny kształt i długość z dokładnością do milimetra. Señora Berta oddaje się paleniu z przyjemnością. Zresztą regularne palenie „testowe” należy do jej obowiązków. Do branży weszła na początku lat osiemdziesiątych, prawie piętnaście lat spędziła za stołem roboczym, gdzie sztukę zwijania opanowała do perfekcji. Zapraszała do El Laguito, lecz nam zabrakło niestety czasu, aby z tego ekskluzywnego zaproszenia skorzystać. Może innym razem?

Biuro kolonialne

Było tak, że wróciłem z Gwadelupy, Dominiki, z tych niesamowitych wysp na Małych Antylach i z marszu wezwała mnie Dominikana. Odebrałem e-mail w telefonie, w taksówce, jadąc z lotniska w Warszawie, co wywróciło mi porządek żywota na kilka miesięcy. To była propozycja. Miałbym napisać przewodnik. Po Dominikanie. Dwa tygodnie później znowu lądowałem na Karaibach. Lubię wracać do Santo Domingo i obwąchiwać stare kąty, choćby po stokroć. Potrzeba mi chaosu latynoskiej ulicy. To mnie ożywia. Tak, jak szatan café dominicano. Łażę po tym mieście, jak po domu. Dość zdążyłem je dotąd poznać. Weszło mi w pamięć, w duszę, zostało tam.

Poleciałem karkołomnie przez Rygę i Brukselę. Tak się kalkulowało najlepiej. Wolałbym trafić z Dominiki do Dominikany bezpośrednio, z jednego tropiku w drugi. Lecz kto wiedział, co go czeka?

Portoryko i współpasażerowie

Tym razem jakoś mi się udało po drodze. Widziałem z góry Portoryko, z lotu stalowego ptaka. Przypadkiem dostałem takie miejsce, aby widzieć. Północne wybrzeże tej wyspy, tego kraju. Przed oczami miałem mapę z trasą lotu, wszczepioną w siedzenie. Gdy inni oglądali filmy, słuchali muzyki, ja gapiłem się w tę mapę, ciągle kojarząc jej fragmenty z tym, co miałem na żywo, za szybą, jakby mi za to płacono. Gdzieś tam w dole musiało być San Juan, Mayagüez, cieśnina Mona, gdzie nieraz przepadają nielegalni imigranci w łodziach przemytników. Ja leciałem do Santo Domingo, na wyspę sąsiednią. Nie było chmur. Kiedy indziej bywały gęste, burzowe. Trzęsło wtedy maszyną, gdy zniżała lot. Albo była noc. I tylko nikłe światła gdzieś tam w dole. I znowu wstrząsy, szaleńcze bujanie i gwałtowne „windy” góra-dół, przy lądowaniu. I kwaśny odór wymiocin, bo biedak siedzący za twoimi plecami tego nie wytrzymał. Chcesz się wyswobodzić z pasów i ewakuować, lecz współpasażer obok śpi twardo i nie czuje katastrofy, na oczach ma te takie, no wiecie, klapki do spania, nie widzi, że chcesz wyjść, że chcesz wyskoczyć, on leci do San Jose w Kostaryce, ma czas. Nie wiem, jak go zbudzić, czy lekko trącić, przeprosić, czy przetoczyć się nad nim wiele ryzykując, bo człowiek wybity ze snu zmienia się niekiedy bestię, psychopatę, różnie bywa. Kręcę się, bez dotykania człowieka, jakieś puste ruchy wykonuję, schylam się, podnoszę, szarpię sam ze sobą, bo te jadowite opary mieszają mi we łbie, w nozdrza mi się wwiercają, powietrze wibruje już od mojej hiper-aktywności, i te wibracje budzą mi wreszcie współpasażera, ten ledwo przytakuje, że nie wysiada w Santo Domingo, i jakiś nabzdyczony się wydaje, co potwierdza regułę, że śpiących lepiej nie tykać. Zresztą tego tutaj budziłem już drugi raz.

Dwie godziny wcześniej miałem własne problemy natury gastrycznej. Kurczyłem się w toalecie, bo mi jedzenie jakoś źle weszło, źle się ułożyło i zechciało raptownie wyjść, poskręcało mnie porządnie i poszedłem na stronę, zaryglowałem się w nadziei, że się w spokoju tam wymęczę, ale zaraz ktoś zaczął mi w drzwi stukać pukać, coraz mocniej, w końcu zaczął walić, jak opętany, bo potrzeba fizjologiczna zmieniła go w barbarzyńcę, a ja wciąż byłem daleko od finału, i nie mogłem tego nagle przerwać na żądanie, bo w żołądku wciąż mi kipiało, jak w Laboratorium Dextera, to się wydarłem po niemiecku, zakładając, że monstrum po drugiej stronie z napęczniałym pęcherzem, albo pełną kiszką zna ten język, bo wówczas z Niemiec lecieliśmy, a wystrzeliłem dokładnie i tamten to usłyszał, że „Ich habe, kurwa, Bauchschmerzen!”, czyli że mi brzuch rozwala, że mnie boli kretynie i nie wal, to nic nie da, i przestał walić, może zrozumiał, albo ton głosu go uświadomił, że niczego nie ugra, tak, ton głosu to chyba potrafi zmienić każdy język w coś jakby esperanto. Tak było kilka lat wcześniej.

Dominikańczyków dwóch

Za to, teraz leciałem wygodnym Dreamlinerem, w dodatku o nazwie „Diamond”, czyli diament jaki podstawiono na brukselskim lotnisku. Mogłem poczuć się, like diamonds in the sky w teledysku Rihanny. Po dziesięciu godzinach lotu tą maszyną człowiek nie czuje się wyżęty, tylko jakiś nienormalnie świeży, cicho tam jest w środku, choćbyś siedział z uchem przy silniku, i nie wysusza człowieka na wiór na wysokości jedenastu kilometrów. Resztę można znieść, także brzydki zapach z ust współpasażera pod warunkiem, że ten jest Dominikańczykiem, mówi po hiszpańsku-karaibsku, tj. z kluchą w gębie, a ty lecisz do Dominikany, i masz szansę złapać odpowiednie fale grubo wcześniej. Ja to miałem szansę podwójną. Towarzyszyło mi dwóch Dominikańczyków. Starszy i młodszy. Ten pierwszy, zresztą tęgi żartowniś, a jaki rubaszny, nazywał rzeczy po imieniu. Dawno nie jadł porządnego dominikańskiego obiadu, dawno nie widział żony. Czułem, co się szykuje, domyślałem się, ale on mi musiał sam wyklarować dosadnie, abym wiedział, że zaraz, jak tylko dotrze na miejsce, to będzie wpychał w siebie sancocho, ile wlezie, i będzie nadrabiał zaległości małżeńskie, powiedział mi to, jak kumplowi, że pociupcia niemożliwie, aż mu żona od tego zbzikuje, i oblizał się na myśl o jednym i drugim, i prawie mi pokazał, jak się za to zabierze, no miał stary ogień w lędźwiach, miał, buhahaha, musiałem się roześmiać, bo jak inaczej reagować, widać ta cała Europa, ta sztywna Bruksela, organizująca „rozrywkowe” mitingi w stylu „Dni Stali” nic a nic go nie poskromiła, poza tym on zobaczy wnuki, bo kawał czasu ich nie widział, całą szóstkę, bo ma dla nich walizkę prezentów. Wnuki są takie szczere, dorzuca. Wyobraziłem sobie, jak ta gromadka rozgrabi tę walizkę w trymiga i rozniesie wszystko po okolicy.

Młodszy współpasażer wystroił się, jak gangster z teledysku, lecz był spokojniejszy. Mówił niewiele. Raczej słuchał, gdy ten jurny dziadek nawijał, jak najęty. Młodszemu urodziła się właśnie córka, tylko to się liczyło. Ciągle kontrolował czas, co rusz spoglądał na wielką, błyszczącą busolę ciążącą mu na wątłym przegubie. Potem starszemu odbiło, chyba niektórym na wysokości odbija, zachciało mu się napić pokładowej „kawy”, czyli diabelskich szczyn po dziesiątym filtrowaniu. Sugeruję mu, jak anioł stróż, aby dał spokój, że za dwie godziny napije się kawy u siebie, przecież napije się café dominicano, niech sobie nie psuje smaku, no i mnie senior cudem posłuchał. W Santo Domingo obaj wyrwali, jakby im nie zależało na bagażach. Kiedy odebrałem własne toboły, wziąłem taksówkę, a raczej naganiacz mnie do niej zaciągnął. Miałem trochę pesos z poprzedniego razu, kilka wymiętolonych setek, dolary i jakieś euro. Zapłaciłem taksówkarzowi w trzech walutach, nie narzekał, tak wyszło. Mógł mi nieco spuścić za to, że mu się przysłużyłem w roli nawigatora, gdyśmy do centrum dojechali i nie wiedział, jak ma kręcić, aby mnie wysadzić tam, gdzie chciałem. Wcześniej łapałem klimat niedzielnego popołudnia na przedmieściach.

Williams o twe łoże zadba

Jeśli dolatujecie do stolicy Dominikany i potem z lotniska szykuje wam się kurs do miasta, to jedno macie zapewnione – przyjemny prolog, dojazd autostradą Las Americas. Prawie cała trasa, dwadzieścia parę kilometrów, biegnie wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego. Za dnia wpatrujecie się w to połyskujące, pomarszczone morze, zmieniające kolory, a nocą, albo nad ranem, po prostu wychylcie głowę przez okno, owieje was orzeźwiająca bryza, poczujecie morski zapach, być może usłyszycie odgłos fal rozbijających się o nabrzeżne skały. Radość jest z tego wielka, dopiero początek wagabundy, można się wspaniale nastroić, odchodzi zmęczenie, a jakaś bachata z radia dopełni reszty, na lokalnych szoferów można liczyć, gorzej, gdy człowiek jedzie w odwrotnym kierunku, bo zaraz wylatuje, kończy mu się dominikański czas, wtedy to, co wcześniej radowało, teraz raczej przygnębia, bo nie łatwo się tropiki opuszcza.

W hotelu, blisko Malecónu, wita mnie chłopak, którego imię brzmi, jak nazwisko Sereny, tenisistki, czyli Williams. Mówię mu, że mam rezerwację, a on mi na to, że nie ma problemu, bo są wolne pokoje i mogę sobie wybrać, jaki chcę. To idziemy na górę, abym mógł się na któryś zdecydować. Ale jestem taki niezdecydowany, że zaczynam czuć się głupio, zaczynam żałować za tego chłopaka, że mi taką opcję zaproponował. Williams widział to inaczej, przekładał karty magnetyczne, otwierał kolejne wrota komnat bez zniecierpliwienia, pokazywał, co i jak, chciałem wiatrak, bo wolę epokę wiatraków od epoki klimatyzatorów, lecz cywilizacja niestety w tym hotelu rozpanoszyła się na dobre i musiałem spasować, niech zatem będzie klimatyzacja, no ale gdzie biurko, Williams, ja muszę mieć biurko, bo ja będę biurka używał, ja będę na nim pisał, rum stawiał, no to mamy kolejną kwaterę, jest już biurko, krzesło nieco chybotliwe, okrutny klimatyzator z pilotem i balkon w bonusie, jednak ten balkon mi się nie widział, człowiek-maczeta, człowiek-pająk, ninja-amator wsunie mi się do pokoju bez trudu, gdy mnie nie będzie, albo i będę, to sobie wyobraziłem, pewnie na wyrost, że mnie do gołej rufy ktoś obrobi we śnie, czy na jawie, no i nie czułem się z tym pewnie, zobaczmy inny pokój, mam, mówi Williams, z nadzieją w głosie, ten ci się spodoba, jest odnowiony, spał tam Hiszpan przez miesiąc, tylko dużo kopcił papierosów, nie cygar, no wytrzymam, prowadź, uznam, że to były cygara, ale nie dało się wytrzymać, cuchnęło, jak w klitce woźnych w podstawówce, ten dym już zakodował się tam we wszystkim, no ale masz całkiem nowe łóżko, zobacz jakie jest, i tu mnie Williams zaskoczył tak, że najpierw mi się wydawało, że mam przewidzenia.

Otóż Williams wskoczył na łóżko i zaczął mi dość wymownie demonstrować, jaki sprawny jest materac, jak on elegancko sprężynuje, jak odbija, normalnie, nie przymierzając grzmocił ten materac, gdy sobie zaczniesz chicas sprowadzać na nocki do pokoju, co powiedział bez mrugnięcia okiem, to będziesz miał pełen komfort, bo trzeba wiedzieć, że w dominikańskich hotelach nie robi się na recepcji takich podchodów, jak w polskich akademikach, tutaj jeśli chcesz przygruchać kogoś na noc, do towarzystwa, to recepcjonista pożyczy tobie oraz jej, albo jemu buenas noches z szelmowskich uśmiechem, no rozbawił mnie Williams tą wielkodusznością do łez, z boku mogło to wyglądać tak, jakby mnie, no wiecie, sam zanęcał, łóżko było naprawdę wytworne, wcześniej pewnie ujeżdżane przez tego Donkiszota-palacza, ale właśnie woń parowozowni skutecznie zniechęcała, wreszcie trafiliśmy do tej „mojej” docelowej komnaty, na samym końcu korytarza, miała wszystko, czego mi było trzeba, wielkie wyrko skrzypiało, jakieś sędziwe się jawiło, wyglądało na skradzione z kasztelu Ponce de Leóna, w każdym razie chciałem w nim spać, na chropowatej ścianie ktoś cudnie rozpaćkał moskita, wyszedł z tego szkarłatny niby goździk, impresjonistyczne dzieło, brakowało mi jedynie lampki na biurko, poprosiłem o nią Williamsa, no i ją wytrzasnął, a ja sobie urządziłem „tymczasowe biuro kolonialne” w Santo Domingo.

Potem poszedłem wyściskać się z „Prezydentem” w sklepie na rogu, una fría por favor, poprosiłem i dostałem lodowate piwo Presidente. Wtedy byłem już w Dominikanie obiema nogami i głową, powiedziałbym, że byłem jak u siebie.

Kiedy zawinąłem wieczorem do hotelu, ten cały Williams, który wcześniej pokazywał mi, jak „używać” materaca, teraz opierając się o ścianę, podczytywał niewinnie… biblię. „Świętoszek”. Jest taka komedia.

Tobago Jungle Boogie

Harris woził ludzi do lasu deszczowego, albo dżungli (co brzmi lepiej, bardziej hardo), aby im pokazać ptaka. Żaden ekshibicjonizm. Taka była jego praca. Brał za to dogadane pieniądze. Ludzie chcieli ptaka zobaczyć, płacili mu chętnie. Harris musiał go wyciągnąć z nieprzebytych leśnych odmętów. To znaczy wytropić. Ponoć zazwyczaj potrafił. Był zaprawionym tropicielem. Znał dżunglę, jak Polacy „Biedronkę”. Poza tym, urodził się na Tobago. Wyspa była od zawsze jego domem. Można z Harrisem wytrzymać.

Chodziło o motmota (Momotus momota), po polsku piłodzioba wspaniałego, ptaka pretendującego do maskotki Trynidadu i Tobago. Motmot, poza tym, że go natura ładnie pokolorowała, robi dwie rzeczy, które mogą się podobać podglądaczom. Wymachuje ogonem, jak wahadłem, prawo-lewo, wołając przy tym rytmicznie jutu-jutu. W brzmieniu przypomina to nieco jakiś sowi dialekt. Nie parła ta ptaszyna zbytnio na szkło, gdyśmy ją próbowali zwietrzyć, oj nie. Nie garnęła się do ludzi. Siedziała skryta gdzieś w gęstwinie, drwiła z okazjonalnych ornitologów. Kto nie dojrzał ptaszyny na żywo, nie musiał od razu składać reklamacji, mógł spojrzeć na lokalny pięciodolarowy banknot. To pewne pocieszenie. Banknot jest stale obsiadany przez motamota. Za to w dżungli rosły rododendrony, kolokazje o liściach wielkich, jak uszy słonia i wysokie do nieba fikusy o spłaszczonych korzeniach. Na całych Karaibach jedynie na Tobago uchował się spory kawał pierwotnego deszczowego lasu. Mowa o Rezerwacie Leśnym Main Ridge, chyba najstarszym na świecie. Został założony w połowie osiemnastego wieku. Dwieście lat później rezerwat mocno ucierpiał, gdy w 1963 roku wyspę zmiażdżył huragan Flora. Sporo gatunków roślin i zwierząt zostało wówczas mocno przetrzebionych, lub zanikło do szczętu. Na szczęście matka natura nie dąży do całkowitej autodestrukcji. Umie się opamiętać. Dzięki temu, tobagańska tropikalna knieja wciąż przyciąga, intryguje. Trzeba tam było zajrzeć w wolnej chwili.

Ktoś nam zarekomendował Harrisa, speca od jungle tours. Ten przyjechał wieczorem do Buccoo Point, gdyśmy siedzieli na werandzie naszego tropikalnego bungalowu, obserwując gekony, śmigające po grubych konarach migdałowca. Były pocieszne, pełne energii, rezolutne. Zdziwiłem się na widok Harrisa. Widziałem go już wcześniej. Albo przynajmniej był podobny do Louisa Gossetta Juniora. Tego aktora. Grał pułkownika Chappiego Sinclaira w filmie „Żelazny orzeł”. Tylko był lepiej zbudowany. Powiedział, co i jak, rzeczowo przedstawił ofertę, podał cenę. Trochę się próbowałem targować. Niewiele to dało. Wyszedłem na cwaniaczka. Harris rządził. W końcu spasowałem i dogadaliśmy się. Nazajutrz miał po nas przyjechać na długo przed świtem, chyba o piątej. I punktualnie przyjechał. Minibusem. Potem ruszyliśmy w gęsty mrok po resztę grupy.

Było nas w sumie z osiem osób. W tym jakaś angielska para, jacyś Duńczycy. Anglik był różowy, ponadto urodziwy, jak Wayne Rooney. Tryskał humorem, zaiste angielskim. Oto przykład. Harris opowiadał, że podobno dawniej, by jakaś tobagańska dziewucha zainteresowała się tobagańskim chłopakiem, ten musiał jej podarować kwiat rododendronu. A dzisiaj, spytał Harris mimowolnie, co mógłby jej podarować dzisiaj? Wtedy „Rooney” odpowiedział – Blackberry! Polubiłem faceta, mimo że zerkał na mnie jakoś nieufnie, jakbym mu krzywo położył parkiet w chałupie na jakimś „Tottenhamie”. Gorzej wypadała partnerka Rooneya. Harris chwalił się swymi przygodami w oceanie. Nie miłosnymi. Mówił o łapaniu płaszczek, wielkich jak dywaniki w przedpokoju, o łowieniu wrednych barakud i czego tam jeszcze w pobliżu raf. To już zasługiwało na uznanie. Mówił też o rekinach rafowych, że nieduże, niegroźne dla ludzi, że można koło nich pływać i nie dziabną. Wszyscy mu ładnie uwierzyli, bo tak należało zrobić, tylko nie Angielka, ta musiała mieć swoje zdanie, że nie to nieprawda, że przecież shark is shark, żeby nie wciskał kitu, że ona dziękuję za rekiny i basta. Trochę przesadnie naskoczyła na Harrisa. Zmierzyłem ją wzrokiem upewniając się, czy posiada komplet kończyn. Jej wystąpienie zabrzmiało, jako echo jakiejś traumy. Najlepsi byli Duńczycy. Niewiele mówili. Bo po co? Wystarczy to, że dali światu Lego i maślane ciasteczka w blaszanych pudełkach, których się nie wyrzuca, bo nadają się do trzymania gwoździ albo szpulek nici (zależy, kto puste pudełko przejmie).

Zanim Harris wepchnął swych podopiecznych w mroczne listowie nieposkromionej tropikalnej kniei, wydał im śniadanie oraz kalosze. Każdy wybierał swój rozmiar. Nie jest to obuwie idealne na takie eskapady, to prawda. Stopy mogą się zaparzyć, zmięknąć, zmienić w rozmoczoną kajzerkę, słowem zgnić. I pewnie by zgniły, gdyby czekało nas pokonanie, dajmy na to, przesmyku Darién w czasie spaceru z Panamy do Kolumbii. W tobagańskich zaś okolicznościach przyrody mogliśmy jakoś wytrzymać te kilka godzin. Duńczyk wolał nie ryzykować podłapania grzybicy, został w całkiem nowych adidasach. Później wyglądały one bardzo źle. Jakby ich pan dopiero co wyskoczył z gigantycznego gówna, wydalonego przez podtrutego triceratopsa na planie filmu Spielberga. Dalej, wszyscy pochwycili anemiczne sandwicze z szynką i serem, oprócz Polaków. Polacy przygotowali własne kanapki. Z konfiturą z gujawy. Inny uznali, że Polacy chcieli przyoszczędzić. Kiedy drużyna posiliła się zdrowo i zaspokoiła pozostałe potrzeby niższego rzędu, padła komenda wyjścia w teren. Wówczas się rozpadało. Powtórka sceny z „Plutonu”, gdy świeże mięso armatnie wychodziło do dżungli na akcję. Tylko tam zaczynała się noc, a tu dzień. W każdym razie, wnikając w ten zlany deszczem nieprzyjazny gąszcz, nie zazdrościłem Charliemu Sheenowi.

Wcześniej, Harris rzucił mi na dzień dobry, że wyglądam, jak żołnierz. Nic dziwnego, po prostu chciałem się w dżungli porządnie zaszyć. Włożyłem maskujące ciuchy, głównie militarną czapkę niewidkę. Miałem wrażenie, że Harris mi jej trochę zazdrościł. Niepotrzebnie. Nie zdążyłem jej wyprać przed wyprawą. A Harris sam potrafił się do dżungli fachowo ubrać i wyposażyć. Do tego zlewał się z dżunglą. Jasne, nie wyglądał lepiej niż Schwarzenegger w „Predatorze” i nawet nie próbował go naśladować. Zresztą przeciwnik był mniej wymagający. Nie przyleciał z kosmosu, nie mordował dla trofeów, nie strzelał fochów w postaci atomowej rozwałki. Może trochę śmierdział butwiejącymi kapciami, albo klatką schodową zaszczaną przez kocie łazęgi. Oczywiście Harris nie wybierał się do dżungli bez jakiegoś konkretnego oręża, np. maczety. Takim ekwipunkiem mógłby równie dobrze fatalnie narozrabiać, gdyby ktoś go przypadkiem wkurzył. Harris prowadził nas niby wytyczonymi ścieżkami, które wymagały dalszego, starannego karczowania. Taki panoszący się las nie akceptuje próżni, zarasta z dnia na dzień. Wtedy przydaje się maczeta. Pożyczyłem ją od Harrisa, gdy odpoczywał, myśląc w co nas jeszcze warto wpakować. Chciałem wyrżnąć nieco chaszczów przed sobą. Ciąłem nieźle, choć z umiarem, by nie wywołać ekologicznego kryzysu. W ufajdanych błotem gumowcach, spocony i z tą maczetą w dłoni musiałem prezentować się dość ponuro.

W końcu zgłodniałem. Harris zaproponował termity, prosto z kulistego gniazda, przytwierdzonego do drzewa. Wsadził tam palucha, czyli zrobił dziurę, paskudnie naruszając budowlę. Zdezorientowane mikrusy same wbiegały mu na ten paluch. A Harris je brutalnie zlizał i połknął. Termity to białko, pouczał, chcesz przeżyć w dżungli, musisz jeść wszystko, co da się zjeść, choćbyś miał a tym problem. Załatwiłem sobie porcję termitów na dziko. Zrobiłem inaczej niż Harris. Najpierw zmoczyłem paluch w ustach, aby w ten sposób powstał zdradliwy lep. Przetestowałem go na gnieździe. Termity lgnęły do mej śliny, aż miło. Szybko pokryły cały paluch swymi brunatnymi ciałkami. Zrobiły niby wełnianą otoczkę. Gdybym obślinił wszystkie palce, i resztę dłoni do przegubu to miałbym zgrabną rękawiczkę. Spałaszowałem te stworzonka na raz, by poczuć ich smak. Trudno mówić tu o kulinarnym odkryciu. Termity smakowały, jak papier, albo jak zawilgła tektura. Pewnie miałbym podobne wrażenia, gryząc „wafelek”, który kładzie się pod kufel z piwem. Harris spytał, co sądzę. Palnąłem, że byłoby lepsze z odrobiną pikantnej salsy. Nie była to odpowiedź, jaką chciał usłyszeć od adepta jungle survival.

Potem się zgubiliśmy. Harris kombinował, by to wyglądało na zdarzenie zaplanowane. Wtedy coś ugryzło Bonitę w dłoń, gdy oparła się o stuletniego fikusa. Nie wiadomo co. Coś małego. Pewnie jakiś owadzi predator. Śledztwo zostało umorzone. Ale ręka zaczęła puchnąć, jak drożdżówka. W plecaku mieliśmy piguły na uczulenie. Harris stał i patrzył, uczył się, nie przewidział czegoś podobnego. Rolę komandosa zastąpił rolą praktykanta na ostrym dyżurze. Ciekawe, co by w takiej sytuacji zrobił Bear Grylls? Pewnie zmieniłby się w Horpynę i w mig wytrzasnął jakąś leczniczą maść. Na szczęście piguły okazały się uniwersalnym antidotum i zadziałały. Mogliśmy przebijać się dalej przez wilgotny gąszcz. Deszcz nie przestawał siąpić.

Gdyby nie te gigantyczne paprocie, palmy, liany i drzewa o dziwacznych konarach, czułbym się, jak podczas wypraw na kanie w dzieciństwie. Pamiętam, że zbierałem je z wujkiem Edkiem w lesie podczas takiej smętnej pogody. Wielkie kapelusze tych grzybów skwierczały potem, obtoczone w bułce tartej i smażone na maśle przez babcię. Smakowały, jak kotlety schabowe. Nie wytrułem rodziny, choć kanię ponoć łatwo pomylić z muchomorem sromotnikowym. Duma mnie rozpierała, gdy wnosiłem do domu takie jadalne zdobycze, takie dary natury. Do tego przedłużałem egzystencję dziadkowym wieprzkom. Na kaniach się nie kończyło. Zbierałem w lesie wszystko, co się dało zebrać. W pewnym sensie byłem początkującym druidem, do spółki z babcią. A z tobagańskiej dżungli wyszedłem z pustymi rękami. I po co było tam wchodzić?

Daiquiri spod lady

Jeśli masz pragnienie poznać lokalnego szatana w jego kolebce, w sensie chcesz łyknąć tutejszej kawy, uszczknąć tej café diablo dominicano albo chcesz soków ze świeżych owoców dla zdrowotności popić, albo coś szybko na ząb wrzucić to w Santo Domingo okazja czeka na każdym rogu ulicy. Albo na każdym kroku, pomiędzy tymi rogami. Stara to śpiewka, i nośna niezmiennie. Jednak nie każdy róg to La Cafatera, lokal – legenda na starówce, przy deptaku El Conde. Tu myślimy o rogu obfitości z innego kośćca, o miejscu, gdzie po pierwsze duch się bogato napasie a ciało zażyje tyle, ile wytrzymać zdoła, aby się z dosytem ducha zrównać. Adres ten, wyżej wskazany, natychmiast sugeruje istnienie konkretnego celu śródmiejskich peregrynacji. I warto, choćby raz, cel ten świadomie osiągnąć!

Można się po dominikańskiej stolicy włóczyć od świtu do zmierzchu, i ciągle dorzucać do pieca, a później odwrócić klepsydrę i pociągnąć jeszcze trochę na noktowizorze, można jeść, pić i folgować sobie na prawo i lewo, do upadłego, teleportować się płynnie z przybytków właśnie zamykanych do właśnie otwieranych, można mieć w głowie melanżu plan cały ale nie można zapomnieć o La Cafeterze. Nie sposób, bo to grzech zaniechania. I mus dotrzeć tam przed dziesiątą wieczór, zanim zamkną. Meta idealna na stopover, jeśli wpadnie się tam bliżej końca. Jeśli wpadnie się tam grubo wcześniej, to wpadnie się na dobre. I ja tak wpadłem! Ci co latają (czy w sensie fizycznym, czy metafizycznym) z doświadczenia wiedzą, że okoliczności nadzwyczajne sprawić mogą, iż stopover zamieni się w final destination. I nikt nie żywi pretensji.

La Cafetera ma tajną broń. I daje nieźle postrzelać. Tylko trzeba odpowiednio nacisnąć. Swego czasu szliśmy tam regularnie z Papryczką na „małą czarną”, i również was wtedy spraszając do tej kultowej kawiarni – nostalgii, teraz idziemy po inne używki, teraz idziemy się napić. Czy będziemy pić tęgo, czy powiemy basta na czas, zależy od wolnej woli, którą skutecznie testuje (albo raczej od razu tłamsi) jeden z tamtejszych cantineros, cud barmanów.

Na początku był sok. W Dominikanie pije się soki, i nie są to jakieś parszywe ersatze o smaku plakatowych farbek ale sama świeżyzna, przeważnie wyciskana na miejscu. Jasne, na ulicy sprzedawcy trzymają często „gotowce”, i leją z plastikowych baniaków to, co wycisnęli zawczasu. I nie ma się co boczyć, bo wciąż jest to produkt naturalny, i pyszny. Jeśli sprzedawca ciepnął do soku pomarańczowego garść cukru i przesłodził go, co w Dominikanie jest oczywiste i preferowane, to poproszony o wykonanie dodatkowego wycisku na oczach, nie obrazi się, a nawet ucieszy.

W La Cafeterze soki ciśnie się każdorazowo pod zamówienie klienta. Chcesz taki z papai, dostaniesz. Chcesz z melona, dostaniesz, z pomarańczy, z grejpfrutów, z limonek, nie ma problemu. Chcesz z chinoli (marakui), nie dostaniesz, idź na ulicę, tam mają. Sprawa jest jasna, są owoce żądające czasochłonnej obróbki, a barmani nie są leniwi, tylko praktyczni, vide jajecznica z jajek kurzych versus jajecznica z jajek rybich. Zaczęło się zatem od soku. Siedziałem przy kontuarze. Popołudnie mówiło „hasta la vista!”, wieczór mówił „hola, como estas?”. Wtedy, jak to z grubsza spuentował Jules z Pulp Fiction, „jadłem ciastko, piłem kawę i doznałem tego, co alkoholicy nazywają chwilą zrozumienia”. A może by tak wziąć jakiś sok?

Tyle razy już tam zachodziłem i nie przyszło mi do głowy, aby w La Cafeterze zamówić coś innego, niż kawowy zestaw programowy: espresso i biskwit. Bierz koleś sok, zaszalej! Papaję (ulubiony owoc mej Bonity) wolę do ręki, bo zmiksowana i w szklanicy podchodzi mi jakoś, umówmy się, skarpetą. Bonita się nie obrazi, bo też tak uważa. Melona podobnie, wolę do ręki, a jakże. Pomarańcze, za przeproszeniem, mam w domu. Zostaje limonka, albo cała zgraja limonek. Je też trzymam na stanie, ale soku z nich nie pijam tylko do picia dodaję.

W zasięgu mam barmana, przywołuję go skinieniem, właściwie w tym momencie jeszcze baristę bardziej wołam, bo do teraz mieliśmy jedynie dobre aczkolwiek sztampowe relacje kawowe, za chwilę to się jednak zmieni, poczekajcie, a najpierw dobrze zapamiętajcie jego imię, nie jest to imię zmienione, utajnione ani zniekształcone, jak to bywa gdy sprawa tego wymaga, jest to imię prawdziwe, panie i panowie, „Jego Za Dziesięć Minut Barmańska Wysokość Na Tym Padole”, señor Lorenzo Rodríguez alias Rochelio! I jeśli bezpretensjonalnie zwrócicie się do niego tym „aliasem” to pomyśli, że się znacie…

W La Cafeterze pracuje od lat trzydziestu. Knajpa liczy sobie lat osiemdziesiąt, a mogłaby liczyć nawet i osiemset, gdyby wiking Eryk dysponował łajbami Kolumba. Rzecz w tym, że przybytek sprawia wrażenie, jakby stał tam wiecznie, jakby reszta była tylko rozległą dobudówką wokół tego kulturalnego jądra starówki, tego wodopoju dla intelektualistów, politycznych komentatorów, artystów i wszelkiej maści dziwolągów, i też turystów. Tutaj czas przeszły elegancko integruje się z teraźniejszym. Człowiek wchodzi do środka i wtem wietrzy historię, tę nową i tę starą, bo jedna wywołuje drugą. Ale poczucia rzeczywistości nie traci, ba, wydaje mu się nawet, i pewnie na wyrost, że coś do tej rzeczywistości od siebie dokłada.

Rochelio już rozumie, czego chcę: jugo de limón. Zrobi mi sok ale muszę poczekać. Nie ma pod ręką limonek, nie ma ich też w spiżarni. Na pewno są w supersamie za rogiem. Rochelio o tym wie ale sam nie pójdzie. Śle jednego z klientów. Nie wiadomo, jakie mają układy. Kulturalnie acz zdecydowanie, odrywa go od trunku, dopijesz później, daje do graby pesos i bez limonek nie wracaj. Klient szczęśliwie wraca z pękatą siatą tychże. Oddaje resztę. Rochelio odbiera jedno i drugie. Znowu jesteśmy przy idei soku. Jak ten Rochelio limoneczki obmacuje, jak się pięknie nimi opiekuje, jak je tylcem noża ze wszystkich stron obstukuje, aby skórka cytrusa uwolniła aromat, jak on to zgrabnie, jak profesjonalnie robi, jakby od zawsze. Ale się z tym nie obnosi, raczej tak jakoś z charakterem, i z pokorą mu to wychodzi. Wielbisz faceta z marszu.

Obstukane limony, idą już teraz, na serio, pod nóż, a potem do wyciskarki, ze trzy albo cztery dobre sztuki. Następnie w postaci już płynnej zbliżają się do wypełnionego lodem blendera, po drodze łączą jeszcze ze zwilgotniałym brązowym cukrem (a jakże, dosłodzić trzeba, nie walczymy przecież o Order Uśmiechu) i miarką mineralnej wody. Miksowanie, nie za długie, nie za krótkie, co do sekundy wyćwiczone przez Rochelia, wieńczy dzieło. Mam swój sok. Popijam. Choć nie lubię cackać się rurką, tym razem nie widzę problemu. Gdybym był Mią Wallace i pił swoje w lokalu Jack Rabbit Slim’s, a naprzeciwko mnie siedział Vincent Vega, i zechciał mojego spróbować, i gdybym mu wreszcie spróbować dał (bez podmiany rurek, bo też robaków nie mam), to werdyktem Vincenta byłoby, nie inaczej – „zajebiście dobre!”. Ale Vincent nie zdążyłby już dopytać barmana czy „bourbona” do soku dolewają czy jak, bo ja bym go raz-dwa uprzedził, i zmienił to sprawdzające pytanie w moje osobiste, żarliwe życzenie.

Nachylam się więc do Rochelia, i proszę, aby do tego, co jeszcze nie zdążyłem dopić, dodał mi nieco „prądu”. Uśmiecha się szelmowsko i zasuwa po generator woltów. Wraca z białym Brugalem, dominikańskim rumem. Odmierza proporcje i ponownie zapuszcza blender. Teraz na kontuarze stoi już przede mną jugo de limón cargado, lecz stoi nie tyle „podładowany” orzeźwiający napój, co – pierwszej klasy, światowej i każdej wyższej, słowem ponadklasowy – super koktajl, i to ochrzczony o wiele wdzięczniej, na sąsiedniej „cukrowej wyspie”, a rozsławiony w hawańskim barze El Floridita, w czasach gdy pewien amerykański pisarz regularnie się tam pojawiał…

W przypadku Rochelia, barmana, starego wygi, który robotę za barem zaczynał w czasach, gdy ja wypluwałem marchewkowe papki na karmiących mnie rodzicieli, nie mogę zaryzykować jakiejś banalnej pochwały czy taniego pochlebstwa, czegoś co nie miałoby szansy wejścia do jego prywatnej (i historycznej) kolekcji pozyskanych komplementów, no to powiadam mu, że daiquiri pewnie i narodził się na Kubie, ale na pewno, tu i teraz, odrodził się w La Cafeterze! Po kilku solidnych łykach wstaję, jak oświecony czy raczej nawiedzony gość, ledwo co na rauszu, szkło z niebiańską zawartością unoszę i oddaję Rocheliowi hołd, el mejor cantinero del planeta, zwracam się do tych, którzy jeszcze w barze siedzą, że to barman „debeściak” jest i basta, tak im mówię a oni są o tym przekonani…

W La Cafeterze bywałem regularnie, gdy było to możliwe, o tej samej, późno wieczorowej porze (jak na tropik) i niemal zawsze odprawiano mnie, jako ostatniego. Rochelio to nie tylko świetny barista czy barman maestro, jakich światu trzeba ale też dusza facet, z humorem, z jajami. Było o czym pogawędzić, z czego się pośmiać. Jednocześnie bawiłem się z podejrzaną uciechą swym starym-nowym odkryciem, bo samo daiquiri „nauczyłem się” już dawno temu pić. Piłem bo czytałem albo ściślej, wracałem do czytania. Hemingwaya, rzecz jasna. Zresztą te „hemingwayowskie” powroty zdarzają mi się cyklicznie. Dlatego przy swego rodzaju nabytej słabości do daiquiri, szczególnie w karaibskich okolicznościach przyrody, pilnuję się aby Bonita nie zadrwiła ze mnie tak, jak ktoś podobno kiedyś zadrwił z Papy Ernesta, że mu się wątroba zamieniła w wielką, tłustą pijawkę…

Salud!