Archiwum kategorii: Tobago

Tobago Jungle Boogie

Harris woził ludzi do lasu deszczowego, albo dżungli (co brzmi lepiej, bardziej hardo), aby im pokazać ptaka. Żaden ekshibicjonizm. Taka była jego praca. Brał za to dogadane pieniądze. Ludzie chcieli ptaka zobaczyć, płacili mu chętnie. Harris musiał go wyciągnąć z nieprzebytych leśnych odmętów. To znaczy wytropić. Ponoć zazwyczaj potrafił. Był zaprawionym tropicielem. Znał dżunglę, jak Polacy „Biedronkę”. Poza tym, urodził się na Tobago. Wyspa była od zawsze jego domem. Można z Harrisem wytrzymać.

Chodziło o motmota (Momotus momota), po polsku piłodzioba wspaniałego, ptaka pretendującego do maskotki Trynidadu i Tobago. Motmot, poza tym, że go natura ładnie pokolorowała, robi dwie rzeczy, które mogą się podobać podglądaczom. Wymachuje ogonem, jak wahadłem, prawo-lewo, wołając przy tym rytmicznie jutu-jutu. W brzmieniu przypomina to nieco jakiś sowi dialekt. Nie parła ta ptaszyna zbytnio na szkło, gdyśmy ją próbowali zwietrzyć, oj nie. Nie garnęła się do ludzi. Siedziała skryta gdzieś w gęstwinie, drwiła z okazjonalnych ornitologów. Kto nie dojrzał ptaszyny na żywo, nie musiał od razu składać reklamacji, mógł spojrzeć na lokalny pięciodolarowy banknot. To pewne pocieszenie. Banknot jest stale obsiadany przez motamota. Za to w dżungli rosły rododendrony, kolokazje o liściach wielkich, jak uszy słonia i wysokie do nieba fikusy o spłaszczonych korzeniach. Na całych Karaibach jedynie na Tobago uchował się spory kawał pierwotnego deszczowego lasu. Mowa o Rezerwacie Leśnym Main Ridge, chyba najstarszym na świecie. Został założony w połowie osiemnastego wieku. Dwieście lat później rezerwat mocno ucierpiał, gdy w 1963 roku wyspę zmiażdżył huragan Flora. Sporo gatunków roślin i zwierząt zostało wówczas mocno przetrzebionych, lub zanikło do szczętu. Na szczęście matka natura nie dąży do całkowitej autodestrukcji. Umie się opamiętać. Dzięki temu, tobagańska tropikalna knieja wciąż przyciąga, intryguje. Trzeba tam było zajrzeć w wolnej chwili.

Ktoś nam zarekomendował Harrisa, speca od jungle tours. Ten przyjechał wieczorem do Buccoo Point, gdyśmy siedzieli na werandzie naszego tropikalnego bungalowu, obserwując gekony, śmigające po grubych konarach migdałowca. Były pocieszne, pełne energii, rezolutne. Zdziwiłem się na widok Harrisa. Widziałem go już wcześniej. Albo przynajmniej był podobny do Louisa Gossetta Juniora. Tego aktora. Grał pułkownika Chappiego Sinclaira w filmie „Żelazny orzeł”. Tylko był lepiej zbudowany. Powiedział, co i jak, rzeczowo przedstawił ofertę, podał cenę. Trochę się próbowałem targować. Niewiele to dało. Wyszedłem na cwaniaczka. Harris rządził. W końcu spasowałem i dogadaliśmy się. Nazajutrz miał po nas przyjechać na długo przed świtem, chyba o piątej. I punktualnie przyjechał. Minibusem. Potem ruszyliśmy w gęsty mrok po resztę grupy.

Było nas w sumie z osiem osób. W tym jakaś angielska para, jacyś Duńczycy. Anglik był różowy, ponadto urodziwy, jak Wayne Rooney. Tryskał humorem, zaiste angielskim. Oto przykład. Harris opowiadał, że podobno dawniej, by jakaś tobagańska dziewucha zainteresowała się tobagańskim chłopakiem, ten musiał jej podarować kwiat rododendronu. A dzisiaj, spytał Harris mimowolnie, co mógłby jej podarować dzisiaj? Wtedy „Rooney” odpowiedział – Blackberry! Polubiłem faceta, mimo że zerkał na mnie jakoś nieufnie, jakbym mu krzywo położył parkiet w chałupie na jakimś „Tottenhamie”. Gorzej wypadała partnerka Rooneya. Harris chwalił się swymi przygodami w oceanie. Nie miłosnymi. Mówił o łapaniu płaszczek, wielkich jak dywaniki w przedpokoju, o łowieniu wrednych barakud i czego tam jeszcze w pobliżu raf. To już zasługiwało na uznanie. Mówił też o rekinach rafowych, że nieduże, niegroźne dla ludzi, że można koło nich pływać i nie dziabną. Wszyscy mu ładnie uwierzyli, bo tak należało zrobić, tylko nie Angielka, ta musiała mieć swoje zdanie, że nie to nieprawda, że przecież shark is shark, żeby nie wciskał kitu, że ona dziękuję za rekiny i basta. Trochę przesadnie naskoczyła na Harrisa. Zmierzyłem ją wzrokiem upewniając się, czy posiada komplet kończyn. Jej wystąpienie zabrzmiało, jako echo jakiejś traumy. Najlepsi byli Duńczycy. Niewiele mówili. Bo po co? Wystarczy to, że dali światu Lego i maślane ciasteczka w blaszanych pudełkach, których się nie wyrzuca, bo nadają się do trzymania gwoździ albo szpulek nici (zależy, kto puste pudełko przejmie).

Zanim Harris wepchnął swych podopiecznych w mroczne listowie nieposkromionej tropikalnej kniei, wydał im śniadanie oraz kalosze. Każdy wybierał swój rozmiar. Nie jest to obuwie idealne na takie eskapady, to prawda. Stopy mogą się zaparzyć, zmięknąć, zmienić w rozmoczoną kajzerkę, słowem zgnić. I pewnie by zgniły, gdyby czekało nas pokonanie, dajmy na to, przesmyku Darién w czasie spaceru z Panamy do Kolumbii. W tobagańskich zaś okolicznościach przyrody mogliśmy jakoś wytrzymać te kilka godzin. Duńczyk wolał nie ryzykować podłapania grzybicy, został w całkiem nowych adidasach. Później wyglądały one bardzo źle. Jakby ich pan dopiero co wyskoczył z gigantycznego gówna, wydalonego przez podtrutego triceratopsa na planie filmu Spielberga. Dalej, wszyscy pochwycili anemiczne sandwicze z szynką i serem, oprócz Polaków. Polacy przygotowali własne kanapki. Z konfiturą z gujawy. Inny uznali, że Polacy chcieli przyoszczędzić. Kiedy drużyna posiliła się zdrowo i zaspokoiła pozostałe potrzeby niższego rzędu, padła komenda wyjścia w teren. Wówczas się rozpadało. Powtórka sceny z „Plutonu”, gdy świeże mięso armatnie wychodziło do dżungli na akcję. Tylko tam zaczynała się noc, a tu dzień. W każdym razie, wnikając w ten zlany deszczem nieprzyjazny gąszcz, nie zazdrościłem Charliemu Sheenowi.

Wcześniej, Harris rzucił mi na dzień dobry, że wyglądam, jak żołnierz. Nic dziwnego, po prostu chciałem się w dżungli porządnie zaszyć. Włożyłem maskujące ciuchy, głównie militarną czapkę niewidkę. Miałem wrażenie, że Harris mi jej trochę zazdrościł. Niepotrzebnie. Nie zdążyłem jej wyprać przed wyprawą. A Harris sam potrafił się do dżungli fachowo ubrać i wyposażyć. Do tego zlewał się z dżunglą. Jasne, nie wyglądał lepiej niż Schwarzenegger w „Predatorze” i nawet nie próbował go naśladować. Zresztą przeciwnik był mniej wymagający. Nie przyleciał z kosmosu, nie mordował dla trofeów, nie strzelał fochów w postaci atomowej rozwałki. Może trochę śmierdział butwiejącymi kapciami, albo klatką schodową zaszczaną przez kocie łazęgi. Oczywiście Harris nie wybierał się do dżungli bez jakiegoś konkretnego oręża, np. maczety. Takim ekwipunkiem mógłby równie dobrze fatalnie narozrabiać, gdyby ktoś go przypadkiem wkurzył. Harris prowadził nas niby wytyczonymi ścieżkami, które wymagały dalszego, starannego karczowania. Taki panoszący się las nie akceptuje próżni, zarasta z dnia na dzień. Wtedy przydaje się maczeta. Pożyczyłem ją od Harrisa, gdy odpoczywał, myśląc w co nas jeszcze warto wpakować. Chciałem wyrżnąć nieco chaszczów przed sobą. Ciąłem nieźle, choć z umiarem, by nie wywołać ekologicznego kryzysu. W ufajdanych błotem gumowcach, spocony i z tą maczetą w dłoni musiałem prezentować się dość ponuro.

W końcu zgłodniałem. Harris zaproponował termity, prosto z kulistego gniazda, przytwierdzonego do drzewa. Wsadził tam palucha, czyli zrobił dziurę, paskudnie naruszając budowlę. Zdezorientowane mikrusy same wbiegały mu na ten paluch. A Harris je brutalnie zlizał i połknął. Termity to białko, pouczał, chcesz przeżyć w dżungli, musisz jeść wszystko, co da się zjeść, choćbyś miał a tym problem. Załatwiłem sobie porcję termitów na dziko. Zrobiłem inaczej niż Harris. Najpierw zmoczyłem paluch w ustach, aby w ten sposób powstał zdradliwy lep. Przetestowałem go na gnieździe. Termity lgnęły do mej śliny, aż miło. Szybko pokryły cały paluch swymi brunatnymi ciałkami. Zrobiły niby wełnianą otoczkę. Gdybym obślinił wszystkie palce, i resztę dłoni do przegubu to miałbym zgrabną rękawiczkę. Spałaszowałem te stworzonka na raz, by poczuć ich smak. Trudno mówić tu o kulinarnym odkryciu. Termity smakowały, jak papier, albo jak zawilgła tektura. Pewnie miałbym podobne wrażenia, gryząc „wafelek”, który kładzie się pod kufel z piwem. Harris spytał, co sądzę. Palnąłem, że byłoby lepsze z odrobiną pikantnej salsy. Nie była to odpowiedź, jaką chciał usłyszeć od adepta jungle survival.

Potem się zgubiliśmy. Harris kombinował, by to wyglądało na zdarzenie zaplanowane. Wtedy coś ugryzło Bonitę w dłoń, gdy oparła się o stuletniego fikusa. Nie wiadomo co. Coś małego. Pewnie jakiś owadzi predator. Śledztwo zostało umorzone. Ale ręka zaczęła puchnąć, jak drożdżówka. W plecaku mieliśmy piguły na uczulenie. Harris stał i patrzył, uczył się, nie przewidział czegoś podobnego. Rolę komandosa zastąpił rolą praktykanta na ostrym dyżurze. Ciekawe, co by w takiej sytuacji zrobił Bear Grylls? Pewnie zmieniłby się w Horpynę i w mig wytrzasnął jakąś leczniczą maść. Na szczęście piguły okazały się uniwersalnym antidotum i zadziałały. Mogliśmy przebijać się dalej przez wilgotny gąszcz. Deszcz nie przestawał siąpić.

Gdyby nie te gigantyczne paprocie, palmy, liany i drzewa o dziwacznych konarach, czułbym się, jak podczas wypraw na kanie w dzieciństwie. Pamiętam, że zbierałem je z wujkiem Edkiem w lesie podczas takiej smętnej pogody. Wielkie kapelusze tych grzybów skwierczały potem, obtoczone w bułce tartej i smażone na maśle przez babcię. Smakowały, jak kotlety schabowe. Nie wytrułem rodziny, choć kanię ponoć łatwo pomylić z muchomorem sromotnikowym. Duma mnie rozpierała, gdy wnosiłem do domu takie jadalne zdobycze, takie dary natury. Do tego przedłużałem egzystencję dziadkowym wieprzkom. Na kaniach się nie kończyło. Zbierałem w lesie wszystko, co się dało zebrać. W pewnym sensie byłem początkującym druidem, do spółki z babcią. A z tobagańskiej dżungli wyszedłem z pustymi rękami. I po co było tam wchodzić?

Robinson Crusoe tu lądował!

Pierwszy raz czytałem „Przypadki Robinsona Crusoe”, jako dzieciak. Przypadkiem. Leżałem wtedy w łóżku pod wielką, jak góra pierzyną i wypacałem resztki choroby. Książka wydawała mi się wtedy horrendalnie gruba. W dodatku, pisana drobnym makiem. Czułem, że może mnie wykończyć. Wziąłem do czytania coś innego. Nie pamiętam co to było, lecz musiało mnie znudzić, bo wróciłem do Robinsona. Byl mi pisany, nomen omen. Ugryzłem tę powieść, odleciałem. Gorączka, jaka zdążyła już zelżeć, zaraz wróciła ze zdwojoną siłą, za sprawą nowej lektury.

Zapamiętałem wówczas dwie rzeczy, i właściwie zapamiętałem jedynie to, co leży w tej fabule na samym wierzchu: oszałamiającą tropikalną przyrodę bezludnej wyspy i człowieka, którą potrafił tę przyrodę nieźle urobić. Później oczywiście w szkole – rozkładaliśmy Robinsona Crusoe na czynniki pierwsze. I wówczas docierały do mnie dalsze znaczenia: o charakterze poznawczym, estetycznym czy innym. Jednak tym, co najtrwalej osiadło we mnie od tamtego porywającego czytelniczego seansu był przede wszystkim obraz wyspy, tamtej „wyspy Robinsona”.

Pod koniec 2008 roku na jednej z wysp należących do Chile – po 300 latach – odszukano ślady ludzkiej aktywności, które na początku XVIII wieku zostawił Alexander Selkirk. Ostatecznie zatem potwierdzone zostało, że ten szkocki żeglarz i awanturnik, który w efekcie samotnego pobytu na wyspie prawie zdziczał pośród kóz i jak donosili świadkowie bełkotał później nieskładnym angielskim, że ten buntownik i szaleniec, który cztery lata wcześniej sam kazał się tam wysadzić, zabierając ze sobą jedynie strzelbę, nóż, trochę tabaki i Biblię – rzeczywiście całkiem nieźle sobie radził w kwestiach survivalowych. To już wiemy jakby na pewno.

Historia Selkirka błyskawicznie trafiła do gawiedzi jeszcze za jego czasów. Musiał ją równie szybko usłyszeć sam Daniel Defoe. Nie wiadomo, czy panowie się kiedykolwiek spotkali ale przeżycia szkockiego rozbitka prawdopodobnie zainspirowały angielskiego literata do napisania Robinsona Crusoe, powieści z 1719 roku, która zapoczątkowała trwającą nieprzerwanie do dziś – robinsonadę.

Generalnie świat około literacki zgadza się co do tego, że pierwowzorem Robinsona był Selkirk. Sam Defoe wykorzystał z opowieści Szkota praktycznie tylko jej zarys a środek wypełnił obficie już własnym kreacyjnym duchem. Jeden z ówczesnych mu kolegów po piórze, zauważył że w Crusoe było tyle z Selkirka ile w szekspirowskim Makbecie czy Hamlecie było szkockich i duńskich kronik albo w Romeo i Julii – dawnych włoskich ballad. W tamtych czasach zapewne wielu marynarzy i żeglarzy mogło dzielić losy Selkirka ale w zbiorowej świadomości udało się zaistnieć akurat jemu. Fakt utożsamienia tego człowieka z Robinsonem Crusoe siłą rzeczy uczynił go nieśmiertelnym. O Selkirku można wiele wyczytać. Kim naprawdę był, skąd pochodził, jakie miał upodobania i nałogi. Sława zawsze w konsekwencji upomina się o coś na kształt biografii.

Skoro tak wiele wiadomo o rozbitku, można podejrzewać, że i nietrudno trafić na „jego wyspę”. Tu jednak pojawiają się komplikacje i spory, których z logicznego punktu widzenia wcale być nie powinno. Bo kto spiera się w kwestii położenia wyspy, na której Daniel Defoe umieścił swojego bohatera, ten książki w ogóle nie czytał a głos zabiera albo czytał, tyle że nie pamięta o czym. A że mu się nie chce doczytać to staje się entuzjastą opinii błędnych.

W śledztwie tym można się ciągle mylić, co do ostatecznego miejsca lądowania Robinsona ale absolutnie nie sposób się pomylić, jeśli chodzi o obszar geograficzny, na którym miejsce to leży. Nie jest to możliwe. Chyba, że istnieją co najmniej dwie wersje tej przygodowej powieści. W tym jedna to falsyfikat siejący mętlik. Bo przecież w Rozdziale IX. autor wyraźnie wskazuje lokalizacje, w jakich miał się znaleźć statek Robinsona, zanim załatwił go sztorm.

Oto i ten fragment.

[…] Chcąc dostać się na linię wiatrów, stale ku brzegom Afryki wiejących, należało dosięgnąć dwunastego stopnia szerokości północnej, to jest powyżej wyspy Trynidad, należącej do Małych Antyli i stamtąd dopiero skierować ku Gwinei. Puściliśmy się więc wzdłuż brzegów Ameryki Południowej. Oprócz silnych upałów, żegluga szła bardzo pomyślnie, lecz minąwszy Przylądek Świętego Rocha, zostaliśmy niespodzianie zaskoczeni przez gwałtowny huragan wirujący, zwany przez tutejszych marynarzy tornado. Wicher ten, kręcąc statkiem, jak orzechową łupiną, porwał go w stronę północno-wschodnią. Wszelkie usiłowania marynarzy, aby się utrzymać w oznaczonym kierunku, na nic się nie przydały. Musieliśmy się zdać na wolę Opatrzności. Wiatr co chwila się zmieniał: raz wył z północy, to znów z zachodu, to z południowego wschodu. Statek jak fryga latał w najrozmaitszych kierunkach. Dwunastego dnia dopiero nieco się uciszyło. Kapitan, dokonawszy stosownych obserwacji, przekonał się, że statek znajduje się na Morzu Karaibskim, poza Małymi Antylami. Co najprzykrzejsze, że straciliśmy dwóch ludzi bałwanami z pokładu zmiecionych i okręt skołatany w wielu miejscach przepuszczał wodę. Po krótkiej naradzie z kapitanem, postanowiliśmy żeglować do Wyspy Św. Łucji, w porcie tej wyspy naprawić statek i przyjąć innych majtków w miejsce straconych.

Ale zaraz na drugi dzień żeglugi zerwała się burza powtórnie, pędząc nas z szaloną gwałtownością ku południowi. Wicher zdruzgotał nam reje, poszarpał w szmaty wszystkie żagle, a na koniec strzaskał maszt przedni. Pół dnia i noc cała przeszły w najstraszliwszym oczekiwaniu rozbicia się lub zatonięcia. Gdyby nawet powiodło się dostać na jakikolwiek bądź ląd w tych stronach, niezawodnie zamordowaliby nas i pożarli dzicy Karaibowie. Zguba więc była nieuchronna. […]

Od zarania tej historii konsekwentnie i bezmyślnie utrwalana jest jednak wersja, że kultowa wyspa z powieści Defoe leży na Pacyfiku a dokładnie kilkaset kilometrów od wybrzeża Chile. To Szkot Alexander Selkirk, autentyczny rozbitek spędził tam samotne cztery lata swego życia.

Natomiast całkowitą i powielaną z ignorancji bzdurą jest to, że również jego literacki odpowiednik Robinson Crusoe żywot swój tam pędził. W żadnym wypadku. Legendarnego Robinsona wyrzuciły na plażę egzotycznej wyspy fale wód Atlantyku albo ściślej Morza Karaibskiego a nie Pacyfiku. I tak jest zapisane na kartach powieści.

Istnieje jednak geograficzna pułapka w nazewnictwie, zastawiona w połowie lat sześćdziesiątych przez rząd Chile, sprytnie dążący do rozwoju turystyki w regionie i lepszej promocji paru miejsc.

Jeśli ktoś – zapominając zupełnie o Robinsonie Crusoe – chciałby ruszyć śladami autentycznego Alexandra Selkirka – to faktycznie rozsądnie pojedzie do Chile i w końcu trafi na jedną z wysp Archipelagu Juan Fernández. Wyspa ta jeszcze do roku 1966 nosiła nazwę Más a Tierra. Obecnie zaś zowie się już przewrotnie – Isla Robinson Crusoe. I jednoznacznie ale jakże bezlitośnie nieprawdziwie sugeruje, że jednak tu właśnie a nie gdzie indziej przebywał najpopularniejszy rozbitek w dziejach literatury. Powtórzmy – w dziejach LITERATURY. Jakby tego było mało, inna wyspa w obszarze wspomnianego archipelagu – wcześniej znana jako Más Afuera została przemianowana na… Isla Alexander Selkirk mimo, że ten z krwi i kości bohater swych czasów nigdy tam nie dotarł.

Natomiast jeśli ktoś de facto poznał fikcyjną postać Robinsona Crusoe – w sensie – przeczytał z jako taką uwagą powieść Daniela Defoe i koniecznie chce dotrzeć do sławetnej wyspy to świadomie od początku zacznie jej szukać tylko i wyłącznie gdzieś na Karaibach. Albo z jego głową do geografii nie jest najlepiej. Do Chile może polecieć innym razem – w innym celu (patrz – poprzedni akapit).

Problemem pozostaje to nieprecyzyjne określenie gdzieś na Karaibach. Gdyby Daniel Defoe, pisząc powieść po prostu zintegrował autentycznego rozbitka z jego autentyczną wyspą i resztę korzystając z licentia poetica po swojemu sfabularyzował to fani Robinsona zjeżdżaliby dziś jedynie na chilijski archipelag Juan Fernández. Nie byłoby nieporozumień. Autor sprawę jednak skomplikował wynajdując dla swego bohatera zupełnie nowe miejsce akcji. Przyszli łowcy przygód i wielbiciele literatury otrzymali jednocześnie możliwość karaibskich eksploracji w kwestii wyspy.

Istnieją pewne ślady, wskazujące na to, że miejscem tym może być Tobago. Nie ma wątpliwości co do tego, że Defoe dysponował przebogatą wyobraźnią i z literackim rozmachem wymalował okoliczności (można rzec – przyrody) w jakich znalazł się Robinson. Niemniej, jednak musiał Defoe również dotrzeć do – jak na tamte czasy – wystarczająco rzetelnego materiału źródłowego dotyczącego fauny i flory rejonu Karaibów. Bardzo prawdopodobne, że udało mu się dokładnie przestudiować poniższy pamflet napisany w roku 1683 przez kapitana Johna Poyntz’a.

[Strona tytułowa pamfletu – wstawić!!]

„The present prospect of the famous and fertile island of Tobago with a description of the situation, growth, fertility and manufacture of the said island, to which is added proposals for the encouragement of all those that are minded to settle there”.

Przetłumaczymy to, jako:

„Aktualna perspektywa dla słynnej i urodzajnej wyspy Tobago wraz z opisem sytuacji, rozwoju, urodzaju oraz produkcji na tej wyspie, do której dodaje się propozycje zachęty dla wszystkich tych, którzy są skłonni tam osiąść.”

W dzisiejszej realiach gospodarczych (i tych nadszarpanych kryzysem) podobny dokument, choć nieco mniej literacko napisany, zwie się po prostu memorandum informacyjnym dla inwestorów, albo katalogiem sprzedażowym (często w połyskującej okładce) dla potencjalnych nabywców gruntów, czy nieruchomości…

Karaiby prawie polskie

To będzie wycieczka poglądowa po Tobago w ciągu jednego, długiego dnia, po Tobago, niejako swojskim, czego spróbujemy przewrotnie dowieść. Zrobimy wokół wyspy pełną pętlę. Bardziej spenetrujemy „wybrzeże karaibskie”, czyli lewą część Tobago. Wydaje się ciekawsza dla oka, niż „rewiry atlantyckie” w części prawej. Poza tym, wieją tam słabsze wiatry. Za to wzdłuż Atlantyku będziemy wracać wieczorem do domu. Plan jest taki: z Buccoo Point wystartujemy rano, najpierw dotrzemy do Plymouth i Arnos Vale, potem do Castary, Englishman’s Bay i Parlatuvier, dalej przetniemy las deszczowy, czyli rezerwat Main Ridge, by jeszcze w dobrym świetle zobaczyć Speyside, następnie odwiedzimy Charlotteville i wjedziemy na Flagstaff Hill, by z tego, najwyższego punktu na wyspie, zerknąć na Man O’War Bay przy gasnącym słońcu. Później ruszymy w drogę powrotną przez „stolicę Tobago” – Scarborough. W Buccoo Point zjawimy się o zmierzchu. Na samym początku, w Plymouth, poznamy nieco historii kolonialnej sprzed niemal czterech wieków. O dziwo, historii w pewnej mierze bliskiej ówczesnej… Rzeczpospolitej! Stoi tam monument z wyrytą w metalu osobliwą inskrypcją: „Na pamiątkę śmiałym, przedsiębiorczym i pracowitym Kurlandczykom z dalekiej Łotwy na wybrzeżach Bałtyku, którzy żyli na tej ziemi, nazwanej od ich imienia, w latach 1639 do 1693.” Inskrypcja ta pozwala spojrzeć na Tobago z dość niezwykłej perspektywy.

Stało się tak, że epoka kolonialna przeszła nam za plecami, z czego możemy poniekąd dumni, bo chyba nikomu się trwale nie naprzykrzyliśmy, i nikomu nie napsuliśmy życia niechlubnym plantacyjnym drylem przez dziesiątki lat. Nie zasypaliśmy świata, ani cukrem wypoconym przez niewolników z Afryki, ani innym zbawiennym dobrem, okupionym ludzką ofiarą kolonialnej eksploatacji. Nie szczuliśmy psami Indian na ich podwórku, nie drwiliśmy z ich nagości oraz fryzur. Nie byliśmy tacy niemądrzy, by szukać złota tam, gdzie go nie było. Z kolei, tam gdzie miało być, też nie szukaliśmy. Nie nawieźliśmy za wielką wodę hurtem europejskiej zarazy, która tamtejszych, nieświadomych niczego, miejscowych rozłożyła na łopatki. Zrobili to za nas inni, mają to na sumieniu bądź nie, ludzkość, tak czy inaczej, zatrzyma dowody.

Kto wie, może byli byśmy takimi samymi, zaborczymi łajdakami, watażkami, czy konkwistadorami, tłumiącymi Dzikich krzyżem i wodą święconą, albo załatwili wszystko mniej barbarzyńsko, gdyby nam się wówczas naprawdę paliło do nowego świata, do podbojów. Ale wyszło inaczej, nie skorzystaliśmy w pełni z dostępu do morza, los wybrał nam inne misje. Zresztą, na własnych ziemiach, nierzadko przecież rozległych, wiecznie było o co walczyć, i co bronić. Dzisiaj, o czym możemy sobie tylko podumać, moglibyśmy jeździć hen daleko do byłych kolonii, załóżmy, bez większych moralnych obciążeń i udawać, że jesteśmy u siebie, choć wokoło rozbuchane tropiki, ze wszystkim, co w nich urzeka i co doskwiera.

Są tacy, którzy jakby sugerują uznanie Tobago za jakby dawną kolonię Rzeczpospolitej, bo tak się historia w pewnym momencie kroiła i wspominają o tym w ciekawych książkach, lecz to wydaje się sporym uproszczeniem, jakby na to nie patrzeć. Może istnieje swego rodzaju wsteczne pragnienie, by jednak trafił nam się w przeszłości choćby niewielki kawałek z tamtego potężnego, „kolonialnego tortu”; jakaś zamorska posiadłość, faktoria, egzotyczny przyczółek. A skoro miałoby to być małe, to dlaczego nie w dalekim, ciepłym kraju, gdzie obecnie za słońce, płaciłoby się złotówkami i słyszało język kreolski na bazie polskiego.

Może ostatecznie najrozsądniej będzie założyć, że nie mieliśmy formalnie bezpośrednich udziałów w żadnych koloniach, za to mieliśmy je przynajmniej pośrednio. Taką wersję można już bardziej naciągnąć i jeszcze w dodatku podtrzymać dla efektu robiącego wyobraźnię. Poza tym, to się zdrowo odnosi do realiów. Przecież, taka czy owaka spółka matka, niejednokrotnie ma udziały w spółce wnuczce, poprzez spółkę córkę, i czerpie z tego jakąś korzyść. Widać, że w biznesie jest, jak w życiu, a kolonie to były biznesy, różnie poukładane, gdziekolwiek nastały, jakkolwiek biznesy często etycznie wątpliwe.

W każdym razie, niech nas trochę poniesie i bez względu na wszelakie możliwe malkontenctwo, albo i kontrowersje przyjmijmy, że taka tropikalna kolonia nam się trafiła w XVII wieku na pięknej, karaibskiej wyspie Tobago, gdyśmy byli Rzeczpospolitą Obojga Narodów, mając jako senior obrotnych wasali Kurlandczyków, którym się daleki świat konkretnie widział…

Kurlandia, Nowa Kurlandia, czyli „karaibskie województwo”, które poniekąd mieć mogliśmy…

Słysząc – Kurlandia – można pomyśleć, że to jakaś mityczna, czy tam bajkowo – sielska kraina, gdzie pędzą żywot kury nioski radosne, znoszące na potęgę złote jajka, albo też rządzą nią kury domowe, które przestały nimi być, bo wzięły sprawy w swoje ręce, gdy ich dziarskie, acz ciut nierozgarnięte chłopy poszły na bagna polować na bobry i wciągnęło ich tam do pasa i dalej. W jakimś sensie Kurlandia mogła mieć tych złotych, już nie chłopskich, jajek pod dostatkiem, gdyby los zabezpieczył jej nieco więcej pomyślności. O czym będzie poniżej. Tak, czy inaczej działo się w XVII wieku, oj działo, wasal nasz, niepozorna Kurlandia, miał własną wizję świata (tylko pozazdrościć rozmachu), którą usilnie i z rozmysłem próbował nam, tj. swemu suwerenowi Rzeczpospolitej sprzedać a myśmy się tej wizji nie poddali, bo myśmy mieli wtedy inne priorytety. Nie rezygnujemy z tych kur i wyjaśnijmy, że cała ta Kurlandia wzięła się od tego, że dawno temu nad Bałtykiem, na terenie dzisiejszej zachodniej Łotwy osiadło sobie plemię, nie inaczej, Kurów. Aby godnie żyć trudnili się ponoć masowym piractwem a jak im się jeszcze chciało to również handlem, bo mieli żyłkę do interesów i tak im zostało.

Potem, w dalszej historii (a robimy tu skok ogromny) tak się sprawy poukładały, że gdzieś w połowie XVI wieku Kurlandia stała się lennem Rzeczpospolitej Obojga Narodów, tj, Polski i Litwy, pozostając nim prawie do końca XVIII wieku. Kurlandia to był dobry lennik, lojalny, suwerenów swych, tj. królów Rzeczpospolitej szanował. Nie kombinował czegoś na boku. Z kolei suwereni nie ingerowali w interesy wewnętrzne swego, wzorowego wasala. Ta, dość znaczna, autonomia wyszła Kurlandii na dobre. Mogła się po swojemu rozwijać. Chyba od początku bardziej niż polityka interesowała ją gospodarka i szukanie sposobów na bogacenie się. Zresztą, Kurlandia była zbyt mała, by w ogóle myśleć o jakiejkolwiek wielkiej polityce, o ustalaniu w niej reguł gry. Za to nie można odmówić Kurlandczykom przedsiębiorczości. Radzili sobie znakomicie w przemyśle, przede wszystkim stoczniowym. Budowali statki nie tylko na potrzeby własnej floty, handlowej czy wojennej, ale i dla innych, również dla ówczesnych flotowych potentatów takich, jak Anglia, czy Francja. To był wielki osiąg. Te kraje z pewnością posiadały wystarczające zasoby, by nie zlecać roboty innym a jednak to robili, zwracali się do speców stoczniowców z nijakiej nadbałtyckiej Kurlandii. W zamian otrzymywali towar najwyższej jakości, produkowany zgodnie z panującymi trendami. Czy był to przypadek? Raczej nie.

Kurlandzkiemu księstwu trafili się rozumni włodarze. Przede wszystkim jeden z nich, niejaki – Jakub Kettler. Warto zapamiętać to nazwisko. Był wnukiem Gottharda Kettlera, ostatniego mistrza zakonu kawalerów mieczowych. Za młodu wiele podróżował po dzisiejszej zachodniej Europie, gdzie się, zresztą, dobrze wykształcił. Zdążył zafascynować się Holandią, która będąc obszarowo niewielkim państwem zdołała zawojować świat, stworzyła kolonialne imperium, a giełda w Amsterdamie szybko stała się eldoradem wszelakich kupców i spekulantów. Kettler wyrobił sobie wtedy pogląd, z pewnością słuszny, że rozwój państwa nie zależy od jego wielkości, tj. od posiadanych ziem lecz od dynamicznego rozwoju handlu i rzemiosła. Zobaczył w swojej Kurlandii potencjał drugiej Holandii. I uwierzył w tę wizję. Wydawał się hołdować zasadzie, „usiądź na ramionach olbrzyma a zobaczysz więcej”. Będąc ekscentrykiem, rzutkim i upartym zaczął poważnie myśleć o materializowaniu swej idée fixe. Było nią pragnienie posiadania własnych zamorskich kolonii. Chciał wyprowadzić Kurlandię na szerokie wody, dosłownie i w przenośni. Statki już miał i to bardzo dobre, sam je kazał budować tak, by przypominały te, jakimi dysponowali ówcześni władcy mórz. Teraz tylko trzeba było tymi statkami zacząć pływać i to daleko. Potem intensywnie kolonizować odległe obszary, uprawiać na nich, co się da (np. trzcinę cukrową, tytoń), produkować, pakować i zwozić towary do Europy, do Kurlandii, by sprzedawać z dobrą marżą, regularnie zapełniać urzędową kasę, bogacić się, obrastać w tłuszczyk i tak dalej. Nowy Świat mógł zaoferować jeszcze wiele zdobyczy. Kettler czuł to podskórnie. Jedyne czego potrzebował to porządnego wsparcia, najlepiej suwerena.

Rozumując dzisiejszymi kategoriami biznesowymi, można dojść do wniosku, że Jakub Kettler przypominał menedżera nowatorskiej spółki, który „chodzi po rynku”, próbując przekonać do swych ryzykownych pomysłów potencjalnego inwestora – dawcę, przede wszystkim kapitału. Bo trudno zakładać, że ówczesna Rzeczpospolita miała jakikolwiek know-how jeśli idzie o kolonizowanie (chyba, że wewnętrzne). Za to mogła je nabyć dzięki konkretnym zapędom Kettlera. Ten lojalnie zwracał się po kolei do królów Rzeczpospolitej, najpierw do Władysława IV, potem do Jana Kazimierza. Z grubsza, pierwszego chciał przekonać do podboju Afryki, drugiego do podboju Ameryki. W obu przypadkach, inicjatywa nie została podjęta. Skończyło się na aprobacie przyszłych, zakrojonych na szeroką skalę planów kolonizacyjnych niewielkiej Kurlandii. Na uwagę zasługuje przynajmniej fakt, że Kettler, który był protestantem, świetnie sobie radził we współpracy z chrześcijanami. Potrafił rozmawiać, zarówno z władcami polskimi, jak i z ówczesnym papieżem Innocentym X. Wiedział, jak podziałać na ich wyobraźnię. Dzielił świat na ich oczach, często nie bacząc na to, że to co dzielił, było już podzielone. Liczył, że ten podział się wkrótce odmieni, gdy otrzyma pomocowe środki i trwałe wstawiennictwo. Wizje nakreślał niezwykłe. Gdyby, w jakichś cudownych warunkach wypaliło to, o czym mówił, to dzisiaj Polska rozciągnęłyby swoje województwa na Gujanę i północną Brazylię. Mielibyśmy we krwi sambę. A Wielebny Jim Jones musiałby swoją Świątynię Ludu zakładać nie w gujańskiej dżungli, ale gdzie indziej, licząc się z nielichą konkurencją wśród osadników…

Niestety, w praktyce niewiele wyszło z tej potencjalnej kooperacji. Na głowie Rzeczpospolitej siedzieli już Kozacy, potem Szwedzi. Niezbyt to były komfortowe warunki, by się koncentrować na podbojach tysiące kilometrów od kraju, nękanego na bieżąco przez różnego sortu agresorów. Nie podbijaj, jeśli sam nie chcesz być pobity.

Ambitny Kettler nie zamierzał odpuszczać, działał na własną rękę. W rezultacie działanie to przyniosło wymierny skutek. Najpierw Kurlandczycy pojawili się w Afryce, na terenie dzisiejszej Gambii, potem na Karaibach. Kurlandzki CEO chciał kolonizować to, co jeszcze pozostało do skolonizowania na Małych Antylach. I tak zabrał się za Tobago. Jednak wyspa okazała się w zasiedlaniu bardzo oporna. Pierwsze próby kończyły się fiaskiem. Albo przeszkadzali tubylcy, ponoć znani ze swej kontrowersyjnej diety, albo inne nacje europejskie, oczywiście starzy kolonialni wyjadacze, jak Anglia, czy później Holandia, w którą, jak pamiętamy, Kettler był zapatrzony (a w biznesie sentymentów nie ma!). Wszystkie te nacje niezmiennie garnęły się do podbijania nowych ziem i zwyczajowo eliminowały w tej grze swych rywali. Dlatego, gdy na horyzoncie pojawił się taki rezolutny maluch, jak Kurlandia to należało go szybko przegonić, by przypadkiem czegoś dla siebie nie uszczknął.

Pierwsze lata ponawianych przez Kurlandczyków prób objęcia Tobago sprowadzały się do ciągłego ich przeganiania przez tych „dużych”. Wydaje się, że ci „duzi” chyba nie bardzo mieli z początku pomysł, w jaki sposób wyzyskać Tobago. Zachowywali się, jak pies, który sam nie zje, i nikomu zjeść nie da. W rezultacie kolonizacyjna robota szła powoli, a business development nie miał miejsca. Niezmordowanym Kurlandczykom udało się ogarnąć kawałek tej małej, niesfornej wyspy dopiero za czwartym razem. Jak podają kroniki, 20 maja 1654 roku wizja Jakuba Kettlera wreszcie zaczęła nabierać realnych kształtów. Kurlandzki okręt flagowy, podobno najokazalszy w służbie księstwa, wypłynął z macierzystego portu w karaibskie tropiki i dopłynął do zachodnich brzegów Tobago a jego dowódca Willem Mollens, zszedł na brzeg, oglądnął się za siebie i ogłosił wyspę kolonią, chrzcząc ją imieniem – nie inaczej – Nowa Kurlandia. Przy okazji założył w okolicy fort i osadę Jacobstadt, dzisiejsze Plymouth nad Zatoką Kurlandzką (Great Courland Bay). Czy właśnie wtedy Rzeczpospolita stała się pośrednim „udziałowcem” kurlandzkich kolonii, mimo, że operacyjnie i finansowo się do kolonizowania nie bardzo garnęła, dając jedynie Kettlerowi wolną rękę? Może warto tak to odebrać, choćby z przymrużeniem oka…

A co było dalej?

Holendrzy znowu nie mogli znieść kurlandzkiej zuchwałości i jeszcze w tym samym roku założyli „kontr-kolonię”, oczywiście, na tej samej wyspie, w dodatku, w dość nieznacznej odległości od rywala. Co więcej, podkręcili tempo i rozwinęli się na tyle, by pięć lat później zaanektować tobagańskich Kurlandczyków. Holandia zajęła ich włości, na pewno wykorzystując osłabienie Kurlandii w Europie oraz wyhamowanie jej gospodarczej aktywności, spowodowane pamiętnym szwedzkim potopem. Co gorsza, Szwedzi uwięzili Jakuba Kettlera, co musiało wpłynąć na morale jego krajan. Uwolniony w 1660 roku na mocy pokoju w Oliwie nie porzucił swym kolonialnych wizji. Przez resztę swego życia, a zmarł w 1681 roku, próbował odzyskać kurlandzkie posiadłości za „wielka wodą”. Lawirował między Anglią, Francją i Holandią, który były ze sobą skonfliktowane. Szykował kolejne ekspedycje do Afryki oraz na Tobago. W 1664 roku zrzekł się praw do Gambii po to, by zyskać prawo do ponownego kolonizowania rewirów karaibskich. W roku swojej śmierci dokonał jeszcze jednej, ostatniej transakcji. Odsprzedał kompani kupców z Londynu prawo do objęcia w posiadanie Tobago. Co ciekawe, wyspę Anglicy zajęli na dobre dopiero w roku 1814…

Być może te rozliczne przepychanki i kolonizacyjne roszady sprawiły, że Tobago dłużej niż inne wyspy Małych Antyli zachowało swoją, po części, wciąż dziewiczą, przyrodniczą różnorodność. Być może dlatego Tobago jest obecnie takie, jakie jest.

Trzeba podziękować za ten kawałek historii Jakubowi Kettlerowi, temu świetnemu kurlandzkiemu menedżerowi. Myślę, że jego charyzmatyczną postać warto by od czasu do czasu przybliżyć podczas biznesowych szkoleń z przywództwa, czy zarządzania. Zasłużył na to. Poza tym, dzięki niemu, w jakimś tam stopniu Tobago jest gdzieniegdzie, przez niektórych, mniej więcej łączone z Polską. Przynajmniej tyle. Cieszmy się zatem „naszym Tobago, tą dawną prawie polską kolonią na Karaibach”.

Zróbmy sobie po Tobago rundę honorową, rozejrzyjmy się, to miejsce naprawdę nadaje się do polubienia…

Tobago mówi „Yo man!”

Yo man! witają cię anglojęzyczne Karaiby. I tak trzeba tu odpowiadać: Yo man! Zapomnij o mdławym hello i suchym hi. W Tobago płynnie przechodzisz na slang i to jest rzecz normalna. Bez krygowania się wolisz używać yo man! Ha – ty nosisz w sobie cały ładunek yo man! I rychło się o tym dowiadujesz.

Oczywiście, z początku język robi figle i przekręca to śmiałe i barwne pozdrowienie na stare, utrwalone frazesy. Ale od czego jest praktyka? Pobudzony i chłonny wrażeń wychodzisz na ulicę o każdej porze dnia i szukasz kontaktu. Pamiętaj tylko, że tropik dzieli czas na ruch i bezruch. Rano i wieczorem, ulica kipi. W południom skwarze, ulica zwalnia i nic się nie dzieje. Jednak ty nie pamiętasz, ty wciąż tam jesteś. Wciąż notorycznie wystawiasz się miejscowym, aby cię zagaili, rzucili na powitanie yo man!, abyś i ty mógł im swoim własnym yo man! z ożywieniem odpowiedzieć.

Własne i autentyczne, nabyte w akcji yo man! – to jest to! Albo Karaiby albo na niby. Pewnie dialekt ten i na polskim podwórku słychać. Bo dryfuje na fali MTV, bo młodzi kleją z niego cool nowomowę. Ale tam, gdzie pozostaje on jedynie bladą kalką, to w Tobago brzmi diablo akuratnie, jak tubylcza mowa ludzka tchnięta duchem tej porywającej i rozbuchanej Wyspy. Brzmi świeżo i zaraźliwie bo piorunem wchodzi człowiekowi w krew. I tam zostaje na długo. Nawet po powrocie do kraju, gdzie słońce padło, gdzie szary czop od tygodni klinuje niebo. Korzystaj z yo man! zaraz po przebudzeniu, zrób to nim zaczniesz chlupać butami po śnieżnej zapaćkanej brei w drodze do pracy czy szkoły.

W Tobago rastamani trzymają fason swoich braci w wierze z Jamajki; słuchają reggae i popalają sensi oraz podobnie się noszą. Co rusz widywaliśmy oryginały z dredami przeróżnej grubości, maści i koloru. Od okazów ciemnych, jak smoła, wypielęgnowanych i lśniących o równej długości przez zmechacone i nieogładzone rdzawo-brunatne strąki do jasnych, wiotkich zwisów w odcieniu słomy i wreszcie nobliwych posiwiałych kutasiątek. Wielu rastamanów upycha wyhodowaną bacznie masę włosia w gustowne, światu znane, zielono-żółto-czerwone rasta-berety albo nieco skromniejsze jednokolorowe, przeważnie czarne, nabrzmiałe kokony.

Biały, mimo że przybywa do Tobago z Babilonu, legendarnej i radykalnie negowanej przez Rastafarian krainy wyzysku, władzy i pieniądza nie czuje na sobie cienia uprzedzeń. Miejscowi rasta nie patrzą na niego spode łba. A często nie patrzą w ogóle bo mają ciekawsze i pewnie bardziej praktyczne zajęcia. I to jest niewiarygodne wręcz fantastyczne – że mało kto się tobą interesuje, jeśli ty sam nie wydasz się interesujący. Rozpoznajesz okolicę, kiedy chcesz i jak chcesz albo osiadasz na białym piasku pół dzikiej plaży gdy masz już dość łażenia i poznawania. I nikomu nie pali się proponować ci ulepszenia wolnego czasu.

Faktycznie, Tobago wciąż pozostaje wyśmienitym wyjątkiem na turystycznej mapie świata tropików – i mimo, że samoloty z letnikami lądują tu regularnie – Wyspa nie żyje z turystów tylko obok nich. W przeciwieństwie do pozostałych karaibskich wysp i wysepek, które jak pisał z goryczą Trynidadczyk noblista V. S. Naipaul – „akceptują turystkę jako nieuniknioną degradację”.

Biały przyjechał tu wypoczywać i szanując miejscowe obyczaje robi to w sposób, który mu najbardziej pasuje a Czarny jest u siebie i też robi to, na co ma ochotę, szanując prywatność tego pierwszego. A kiedy dojdzie między nimi do spontanicznego kontaktu rodzi się dużo pozytywnych wibracji, bo tutejsi rasta są bardzo otwarci i przychylni obcym, chętnie pogadają i równie chętnie pokołyszą się wspólnie przy rytmach reggae.

Tobago nas porywało! Ileż w tym kraju sielskości! W nagrzanym popołudniowym powietrzu, wilgotnym i pachnącym intensywniej niż to poranne, w tym leniwym nastroju laby, wokół chaty na palach, wymalowanej pastelami, tam właśnie i w dziesiątkach podobnych miejsc na Wyspie płyną z głośników klasyki Boba Marleya w oryginałach lub zmiksowane oraz całe rzeki smacznego reggae a nozdrza regularnie drażni typowa słodkawa woń.

Kiedy tak kątem oka patrzysz na beztrosko upalających się rastamanów, jak kurzą te swoje przydługawe, pomarszczone i cienko-grube, słowem karykaturalne skręty, dopiero co spreparowane, masz wrażenie, że palą bo na to zasłużyli.

W porcie ćmi rasta-rybak. Siedzi na molo i moczy stopy w morskiej zupie. Dnia nie zmarnował – złowił ryby i sprzedał. Ma czas na relaks. Warto odwiedzić go wcześniej, gdy chwali się swym połowem, bo wtedy za grosze kupisz kawał świeżego skurczybyka takiego, jak red snapper, kingfish czy mahi mahi. Potem krótko smażysz, podsypujesz przyprawami, rwiesz z drzewa małą limonę, kropisz i pałaszujesz.

We wiosce spotykamy też rasta-sprzedawcę tropikalnych owoców. Zeszło mu prawie wszystko, więc siedzi przed niemal pustym kramem na rozklekotanej drewnianej skrzynce i również ćmi a jego oczy zaczynają się szklić. Rozweselony, bez wyciągania skręta z ust, pakuje nam do worka dwie ostatnie papaje i na odchodnym niewyraźnie dopytuje skąd jesteśmy. Nie kojarzy Polski więc oczekuje geograficznej podpowiedzi. Gdy z naszej strony pada słowo Rosja, dumnie żegna nas – до свидания!

Musimy koniecznie wspomnieć o naszym idolu – dziarskim choć niemłodym już taksówkarzu, w pięknie skrojonej kremowej guajawerze, który odebrał nas z lotniska, udzielał rad i promował tutejsze specjały. Nie wyglądał na rasta ale za to, jak się nazywał! James London. Przylatujemy właśnie z London’u a tu taki James. No to pierwsze śmiechy. Na parkingu zaproponował nam przejażdżkę starą, wypucowaną do połysku, jakże dystyngowaną limuzyną Toyotą Crown. A my wylądowaliśmy na lotnisku Crown Point. No to drugie śmiechy. To musiał być jakiś znak – bez wahania wsiadamy i ruszamy z Jamesem!

Po drodze mówił po angielsku w tak groteskowy sposób, stosując teatralne pauzy i powtórzenia, że każde jego zdanie człowiek miał ochotę od razu parodiować. Co mamy tu jeść? Warunek – mówimy tylko o jedzeniu lokalnym. Co poleca? Eat fish, man, eat fish… No to jedliśmy ryby przeróżne, soczyste i prosto z morza a teraz „rybna fraza” Jamesa na dobre wkręciła się nam w domowe dialogi i stała kultową. To co na obiad? Wiadomo, co – i choćby to miał być… ryż z fasolą.

Afro-karaibski angielski, powolny, z twardym akcentem, słyszany po tamtej stronie Atlantyku – naprawdę genialny. Autorem innego, klawego zbitka słów jest również nasz barwny taksówkarz. Zdążyliśmy zapytać o smażone platanosy.

– Zjemy je w Tobago?
– Popularne tu nie są. Dostaniecie gotowane ale jak bardzo zechcecie to wam usmażą. Tylko na wiele nie liczcie.

I tu wtrącił, odtąd nieśmiertelne – Sometimes they make it good and sometimes they don’t make it good. Absolutna poezja i proza a’la Hemingway w jednym. Cały prostoduszny James. A tres fans pimientos w komplecie za jego plecami. Tarantino, albo Spike Lee powinni pomyśleć o castingu w Tobago. Wielu tu takich. Może nasz przyjaciel miał się zwać Jack London. Bo rodzicom zdarzyło się przeczytać powieść i poniosło ich w czasie chrztu syna. Nie wiadomo, czy sam James coś napisał, ale wystarczyło, że wyszczerzył swe śnieżnobiałe zęby a wyczytaliśmy z nich jego własną wersję Białego kła