Archiwum kategorii: W drodze

Upadek tropiciela

Miałem tam jechać z Rodolfem, który obiecał mi, że się wszystkim zajmie raz jeszcze, że wszystko naprostuje. Chyba chciał zachować twarz, może udowodnić, że potrafi zarobić po męsku pięćset pesos. Tyle mu zapłaciłem dzień wcześniej za udawanie mojego przewodnika, między Oviedo a Pedernales. Po prostu go wynająłem. Dogadaliśmy się na trasie. Chodziło o wytropienie iguan, chciałem je obfotografować na czyjeś zlecenie. Rodolfo ponoć wiedział, gdzie i jak je podejść. „Muchas iguanas na Cabo Rojo”, zapewniał, „łażą w poprzek drogi, tyle ich jest”. Tak mi to sprzedał, że mu uwierzyłem. W podróży wiara się przydaje. Do tego wydawał się zabawnym kompanem. Wiadomo, dola obcego zależy od nastroju miejscowych.

Tropiciel, zachodnia Dominikana, prowincja Pedernales
Tropiciel do tropienia gotów!
Umowa na pace

Rodolfo towarzyszył mi na pace terenówki. Jechał bez niczego. Musiał załatwić „malutki interesik” w Pedernales. Tak powiedział. Nie pasował na szmuglera haitańskich imigrantów. Chociaż to mogło być jego atutem. W sumie, to jechał po jakieś ciuchy do swego brata, nie zdradził, o jaki „interesik” chodzi. Podsunąłem mu herbatniki Club Social, aby sobie pochrupał, tylko je miałem, jako prowiant. Nie chciał jeść, wolał patrzeć, łapać wiatr we włosy. Po obu stronach szosy panoszył się busz.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana.
Czerwona ziemia, jakby afrykańska, jakby z „Pożegnania z Afryką”…

Mijaliśmy grupy robotników. Wycinali maczetami chaszcze, czyścili teren pod cokolwiek. Wyglądali na Haitańczyków. Przypuszczalnie pracowali legalnie, za nijakie dniówki. Pickup zwolnił przy blokadzie wojskowej, osiem kilometrów przed granicą z Haiti. Na obszarach przygranicznych takie blokady są normą. Zeskoczyliśmy z paki. Co się potem zadziało (i wesołe to nie było) opisałem szczegółowo w „Farsie pod akacją”. Ziemia wokół była wyraźnie czerwona. Pewnie od boksytów. Wydobywano je w okolicy. Dalej chcieliśmy iść pieszo. Rodolfo oznajmił, że wkrótce zobaczę pierwsze iguany.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel szuka gniazada.
Rodolfo kombinator.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel i ptasie gniazdo.
Jaja iguany..?
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel i ptasie jajka.
Zobacz, jakie nakrapiane, na pewno jaja iguany… Czyżby?
Zrobiony w jajo (iguany?)

Albo gady miały sjestę, albo mój kompan pomylił rewiry. W każdym razie musiał coś szybko wykombinować. Wręczył mi znienacka kilka nakrapianych tycich jajek, dumnie klarując że oto właśnie odkrył jajka iguanie! Byłby to dobry znak. Zbawienny. Niestety, kątem oka zdążyłem dostrzec, jak mój cwany amigo plądruje ptasie gniazdo w jakichś zaroślach. Szkoda, że się nie nabrałem. Bodaj ze trzy godziny siedzieliśmy w suchej dziczy. Na próżno. Udało nam się jedynie wytropić zdechłą kozę, zresztą po zapachu. W dodatku kozę bez czerepu. Dopiero kilkadziesiąt metrów dalej leżała czaszka obrobiona do białości przez robactwo. Wyglądała, jak rasowy totem indiański. Jakby idealna na okładkę płyty Dead Can Dance.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, czaszka idealna na indiański totem.
Półprodukt na totem indiański.
Zagadka

W dzieciństwie intrygowało mnie słowo – padlina. Czasem używał go dziadek, mówiąc mi o kulinarnych zwyczajach różnych zwierząt: sęp, proszę ja ciebie, żre padlinę, hiena żre padlinę. Może i wtedy sądziłem, że to jakiś rarytas. Potem, w lesie dowiedziałem się wreszcie, co to takiego, ta padlina. Dziadek mi pokazał, bym zapamiętał. To był rozdęty cielak toczony okrutnym czerwiem. Najpierw go poczuliśmy. Śmierdział, jak diabli. Gorzej od smażonego sera, który czasem pichciła babcia. Nos zatkałem obiema dłońmi. Skąd martwy cielak w tamtym lesie? Nie wiadomo. Skąd martwa koza tutaj w buszu? Też zagadka. W każdym razie pół tysiąca pesos za cuchnące truchło to lekka przesada!

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, kaktusy, sucho, tropikalny busz.
Kaktusy się panoszą.

Rodolfo wiedział, że nawalił, że wyprowadził mnie w pole (i to dosłownie!) i było mu głupio. Ponadto, znowu zostały nam resztki wody a słońce nie przestawało dopiekać. Odechciało mi się maszerowania, tropienia iguan i zabaw w zwierzęcego patologa, odechciało mi się wszystkiego. Doskwierające pragnienie wywołało ciszę między mną a Rodolfem. Siedliśmy na rozgrzanym poboczu, jak dezerterzy, którzy urwali się z pielgrzymki i zaczynają tego żałować. Rodolfo zupełnie spasował. Położył się na kępie żółtej trawy. Może nie powinien się kłaść. Może tamta koza też się położyła i już nie wstała.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, colmado tylko zamknięte.
Colmado podczas sjesty.
Kanadyjski wagabunda

Ktoś nas wreszcie wyratował i podwiózł do Pedernales. Tam rzuciłem się na piwo w najbliższym colmado. Podobnie Rodolfo, na mój koszt. Osuszył butelkę Presidente i poszedł załatwiać swoje interesy. A ja kręciłem się po sennym miasteczku w pobliżu przejścia granicznego. Przypadkiem zaszedłem do „sklepu-hurtowi”, gdzie haitańskie kobiety stały w długiej kolejce po ryż. Każda z nich kupowała go w ilości – w moim pojęciu – na jedno skromne danie, dla jednego człowieka. Niczego tam nie kupiłem, wycofałem się zażenowany. Potem trafił mi się wiekowy Kanadyjczyk z plecakiem, z kijem w dłoni, wagabunda z krwi i kości. Liczył ze dwa metry wzrostu. Dopiero co przekroczył granicę. Był zakochany w Haiti. Zazdrościłem mu znajomości francuskiego. Dominikany nie znał. Chciał nocować w Pedernales, dalsze wojaże planował z dnia na dzień.

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, ludzie.
Rodzina w Pedernales.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, koza na ulicy.
Przyszła koza do woza?
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, zielony domek.
Chatka karaibska, jak malowana.
Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, miasto Pedernales, rodzina.
Twarze Pedernales.
Powrót, rewizja i obietnica

Mnie i Rodolfa czekał powrót do Barahony. Męczący, bo przerywany kilkoma postojami na wspomnianych blokadach wojskowych. Znowu sprawdzano, czy wśród pasażerów wyładowanego po brzegi minibusu nie kryją się nielegalni haitańscy imigranci. Zaglądano pod siedzenia, do bagażnika, do wielgachnych tobołów. Chyba szukano haitańskich krasnoludków. Co ciekawe, podejrzenie wzbudził mój aparat. Dominikański pogranicznik potrząsał nim, jak marakasami, jakby oczekiwał, że wysypie się z niego trochę „koksu”. Nie życzyłbym sobie tego. Spojrzałem na niego z politowaniem. Opamiętał się. Do Barahony dotarliśmy pod wieczór, umawiając się na rano, w celu podjęcia nowej próby podboju „iguaniego świata”. Tym razem Rodolfo miał się bardziej postarać, to mi właśnie obiecał…

Prowincja Pedernales, zachodnia Dominikana, Tropiciel w Pedernales.
Rodolfo w Pedernales.
Odmowa samobójstwa

W umówionym miejscu stawił się z godzinnym spóźnieniem. Przybył na motocyklu razem z kumplem i wylewnie mnie przywitał. Jakże ostatnia noc zmieniła tego muchacho! Był ogolony na zero i zionął przetrawionym rumem na kilometr. Ewidentnie odwiedził fryzjera i przetrzebił monopolowy. Pewnie też zaimponował swej kobiecie, przynosząc do domu jakieś pieniądze. Moje pesos. Jednak, wciąż pamiętał o iguanach. Imponujące! Nowy plan Rodolfa zakładał, że pojedziemy zwietrzyć je przy Jeziorze Enriquillo, kawał drogi z Barahony, pojedziemy we trójkę na jednym motorze! Genialne! Jego właściciel, podobnie jak Rodolfo, miał w czubie wspomnienie nocnego alkoholowego rajdu. Pewnie obaj świętowali moją naiwność i rozrzutność…

Stanowczo odmówiłem rychłego samobójstwa. Nie chciałem podzielić losu tamtej padniętej kozy. Pożegnałem Rodolfa z pewną ulgą. Wyściskał mnie, jak brata. A „brat” nie mógł przecież odmówić wyłożenia kilkudziesięciu dodatkowych pesos. W porządku. Wczoraj płaciłem mu za to, aby mi towarzyszył. Dzisiaj za to, aby już tego nie robił. W jakimś sensie, obaj zyskaliśmy. A to najważniejsze.

Z Rodolfem, czy bez niego zamierzałem kontynuować „dominikański western”.  W końcu sam wytropiłem iguany.

I jeszcze was zabiorę do zachodniej Dominikany!

Dawcy wody

Pamiętam dzień nad słonym, jak morze jeziorem Enriquillo w południowo-zachodniej Dominikanie. Słońce paliło, ledwo żyłem. Kilka godzin lawirowania w suchym buszu między iguanami. Fotografowałem te pocieszne bestyjki, „dominikańskie smoki” z każdej strony. Legwany nosorogie nie uciekają sprzed obiektywu. Sjestują, snują się leniwie pomiędzy chaszczami, parkują pod kaktusami, grzeją się na wapiennym żwirze, żują jakieś zielska. Mają fotografa głęboko w… ogonie. Szczególnie, jeśli ten działa dyskretnie, nie płoszy ich, nie drażni. Wtedy każdy robi swoje, natura i człowiek nie wadzą sobie nawzajem. Na jednym zdjęciu uwieczniłem niebieskooką piękność, iguanę, w jakiej się zakochałem…

Legwan nosorogi z błękitnymi oczami, Dominikana.
Niebieskooki okaz legwana nosorogiego (Cyclura cornuta).
Pragnienie

Nie miałem niczego do picia. Pragnienie dało znać o sobie nagle i dobitnie. Kiedy człowieka pochłania robota, która w dodatku sprawia mu frajdę, zapomina o reszcie. Sięgnąłem do plecaka po butelkę z wodą, lecz nie zostało tam ani kropli. Nie od razu zakręciło mi się w głowie. Dopiero potem, gdy zorientowałem się, że na pustkowiu nie ma nikogo poza mną. W jakimś mirażu dojrzałem człowieka w mundurze; stróża parku, może żołnierza pogranicznika, bo do Haiti stamtąd blisko. Podbiegłem do niego, prosząc o wodę. Faktycznie, to był żołnierz. Niestety, nie miał wody. Uśmiechnął się lekko. Z grymasu na jego twarzy wyczytałem coś w rodzaju „wybacz przyjacielu”. Czekał na kogoś, kto przyjedzie zmienić go na posterunku; może za godzinę, może za dwie. Musiał wytrzymać. Ja też musiałem, choć wolałbym mieć to z głowy; wychłeptałbym całe źródło. Tylko gdzie takie znaleźć? W pobliżu jedynie zasolone w cholerę bajoro o powierzchni 375 km².

Słone jezioro Enriquillo, łódź.
Jezioro Enriquillo. Słone.

Wyszedłem na szosę prowadzącą do La Descubierta. Pomyślałem, że złapię cokolwiek „na stopa”, podjadę do miasteczka, wejdę do pierwszego colmado i rzucę się na lodówkę z piwem Presidente. Ciągle oblizywałem zaschnięte wargi, ocierałem pot z czoła. Wzbierała we mnie jakaś podskórna panika. Żadne auto nie jechało do La Descubierta. W drugą stronę też nie. Dlaczego? Czy nie minęła już pora sjesty? Siadłem na zakurzonym poboczu i czekałem. Przypomniała mi się bielusieńka kozia czaszka, widziana kilka dni wcześniej pod Pedernales. Nadawała się na indiański totem, wystarczyło by ją nadziać na jakiś palik. Czasem takie wspomnienia, wracające znienacka, mogą podpowiedzieć przyszłość; choć nie uśmiechało mi podzielenie losu tamtego pechowego stworzenia.

Ratownicy wodni

Już chyba na krawędzi majaków dojrzałem pick-up sunący w moim kierunku. Wyszedłem na drogę, pod prąd, gotowy na czołówkę. Pick-up wyhamował, szofer wychylił się i bez żadnej irytacji spytał, w czym rzecz. Nie jechał sam, w środku siedziała kobieta i dwójka dzieciaków; dziewczynka z chłopcem, pewnie rodzeństwo. Podszczypywali się, szturchali, wtem chłopiec głośno pierdnął; dziewczynka zachichotała i zasłoniła nos. Kobieta przeprosiła, choć nie wyglądała na zawstydzoną; nic zdrożnego przecież. Od razu spytałem o wodę. Co za szczęście! Mieli ją, mieli dużo wody; kilka butelek w przenośnej lodowce, wyłożonej kostkami lodu.

Okolice jeziora Enriquillo w południowo-zachodniej Dominikanie.
Kierunek – La Descubierta.

Chwyciłem jedną i wydoiłem w kilka sekund. Sięgnąłem do kieszeni spodni, aby wysupłać jakieś pesos i zapłacić tym łaskawym ludziom za uratowanie mi życia, lecz pan-głowa-rodziny machnął ręką, że mnie muszę tego robić. Toma, toma amigo mío, zachęcał mnie, abym jeszcze wypił. Podziękowałem. Kobieta spytała skąd jestem, to jej powiedziałem. Chłopiec próbował wsadzić dziewczynce palec do nosa, potem do ucha, lecz tej udało się uniknąć tortur. Wtedy spojrzał złowrogo na mnie, jak na przyczynę swojej nudy i znowu pierdnął. Roześmialiśmy się. Podziękowałem im, życząc buenas tardes, dobrego popołudnia. Odjechali.

Wodotrysk

Napojony odzyskałem wcześniejszy wigor, chociaż niewiele miałem już do zrobienia w okolicy. Pomyślałem, że dotrę do La Descubierta i tam złapię „guaguę” do Santo Domingo. Przy okazji, zjem coś; trochę fasoli z ryżem, może mango na deser. Usłyszałem za sobą odgłos silnika. To była czerwona terenówka. Jechała tam, gdzie ja chciałem dojść. Zatrzymałem ją. Tym razem trafił mi się ojciec z synem, młodszy pomniejszona kopia starszego, jeden drugiego by się nie wyparł. Usiadłem obok chłopca.

Suchoi, busz, południowo-zachodnia Dominikana.
Sucho, sucho, busz. Żar leje się z nieba…

Podgryzał chipsy z „platanosów”, dopiero otworzył paczkę. Liczyłem na to, że mnie poczęstuje. Ale przeliczyłem się. Jego mina mówiła wszystko: „są moje!”. W radio leciały newsy, po nich muzyka, chyba merengue. Ojciec podkręcił głośność i zaczął kiwać się na boki. Zerknął na mnie badawczo. Nie pozostałem obojętny na te rytmy i rozbujałem się po swojemu. Wtedy poczułem, że coś jest nie tak; że mam całą dupę mokrą. Okazało się, że nie posikałem się ze szczęścia. To ten dzieciak, pochłaniający chipsy z błogością na twarzy, siedział koło mnie w gaciach ociekających wodą. Jakoś mi to wcześniej umknęło. Kąpał się w rzece, usłyszałem. Ach, tak. No, i teraz sobie podjada w najlepsze. Niech je. Wiadomo, że woda wyciąga.

A mnie tej wody najpierw brakowało, a potem dostałem ją w nadmiarze. Taki jest tamten niemożliwy świat południa. Nie uznaje kompromisu: albo zero, albo cała naprzód.

Galerię dominikańskich iguan możecie obejrzeć tutaj…

Smoki z Dominikany

Selfie z Ramónem

Tak wygląda człowiek, którego przed chwilą goniły trzy wielkie psy, toczące pianę bestie, czworonożne belzebuby. Ten z tyłu człowiek. Bo ten z przodu to Ramón, mój motoconchista. Jego wciągnąłem do wspólnego selfie. Ramón chciał dobrze. Szukał jakiegoś światła, aby lepiej było widać nasze gęby. Bo na tej trasie z rancza Rudiego tylko ciemnica, ledwo rozpraszana reflektorem motoru…

A było tak.

Jedna persona z mej szalonej grupy, zaprawiona w boju dżokejka miała dogadaną końską przygodę następnego dnia. Chciała pohulać na koniku w tropikalnych okolicznościach przyrody. Czemu nie. Załatwiłem jej to. W Las Galeras jeździ się na konikach. Siedzę na werandzie, moczę usta w rumie, wsłuchuję się w łomot cykad i nagle tracę pewność. Patrzę na telefon. Rudy nie potwierdza mego finalnego… potwierdzenia. No, to jadę do Rudiego. Już grubo po zmroku. Wokoło gęsty atrament. Od ręki łapię motoconcho. Jazda czymś takim zawsze mnie rajcuje. Jeszcze lepiej, jak się trafi motoconchista swój chłop. Mam szczęście. Prujemy. Jest kawał do przejechania. Jazda przez dłuższą chwilę w takiej czerni mąci w głowie. Prawie to klimacie „Zagubionej autostrady” Lyncha.

W końcu jakieś lampy w oddali. Ranczo, hacjenda Rudiego. Biała brama. Na niej napis. „Zamykać, aby konie nie wyszły”. Podchodzę. Gapię się w dal. Chcę dostrzec jakiegoś ogiera, może klaczkę. Jakby to miało znaczenie. Odwracam się do Ramóna. Wielkie umysły myślą podobnie. Ten ciska światłem reflektora, kreci ramą na prawo i lewo, mąci w ciemni. Żadnych pegazów na radarze. Składam dłonie w tubę i drę się. Ruuuudii, Ruuuudii! Bez odzewu. Jeszcze raz. Ruuuudii! Ramón kieruje snop światła na chałupę, gdzieś w głębi. Zaczyna mrugać, gasić, zapalać, wysyła jakieś sygnały, jakieś „morsy”, może mu wyszło z tego S.O.S. Żadnego ratunku.

Dobra. Otwieram bramę, wchodzę i szybko zamykam. Hura. Nie przeleciał mi koło ucha żaden pegaz. Nie zwiał na wolność. Nie czuję zapachu końskiego zadu, jak kiedyś na poduszce w tanim hotelu. To idę. Najpierw powoli, asekuracyjnie. Potem szybciej, coraz pewniej. I wtedy słyszę wyrok. I nagle czuję, jakby ktoś tarł mi łeb papierem ściernym. Czyżby stres? O tak. Bo oto słyszę skowyt ogarów ciemności; wylatującą właśnie z piekła dziką, diabelską żądną krwi sforę. Widzą mnie te kreatury, mierzą we mnie. Są coraz bliżej. A mnie zaraz nie będzie…

Jest szansa. Działa instynkt. Kątem oka łapię kawałek muru. I do niego. Raz, dwa, trzy i hej hop. Bez skuchy. Człowiek ze strachu sięga dachu. Z półtora metra mi przybywa. To wystarcza, by przeżyć. Tylko ta żyła na skroni. Co jej? Ona zaraz eksploduje. Tylko ta podziałka w oczach. Oj, zaraz przeleje się tam adrenalina. Jeszcze tylko to.

Wtedy dostrzegam człowieka. Ciekawią go skutki masakry. To kobieta Rudiego. Żona, partnerka, kochanka. Nie wiem. Wychodzi do mnie. Wspaniałomyślnie. Stojąc na murze, pochylam się jak Gortat do przedszkolaków, przedstawiam się. To pewnie słowny odpowiednik podpisu na testamencie.

„Senjor Marcjin?”. Co za ulga. Dusza wchodzi mi z powrotem w ciało. Integruje się. Zostaje.

„Ale Rudi pojechał do ciebie…!”, słyszę.

Rudi pojechał do mnie. W porządku. Tak się bawimy. Zyskując pewność, że psy zamieniły się w koty schodzę z barykady. Żegnam się. To znaczy do widzenia mówię. I wracam do Ramóna.

Wyrywamy z kopyta. Dalej ciemno, strasznie. Ale coś jedzie z naprzeciwka. Mocno świeci. Terenówka. Nie zwalnia. Sunie ostro. Mija nas ze świstem i podnosi cały pył z drogi. Nastaje mgła. Teraz robi się, jak w „Śledztwie” Lema. Mgła zmieniająca pracownika masarni w nekrofila. Zła mgła. Wreszcie opada. Ale zostawia mi w głowie ideę! Selfie z Ramonem! Próbujemy w locie. Nie, drugiej masakry tej nocy nie przeżyję. Stajemy, pod nijakim światłem, przy jakiejś budzie. Na poboczu. I tu mamy dowód…

Życie jest, jak jazda motoconcho, nigdy nie wiesz co cię spotka.

[Wtajemniczeni wiedzą, że lękam się psów. Tak wyszło. Indiana Jones fajdał kalesony w kontaktach z wężami, ja mam podobnie z psami, szczególnie takimi, które chcą mi odjąć kończynę…]

Niebiański „Henryczek”

Bardzo lubię jeździć do zachodniej Dominikany. Jest mało-turystyczna a w powietrzu ma jakąś wibrującą magię. Dobrze mi się tam oddycha – też w sensie trochę metafizycznym. Im bliżej granicy z Haiti, tym robi się ciekawiej, przestronniej, podróż zbliża się do jakiegoś sedna. Lubię tam wracać. Tamtejsza Dominikana żyje dla siebie a nie dla przyjezdnych. Zresztą ciągle niewielu bierze ją pod rozwagę. A ta ma dość charakteru i godności, mimo że ekonomicznie raczej odstaje od reszty kraju. Poza tym jest na pewno urocza. Mówię o niej „dziki zachód” lecz bez żadnych szkodliwych podtekstów. Jeśli w tej części jest dziko, jest to dzikość wciągająca. Wyjazd w tamte rewiry odkładam na koniec każdej wyprawy, zostawiam sobie na deser. Osada Enriquillo – czyli „Henryczek” – leży na styku prowincji Pedernales i Barahona. W niej się zatrzymamy. Zazwyczaj docieram tam, jadąc wzdłuż wybrzeża na pace jakieś terenowej fury. Często w sezonie huraganów robi się w Enriquillo bardzo groźnie. Rejon ten zwykle mocno obrywa. Potem jeszcze mocnej oberwie Haiti. Poza tym jest spokojnie i raczej zjawiskowo…

Na komisariat czy na autobusowy dworzec?

Do Barahony z Santo Domingo zawsze wyjeżdżam rano, pierwszym możliwym autobusem, jakoś po szóstej. Scenariusz zawsze jest ten sam. Biorę taksówkę bo carro público jeszcze „śpią”. Ulice miasta są puste a przyjemny chłodek wnika do auta przez uchylone okna. Szofer czasem powie to i owo, czasem o coś zapyta ale jak nic nie mówi a tylko zapuści radio, też jest dobrze. Czasem szofer wygląda, jakby nie chciał gadać, to ja też się nie narzucam. Tym bardziej, że muzyka, czy z rana, czy w południe, czy pod wieczór, zawsze ma ten sam, przyjemny smak. Kiedy w eter wchodzą wiadomości, to szofer całkiem przycisza albo zmienia kanał, jakby spodziewał się czegoś złego, jakiegoś feralnego newsa, którego i on, i jego pasażer nie chcieliby wysłuchiwać o tak wczesnej porze. Jak tylko spiker mechanicznie powie, co ma powiedzieć, wraca muzyka, i wracają głośniejsze bity bo szofer to zarazem didżej. Może coś się gdzieś wydarzyło, może diabli wzięli kawał świata, lecz my o tym nie wiemy, i nie chcemy wiedzieć, przynajmniej na razie. Jedziemy w błogiej nieświadomości. Nieraz gwałtownie zatrzeszczy CB-radio. Ale szofer musi mieć łączność, więc trzeba przeboleć. Taki szczekający odbiornik może się kojarzyć z radiowozem i lądowaniem na komisariacie a nie na dworcu autobusowym. A tam właśnie jadę. Żaden szofer nie pomyli drogi, gdy mu się powie: „Caribe Tours, por favor!”.

Kiedy tak z wolna nastaje wielkomiejski świt, kolorując wyłaniające się z mroku Santo Domingo, to najchętniej bym jechał tą taksówką i jechał, słuchając tej czy innej, sączącej się z głośników bachaty albo salsy bo w Dominikanie salsa coraz popularniejsza; i do słuchania, i do tańczenia. Ale trzeba płacić i wysiadać. Terminal Caribe Tours uwielbiam, jeśli w ogóle w kategoriach wielbienia można traktować takie miejsca, jak autobusowy dworzec, taką aortę latynoskiego city-molocha. Co więcej, zaszedłbym tam o każdej porze, nawet bez konkretnych wyjazdowych planów. Z jednego powodu: dają tam najlepszą kawę na świecie!

Kawa prowadząca do autobusu (albo do orgazmu)

Jeśli dotąd nie przyszło wam do głowy, że na dworcu można wypić coś, co chociaż trochę przypomina prawdziwą małą czarną, macie przed sobą rekomendowaną próbę w Santo Domingo. Oferta takiego, dajmy na to, Starbucks’a czy innej sieciówki to szczyny lucyfera po ostrej libacji. Za to wypicie prawdziwej kawy, czyli wypicie kawy dominikańskiej u jej źródła, kawy aromatycznej, mocnej, słodkiej, lanej a właściwie wyciskanej do plastykowego „naparstka” prosto z termosu przez latino-babcię lub latino-dziadka, którzy tę kawę z sercem w domu zaparzyli i przynieśli sprzedawać pod główne dworcowe wejście – tak moi drodzy – wypicie tej kawy z czasem traktować będziecie, jak rodzaj rytualnej krypto-masturbacji.

Płacę za „czarnulkę” jakieś pięć do dziesięciu pesos, czyli jakieś 4 do 7 groszy(!) i wypijam duszkiem, od razu nabierając krzepy. Proszę o jeszcze jedną, a doña szczęśliwa, wyciska mi z termosu następną porcję. Do tej kawy przydałaby się empanada. Widzę człowieka, który je sprzedaje. Ma ich całe „terrarium”, bo jak inaczej nazwać solidny szklany prostopadłościan, z dyndającą w środku zapaloną żarówką. Ona trzyma emapanadas w odpowiedniej temperaturze. Mam ochotę na jedną z serem i jedną z jajkiem. Trzeciej, z kurczakiem, już pewnie nie zmieszczę. A też wygląda smakowicie! Czas iść do kasy, robi się kolejka. Mówię, gdzie chcę jechać, podaję wyliczone pesos. Na bilecie a raczej paragonie zawsze jest napisane, jak zwie się kasjerka i zawsze ta godność ma co najmniej trzy człony, jak np. Guadalupe Natera Vasquez. I to ona raczy mnie uśmiechem, życząc buen viaje – szczęśliwej podróży.

Na peronach zawsze zalega duszne powietrze, porządnie zaczadzone spalinami. Do tego wyją silniki. Kierowcy zostawiają busy na chodzie. Lepiej posiedzieć w poczekalni i obejrzeć skróty bejsbolowych rozgrywek albo powtórkę z telenoweli. Potem można się wygodnie rozsiąść, bo Caribe Tours dają taką możliwość. Niektóre z najnowszych busów mają fotele lepsze od lotniczych. Caribe Tours dociera prawie wszędzie, nie jeździ tylko do wschodniej Dominikany, tam transport wygląda inaczej.

Jadę więc do Barahony, za jakieś trzy godziny z hakiem będę na miejscu. W autobusie napisano, że nie można jeść ale i tak niektórzy coś tam dojadają. Kierowca – zresztą bardzo elegancki señor w żółtej, firmowej koszuli – niczego nie widzi, bo siedzi szczelnie odizolowany od rzeszy pasażerów, za domkniętymi drzwiami. Wszystko po to, by tym pasażerom zapewnić klimatyzację, tj. napuścić im tyle lodowatego luftu, ile wlezie. Dlatego przydaje się polar, o czym już kiedyś ostrzegałem. Gdyby chociaż muzyka dodała kilka stopni ciepła, ale gdzie tam! W Caribe Tours nie ma salsy, nie ma merengue, nie ma bachaty. O reggaetonie można zapomnieć. W Caribe Tours ciągle nadają (i człowiek gotów pomyśleć, że mają to wpisane w misję firmy) same pompatyczne melodie z gatunku música romántica. W zasadzie wszystkie idą na jedno kopyto. Po kilku godzinach takiego odsłuchu człowiek ma ochotę się z miłości… zabić.

Dominikana czyli Meksyk i Afryka, i lepsza niż Hollywood

Na szczęście za oknem widać pierwsze zadziorne sukulenty, bo krajobraz w okolicach Azúa zaczyna się zmieniać. Od teraz można się powoli przyzwyczajać, że Dominikana również nadaje się do kręcenia westernów albo może i melodramatów w stylu – „Miałam w Afryce farmę u stóp gór Ngong”. Tyle, że do ekipy filmowej nie podpełźnie żaden skurczybyk z grzechotką na końcu ogona i nie zaczai się w chaszczach wygłodzony król lew. Kiedyś już pisałem, że zmienność dominikańskiej flory potrafi zadziwić i zdezorientować. Naraz nie widać ryżowych pól, nie widać plantación de plátano czy gajów palmowych. Tutaj, im dalej na zachód, robi się sucho a pejzaż zmienia się w meksykańską prerię albo afrykańską sawannę. Przy Barahonie znowu wyrosną grzywiaste palmy a potem znikną, gdy wystrzelą góry Bahoruco. Albo palmowy las przejdzie w pole trzciny cukrowej. A ta ustąpi bananowym zagajnikom. I tak to się w kółko zmienia.

Więcej filmów rodem z Hollywood mogłoby powstać taniej – w Dominikanie. Dominikana to naturalne filmowe studio! Np. Francis Ford Coppola dał kiedyś dobry przykład. Po „Czas Apokalipsy” poleciał na Filipiny, które miały grać Wietnam, ale jak mu się przypomniało, że dobrze by było nakręcić te długawe, rzeczne sceny na łodzi, to już nie wracał w azjatyckie tropiki tylko skoczył właśnie do Dominikany i tam domknął sprawę – na Río Chavón – co na pewno jest swego rodzaju ciekawostką. Poza tym Republikę Dominikańską upatrzyli sobie taki Sydney Pollack, Robert de Niro czy Andy Garcia. Ale o tych panach oraz ich filmowych wyczynach w realiach tejże republiki kiedy indziej.

W Barahonie wysiadam po dziewiątej rano. Dobra pora by powtórzyć śniadanie. Nie wysilam się zbytnio. Biorę to samo, co kilka godzin wcześniej w stolicy. Poza tym w ofercie widzę właśnie tylko empanadas. Odpada dylemat osiołka. Buenos días, Barahona!. Zasiadam na ławce w Parque Central i patrzę na ludzi, a ludzie patrzą na mnie. Dokładnie wiem, co ma być dalej, lecz nie spieszno mi.

„Włoch”, bachata i ofiara gorączki sobotniej nocy

W pobliżu stoi hotel Los Hijos de Dindo, w którym wieczorem złożę kości, wymordowany upałem i całodziennymi wojażami. Zapytam nobliwego señora o wolny i cichy pokój na jedną noc. Señor odpowie, że takowy się znajdzie, weźmie mój paszport i zacznie z niego przepisywać wszystko, jak leci. Zaraz wręczy mi klucz, jak do zamkowej komnaty. Pójdę na górę, stwierdzając, że pokój przypomina izolatkę, co mnie cieszy. Izolatka oznacza ciszę. Rzucę się na łoże (dość wygodne) by nieco odsapnąć, włączę wiatrak, który zacznie drażniąco buczeć. Przyzwyczaję się, bo to w końcu hałas zależny ode mnie. Wyjrzę przez okno, by ocenić sytuację. Nic poza nieszkodliwą ulicą, po której jakiś wyrostek goni drugiego i coś tam pokrzykuje, ulicą, jaką zaczyna ogarniać zapadający zmierzch. Wezmę zimny prysznic i wyjdę na miasto by zjeść obiad z kolacją u „Włocha”. Z właściciela żaden tam Włoch. Ale będzie tak jakoś po włosku, ślisko zaczesany. Stąd taka ksywa. „Włoch” bardzo dobrze mnie nakarmi. Już zawsze będę do niego wpadał. Tym bardziej, że jak już człowiek usiądzie tam do stołu to nie musi się w ogóle ruszać, będą go obsługiwały ze trzy kelnerki, zwłaszcza gdy człowiek przyjdzie tam bezczelnie późno, i kelnerkom będzie zależało by człowiek, jak najszybciej zjadł, wypił, wypalił krótkie cygaro i sobie poszedł. Stąd taka zmasowana, ekspresowa obsługa. A „Włoch” tylko stoi przy kasie, coś tam liczy i obserwuje. Można powiedzieć, pociąga za sznurki. Nie dowiem się, jak smakują inne dania z „włoskiego menu”, bo tylko ryżu z kurczakiem tam spróbuję – w czasie tej uczty i każdej następnej w przyszłości. Być może kiedyś się okaże, że „Włoch” sypie do tego ryżu, jakieś uzależniające prochy. Do cygara zamówię jeszcze jedną kawę. Kiedy jedna z kelnerek poleci realizować moją zachciankę, kątem oka dojrzę, iż dwie pozostałe prawdopodobnie naradzają się, jak mnie wykończyć, nie narażając się przy tym swemu pracodawcy. No dobra, wypiję kawę, zapłacę i wyjdę…

W colmado na rogu kupię piwo. Sprzedawca będzie wyglądał na Chińczyka. Nie zdziwię się. Chińczycy trafiają się wszędzie. Połowę Presidente wypiję w drodze do hotelu, połowę w czasie pogawędki z recepcjonistą. Znowu wejdę na górę, znowu rzucę się na łóżko, na chwilę zamknę oczy. No i wtedy się zacznie. Ten cały łomot z głośników rozstawionych na ulicy, na dole, pod moim oknem. Przypomnę sobie, jaki jest dzień. Będzie sobota. Dominikańska ulica, choćby nie wiadomo, jak spokojna i leniwa była zazwyczaj, nie zmarnuje weekendowej fiesty. Gorączka sobotniej nocy zdarzy się naprawdę. A ja będę jej ofiarą. Zapach wszelakiej smażeniny, piwa i rumu będzie szedł do nieba, radując kogo tam trzeba. A mi najpierw pęknie głowa, potem usłyszę najlepszą bachatę pod słońcem – Es tan dificil i wreszcie zasnę w jakiejś obłędnej pozycji pacjenta z wariatkowa, ze dwie godziny przed zapianiem koguta. Rano pomknę oglądać „park jurajski” nad słonym Jeziorem Enriquillo. Lecz to się wydarzy dopiero za ponad dobę. Za to teraz wyjdę z parku, w którym wciąż siedzę i patrzę na ludzi a oni na mnie i pójdę tam, gdzie najłatwiej mi będzie złapać jakąś guaguę albo inny okazyjny transport w stronę – także Enriquillo – tylko nie jeziora a wioski…

Niedoszłe sceny kryminalne w „Raju”

Właśnie już tam jadę, do Enriquillo. Jadę na nieco chybotliwej pace mini-ciężarówki daihatsu. Załapałem się, jako autostopowicz. Cała droga z Barahony wzdłuż wybrzeża jest zjawiskowa. Daihatsu jedzie szybko ale pewnie. Widać kierowca zna dobrze tę trasę. Zakręty mija z nabytą wprawą. Klaksonem przegania opieszałych. Czasem trąbi, jakby kogoś pozdrawiał. Wiatr coraz mocniej smaga moją twarz, ledwo łapię oddech, chowam się za kabiną, siadam tyłem do kierunku jazdy, patrzę. W Paraiso, czyli w „Raju” muszę zmienić środek transportu bo daihatsu gdzieś tam skręca. Wcześniej słyszę przestrogę, że mam się pilnować, bo w okolicy kręcą się złodziejaszki i rozmaite podejrzane typy. W „Raju” mają mnie np. obrabować?? Nie wierzę. Stoję i czekam, aż coś innego kiedyś podjedzie…

Miejscowi zaczynają mnie ostentacyjnie lustrować. Może od razu planują, jak podzielić przyszły łup. Najpierw zbliża się do mnie jakiś młody macho. Niedobrze. Ma muskuły, zbyt pewny krok, zbyt gangsterskie łachy i wzrok notorycznego zabójcy. Czyli na kradzieży się nie skończy. Wszystko się zaraz skończy! Macho jakoś zapomina mnie zlikwidować, tylko uprzejmie pyta skąd jestem, po co tu jestem, jak długo tu jestem, w sensie jak długo w Dominikanie. Uff, to chyba jakiś zwiadowca. Mam jeszcze czas by pożyć. Wybadał mnie i sobie poszedł, poprawiając portki w kroku. No ale gość z taką aparycją ma być tylko zwiadowcą? Nie było ostatnio awansów? To w takim razie ja sobie stanowczo nie życzę poznawać głównego egzekutora! Nie zniosę widoku jego facjaty – pewnie będzie to Danny Trejo po czołowym zderzeniu z Charlesem Mansonem.

Jednak ten nieuchronnie nachodzi. Dogadał się z tamtym młodym i teraz zabiera się do swojej mrocznej partytury. Jezu, wybrali wioskowego mędrca, biednego kuśtykającego starowinę, by mnie zgładził. Może on udaje chromego by wzbudzić moje współczucie. Co za maniery! Czuję się, jak we śnie, chcę uciekać ale nie mogę, nogi mam zatopione w krochmalu. Starzec pyta, czy mam aparat. No to się zaczęło. Pewnie dziadek nie chce go zapaprać juchą, gdy będzie mi robił rachu-ciachu. Odpowiadam, że mam, wspaniałomyślnie to udowadniając. To lepiej, żebym go schował bo ludzie są różni, słyszę. Że jak? Namaszczony spec od mokrej roboty daje mi znaki bym pilnował sprzętu bo mi go złupią, gdy on mnie tu zaraz na cacy załatwi? No przyznajcie – trudno dzisiaj o takich dżentelmeńskich kilerów.

Trochę to dziwne ale na swój sposób dające cień szansy, że jednak przeżyję i być może dojadę do tego Enriquillo. A te zdjęcia, które robię, to komu pokażę, dopytuje dziadek. Bierze mnie pod włos. Robię je dla siebie, odpowiadam. Aha, ripostuje sucho dziadek. Wreszcie zza zakrętu wyłania się pękata guagua, co szczęśliwie kończy psychodramę. Guagua staje jakieś pięćdziesiąt metrów ode mnie, zwykle tam właśnie musi stawać. Kierowca nabzdyczył się, że nie jest panem sytuacji, i że musiał podjechać do mnie, bo ja nie podszedłem do niego, kiedy i tak miał jechać w moim kierunku. Może kobieta go w nocy nie dopuściła, albo ktoś mu już zdążył napsuć humoru od rana. Tak czy inaczej, wsiadłem i odetchnąłem, że ten cały „Raj” nie zmienił się w mojej obecności w jakieś tam piekło.

W sumie absurdalna sytuacja. I często powtarzana. Czy w Santo Domingo, czy gdzieś daleko od stolicy. Dominikańczycy potrafią dramatyzować, przesadzają z tym brakiem bezpieczeństwa, choć z pewnością, chcą jak najlepiej dla przybysza z innej bajki. Ostrzegają go na wyrost, roztaczają ponure wizje, wyolbrzymiają zagrożenie, nierzadko popadając przy tym w groteskę. A przybyszowi zaczyna się to w końcu źle udzielać. Mnożą mu się w głowie urojenia. Niepotrzebnie.

Tymczasem, zbliżałem się do celu. Jeden ze współpasażerów spytał mnie znienacka, czy kiedyś już byłem w Enriquillo. Nie zdążyłem odpowiedzieć, gdy ten szybko dodał, że tam jest, jak w niebie, że zaraz zobaczę. Tak to właśnie ujął. Był wyraźnie przejęty, że mi to powiedział, że się pochwalił tym całym Enriquillo. To chyba szczera rekomendacja, wypływająca gdzieś tam z duszy, kto wie. No bo kto tak mówi, kto uderza w taki patos, siedząc ściśnięty, jak sardyna w przepełnionym mini-busie. Wtedy oślepiła mnie jasność oceanu. Być może tak wygląda niebo, jak tutaj w Enriquillo. Mogłoby się podobać, jest piękne ale i ludzkie, czyli nie takie znowu idealne, poza tym na razie jest bliżej ludzi, bliżej niż by się mogło wydawać…

Kulawy złodziej

Któregoś dnia, zaraz po opuszczeniu redakcji, w której pracowałem dla Jorgego, planowałem ruszyć do Boca Chica. To dość znane miejsce, niezbyt daleko od Santo Domingo, znane z rozrywek wszelkiego sortu. Jedzie się tam z miasta samym brzegiem Morza Karaibskiego, autostradą Las Americas. Boca Chica chwali się dobrą plażą. Można tam zjeść rybę, wypić drinka, czasem dostać po gębie. Gości sporo cudzoziemców, polujących na miejscowe chicas. Trochę się wahałem, bo psuła się pogoda. Od rana było pochmurno, duszno, zanosiło się na deszcz. Każda plaża, choćby najbardziej bajeczna zmienia się podczas ulewy w smutny padół. W tropiku najbardziej nie znoszę takiego ciemnego, ciężkiego nieba wiszącego godzinami na światem. Co innego przelotne ulewy, te lubię, są krótkie, intensywne i odświeżające, trwają około… dwóch piw w najbliższym barze.

Minibusa, czyli typową dominikańską „puszkę sardynek”, zwaną guagua złapałem gdzieś przy Parque Independencia. Ta sunęła wolno, była dopiero w połowie wypełniona, wciąż zbierała pasażerów. „Łapacz” wydzierał się na wszystkie strony, podając nazwę miejsca docelowego i kilka kluczowych punktów na trasie. Ludzie dosiadali się stopniowo.

Kiedy przebijaliśmy się przez ścisk aut i pieszych, w rewirach Małego Haiti, usadowił się koło mnie facet o niezbyt przyjemnej aparycji. Wypisz wymaluj, notoryczny bandzior. Zapatrzony w mrowie sprzedawców na targu, przeoczyłem moment, kiedy wsiadał. Miał w sobie coś niepokojącego. Błyszczał od potu, zalatywał tanim tytoniem, psuły mu się zęby. Głęboka szrama w kształcie sierpa pod jego okiem tylko wzmagała moje złe odczucia. Nieco mi ulżyło, gdy się ze mną przywitał i po ludzku zagadał, co słychać. Napięcie jakoś zeszło. Co więcej, wtedy zauważyłem, że to inwalida. Z boku trzymał drewniane, dość zużyte kule, owinięte szmatami, by się wygodniej nosiło. Poprosił, bym bardziej uchylił okno. Próbowałem kilka razy, lecz bez skutku, okno się zablokowało. Uznał, że sam to zrobi.

Przysunął się do mnie, jak najbliżej, złapał za uchwyt przy szybie i tak się zaparł, tak się jakoś wyprężył, i tak mnie do ściany docisnął, że prawie mi tchu zabrakło. Za to okno wreszcie odpuściło i zaraz mieliśmy lepszy przewiew.

Inwalida nie jechał do Boca Chica. Wysiadł za mostem Ramóna Matíasa Melli, we Wschodnim Santo Domingo. Potem mijaliśmy duże targowisko. Zrobił się beznadziejny korek. Zupełny bezruch. Z prawej strony dochodził rozpaczliwy lament, jacyś ludzie przekrzykiwali się wzajemnie, machali rękami, przepychali się, niektórym puszczały nerwy. Przyjechała policja na sygnale. Dwa radiowozy ledwo wyhamowały przed pierwszymi z brzegu straganami. Kilka minut wcześniej na targowisku zabito dwie osoby. Zastrzelono dwóch handlarzy. Ponoć jakieś gangsterskie porachunki. Dołączyła do nas Mulatka w średnim wielu, blada z przerażenia. Od niej usłyszeliśmy, co zaszło. Widziała tych zabitych. Była zszokowana ilością krwi. W końcu guagua ruszyła dalej. Korek ustąpił. Pasażerowie siedzieli przez dłuższą chwilę w milczeniu. Potem znowu się rozgadali, a kierowca puścił merengue. Taki jest tamten świat. Życie. A zaraz obok śmierć. Lecz przede wszystkim życie…

Dojechałem do Boca Chica i wtedy wszystkiego mi się odechciało, Zaczęło lać, chmura się urwała. Łażenie po tej mieścinie, jak i po plaży straciło sens. Mogłem nie wyjeżdżać z Santo Domingo. Kiedy przeszło, chciałem natychmiast wracać. Nawet piwa nie dokończyłem. Zrobiłem jedynie parę zdjęć, w pośpiechu, bez wyrazu. Spojrzałem na jakieś mizerne podróbki haitańskiego malarstwa. Sprzedawca nie pytał, że czy mnie to interesuje, czy chcę cokolwiek kupić, był zajęty jedzeniem. Nieźle pachniało.

W drodze powrotnej rozpadało się jeszcze bardziej. Siedziałem jakiś przygnębiony przy zaparowanej szybie. Do stolicy wjeżdżaliśmy w potokach deszczu. Na wysokości tego samego targowiska, gdzie wcześniej rozegrał się dramat, bura woda zalewała koła naszej guaguy, zmieniając ją prawie w amfibię. Wysiadłem na Avenida Mexico. Brocząc w kałużach, szukałem casa de cambio, czyli kantoru. Zamierzałem sprzedać dolary, gdyż ostatnie pesos wyszły mi na kurs z Boca Chica. Potrzebowałem pesos. Znalazłem kantor. Sięgnąłem do bocznej kieszeni spodni, by wydobyć trochę „zielonych” na wymianę. Nie było ich tam. Nie było ich w żadnej innej kieszeni. Ani w spodniach, ani w koszuli. Każdą przegrzebałem. Zajrzałem też do plecaka. Na próżno.

Dobrze wiedziałem, że dolary musiałby leżeć dokładnie w spodniach, bo rano je tam wcisnąłem, zabezpieczyłem. Ta kieszeń był pewna. Dotąd mnie nie zawiodła. A jednak dolary zniknęły. Rozpłynęły się w powietrzu. Albo… wziął je ten rzekomy inwalida z blizną pod okiem. On je wziął, łajdak. Później to do mnie dotarło. Padłem ofiarą kulawego złodzieja.

W tej sytuacji brakowało mi forsy na jakikolwiek transport do hotelu. Ze starówki do dzielnicy Bella Vista jest spory kawałek. Na trasie krążą carros públicos. Mogłem iść na piechotę i pewnie bym kiedyś zaszedł, może przy pewniejszej pogodzie. Musiałem znaleźć inne rozwiązanie. Żebranie odpadało. A może powinienem spróbować, zważywszy na to, że przemoczony, jak szczur, prezentowałem się znacznie gorzej, niż większość tych wszystkich „dziadujących”, którzy zazwyczaj próbowali ode mnie co nieco wyciągnąć. Wpadłem na inny pomysł.

Poszedłem poprosić o kilka pesos pożyczki pewną starszą señorę, która parokrotnie sprzedawała mi empanadas i soki ze świeżych owoców. Ostatnim razem piłem u niej sok z tamaryndowca. Pamiętała mnie. Nie musiałem jej dwa razy powtarzać, co mnie spotkało. Dała mi od ręki czterdzieści pesos. Starczyło, by dojechać do hotelu, by zakończyć ten feralny dzień. Nazajutrz zwróciłem jej dług. I znowu napiłem się soku. Z guajawy. I coś tam przekąsiłem, ku radości starszej pani. Dominikańczycy to wspaniali ludzie, mimo wszystko.

Farsa pod akacją

Posterunku pilnowało dwóch dominikańskich soldados. Siedzieli pod akacją, na plastykowych krzesłach. Czekali aż do nich podejdziemy. Nie śpieszyło im się z niczym. Sprawdzali raczej pojazdy jadące w przeciwnym kierunku, głównie węszyli za przemytem ludzi, łapali Haitańczyków z lewymi papierami, albo bez papierów. Mieli karabiny, amerykańskie M-16, nosili panterki, wyglądali, jak marines wymęczeni upałem. Rodolfo nawiązał z nimi rozmowę, wspomniał o naszych planach, pochwalił się swoją nową rolą. Jeden z wojskowych podniósł się i przywitał. Spytał, czy mamy wodę. Mieliśmy jakieś ćwierć litra. Uważał, że potrzebujemy więcej, miał rację. Zaoferował, że przeleje nam trochę swojej. Poszliśmy w stronę betonowego ni to kiosku, ni to bunkra, gdzie żołnierz odnowił nam zapasy lodowatej agua.

Wtedy zauważył mój zegarek.

Czarny casio, znoszony, z ponad dziesięcioletnim stażem. Spodobał mu się. Podziękowałem. Zażądał, abym zdjął go i dał mu w prezencie. Myślałem, że żartuje, skwitowałem to uśmiechem. Nie żartował, ponowił żądanie. Odmówiłem bez namysłu. Rodolfo spojrzał na mnie, upewniając się, czy rozumiem, czego tamten ode mnie chce. Dobrze rozumiałem. Tylko, że ten zegarek dostałem kiedyś od ojca i nie mogłem go podarować komu innemu. Wyklarowałem to wojakowi, na spokojnie. Była w tym logika, co więcej, była w tym cała prawda. Uznałem, że to załatwi sprawę, że tamten odpuści. Nic z tego. Żołnierz dalej chciał ten zegarek. Nagle zmienił ton, wyraz twarzy, prześwidrował mnie wzrokiem i przyłożył mi lufę M-16 do brzucha, poczułem ją nazbyt wyraźnie.

Dziwnie się porobiło. Kapuściński pomny doświadczeń, zdaje się, kongijskich radził, aby się wtedy nie ruszać za nic w świecie, Cejrowski pomny doświadczeń, zdaje się, gwatemalskich pisał, że narobił w spodnie. Ja nie zdążyłem. Ani się poruszyć, ani zrobić pod siebie. Po prostu, sparaliżowało mnie. Rodolfo musiał stać obok, zaległa cisza, mało komfortowa. Nie pamiętam, ile to trwało. W tamtejszym skwarze czas się wydłużał. Los mi jednak sprzyjał. To była jakaś farsa, którą zakończył drugi soldado. Podszedł do kumpla, odciągnął go, sprawił że ten przestał w mnie mierzyć. Napięcie wtedy zelżało, sytuacja oczyściła się, ale ciało miałem dalej sztywne, do ciała nie dotarło, że już po wszystkim. Jakby z poślizgiem, dopadł mnie strach. Tamci ryknęli śmiechem. Dopięli swego – przestraszyłem się. O to im chodziło.

Dominikańczycy potrafią żartować, znani są z tego. Tylko tam, w palącym słońcu, przekonałem się że, ich żarty mogą nie mieć granic. Ten żartowniś od „farsy z karabinem”, spytał jeszcze, czy kiedyś wrócę w tamte rejony. Skłamałem, że będę z powrotem za pół roku. „No to przywieź mi taki zegarek”, rzucił. I znowu zrobiło się wesoło. Nie każdemu. Tego żołnierza-wybawiciela poklepałem po ramieniu, raczej odruchowo, może było to nieme muchas gracias. Podziękowałem im także za wodę. Potem się bardzo przydała, gdy Rodolfo ciągnął mnie po okolicy, udając że zna się na iguanach.