Archiwum kategorii: Latynoska ulica

Panama i fiesta

3 listopada Panama wyszła na ulicę, aby świętować Día de la Independencia, czyli „Dzień Niepodległości”. Uwielbiam taką ulicę, szczególnie latynoską. Tę jej żywotność, spontaniczność, bezład. Kiedy tańczy, wiwatuje, śle energię na prawo i lewo. Kiedy eksploduje namiętnościami. Zawsze mam to samo. Muszę poczuć jej rytm, temperaturę, cielesność; posmakować esencji; znaleźć się gdzieś w środku; ogarnąć ten mikrokosmos zdarzeń spojrzeniem, bądź obiektywem. W tym oszołomieniu czuję, że żyję. Widzę, jakich ludzi ma ten kraj; jaką dysponują siłą, jakim charakterem; jak potrafią się bawić, bo szaleństwo zabawy demaskuje każdego.

Parady, marsze, choreografie przeróżne, huk bębnów, łoskot trąb, wszędzie tres colores panamskiej flagi, wszędzie w powietrzu smakowity zapach smażeniny, wszędzie policía. Tylko piwa nie sprzedają w to święto, zwłaszcza w rewirach, gdzie huczy główny festyn, tak oficjalnie dogadane; ani Balboa, ani Panamá, żadnego. Mundurowi pilnują. Ludzie piją wodę (która jest w cenie piwa, 1$) i coca colę. Taki porządek. Trzeba uszanować. A potem wrócić do siebie, do dzielnicy bez zakazów i tam już w barze za rogiem legalnie nadrobić, ile można. Bo wieczorem to już wszystko można…

Skąd ta panamska fiesta, skąd to uliczne fetowanie? Oto krótka historia dla zabieganych w internecie…

Najpierw Bolívar

114 lat wcześniej, 3 listopada 1903 roku Panama oddzieliła się od Kolumbii. Była jej zachodnią prowincją-departamentem od 1821 roku. Wcześniej wyszła spod panowania Hiszpanii, lecz nie stała się państwem niezależnym. Wielu jej obywateli pragnęło blasku Simóna Bolívara. Ten miał wizję. Dążył do utworzenia federacji państw powstałych z rozpadu hiszpańskiego imperium kolonialnego w Ameryce Południowej. Była to nadal wizja kusząca. Dlatego włączono Panamę w skład Wielkiej Kolumbii. Nie minęło dziesięć lat, jak doszło do pierwszej rebelii i próby secesji. Wziął się za to niejaki José Domingo Espinar przyjaciel i towarzysz broni Bolívara. Wcześniej cięli razem hiszpańskiego ciemiężyciela. Tyle, że Espinar urodził się w Ciudad de Panamá, był Mulatem i miał za sobą panamską, kolorową biedotę. Pomyślał o własnym kraju. Wolnym kraju. Udało mu się przejąć kontrolę nad miastem swego urodzenia i ogłosić niepodległość pod koniec 1830 roku. Wtedy jednak stracił dobrą passę.

Jego ambicji nie podzielali miejscowi biali bogacze. Przeczuwali, że nastaną rzezie na tle rasowym. Podobne miały miejsce przed trzema dekadami podczas rewolucji na Haiti. Nie poprali wywrotu. Wezwali na pomoc kolumbijskie wojska. Niecały rok później rebelię wygaszono. To była pierwsza nieudana próba. Nie poprzestano na niej. Po tym, jak Stany Zjednoczone wybudowały przecinającą Przesmyk Panamski linię kolejową Panama Railway, łączącą Atlantyk z Pacyfikiem, większość opłat za prowadzenie tego biznesu była odprowadzana do kolumbijskiej centrali – Bogoty. Stanowiło to konkretny powód, aby się zbuntować. Ponadto, podniesiono drastycznie podatki, co uderzyło w miejscowych ciułaczy. Za rewoltę wzięli się ponownie Mulaci. Nieskutecznie. Tym razem, przegrali z siłami kolumbijsko-amerykańskimi (Jankesi pilnowali neutralności w regionie).

Wpuszczeni w kanał

Potem padły marzenia Francuzów o połączeniu dwóch oceanów kanałem żeglownym. Projekt Ferdinanda de Lessepsa (jegomościa, którzy przeorał Egipt, dając światu Kanał Sueski) zbankrutował i skończył się tzw. „aferą panamską”: wkłady inwestorów były warte tyle, co psie gówno. Przekopywanie Przesmyku stanęło. Tropikalny klimat i zjadliwe moskity skutecznie wypunktowały budowniczych. Wstrzymało to również biznesy ulokowane wokół idei budowy kanału. Dotąd sute zyski przysłaniały prywaciarzom myślenie o rewolucji. Tą zajmowała, jak zawsze, głównie uboga i robotnicza brać. Tutaj przeważnie mulacka. Kapitaliści pilnowali swych majątków i nabijali kabzę. Kto im bronił?

Kiedy skończyło się zarabianie i zaczęło dziadowanie, zmienili orientację i chwycili za broń. Podczas kolumbijskiej wojny domowej zwanej Guerra de los Mil Días („Wojna tysiąca dni”), prali Kolumbijczyków, jak i gdzie się dało. Kiedy zaprzestano starć i nacjonaliści w miastach odpuścili, ludność wiejska walczyła dalej. Nietrudno się domyślić, że miała swojego lidera. Był nim dziarski młodzieniec Victoriano Lorenzo, w którego żyłach płynęła krew autochtonów z prowincji Coclé. Niestety, skończył tragicznie; schwytano go i rozstrzelano. Nie dożył czterdziestki. W annałach zapisał się, jako panamski bohater-męczennik.

(Nie)podległość…

Trzyletnią kolumbijską wojnę domową wygrali w 1902 roku konserwatyści. Panama zaś hołubiła liberałów. Wtedy jednak pogorszyło się na linii Stany Zjednoczone – Kolumbia. Najpierw oba państwa sygnowały traktat dający USA prawo do budowy kanału między-oceanicznego (po wspomnianej francuskiej klęsce) oraz użytkowania go w perspektywie 100 lat. Do wejścia w życie „paktu” potrzebna była jego ratyfikacja przez kolumbijski parlament. Tamtemu niezbyt się spieszyło. Tymczasem, zniecierpliwione USA, rządzone prze Theodore’a Roosevelt’a szukały alternatyw. Wśród Panamczyków, którzy im sprzyjali znaleźli swojego człowieka. Był nim Manuel Amador Guerrero. Najbardziej lobbował za niepodległością Panamy, uruchamiając machinę masowej agitacji.

2 listopada 1903 roku do położonego na karaibskim wybrzeżu portu Colón wpłynęły, bodajże  dwa, amerykańskie okręty wojenne. Dzień później Panama stała się krajem, jakby samodzielnym. Ponoć, jedyne ofiary tego przewrotu to przypadkowo zabity Chińczyk oraz osioł. Niepodległość ogłoszono 3 listopada w mieście Panama.

O „jakości” tego usamodzielnienia świadczył fakt, iż w rezultacie kolejnego traktatu (Hay–Bunau-Varilla) obszar Kanału Panamskiego przepisano na wieczne użytkowanie przez USA, a Panama stała się jankeskim protektoratem. Do czasu. Ale to już inna historia…

W każdym razie, Panamczycy celebrowali tę swoją niepodległość 3 listopada, od wczesnego ranka do późnej nocy…

I to jak celebrowali!

no images were found

Auto wycisk

W miastach takich, jak Santo Domingo, Santiago czy gdzieś na północnym wybrzeżu Dominikany rządzą na drogach wieloosobowe publiczne taksówki, tzw. carros públicos. To zwyczajne osobowe bryki, w dużej ilości stare toyoty, mazdy czy inne modele made in Japan sprzed lat, do których nagminnie wchodzi więcej typków, niż powinno wejść zgodnie z przepisami. Nie mówimy tu, rzecz jasna, o brykach odpicowanych, tylko prędzej o wyjeżdżonych truchłach, sto razy stukanych, obolałych ze starości, bez połowy bebechów. Jakież to potrafią być czasem totalne gruchoty, jakież zombie na czterech kółkach, z przebiegiem Ziemia – Księżyc. Wiele z tych maszyn jeździ o dziwo normalnie, inne tylko udają, że jeżdżą… Tak czy inaczej, pasażerów nie brakuje, bo carros públicos są w miarę tanie, łatwo dostępne i świetnie zorientowane muzycznie. Co więcej, można zacieśnić (i to dosłownie!) więzy towarzyskie

Łatwo rozpoznać carros públicos po typowych oznaczeniach na dachu, na sfatygowanych drzwiach, czy przedniej szybie (bywa, że solidnie strzaskanej). Wtedy też wiadomo, skąd i gdzie jadą. Ich trasy, tzw. rutas, są ściśle ustalone i zwykle dotyczą ważniejszych komunikacyjnych arterii w mieście. Szoferom wybitnie zależy na wydajnym przerobie pasażerów, stąd na trasie rządzi zasada: im większy ścisk, tym lepiej. Powietrze ma przez auto przepływać (i co najwyżej chłodzić pasażerów), a nie się autem wozić. Kto był w Dominikanie i korzystał z tej formy transportu, ten dobrze pamięta chwile ofiarnego dzielenia dyskomfortu ze współpasażerami: ściskanie ud, wciąganie rufy, skręcanie w precel rąk i nóg. W tym samym czasie, inne części anatomii (o których właśnie pomyśleliście) w potwornej ciasnocie gubiły pierwotny fason.

Można mieć o carros públicos złe zdanie i pluć na beton, widząc je w pobliżu, lecz nie sposób ich zupełnie zignorować. Trzeba im oddać jedno: są diabelsko przydatne, nierzadko wręcz niezastąpione, nawet gdy swą aparycją zbiega ze złomowiska, jasno komunikują coś zupełnie innego…

Siedem musi wejść

Szczęśliwą cyfrą dla każdego szofera w każdym krążącym po Santo Domingo carro público jest siedem. Oznacza ona, iż szofer zgarnął już komplet pasażerów i może wcisnąć mocniej gaz. Teraz obejdzie się bez specjalnego zwalniania, ciągłego trąbienia, dawania stojącym na poboczu ludziom sygnałów, że wciąż jest miejsce. Nastaje czas kiedy szofer sobie odpuszcza. I nie dlatego, że ma jakieś opory, że się martwi o przeciążenie auta, czy może myśli o kontroli drogowej. Nic podobnego. Chętnie by jeszcze kogoś wcisnął na dokładkę i dorzucił do sakwy syndykatu ekstra pesos. Tyle, ze pasażerowie mu na to nie pozwolą, bo chociaż ryby głosu nie mają, to sardynki zapuszkowane w carro público to nie leszcze i mówić potrafią dobitnie, co uważają.

Szofer ma jechać, nie kombinować za bardzo i wysadzać ludzi tam, gdzie akurat chcą. Carro público to taki rodzaj wieloosobowej taksówki, która zawsze na swej ustalonej trasie „od pętli do pętli” korzysta z przystanków na żądanie. Te istnieją jedynie… w głowach pasażerów i tylko od woli pasażerów zależy gdzie i kiedy się zmaterializują. Co oznacza, że znajdują się gdziekolwiek. Czasem ktoś od razu powie, gdzie ma zamiar wysiąść i szofer to zapamięta, i potem stanie, gdzie trzeba, bez dopytywania. Czasem żądanie wysiadki pojawi się znienacka, bo się na przykład chłop w baby apetyczne walory zapatrzy i wtedy kierowca daje po hamulcach, dobija do krawężnika a chłop się żegna, do baby cmoka i nie do końca chętnie wychodzi.

Szofer nie szachruje

Bywa, że płaci się tuż przed opuszczeniem auta, ale przeważnie wymagane pesos są wręczane szoferowi zaraz na wejściu, albo choćby w trakcie jazdy. Jeśli kierowca otrzyma wyliczoną kwotę to świetnie, jeśli musi coś tam wydać to wydaje, albo od ręki, albo gdy ma więcej luźnego grosza lub więcej swobody w ruchach. Toteż, gdy pasażer nie otrzyma od razu reszty nie piekli się, nie komentuje, tylko czeka, bo wie, że zwrot wnet dostanie. Jeśli pasażerowi brakuje w tej materii obycia, bo jest np. żółtodziobem, jakim niegdyś sam autor bywał, to może nieopacznie pomyśleć, że go szofer wycyckał. Ale to raczej mało prawdopodobne.

Taryfy są z góry ustalone i szoferzy trzymają się ich twardo. Poza tym cała pasażerska brać czuwa. Dominikańczycy są dość wrażliwi na wszelkie próby zrobienia kogoś na szaro, szczególnie gdy na pokładzie jedzie z nimi potencjalna ofiara, czyli obcy. Wiedzą, że szofer odda kasę białasowi, dobrze to wiedzą, ale po swojemu troszczą się o białasa, więc gdy szofer jakoś przedłuża sprawę to mu uwagę zwrócą, że białas czeka zbity z tropu i nie kuma o co biega, i trzeba białasa uspokoić.

Zamiast reszty kawa

Kiedy nadeszły już te czasy, że się białas w transporcie dominikańskim jako tako wyrobił i nawet stał fanem miejskiego śmigania w carros públicos, i kiedy mu się zdarzyło, że chciał tylko dwie przecznice podjechać, a mimo to bezmyślnie dał kierowcy tyle, że ten musiał wydawać na raty, bo na raz nie miał, i kiedy się białasowi spieszyło, bo już właśnie wysiadał a kierowca nie dokończył wydawania, to białas się z kierowcą dogadał, że ten mu nie wyda tylko kiedyś kawę postawi. I ludziska w aucie to podchwycili i z aprobatą głowami kiwali, że bien, muy bien, że białas taki na kawę łasy i wie czego chce. Nie szło przecież o gadanie dla samego gadania. Spora szansa na to, że na tego szofera się jeszcze trafi. Oraz na jego kawę. Za którą zapłaci grosze ale zawsze będzie to café dominicano, czyli konkretna waluta a nie jakiś żart…

Na jednym siądzie dwóch

Klasyczny rozkład pasażerów w przeładowanej publicznej taksówce to 1:2:4. Oczywiście, kierowca siedzi dokładnie na swoim miejscu, choć często nie jest to takie oczywiste, szczególnie, gdy w aucie dyskusja wrze, a dyskusje dominikańskie wymagają zagęszczonych czynności ruchowych, toteż nie można w pełni gestykulować i zarazem auto po bożemu prowadzić, z obiema dłońmi na kierownicy. Trzeba ich dla emfazy używać, co i rusz. Dlatego ktoś tam na górze, ktoś odpowiedzialny za „dominikański gatunek”, pamięta o tym i sprawia, że takie czy inne auto cudem przechodzi na autopilota.

Po prawej stronie kierowcy zalega, jak wiadomo, fotel dla pasażera: w teorii – jednego, w praktyce – dwóch. Z tyłu gnieżdżą się cztery osoby. Prawie nie słychać, jak postękują, gdy im nieznośnie ścierpną kończyny, bo w radiu huczy skoczne merengue. Oto szczęśliwa siódemka.

Jeśli ktoś wysiądzie i zwolni się siedzenie, to szczególnie z tyłu wszyscy poczują niewymowną ulgę, ale wówczas zniknie tempo przelotowe i wróci ślimacze, bo szofer znowu będzie skanował pobocza i na klienta polował, aby wyeliminować nierentowny luz…

no images were found

Polubić chickenbusy

Chickenbusy w Dominikanie, małe czy duże, rzęchy nadżarte rdzą i spękane od wilgoci, albo nówki sztuki z glanc połyskiem, mają swą unikalną nazwę i mało kto woła na nie inaczej. Są to lokalnej, a może i światowej sławy: guaguas. Można je lubić, albo przeklinać.

Jednak trzeba uczciwie przyznać, że wiele spośród tych guaguas, szczególnie wersje przeznaczone na „ekspresy”, czyli do połączeń dłuższych, międzymiastowych to wersje, rzec można, wypasione, zadbane jak należy. Takie mają niewiele do czynienia z chicken-, za to więcej z -busem. Ale i tutaj terminologia potrafi się sypać. Oto w modelu „high class” z klimatyzacją, na trasie rozciągłej i dość męczącej, jak przykładowo z Samaná do Puerto Plata, gdy w radio trzecią już godzinę grzmi niezmordowany pastor, siedzę z Bonitą obok ździebko onieśmielonego, młodego el gallero. To trener, mentor, właściciel… bojowego koguta (gallo de pelea). Dumnie wiezie swego podopiecznego na wieczorne walki do Los Charamicos w Sosúa.

Trzyma go na kolanach i czule głaska, jak berbecia. A kogucik ten wytworny, maści brunatnej, o zdrowych ślepiach i dziobie bez skazy, kuper ma upchany w starą poszwę i nie wiedzieć czemu, czy to w przewlekłym stresie, czy z natury do poszwy tej się, za przeproszeniem, częstokroć zesrywa. Co słychać, aż za dobrze gdyż jest to niezbicie typ męski, który swą obecność zaznaczyć lubi, jakkolwiek zestrachany. Pełna kultura, podłoga nieupstrzona, bo el gallero troskliwy i przewidywalny. Po kolejnej godzinie obaj wysiadają, życzymy im sukcesów w blasku areny, czy koguciego „mini Koloseum”. Zaraz sami dojeżdżamy tam, gdzie nam było dojechać a pastor w końcu mówi – amen!

Skazany na chickenbus

„Bóg może wszystko”, albo „Bóg jest miłością” – takie sentencje wyklejają kierowcy na przedniej szybie swoich guaguas. Za to, sam wehikuł woła często o pomstę do nieba. Lepiej, jak guagua ma wypisane „Jestem śliczną dziewczynką”. Z tymi minibusami w Dominikanie jest, jak z moskitami. Trzeba się do nich przyzwyczaić. Najpopularniejszy środek transportu w tym kraju zbawia codziennie niezliczoną masę przemieszczających się Dominikańczyków.

Ma zalety, co oczywiste, ale i potrafi być wystarczająco upierdliwy. W Santo Domingo staram się raczej unikać guaguas i przychodzi mi to łatwo. Natomiast, wybierając się poza miasto, nie mam wyjścia. Jestem na nie skazany. Wolę jednak pozostać „skazańcem” czynnym i powodowany instynktem samozachowawczym poznać ten „wynalazek” na tyle, abym to ja z niego korzystał, a nie on wykorzystywał mnie. Pamiętam, że rozgryzałem te guaguas, dowiadując się codziennie czegoś nowego. Ktoś może powiedzieć – „zaraz, po co ta filozofia, nie wystarczy wejść, siąść na tyłku i dać się zawieść do celu?” Wychodzi na to, że niekoniecznie.

Gdzie złapać guaguas?

Przeważnie jest tak, że to guagua łapie nas, a nie my ją. Każdy minibus ma obsługę pokładową, składającą się z co najmniej dwóch osób. Jedną z nich jest kierowca – el chofer – którego (choćby w teorii) powinno interesować to, co ma przed sobą; rozdziera klaksonem ten tropikalny „krochmal”, to parne tutejsze powietrze wymiksowane z miejskim czadem. Drugą jest tzw. naganiacz, czy biletowy, taki „konduktor” w typie wykidajły – el cobrador – którego zadanie bywa dość złożone.

Po pierwsze musi załatwić klientów na danej trasie. A robi to dosłownie „w biegu”. Kiedy guagua zwalnia, bo kierowca widzi skupisko ludzi przy jezdni, naganiacz wychyla się z pojazdu, nierzadko z niego wyskakuje i co sił w gardle wydziera się, recytując zazwyczaj kluczowe przystanki na trasie. Często brzmi to w stylu zapowiedzi walk bokserskich. „A-zua A-zua A-zuaaaaaa!” albo „Bo-ca Chi-caaaaaa”. Jeśli oczekującym ludziom pasuje, ładują się do środka. Jeśli nie jestem pewien, czy trasa obejmuje rewir do którego zmierzam, dopytuję się.

Naganiacz nie odpoczywa, bo teraz czeka go wywiązanie się z drugiej funkcji. Musi błyskawicznie ruszyć głową i tak usadzić ludzi, aby w busie na 12 osób zmieściło się ich ze dwa razy tyle. Zarządzanie „puszką sardynek” to jego specjalność. Chyba istnieje tu jakaś uniwersalna szkoła dla naganiaczy, bo jeszcze nie spotkałem takiego, któremu by to zadanie nie wyszło. Rezultat: zbita masa współpasażerów w całkiem dobrych nastrojach. Trzecią funkcją, jakiej musi podołać el cobrador,  jest pobranie opłat za przejazd. Czwartą zaś informowanie, gdzie aktualnie jesteśmy. Większość pasażerów doskonale wie, gdzie ma wysiąść. Ale zdarzają się takie „przypadki”, jak choćby autor, które nie zawsze do końca wiedzą. No hay problema!

Jeśli przed wejściem spytałem o miejsce, naganiacz je zapamięta – i nawet jeśli twardo zasnę przyklejony do szyby, lub kompana na siedzeniu obok – dotrę tam, gdzie mam dotrzeć. Nie ma innej możliwości. Oprócz naganiacza, miejsce mojej wysiadki zapamiętało też kilku innych pasażerów. Tworzy się zatem przyzwoite grono czuwających. 

Skupimy się na trzeciej funkcji naganiacza…

Jak płacimy za przejazd guaguas?

Oczywiście, gotówką. I to najlepiej odliczoną. Jeśli takowej nie mamy, naganiacz nie odstawi fochów. Wyda resztę, gdy będzie ją miał. To jest raczej pewne! Nie ma co panikować, nawet jeśli minęło już kawał czasu od zapłaty. Reguły są takie, że pieniądze wręcza się naganiaczowi już w środku, a nie przed wejściem. Wyjątek stanowią guaguas poruszające się w mieście, takie „przelotowe” minibusy zwane guaguas voladoras. Bywają obrazem nędzy i rozpaczy, trafiają się straszne klekoty: poobijane, powgniatane, wyłożone tekturą, z zapyziałymi, rozharatanymi fotelami na jakich ćwiczył miejscowy Kuba Rozpruwacz. Jeżdżą ustaloną trasą i zbierają ludzi tak długo, aż spuchną zapełnione po brzegi.

W takich płaci się odliczone pesos przeważnie od ręki. Zostałeś skasowany, masz spokój. Teraz módl się, aby truchło, które opłaciłeś nie rozłożyło się zawczasu. Jeśli to naganiacz decyduje, kiedy płacimy, wówczas odwraca się do pasażerów i ściąga ich wzrokiem. Gdy ma wystarczająco miejsca i może podejść do każdego z osobna, to podchodzi. Jeśli nie ma, ludzie nad głowami przekazują mu pieniądze.

O jakichkolwiek pomyłkach, a co lepsze „przekrętach” nie może być mowy. Naganiacze to jedni z najlepszych kasjerów, jakich wydała natura. Ponadto muszą być uczciwi wobec swych chlebodawców, czy kompanów z branży. Nie daj Boże, któryś z naganiaczy spróbuje dorobić na lewo, schowa jakieś pesos do własnej kieszeni tj. wykiwa kierowcę z takiego, czy innego transportowego federación, stowarzyszenia. Albo gdzieś na pętli, wykorzystując okazję, podkradnie pasażerów konkurencyjnej „linii”. Czym to się może skończyć wyczytałem kiedyś w lokalnej popołudniówce, wystarczył tytuł: Choferes machetean cobrador de guagua. Oczywiście, machetean to czasownik od rzeczownika maczeta. Ofiara przeżyła, ale trzeba ją było łączyć w całość w szpitalu.

Bywają trasy, na których może nas ogarnąć lekkie zdziwienie. Część zapłaciła za przejazd, a część – nie. My należymy do tej drugiej części. Dlaczego naganiacz nie bierze od nas forsy?

Kursy łączone

Nieraz jedną trasę obsługują dwa minibusy. Cena jest taka sama, jakby się jechało jednym, tyle że płaci się w busie… ostatecznym. Wygląda to tak: na trasie Boca Chica – Santo Domingo pierwsza guagua zatrzymuje się, z grubsza, w połowie trasy. Pasażerowie pod ścisłym nadzorem naganiacza z drugiego busa przesiadają się. Dlaczego pod ścisłym nadzorem? Ponieważ na przystanku przesiadkowym panuje niezła szkoła gladiatorów. Chodzi o to, aby jak najszybciej zapełnić drugiego busa i odjechać. A nie czekać. Busy „oczekujące” są już po części zapełnione, jedne mniej, drugie więcej i rękami swych niezmordowanych naganiaczy walczą o komplet. Kiedyś trafiłem na naganiacza, który w trymiga zgarnął wszystkich pasażerów z pierwszego busa. Nie pozostawił złudzeń, kto jest najlepszy. Dwaj pozostali w desperacji kopali w zderzaki swych niedopełnionych guaguas.

Nasz macho był natchniony. Robił swoje z pasją rzeźnika. A do tego, trzeba mu przyznać, był dość przystojny. Babki same do niego pobiegły. Dzięki jego niewiarygodnej sile przebicia zdążyliśmy przed wielką ulewą w Santo Domingo. Później siedziałem w barze, piłem Presidente i gapiłem na świat zalewany deszczem o kroplach wielkości pestek awokado. A następnego dnia pojechałem do San Cristóbal. Zawiozła mnie tam guagua.

Parada dominikańskich chickenbusów

no images were found

Amor na Malecónie

W Santo Domingo lał się żar na głowę, zawsze. Ratowałem się czapką „partyzanta lub policjanta”, rzadko uciekałem do cienia, rzadko sjestowałem, niemądry! Na nogach byłem już od kilku godzin. Wstawałem, jak Dominikańczycy, raczej bladym świtem. Najpierw, o piątej rano piał zwyczajowo kogut. Potem odzywał się pies, jakby chciał wyszczekać: „sąsiad, zamknij dziób!” Byli odseparowani, bo kogut by już nie piał. Tego koguciego budzenia nie zamawiałem, mogłem jeszcze swoje dospać, choćby do szóstej z minutami.

Po ostatecznym przebudzeniu, leżąc na wymiętolonym prześcieradle, przez kilka chwil wpatrywałem się w ogromny wiatrak na suficie, jak Martin Sheen w pierwszej scenie „Czasu apokalipsy”. Chodził łagodnie całą noc. Miałem szczęście, że taki mi się trafił, bo nie znoszę nieludzkiej klimatyzacji, paraliżuje mnie, zmienia w rezydenta chłodni. Poza tym, ten wiatrak urealniał tropik, w jakim się znalazłem. Zza okna dochodziły odgłosy szurania. Niżej, na dachu sąsiedniego domu, krzątała się starsza Dominikanka; przeważnie wieszała pranie, im wcześniej, tym lepiej. Nieco dalej rosło drzewo mangowe, rozłożyste, z dojrzewającymi owocami. Nie wyobrażam sobie tropikalnego ogrodu bez mangowca. Ten widok dobrze mnie nastrajał, jeszcze przed kawą, sokiem z marakui i ćwiartką soczystej papai.

Zaraz po śniadaniu, czy praktycznie od rana do wieczora krążyłem po mieście, przeszukując rewiry w poszukiwaniu tematów do zdjęć, działając jako fotoreportero independiente dla jednego z dominikańskich dzienników on-line, jaki prowadził Jorge. Roboty miałem sporo, lecz pomysłów i energii starczało na kolejne dni. Używałem raz po raz tanich carros públicos. Są niezawodne, to już wiecie, choć często wyglądają tak, jakby właśnie robiły ostatni kurs… na złomowisko. Bywało, że jechałem egzemplarzem bez kawałka przedniej maski. Jakimś cudem benzyna nie chlustała na boki. Policjanci stojący przy skrzyżowaniu nawet nie mrugali, słońce odbierało im czujność. Innym razem, zaraz po deszczu, wskoczyłem do carro público, jakiemu przemakała podłoga. Sekret wyszedł na jaw, gdyśmy wjechali w głęboką kałużę. Kierowca miał sucho; gazu, hamulca, czy sprzęgła nie zalało, za to mnie z tyłu woda podeszła pod kostki. W klapkach to żaden problem. Ważne, że nie traciliśmy czasu na jakieś postoje, odpompowywanie tej wody.

W takiej „zbiorowej taksówce” zacieśnienie więzów międzyludzkich przychodzi naturalnie (i w sensie dosłownym!), a z głośników wali przeważnie: reggaeton, salsa, merengue, bachata. Kierowca trzyma jedną ręką kierownicę, a drugą ściska gruby rulon sfatygowanych pesos. Wspomnę tu o nich. To są dopiero pieniądze! Dam głowę, że polubilibyście tę dominikańską „kapuchę”. Banknoty mają charakter, są kolorowe, fajne w dotyku. Nie to, co mdławe i bezpłciowe euro, jakimi płacę za szynkę w Hiszpanii, tęskniąc za pesetą; czy za sardelę w Palermo, nie mogąc „zagrać na lirze”.

Największy sentyment mam do nominałów: 20, 50 oraz 100. „Dwudziestka”, chyba najbardziej chodliwa, potrafiła być przetarta do granicy… „zniknięcia”. Dlatego w nowej serii wydano ją bardziej odporną na wilgoć. Czasem trafią się nowiutkie sztuki, jakby ledwie wydrukowane. Takie można zachować na pamiątkę. Jednak w obiegu krążą przeważnie papiery mocno zużyte, na których zalegają pewnie wszystkie możliwe molekuły: czy to np. wciąganego koksu, czy potu z pachwiny. Samo życie. Uwielbiam te walutę. Choćbym miał przy sobie tylko dwa, trzy banknoty, to i tak lubię je „przeliczyć”, popatrzeć na nie, pomacać. Lubię ich towarzystwo. I lubię je na prawo i lewo wydawać. Taka to miła symbioza z pesos dominicanos.

Buen día! – wchodzę do carro público i witam się. (Wiem już że Dominikańczycy mówią tak zamiast – buenos días). Słyszę zatem w odpowiedzi: buen día! Tęgiej Murzynce podobają się moje niebieskie oczy. Chce w nie popatrzeć. To dla niej jakaś egzotyka. Pozwalam przez moment, niech patrzy. Potem odwracam wzrok i sam patrzę na to, co za oknem. Śmigamy niekończącą się Avenida Independencia. Ileż ja się najeździłem tą trasą! Kiedyś na przecinającej miasto z północy alei Ave. Máximo Gómez było wielkie wykopalisko w asfalcie: budowali stołeczne metro, pierwsza linię. To już historia. Dzisiaj Santo Domingo na dwie linie, przecinają się jak te warszawskie, na krzyż. Obserwowałem wtedy robotników, robiłem im zdjęcia, pracowali w warunkach, w jakich można było zapomnieć o BHP.

Przy którymś skrzyżowaniu stał muchacho w wytartej bejsbolówce i serwował empanadas – zawijańce z pysznym, mięsnym farszem i kawałkami gotowanego jajka w środku. Brałem dwie sztuki oraz kawę: małą (laną do ni to kubka, ni to naparstka), bardzo słodką i diabelnie mocną. Jadłem obok sprzedawcy, promieniał, widząc że się nimi delektuję. Czasem prosiłem o drugą kawę: ta „uliczna” w Dominikanie uzależnia po stokroć. Pokrzepiony ruszałem na Malecón, na tę nadmorską promenadę w Santo Domingo, gdzie ciągle coś się dzieje, za dnia i o zmierzchu. Wielokrotnie tamtędy chodziłem, znajdując inspiracje, jak choćby te rozczulające pary…

no images were found

Latino Easy Rider

Nie sposób wyobrazić sobie transportu w Dominikanie bez motoconchos – motorów taksówek. Wszędzie ich pełno. Produkują niewyobrażalną ilość spalin i hałasu. Pyrkają po niemal każdej ulicy, każdego miasta, miasteczka, większego lub mniejszego pueblo. Jednocześnie ciężko odmówić im użyteczności. Jeśli masz w kieszeni trochę pesos, a o własnych nogach już dalej nie pójdziesz – zatrzymaj się i machnij ręką. Nawet się nie zorientujesz, jak podjedzie jeździec na swym rumaku, jednośladzie – gotów zabrać cię tam, gdzie tylko zechcesz.

Słońce opiekało nam głowy, gdy uzupełnialiśmy pierwiastki śladowe na poboczu dziurawej drogi, przy wylocie z niewielkiej, kolorowej wioski. Dopijałem una botella grande piwa Presidente a Chica wysysała ostatnie soki w włókien patyka po lodzie o smaku chinoli (jak Dominikańczycy wołają na marakuję). Kiedy kończyliśmy te smakołyki nadjechał niepozorny amigo, na równie niepozornym motocyklu. Moto-taxi? – zaproponował. I poklepał wytarte, skórzane siodło swej poobijanej „jawki”.

Niespodziewana i nieco groteskowa oferta rozbawiła nas, co natychmiast zostało podchwycone. Okey, okey – usłyszeliśmy – bywało, że i cztery osoby ze mną jechały. Ta maszyna wiele może. I ma dobrego kierowcę – dodał właściciel, dumnie wypinając chudą pierś. Wsiadajcie, jestem Jose. Wsiedliśmy: Chica w środku, przypięta do Josego, ja z tyłu, podwieszony do niej, z nogami w powietrzu. Ruszyliśmy z kopyta. Czarna, luźna kurtka naszego latino easy ridera wypełniła się powietrzem, co sprawiło, że przypominał wielkiego, zmutowanego chrabąszcza. Ale facio był z niego równy, sympatyczny i pomocny.

W czasie jazdy przemycił nam wiele konkretnych informacji – jak nie dać się zapędzić w Republice w kozi róg (a kóz tam przecież od groma). Zainspirowany różnymi zdarzeniami na drodze wykrzykiwał swe nieocenione porady. Chica natomiast wychwytywała je z powietrza, przekazując jedną po drugiej do tyłu, czyli do mnie. Do tych małych, obdrapanych busów lepiej nie wsiadajcie, a już szczególnie pod wieczór – ostrzegał Jose – bo mogą wam zabrać plata, czyli money a nierzadko i kosę włożyć w plecy. Łapcie lepiej to – i tutaj wskazał swą mulacką facjatą śmigające obok auta z charakterystycznym trójkątem na dachu – to carros públicos, dobrze jeżdżą i nie biorą dużo. (O czym później mieliśmy się okazję wielokrotnie przekonać.) Oczywiście głupi jestem, że wam to wszystko mówię, bo już pewnie na was więcej nie zarobię – podsumował i podkręcił gaz.

Wjechaliśmy w strefę przydrożnych straganów z mandarynkami. Mimo, iż kusiło, by stanąć i wbić zęby w ich pewnie soczysty i słodki miąższ, sunęliśmy dalej, czując jedynie lekki, niesiony wiatrem aromat tych cytrusów. Na kolejnym odcinku trasy, z prawej i lewej strony przez kilkanaście kilometrów towarzyszyły nam rozległe pola trzciny cukrowej, gdzie za liche pesos harowali nielegalni haitańscy imigranci. I znowu wtrącił się Jose, płynnie przejmując rolę naszego przewodnika. To caña de azúcar – wyjaśnił. Z tych zielonych badyli powstaje rum, który prawie w całości wypijamy tu – w Dominikanie. A jakieś 5 procent eksportujemy – pochwalił się. Zabawny chłopak z tego Josego. Cała motocyklowa przygoda przeciągnęła się do ponad dwóch godzin. Zamiast paru kilometrów, przejechaliśmy ponad pięćdziesiąt. We trójkę. Na pyrkającej jawce. I na tyle nam się usługa Josego spodobała, że następnego dnia, też chcieliśmy z niej skorzystać…

Motoconchos idealnie nadają się na jazdę po ruchliwym, zatłoczonym i rozdzieranym klaksonami latynoamerykańskim mieście. Dobrze jest je „wynająć”, gdy ktoś ma potrzebę udania się np. do któregoś z szemranych barrios, najbiedniejszych dzielnic. Mobilność tych „cudów transportu publicznego” jest oszałamiająca. Raz zdarzyło nam się zaplątać w dość gęstym, parnym lesie. I nagle – co słyszymy? A jakże – słynne prykanie: motoconcho – wersja „easy jungle”! A najfajniejsze jest to, że można sobie takim motorkiem podjechać nawet kilkadziesiąt metrów, ot z nudów czy z lenistwa, w jakimkolwiek kierunku – wskakujesz na przypadkowe motoconcho i za sekund pięć zeskakujesz, płacąc kilka pesos…

W polskiej zakorkowanej stolicy przydałyby się takie „komunikacyjne rozwiązania”.

Za rzekę Ozama

Poszedłem za rzekę Ozama do Santo Domingo Este, do rewirów stołecznych wschodnich, po pierwszym moście, jaki się nadarzył, do tego „moście pływającym”, czyli Puente Flotante. A poszedłem, by spojrzeć z bliska na „Brzydulę Kolumba” po mojemu, czy też na architektoniczną wariację z pretensjami do prekolumbijskiej piramidy, „makabryłę” po prostu, betonowe raczej szkaradzieństwo, znane szczerzej w świecie, jako Faro a Colón, tj. Latarnia Kolumba. W dodatku, latarnia pełniąca honory gargantuicznego mauzoleum, gdzie, jak niektórzy by chcieli, spoczywają prochy Wielkiego Admirała, Wicekróla odkrytych ziem…

Ponoć, „długa jest droga i ciężka z piekła ku światłu wiodąca”, więc czmychnęło parę godzin, nim sam dotarłem pod Latarnię i nie myślcie sobie, że przyszło mi tam dorabiać na boku. Nawiasem mówiąc, nie bardzo mi śpieszno było. Nie dbałem o czas. Chyba zacząłem go już odmierzać na zwolnionych obrotach, jak południowcy. Co więcej, to ulica mnie zatrzymała, przechwyciła, puścić nie chciała. Lubię, gdy tak się dzieje. Wbijam się w ten rytm mimowolnie. Wtedy można lepiej dojrzeć, zrozumieć to całe nieziemskie zagęszczenie zdarzeń na każdym stumetrowym odcinku. Tylko trzeba przestać pędzić. Nie nudzę się w Santo Domingo. Przeważnie cieszą mnie tam rzeczy małe, codzienne, niepozorne, w sklepie na rogu, w carro público z ośmioma współpasażerami. To życiodajny wszechświat, który ciągle rozszerza się, gwałtownie zmienia. A ta Latarnia to jedynie jakiś kolejny punkt programu, miejsce „do zaliczenia”. Wypada pójść i wreszcie zaliczyć, gdy człowiek siedzi w mieście wystarczająco długo. Lecz przede wszystkim nie można zignorować tego, co zdarza się niby to przypadkiem, po drodze. Przespacerujmy się zatem, rozejrzyjmy, poznajmy ludzi.

Na Pływającym Moście

Rzeką Ozama spływały do Morza Karaibskiego jakieś gigantyczne pomyje. Do ujścia miały może z pół kilometra od miejsca, z którego na nie patrzyłem bez respektu. Woda w rzece, chlustająca o nabrzeże wydzielała ten typowo portowy odór rybiego śluzu przemieszanego z olejem napędowym. Przy nabrzeżu cumował monstrualny transportowiec, ochrzczony jako Chios Charity. Kolos zaparkował przy miejskich młynach korporacji Molinos Modernos. Do jego burty podpływała marna wersja łodzi Sonniego Crocketta z Miami Vice. Skala porównawcza zrobiła swoje. Widziałem zdalnie sterowaną zabawkę, prującą po zapuszczonym basenie.

©Caribeya, Chios Charity zaparkowany
©Caribeya, Chios Charity zaparkowany

Tkwiłem na samym początku długości tego mostu Puente Flotante, który był do sforsowania. Za plecami miałem pięćsetletnie mury Zona Colonial, na czele z Alcázar de Colón, kanciastą rezydencją gubernatora Diego Kolumba, syna Krzysztofa, Odkrywcy. Tymczasem moje oczy wisiały już na wielkim napisie „Barceló„, przyspawanym do fabryki rumu po drugiej stronie rzeki. Poniżej eksplodował bujną czerwienią flamboyán, zwany ognistym drzewem, albo „płomieniem Afryki”. Podobno pochodzi z Madagaskaru. To ci dopiero emigracja! Takie chabazie są zawsze mile widziane w tropiku, podobnie, jak obficie krzewiąca się bugenwilla w kolorze biskupiego przyodziewku, moja ulubiona. A Barceló to jedna z „trzech świnek” dominikańskiej sceny rumowej. Wszystkie na literę „b”. Pozostałe to Brugal, którego trzydzieści procent fabrykacji wychodzi rozpijać świat a reszta jest ładnie upłynniana na własnym podwórku i Bermúdez, którego dotąd nie degustowałem, czego się okrutnie wstydzę. Za to, zdążyłem poznać cesarza tych wspomnianych ognistych wód, czyli rum Barceló Imperial, który sączy się, jak wytrawną brandy, w żadnym wypadku miksuje z czymkolwiek.

Trzeba iść dalej. Co robi ten señor z wędką? Moczy kija i to dosłownie, choć wygląda, jakby tym kijem odganiał natrętnego umarlaka, wrzuconego przez kogoś do rzeki ze dwa dni temu, ze trzy mosty wcześniej. Może powinienem skonsultować tę wątpliwość z mundurowym, który podszedł znienacka i zagaił z ciekawości, co tam słychać, jak leci, przy okazji prezentując swego towarzysza, automat M-16. Na mój gust, do zielonego uniformu bardziej by mu pasował AK-47 (z racji tej stylowej, brązowej sklejki), lecz każdy ma swoje upodobania. Poza tym, Dominikańczycy wolą to, co amerykańskie, rodem z USA, właściwie to pożądają tego. Jeden macho z M-16 na moście przed południem to za mało, by cokolwiek wspominać, dlatego musiał się zbliżyć macho numer dwa. Ten bez munduru, raczej w stylu casual friday, z bejsbolówką na głowie, lecz równie rozkochany w swym karabinie, nawiasem mówiąc, bardziej z wyglądu zużytym. Jeśli poza pilnowaniem mostu, po godzinach ochrania jeszcze kontrabandę, to jego sprawa. Facet wziął mnie na kilkusekundowe przetrzymanie swym groźnym spojrzeniem. Pokłoniłem się i ruszyłem dalej, by ratować, faceta w kapeluszu, doprawdy „Szalonego Kapelusznika”, który klapnął na skraju mostu w desperackiej pozie i gapiąc się w rzeczną toń, kombinował, jak tu skoczyć, by od razu utonąć i mieć problem z głowy. Zbliżając się do niego, nabrałem pewności, że ten facet chce jednak dalej żyć. Po prostu tak mu było wygodniej obserwować własne plwociny, które metodycznie emitował, by z nurtem dotarły do morza.

©Caribeya, Małoletni rybi-patolog prezentuje swego najnowszego pacjenta.
©Caribeya, Małoletni rybi-patolog prezentuje swego świeżego pacjenta.

Mogły nie dotrzeć, przywierając do łódki, która dryfowała w poprzek rzeki, dokładnie na ich drodze. Jej kapitan łowił na samą żyłkę, licząc zapewne na rzecznego „Moby Dicka”. Osaczony przez paskudne, co rusz napływające kożuchy wodnego zielska, nie dawał za wygraną. Podobnie, jak inni wędkarze, licznie zgromadzeni na moście. Ci pozarzucali wędki i również czekali na cud nad Río Ozama. Niektórym udało się tego cudu doświadczyć, złowili co nieco. Przekonałem się o tym na drugim brzegu. Od razu podbiegł do mnie jakiś dzieciak, umorusany rybią juchą, któremu zależało chyba na tym, bym ujrzał, jak wygląda ryba wewnątrz. Dałem mu szansę, choć pamiętałem mniej więcej, jak może wyglądać. Poza tym, od dzieciństwa przyciągał mnie taki naturalizm, graniczący nierzadko z turpizmem. Innymi słowy, nie mam dzisiaj większego problemu z takim naturalizmem…

Rybie przypadki

Rybi-patolog znad rzeki Ozama rozwarł „swego pacjenta” elegancko przy mnie, bym mógł sobie zajrzeć do środka. Zajrzałem, oceniłem, pokiwałem głową. Dzieciak poczuł, że traktuję go poważnie. Ryba była świeża, dopiero co wypatroszona i oskrobana z łusek. Gotowa do wrzucenia na patelnię. Nie wiadomo tylko, czy złowiona w tej portowej, mętnej i smrodliwej „zupie”, nie nabrała przypadkiem posmaku nafty. Tak, czy inaczej, nie musiałem tego sprawdzać, bo głodu nie czułem. Za to mogłem podziwiać inne wędkarskie trofea, np. barakudę. Mimo, że wisiała na haku, bez ruchu, to zastygło w jej oczach to wredne spojrzenie predatora, który tylko czai się, by przegryźć ci tętnicę. Martwa nie mogła tego zrobić (choć pewności nie ma), w dodatku została upokorzona przez tłuste, fluorescencyjne muszysko, które być może już się przymierzało do złożenia jaj, na jej dolnej, świętej pamięci, szczęce. Na innym haku, wisiał na własnych skrzelach red snapper. Po polsku – nieco idiotycznie i zbyt „mięczakowato” – lucjan czerwony. Nie ma karaibskiej kuchni bez tej ryby. Smakuje wyśmienicie. I to bez żadnych magicznych, kulinarnych sztuczek. Dobrze usmażona i tyle. Z limonką. Oczywiście, lepiej ją łowić na pełnym morzu, niż w porcie. Chyba, że „Lucek” wpadł do portu na małe, niezobowiązujące tarło, na boku.

©Caribeya, Nadymana rozdymka, czyli puffer fish z toksyczną wątrobą.
©Caribeya, Nadymana rozdymka, czyli puffer fish z toksyczną wątrobą.

Kiedy już napatrzyłem się na te morskie kreatury, chciałem iść dalej, lecz osaczyły mnie inne dzieciaki, które chciały się czymś pochwalić. Otóż, wyciągnęły z wody padniętą, po całości zsiniałą, ze ślepiami już zabielonymi – rozdymkę, czyli rybiego dziwoląga – puffer fish. Pochyliłem się nad nią, jak agentka Starling nad dopiero co wyciągniętą z wody ofiarą Buffalo Billa. Chyba pierwszy raz wpatrywałem się w rybę, której m.in. wątroba zawiera – tetrodotoksynę – truciznę, przy której cyjanek potasu to aromat do babcinych wypieków. Jeśli kiedykolwiek słyszeliście to tym jadzie, to albo w kontekście japońskich, wysublimowanych kulinariów (vide – ryba fugu, też rozdymka), albo w kontekście czarnej magii, pochodzenia haitańskiego (vide – proszek zombie). Przyznam, że tamta rozdymka, pokazana mi przez kilku dominikańskich urwisów, na kamienistej niby-plaży w porcie w Santo Dominigo Este, poniekąd zainspirowała mnie do, nazwijmy to, lepszego przestudiowania fenomenu haitańskich zombie. Cóż, okazuje się, że i zdechła ryba może człowieka zainspirować.

Prosto pod Latarnię

Teraz, by dostać się z nabrzeża pod samą Latarnię Kolumba, musiałem kawałek przemaszerować. Przy stacji benzynowej zaczepił mnie jakiś cinkciarz, proponując wymianę waluty twardej na lokalną, po dość atrakcyjnym kursie. Dopiero co wymieniłem parędziesiąt dolarów, więc nie było ze mnie pożytku. Za to kilkaset metrów dalej, przy wozie z owocami, z którego przed chwilą wyprzęgnięto konia, dałem się łatwo namówić na soczyste mango, słodziutką odmianę, której nie znałem, i na idealnie dojrzałą marakuję, po dominikańsku – chinolę. Jedna sztuka, w celach promocyjnych, leżała przepołowiona na stercie swoich licznych towarzyszek, kusząc galaretowatym miąższem. Owoc ten po otwarciu koncentruje w sobie jakąś taką tropikalną lubieżność. Pewnie dlatego się skusiłem. Lubię zjeść marakuję, posypawszy odrobiną brązowego cukru, jednak tutaj wessałem ją bez niczego. Za wozem stał podniszczony biały pickup, wypakowany melonami, mango, juką, oraz plátanos verdes, które aż się prosiły, by je przerobić na tostones, tj. usmażyć i natychmiast spożyć, bo zimne tracą smak.

©Caribeya, "Owocowóz"
©Caribeya, „Owocowóz”

A potem spotkałem Dziadka-Uszatka, Dominikańczyka señora i jego kumpli, w tym Haitańczyka, który żył z resztą w niezłej komitywie. Zauważyłem zażyłość między starym a tym właśnie, emigrantem zza miedzy. Zrobiłem im zdjęcie, nie protestowali. I gdy dzisiaj je sobie kontempluję, poniekąd bierze mnie wzruszenie. Do tego zdjęcia często wracam. Chcąc nie chcąc, uchwyciłem tam chyba jakieś własne, może głębsze, może nazbyt romantyczne pragnienie, by dzielący zjawiskową Hispaniolę, Dominikańczycy i Haitańczycy, żyli ze sobą we wiecznej zgodzie, by przestali się wreszcie dziobać, jak dwa zawzięte koguty. Aż dziwne, że tak mnie to absorbuje. To całe życie w kompletnie odwróconej geografii, w nieprzewidywalnym tropiku, tysiące kilometrów od świata, w którym dzień po dniu przerabiam własne problemy. Co mnie to obchodzi? Mnie – człowieka całkowicie z zewnątrz. Zdjęcie wydrukowałem, oprawiłem i trzymam w pobliżu. To bardzo optymistyczne zdjęcie. Ten Dziadek–Uszatek ma coś takiego w oczach, że mógłby równie dobrze być Siedzącym Bykiem, Indianinem, mędrcem który wie coś, co może być ważne. A czego nie wie ten białas z aparatem…

dominikana41
©Caribeya, Dziadek-Uszatek z kumplem w tle.

Opuściłem Dziadka i ferajnę, by stanąć oko w oko z czymś, co mogłoby z powodzeniem wyrosnąć pośród szarych, apatycznych blokowisk w dawnych demoludach. Lecz o tym betonowym kuriozum, o historii jego powstania i o fukú, czyli o klątwie z nim związanej, klątwie „pochodzenia kolumbowego”, innym razem. Teraz mieliśmy tam po prostu dojść. No to doszliśmy.

©Caribeya, Pod „Latarnią Kolumba”.

Spacer z Eduardem

Nie planowałem żadnego towarzystwa tego dnia. Nie widziało mi się, aby kogoś przygarniać. Chciałem iść w miasto sam, zresztą jak zazwyczaj, tak mi najbardziej pasowało. Łażenie z kimś wymaga dodatkowego zachodu, nastawienia, kompromisu. To nie był dzień, aby łazić z kimkolwiek. W hotelu Maison Gautreaux dawali co rano śniadanie, i było dobre, roboczo zwałem je „śniadaniem dyktatora”. Zawsze serwowali taki sam zestaw: dwa tosty z serem i szynką, kawa, świeży sok, owoce – melon, papaja, ananas. Brałem się za to z niezmienną uciechą. Jeśli coś mi smakuje jem do znudzenia, porzucam bez sentymentów i przyczepiam się do czego innego, i tak w kółko. Dotąd jadałem te śniadania sam, jakoś tak się trafiało, że nikogo nie było; albo już zjedli, albo mieli dopiero jeść, inna rzecz, wtedy hotel świecił pustkami. Lecz tamtego ranka przyszedł i siadł za stołem, blisko mnie, drugi człowiek. Myślę sobie, Meksykanin. Czasem tak jest, patrzysz na kogoś i w jakiś niepojęty sposób chcesz, aby kimś był. Albo lepiej, żeby nie był. Ten wyglądał na Meksykanina, i ta myśl, że może nim być, poprawiła mi humor. Za wcześnie. Jednak, wyszło, że Chilijczyk.

Nie mogłem wytrzymać, musiałem go sprawdzić. Przełknął tost i przedstawił się. Nazwisko miał Suárez. Imię Eduardo. Nie, no z takim nazwiskiem Chilijczyk? W dodatku z Santiago de Chile. Uparłem się na tego Meksykanina, i nie popuściłem. Dlatego zapamiętałem go po swojemu, jako „Suárez z Ciudad Juárez”. Wiadomo, że w tym meksykańskim mieście ginie ostatnimi laty więcej ludzi niż much, bo wyżynają się w nim gangi narkotykowe, lecz mnie się to miasto inaczej kojarzy, widzę w nim beatników z powieści memu sercu bliskiej „W drodze” Jacka Kerouaca, mimo że tamci wjeżdżali do Meksyku w Nuevo Laredo. Ale Ciudad Juárez, choćby sama nazwa, wydawała mi się zawsze obietnicą jakieś przygody, egzotycznych ekscesów w oparach tequili i wolę nie myśleć o zabłąkanej kuli, jaka mogłaby zakończyć bieg w mojej skroni. Eduardo pracował w Haiti, w Port-au-Prince, jako informatyk. W Dominikanie chciał spędzić wakacje. Przedstawiałem go już szerzej przy okazji „Haitańskiej inicjacji”.

A może by tak spacer?

Wydawało mi się, że przy śniadaniu widzę go pierwszy i ostatni raz. Ale wyszedłem na Avenida George Washington, czyli na Malecón i kogo znajduję, Eduarda, stoi i rozgląda się, jakby chciał dać dyla, tylko blokuje go sznur aut. Przed czym uciekał? Mógłby przede mną, lecz bardziej chyba przed komiwojażerem, który go docisnął do szarego pnia palmy, próbując opylić pasek do spodni. Z marszu wybawiłem Eduarda od natręta, nie señor i jeszcze raz nie, mój amigo niczego nie kupi, amigo kiwa głową na potwierdzenie i tamten oddala się wreszcie, aby zaraz dopaść inną ofiarę. Eduardo nie miał żadnych planów, poza tym, że czekała go jazda na lotnisko i potem do hotelu, który rezerwował zdalnie i wiedział o nim tyle, że jest gdzieś w centrum starówki, za to ja wiedziałem dokładnie, gdzie ten przybytek się znajduje i w sumie mógłby to być jakiś cel naszego spaceru w tamte rewiry. Ot, dwie pierdoły dojdą sobie nieśpieszne do tego hotelu, sprawdzą czy wciąż tam stoi tak, jak stał wczoraj, przedwczoraj i czy nie zniknął, i potem te dwie pierdoły pomyślą, co jeszcze zrobić dla rozerwania się przed południem, może kupią fosforyzujące lody od chłopaka pchającego mobilną lodziarkę w kształcie pingwina. Wtedy wpadł mi znienacka do głowy szatański pomysł, aby zabrać Eduarda na pieszą wycieczkę i pokazać mu nieco więcej w Zona Colonial. Najgorsze, że ta idea przypadła mu do gustu od razu, w ogóle nie próbował się wykręcać, tylko się zgodził, jak niemądry jakiś, może zwyczajnie chciał wytracić resztę czasu i czuł, poniekąd słusznie, że mu sprawę ułatwię. Otarł krople potu, jakie mu osiadły na wąsach i to jakich! Zaraz, chwilę, to chyba przez te wąsy, ja z niego Meksykanina zrobiłem, Pancho Villę takiego. Osuszył tę rosę po nosem, podciągnął portki, i nie wiedząc co go czeka, ile będzie musiał drałować w tym zbierającym skwarze, oddał się pod moją sadystyczną opiekę. Przynajmniej miał obuwie zdatne do łażenia, bo informatycy lubią adidasy i skarpetki, gardzą mokasynami na gołe stopy.

Samiec i Samica, czyli seks w betonie

Poszliśmy Malecónem, mijając Ministerstwo Kultury, aby nieopodal mini-parku stanąć na moment przy czymś, co się zwie El Obelisco del Malecón. Dominikańczycy mają rubaszność we krwi, wolą więc nieformalną nazwę tego gigantycznego monumentu – El Macho. Kazał go postawić dyktator Trujillo, gdy przemianował Santo Domingo na swoje miasto – Ciudad Trujillo. Jaki jest El Macho, każdy widzi, wigoru mu nie brak, pręży się bezwstydnie. Wszystko by się zgadzało. Jeśli Morze Karaibskie jest miękkim podbrzuszem Santo Domingo, to El Macho jest jego, wypisz wymaluj, fallusem w nieustannej gotowości. Trujillo, ten „Kozioł”, by temu przyklasnął. W republice dzierżył licencję numer jeden na ciupcianie. Tyran jebaka tejże republiki. Ponoć zamachowcy zabili go, gdy jechał znowu ciupciać. Kilkaset metrów dalej okazuje się nagle, że na miasto stołeczne trzeba patrzeć raczej, jak na hermafrodytę, bo oto widać drugi obelisk o niezbyt nośnej oficjalnej nazwie Monumento a la Independencia Financiera, zwany potocznie Hembra, czyli Samica. Tym razem sprośna inwencja Dominikańczyków sugeruje, że mamy do czynienia z betonową waginą. Obelisk symbolizuje wyzwolenie Dominikany od zagranicznych długów, czytaj jankeskich, o co zadbał Trujillo. A powszechnie kojarzy się z cipą po prostu, i basta. Macho, hembra, samiec i samica, on i ona, tylko że dwa w jednym, niemal obok siebie, jakby nie było – obojnactwo. Jakiś polityk miał powiedzieć, że ten żeński obelisk jest, czymś jakby „la puerta de entrada a la Ciudad Colonial”, czyli z grubsza – wrotami do kolonialnej starówki. Psiakrew, co za przenośnia! Almodóvar nie wymyśliłby tego lepiej, jeśli ktoś pamięta „Porozmawiaj z nią”. Niewtajemniczonym napomknę tylko, że wielki Pedro-reżyser wymyślił bohatera, któremu kazał wchodzić do wielkiego sromu, co wyglądało, jakby ten cichcem wsuwał się za teatralną kurtynę. Uroczyście zatem, wespół z Eduardem wkroczyliśmy w tkankę starego Santo Domingo niemal ocierając się o monstrualną „szamszurkę” (chytre zapożyczenie z Henry’ego Millera).

Ktoś puknął Garbusa

Idąc Calle Palo Hincado stanęliśmy przy „Bramie Miłosierdzia” (Puerta de la Misericordia), bo mój chilijski kompan spocił się niemiłosiernie, jak młoda Jodie Foster w pierwszej scenie „Milczenia owiec”, gdy biegała po lesie w szarawym dresie, tylko tamtej było z tym do twarzy, ponadto Eduardo zasapał się, w łbie mu się zakręciło, i bądź tu wspaniałomyślny i proponuj informatykowi miejski trekking, bez ryzyka, że to się skończy reanimacją, ledwo znasz człowieka, a już miałbyś go dmuchać w usta. Na Calle Espaillat znowu przerwa, lecz nie z powodu słabnącej kondycji, lecz za sprawą wypatrzonego lokalnego kuriozum, czerwonego VW „Garbusa”, któremu zafundowano kosmiczny tunnig. Zyskał po nim aparycję garbusa pukniętego mocno w tyłek. Nie wyglądał źle, to trzeba przyznać, wyglądał lepiej niż niejeden oryginał. Na El Conde Eduardo poszedł wymienić dolary w miejscu, które mu wskazałem. Nie wiem, czy się dogadać nie mogli z właścicielem kantoru, czy może jeden drugiemu próbował wcisnąć trefne banknoty, w każdym razie Eduardo wymieniał i wymieniał, od tego czekania czułem, że się starzeję, ale czego się nie robi dla świeżo poznanego kompana, który zadeklarował, że postawi ci piwo. Wcześnie bo wcześnie, lecz komu to wadzi, w tropiku pijesz, kiedy pić ci się chce, a południe masz nieraz już z rana, przynajmniej tak ci się wydaje, oto względność, tropik łatwo zmienia dżentelmenów spoglądających na zegarki w rozluźnionych pijusów, w tropiku zegarek to jedynie błyskotka, biżuteria, a czas naginasz sobie sam, jak to robił Salvador Dalí na swych sławetnych malunkach, tutaj to całkiem proste, nie trzeba mieć talentu.

Pośladki Anacaony nie bez cellulitu

Na El Conde mijamy jeszcze kafeterię zwaną La Cafetera. Chciałem tam wypić z Eduardem małą czarną, tj. café dominicano, dla pokrzepienia. Odmówił, wykręcał się, bał się że ta kawa go zabije, zamiast pobudzić, oni tam w Chile nie preferują chyba takich siekier, spasowałem. W Parku Kolumba stanęliśmy przy pomniku Admirała. Jak zwykle dosiadały go gołębie, nie szczędząc admiralskiej głowy, a niżej otaczali ludzie, turyści. Asystuje mu kobieta, półnaga, zgrabna – Anacaona, była kacykową wśród Indian Taíno, czyli żeńskim hersztem. Jej imię tłumaczy się, jako „złoty kwiat”. Umiała pisać, dlatego wyrzeźbiono ją w taki sposób, że kaligrafuje nazwisko Kolumba, co jest wystarczająco wymownym komentarzem. Hiszpańscy najeźdźcy, jacy runęli na Hispaniolę za Kolumbem, powiesili Anacaonę. Ponoć nie chciała im się po dobroci oddać. Eduardo zwrócił uwagę, że kobieta, bo tak chciał artysta-rzeźbiarz, ma zgrabne pośladki, choć nie pozbawione cellulitu, co w sumie bardziej je uwiarygodnia, czyni „życiowymi”. Trafił mi się Eduardo-koneser. Ale losu tejże indiańskiej kobiety, jaki mu przytoczyłem nie zignorował. Poszliśmy dalej: Calle Las Damas, czyli Ulica Dam, pierwsza w Nowym Świecie, Panteón Nacional, czyli Panteon Narodowy, gdzie miejsca swego wiecznego spoczynku upatrywał Rafael Trujillo, lecz Historia go tam wcale nie widziała, Alcázar de Colón, czyli rodzinna kwatera Diego Colóna, tj. Kolumba „juniora”. Wreszcie przecięliśmy Plac Hiszpański. Idąc dalej wznoszącą się ku ruinom klasztoru św. Franciszka ulicą Emiliano Tejera, dociągnęliśmy do mini-colmado El Rinconcito de Don Guillermo gdzie Eduardo wyłożył te swoje wymienione pesos i kupił nam wreszcie po dużej butelce zmrożonego, jak trzeba Presidente. Piwa ubywało i coraz lepiej kleiła nam się gadka, choć rozstrzał tematów mógłby zdezorientować postronnego słuchacza: owoce (ja po gwajawie wiatrów nie miałem!), silikon, jakim wypychają sobie piersi wenezuelskie muchachas, język hiszpański w ustach Haitańczyków. Wypadało wpić po drugiej kolejce, lecz Eduardo oprzytomniał, bo jak wiadomo niebawem miał podjąć z lotniska żonę i dziecko.

Pół litra na głowę

Przy Calle Hostos, w zgliszczach dawnego szpitala św. Mikołaja z Bari chciałem pokazać swemu „podopiecznemu” rozwrzeszczane papugi coticasdominikańskie maskotki. Nie zawiodły nas, darły dzioby, aż miło, latały, jak opętane nad pradawnymi murami, nad dachami pobliskich domów, nad palmami królewskimi, to niesamowite, że częściej są widywane w sercu starówki niż w jakiejś dżungli po środku wyspy. Eduardo zaplanował, że pokaże je rodzinie i to jeszcze tego popołudnia. Hotel Mercure, gdzie mieli nocować, stał na wyciągnięcie dłoni. W końcu i tam dobiliśmy, osiągając, jakże niezbyt wyszukany cel naszej przechadzki. Potem było z górki. Znowu El Conde, Puerta del Conde, Park Niepodległości, cmentarz z nagrobkami białymi, jak piszczele, Aleja Niepodległości i jeszcze po drodze sok z mango, pół litra na głowę (tego soku, rzecz jasna!). Wkrótce siedzieliśmy na tarasie hotelu Maison Gautreaux, tego samego gdzie kilka godzin wcześniej dane nam było spożywać śniadanie, nawiązując pierwszy kontakt. Teraz wykańczaliśmy pogawędki: o winie, że takie z kartonu często leją w knajpach, bo lepsze, „zdrowsze” niż to z butelki, bo pod korkiem to zbiera się więcej farfocli; o „Winiarce Diabła” (Casillero del Diablo) , czyli dalej o winie; o „Czarnej Wyspie” (Isla Negra), czyli jeszcze bardziej o winie, i przy tym o wyspie, gdzie rezydował chilijski wieszcz Pablo Neruda, no i o tym co zamierzamy dalej robić w życiu, tym i przyszłym. Później żeśmy się wyściskali po męsku i każdy poszedł w swoją stronę, więcej się nie widzieliśmy. Byłem swego czasu w Santiago de Cuba i nie chciało mi się stamtąd wyjeżdżać, byłem w Santiago de los Caballeros i nie narzekałem, może kiedyś nastanie pora, aby zawitać do Santiago de Chile i wykorzystać koneksje, kto wie. Tak czy inaczej, chilijski informatyk pracujący w Haiti, przebywający na wakacjach w Dominikanie, ochrzczony przeze mnie Meksykaninem, okazał się klawym gościem. I nie pogardziłbym kolejną porcją… Chile con carne…

Tarantino by go wziął

Traktują spluwy dokładnie, jak zabawki. I chętnie by ich poużywali. Czułem na odległość, że ich świerzbi, a z bliska miałem stuprocentową pewność. Sceny z bronią w kraju latynoskim mogą być spektakularne. I często dość „tarantinowskie”. Tam spluwa nie rdzewieje, mimo wilgoci. Tuż po przylocie, na lotnisku Las Americas o czwartej nad ranem, widziałem, jak działają agenci od narkotyków. Kokaina nie przeszła tam, gdzie miała przejść. Paru delikwentom puściły nerwy, przeliczyli się i poszli na glebę migiem. Agenci w dwóch słowach streścili, co zamierzają. Całą resztę dopowiedziały shotguny. Pistolet jest passé, styl to długa lufa.

To raczej młodociana gangsterka w peryferyjnych barrios rozbija się, prując ołowiem z tanich pistolas, jak coś im nie zagra. Oni bawią się tym krótkim złomem. Albo los ladrones, złodzieje, ci najbardziej bezwzględni, też strzelają, i mają cela. Za to skrupułów im brak, gdy emocje poniosą. Włóczą się po parszywych uliczkach slumsów, drocząc się miedzy swoimi. Ale znudzeni idą w miasto, tam gdzie więcej świecidełek, gdzie okazja czeka. I czasem pakują kule. Za pesos. Trzymają gnata za pasem spodni, naciągniętych na wychudzone biodra.

Raz byłem świadkiem. Jechałem akurat szemraną dzielnicą. Bo i tak bywa, że raz droga do lepszej dzielnicy, prowadzi przez gorszą. I nagle pach, pach. A za moment do rozklekotanego busa wpadła blada Mulatka, w średnim wieku, z przerażeniem w oczach. Sangre, sangre – krzyczała. Dużo krwi. Ilu? Najpierw padło, że trzech. Potem bardziej optymistycznie. Hay dos muertos! Dwóch zabitych. Podobno para handlarzy, trzęsąca lokalnym targowiskiem. Detronizacja. Głupie uczucie, tak siedzieć i myśleć, o tym co właśnie zaszło. Tak szybko, nagle. I niemożliwie naturalnie. Na moment umyka człowiekowi ta niby stabilna i bezpieczna Dominikana, gdzie można przejść 20 metrów i nikt człowieka nie sklepie. I tak rzeczywiście jest. Ale zdarza się to, co się zdarzyło. Fakt, w okolicach, gdzie diabeł mówi dobranoc. Choć zawężać tego raczej nie warto. Nigdy nie wiadomo.

Po kilkunastu obłędnych minutach, zrobiło się w busie znacznie weselej, szofer puścił merengue a potem coś z wyspy sąsiedniej – kubańską salsę, i opary la muerte, trupi posmak, rozeszły się na dobre. Muzyka wyczyściła to, co złe z kolektywnej psychiki tłoczących się pasażerów. Tylko Polak, ściśnięty, między kulawym nieszczęśnikiem, którego kikut dziwnie zalatywał mentolową maścią, a tęgą Murzynką z oszołomionym maluchem na kolanach, dzieckiem, które pachniało karmelem, tylko Biały przybysz, coś tam sobie jeszcze w głowie układał.

A w samym mieście, bardziej w centrum, tam, gdzie panuje jako taki porządek, w tej bardziej, wydawać by się mogło cywilizowanej okolicy, nie skazanej na ciągłą niepewność, faceci obnoszą się z takimi spluwami, że nic, tylko brać ich do castingu!! Może dlatego w spokojnych dzielnicach jest spokój, bo odpowiedni ludzie trzymają argumenty, aby go zapewnić.

Ochroniarz parkingu, proszę bardzo, wymuskany emeryt, w nieskazitelnym kremowym mundurze – ściska shotguna. Nawet nie muszę się chować gdzieś, za kubłami na odpady i „strzelać” do niego z ukrycia. Sam z siebie proponuje mi akuratną pozę, ustawia się w świetle, pyta, czy dobrze. Idealnie. Gazeta czy telewizja? Słyszy, że gazeta i coś tam chrząka na boku. Myślał, że od razu Hollywood. A innym razem – inny ochroniarz. Ten pilnował dużego sklepu z pamiątkami, z drogimi cackami. Od minimum kilkuset pesos. Twarzowa błękitna koszula, z granatowymi wypustkami, czapka, z wypisanym na niej wykonywanym zawodem. I shotgun. Do podparcia. I ciała. I argumentacji.

Na moście panowie afiszowali się z M-16, dyżurnym karabinem Jankesów. Jednemu z nich pasował od razu, bo i mundur nosił zielony i na wojaka wyglądał. Drugiemu też leżał, choć trzeba się było do tego przyzwyczaić. Facet mógł równe dobrze sprzedawać przerośnięte papaje na straganie za mostem, wyciągać z rzeki czerwone ryby z wielkimi ślepiami, co pilnować, czy w okopconych, krztuszących się łodziach, jakie podejrzanie wirują przy dokach, nie czai się kontrabanda.

Jednak absolutnym numerem jeden pozostanie dla mnie muchacho w słonecznych okularach i z gołymi stopami w błyszczących mokasynach, muchacho spotkany w samym centrum Starówki w Santo Domingo! Niech każdy sam mu się przyjrzy.

Ten człowiek musi zagrać u Quentina! Jestem gotowy lobbować. Jakiegokolwiek scenariusza by teraz Tarantino nie napisał, będzie to scenariusz zubożony, o ile nie znajdą się w nim, minimum dwie sceny z tym bohaterem…

AC/DC w tropiku

W liceum grałem w rockowej kapeli. Albo lepiej, to był metal band. Muzyką topiliśmy stal. Robiliśmy konkurencję walcowni. Fanki ściągały skórzane figi przez głowę, a facetom pękała derma w kroku. Gitary mogły nie stroić, ale prąd musiał być! Także akustyczne pudło podkręcaliśmy pakując pod struny mikrofon i do wzmacniacza! Aby pysznie rzęziło. W kanciapie wymazanej graffiti, tj, w „sali prób” nie pozostał żaden wolny kontakt. Każda „złodziejka” miała swój wianek wtyczek. W piątkowe popołudnia, gdy odpalaliśmy elektryczne wiosła, podobno w lokalnej elektrowni mrugały diody na konsolach. Tak mocno ujeżdżaliśmy prąd. Nasz szacunek budziło jedynie Ride the Lightning – „Ujeżdżanie błyskawicy” Metalliki.

W Dominikanie, niestety, często pozostałoby nam granie – unplugged!

Prawie każdy właściciel hotelu, czy innego, podobnego przybytku wyrażał się na wstępie jasno: prądu wieczorem nie będzie! Gdy pytałem – na jak długo? – odpowiadano, że bywa różnie. Czasem wraca szybko a czasem wraca rano. I przepraszano za martwy telewizor. Akurat niespecjalnie zależało mi na bieganiu z pilotem po sześćdziesięciu kanałach kablówki, ale co innego wiatrak pod sufitem! Bez niego każdy ruch w tropikalnej duchocie pokoju to ruch człowieka uwięzionego w rozgrzanym krochmalu. Matrix. Ryszard Kapuściński pisał, że wtedy nie ma co liczyć na sen bez znieczulenia alkoholem. Możemy uruchomić generator!– interweniował hotelarz widząc, że zapuszczam bieg wsteczny. Uruchomcie! – prosiłem.

Siedziałem w ciemni, rozdrapując komarzego bąbla. Czułem, jak po kręgosłupie ścigają się krople potu. Nagle – pstryk! Przyszło światło. Ale w tej samej chwili za oknem coś zaczęło nachalnie buczeć. Jak cały żłobek, gdzie przesunięto o godzinę karmienie. Generator prądotwórczy! Włączyłem wiatrak, od razu na piątkę. Polepszyło się. No, to jednak telewizja! Facet wcina sine robale wyjęte ze spróchniałego pnia drzewa na kanale podróżniczym. Smakują mu. Ale nie tak dobrze, jak tłuste larwy, z których wycieka czarna posoka. Inny kanał. Reggaeton. Muzyka rodem z Portoryko. Tutaj wschodząca gwiazda dominikańskiego undergroundu z Santiago de los Caballeros. Rymują o czekoladzie, że dobra na wszystko. Potem przekonują w studio, że ludzie potrzebują czekolady, jak miłości. Wiadomo. Ale co się powtórzy to się utrwali. I powrót do wideoklipu. Tu quieres chocolate, chocolate, chocolate? „Chcesz czekolady?” Sugestywne. Ale promocyjnych batonów nie rozdają…

Następny kanał. W rogu mała, trójkolorowa flaga: Wenezuela czy Kolumbia? Ujęcie tłumu w przepastnym amfiteatrze. Półmrok i burza oklasków. Już jasne, Wenezuela! I On. Pojawił się w kadrze, zajmując cały ekran z dostawką. Presidente Hugo Chávez! Rzucam pilota na łóżko, siadam obok. To prawda co mówią, że przeciwności się przyciągają. Oglądam zatem bezwstydnie Hugona. Co za scenografia! Zalatuje imitacją PRL’owskich Zjazdów w Pałacu Kultury. Hektar czerwonego sukna, aż pod sam sufit. Na nim rozpisana Droga. Rozfanatyzowany Chávez w luźnej, „firmowej” koszuli tłumaczy tę Drogę, cal po calu. Jesteśmy tu, a mamy być tam! Wiele pozostało do zrobienia! Poder popular! Władza Ludu! Capitalismo to Drakula! Jedyna słuszna przyszłość to Socialismo… o muerte!. Kamera chwyta wiwatujące audytorium. Seńoras y seńores odziani na wieczorowo klaszczą i kiwają wyczesanymi głowami. Jednak przebija się z tłumu ambiwalentna atmosfera, jaka mogłaby towarzyszyć fajerwerkom na pogrzebie… własności prywatnej. A mogło być tak pięknie. Musimy wybierać zgodnie! Musimy tworzyć i realizować plan! – hipnotyzował Hugo. Inspirujące. Akurat nie do końca jeszcze widziałem, jak zacznę kolejny dzień. I jak go skończę. Dokąd iść, gdzie zajechać? Przed siebie! Z podniesioną głową! Jak długo? Do samego końca! Gdzie zrobić przerwę? Iść bez wytchnienia!

I nagle trach. I po obrazie. I nie ma światła. I po wiatraku. „Śmigłowiec” wylądował a szum turbiny ustawał w mroku. Na podwórku krztusił się generator. Po chwili padł. Rozwiane gorące powietrze z powrotem gęstniało. I osaczało mnie. Zacisnąłem pięść. Prąd albo śmierć! Dwadzieścia minut później do drzwi zapukał właściciel. Skończyła się benzyna! Może być problem! Przewróciłem oczami. A niech to. Spojrzałem przez okno, na gwiaździste niebo. Panie Ryszardzie, na zdrowie! I sięgnąłem po omacku do plecaka po piersiówkę z rumem.

Dominikana, faktycznie, ma problem z elektrycznością. A Dominikańczycy szukają rozwiązań połowicznych: nie do końca skutecznych, nie do końca trwałych i nie do końca legalnych.

Oczywiście, takie „misterne” pajęczyny kabli, kabelków, drutów, łączy, przewodów, przedłużaczy – nie są kluczową przyczyną kłopotów z zaopatrzeniem w energię elektryczną. Tego rodzaju napowietrzne labirynty okablowania są typowe dla regionów świata aktywnych sejsmicznie: w Chile, Peru, albo po drugiej stronie globu – na Tajwanie, czy w Japonii. Ponoć powód jest prosty. Wszystko o wiele sprawniej się reperuje, wiąże do kupy, gdy silne trzęsienie ziemi pozrywa kable. Ale, to prawda, taka „zapobiegliwość” robi wrażenie!

„Myślenie prądotwórcze” w Santo Domingo

no images were found

Stawiam na Małe Haiti

Reno myśli o Port-au-Prince, ale budzi się w Santo Domingo. Od miesięcy. Bo tak zarządził los. Po styczniowym pandemonium nie miał wyjścia. Musiał Haiti opuścić, jak zrobiło wielu Haitańczyków. Jego rodzina uszła z życiem, nie stracił bliskich pod gruzami, za co Bogu dziękuje. Ale żyć dalej oznacza dla nich wciąż to samo. Przeżyć każdego dnia. Haitańczycy znoszą to z pokorą a Reno nie jest wyjątkiem i chce przetrwać godnie. Udaje mu się. Od dawna ma pracę i to się liczy. Radzę sobie, mówi podstawowym lecz poprawnym hiszpańskim, ale muszę sprzedać naprawdę dużo, aby coś mieć. Nie narzeka, mówi tylko, jak jest.

Sprzedaje głównie telefoniczne karty prepaid. Towar niby chodliwy, bo w Dominikanie „komórki” zagrzewa się do czerwoności ale trzeba się z nim… nachodzić. Reno pojawia się na ulicy bardzo wcześnie a znika z niej bardzo późno. Ruchliwe skrzyżowanie jest jego codziennym rewirem działania. A czerwone światło – sprzymierzeńcem. Bo pali się przecież non-stop, zmieniają się tylko strony. Reno biega tu i tam, wybiera gdzie lepiej. Jak fury wyhamują to migiem startuje do szoferów, pasażerów, pokazuje co tam ma, głośno dopowie tarjetas, tarjetas, choć od razu wiadomo, że o karty chodzi bo Reno jest tak ubrany, że towar reklamuje się sam i czasem ktoś kupi. Jak zapłaci wyliczonymi to chłopak zyska na czasie i jeszcze może kogoś złapie.

Zagajam go na „wysepce” między pasami ruchu. Tam zdarza mu się odpoczywać. Wtedy podchodzi inny Haitańczyk, nieco młodszy, Jean Mary sprzedaje wodę mineralną, też kierowcom, też na światłach. Obaj znają się dobrze, zaczynają rozmawiać po swojemu, zapominają o mnie. Już do tego przywykłem i… ciągle tam wracam…

Sytuacje, w których osoby trzecie prowadzą tuż przy nas dialog w nieznanym nam języku mogą niekiedy krępować. Szczególnie gdy to, co dociera do naszych uszu brzmi kompletnie obco, ton ma nieprzyjazny i w końcu zamiast intrygować – irytuje. U mnie raczej zaciekawienie bierze górę więc na ogół nie mam z tym problemu. I jest taki język, którego dotąd nie poznałem, poza kilkoma słowami, może prostymi zwrotami ale za to rozpoznaję go od razu i potem z dziwaczną uciechą słucham z bliska, albo podsłuchuję z dystansu.

Przy okazji proszę Reno i Jeana Mary aby mówili między sobą po swojemu, jak jeszcze sami nie zaczęli, o to samo proszę Louisa i Coq-Amosa, nagabuję Oliviera i Tanię, podobnie Ronalda i Fritza a od Fenelona domagam się monologu. Jean Mary sprawia mi frajdę podwójną bo również emaile pisze po swojemu. Koman ou ye? Se Jean Mary patne ou te rencontre nan vil Sendomeng lan map few konen que imel sa se imel mwen.

Niewielu zaliczy ten język do wyrafinowanych i ładnie brzmiących. Bo tak po prawdzie, subtelnością nie grzeszy, melodię ma nielekką, poszarpaną i może nieco ofensywną, szczególnie, gdy jest używany z emfazą. Wtedy rzeczywiście może obezwładnić. Cechuje go jednak rodzaj magicznego, przyciągającego rytmu, jakby składał się z ciągu wydłużonych zaklęć na bazie krótkich, szybko wypowiadanych słów, zaklęć raczej mrocznych i w zupełności skutecznych…

Chodzi o język kreolski. Z Haiti. Pierwszy raz usłyszałem go live po właściwej stronie dominikańsko-haitańskiej granicy. Teraz równie dobrze mogę go wychwycić w pobliżu… Barrio Chino, czyli Dzielnicy Chińskiej w Santo Domingo. Można się zorientować, że zyskuje na znaczeniu. W świecie realnym i wirtualnym. Nawet doczekał się już własnego miejsca w module tłumaczeniowym Google’a. Sprawdźcie.

Niemal rok po trzęsieniu ziemi, w czasie którego setki Haitańczyków, głównie z Port-au-Prince przekroczyło granicę i nową falą emigracji dotarło do stolicy Dominikany, słyszy się go nie tylko w El Pequeño Haiti, czyli w Małym Haiti ale wielu rewirach rozrzuconych po całej metropolii.

Haitańczycy zdominowali mobilne biznesy i energicznie je prowadzą na ulicach Santo Domino. Jeśli ktoś do tej pory kojarzył ich ponury byt w Dominikanie jedynie z zabójczą harówką przy zbiorze trzciny cukrowej lub rusztowaniem na małej czy dużej budowie, dziś już spojrzy inaczej i w pewnym sensie będzie to spojrzenie krzepiące. Od zawsze mówi się, że Haitańczycy wezmą tę pracę u swego sąsiada, której Dominikańczyk nie tknie. Albo inaczej – Dominikańczycy nabyli wprawę w kierowaniu haitańskich imigrantów przybyłych za chlebem – tam, gdzie sami palcem nie ruszą. Plantacje wciąż są takim miejscem, gdzie wielogodzinna praca rąk w ukropie opłacana jest wg dniówek ustalanych w marnych pesos.

Tymczasem w nowych okolicznościach, po styczniowej tragedii pojawiły się znaczące symptomy zmiany status quo, a trud Haitańczyków zyskuje w Dominikanie wymiar bardziej ludzki. Haitańczyk czy Haitanka, dorośli czy młodzi, ciężko pracują, i ciężko pracować potrafią, co bezpretensjonalnie udowadniają w Santo Domingo, czynem i dobrym słowem. Co ważne i już powszechne – słowem po… hiszpańsku! To co dwa lata temu kupowałem od Dominikańczyka na ulicy, dzisiaj kupuję od Haitańczyka, zaczynam od bonjou a kończę na muchas gracias, albo rzucam podświadomie buenos dias ale kończę na mesi. Tak czy inaczej, łagodnie próbuję zagaić w ich mowie, coś tam wtrącić ichniego bo sprawia im to wymowną przyjemność, jak zauważyłem. Zresztą, mnie też się to udziela.

Za jaką nową robotę wziął się z kolei Dominikańczyk? Odpowiedzi jasnej nie znalazłem. Z niepokojem notuję za to wzrost pospolitego i łatwego żebractwa, „dame algo, dame diez pesos”, żebym coś tam dał, dziesiątaka, słyszę nader często. Jakby żebractwo stało się trendy, bo ci, którzy żebrać próbują na żebraków nie wyglądają. Innymi słowy – szukają łatwej monety, turysta, Biały, nosi duży aparat to pewnie i nosi więcej, „no daj coś, amigo!”

Zaczyna się od „gdzie idziesz?” Ileż można kłamać i się wykręcać, to raz czy dwa prawdę się powie. Co prowadzi to wspólnego spaceru bo ten kto pyta zawsze wspaniałomyślnie i na klaśnięcie dłoni gotowy jest porzucić własną marszrutę bez celu i przemaszerować z człowiekiem kilometr albo więcej, dać mu absolutnie konieczną eskortę na najbardziej uczęszczanym deptaku, potem się pożegnać, tak nieco w stylu porucznika Colombo, że niby zainteresowanie stracił i się wycofuje ale nie, bo i za sekundę wraca, bo coś mu się jeszcze przypomniało, wraca prosząc o peso, na mleko (hit!), na coca colę(kit!), na później(mit!).

Raz się zagotowało, jak delikwent pięć razy lepiej ubrany ode mnie, caballero, zdrowy rydz, z władzą w rękach i nogach, nieco mnie przycisnął, próbując wyłudzić pesos na… mleko właśnie, oczywiście na mleko dla dziecka. „To mleko, señor, nazywa się Brugal” – tak mu wypaliłem bez namysłu. Brugal to rum. Konsternacja. Widać… mleko się rozlało.

Zazwyczaj całe to aktorskie żebractwo odgrywa się kulturalnie, pozostaje subtelnie wdrażaną teorią manipulacji, wielu „proszących” to ludzie niegłupi, z poczuciem humoru, nierzadko diablo sprośnym, raczej poduczeni z tak zwaną życiową mądrością. Słowem – fajni goście. Oczywiście ofensywni desperaci też się zdarzają, szczególnie tam, gdzie okolica na to pozwala i przy nich trzeba solidnie nogą tupnąć albo po prostu – dać. I lepiej dać. Ostatecznie pozbywam się tych bezwstydnych jałmużników, jak pasożytów, i wcale nie mam z tego powodu poczucia rozluźnienia a bardziej niesmak.

Sam też po części bezwiednie pasożytem się staję, gdy przez te kilka minut wspólnego spaceru, zaaranżowanego ad hoc, żeruję przecież na ich towarzystwie, którego nie dałem rady wymówić, na relacji, budowanej czasem zupełnie niebanalnie, z jajem, a jakże. Szkoda tylko, że nie mogę tego wysłuchać, dorzucić czegoś od siebie, mądrego lub nie i pójść swoją drogą z kawałkiem zajmującej historii w głowie. W dziewięciu przypadkach na dziesięć otrzymam ze tę historię rachunek… A ja mrużę oczy, biorę kredyt kupiecki i bezczelnie znikam.

Przechodząc natomiast obok Haitańczyków w Santo Domingo mogę odetchnąć, zapominając o rozdrażnieniu, ba mogę się przy nich zatrzymać i chętnie wygrzebać, ile tam trzeba z kieszeni. I zapłacić. Za coś, czego akurat potrzebuję. Haitańczycy przejęli inicjatywę (albo ta została im oddana) na kilku polach małego handlu. Ale handlu jakże kluczowego i typowego w tamtych realiach. Wczesnym świtem wypychają obłożone kolorowym towarem wózki, prowadzą ociężałe, ledwo zipiące „riksze” albo zdezelowane rowery.

Haitańscy fruteros sprzedają tropikalne owoce, w sposób sprawny i ujednolicony; w ofercie to co stałe i sezonowe, teraz ananas, papaja, mango, banan, osobno, albo w postaci ensalada de fruta – owocowej sałatki, nierzadko polanej miodem, na życzenie, bo w Dominikanie słodko na słodko to norma. Dalej – haitańscy cocoleros próbują sprzedać aqua de coco, czyli „upłynnić” kokosy z lodem, ciężki to interes, do tego objazdowy, łatwiej mają ich koledzy, też rodacy, codziennie pracują w tym samym miejscu, wyciskają świeże soki ze stery pomarańczy, wyczekując klienteli – stałej, jak i nowej – zwabionej aromatem cytrusów.

Młodsi a czasem zupełne młokosy, umorusane smyki działają w usługach czyszczenia obuwia. Nawiasem mówiąc, w realiach miejskiej codzienności znani są od dawna i łatwo ich rozpoznać. Z nieodłącznym „zestawem pucybuta” przemieszczają się po swoich „kwadratach” i polują na lakierki, mokasyny oraz inne upaprane cichobiegi, miejscowych i turystów, pod bankiem i pod katedrą, na placu i w parku. Widać, że kierat ten jest w jakiś sposób bezkonfliktowo dzielony; haitańskie dzieciaki harują z dominikańskimi, tymi z dystryktów najbiedniejszych, tzw. barrios marginados bajo el puente, czyli slumsów i to jeszcze „pod mostem”, jak La Cienaga.

Wspomniał mi o tym Antony, młodziak, Dominikańczyk, niezwykle życiowy i rozumny chłopak z La Cienagi. Codziennie walczy o pesos dla matki i braci, uczciwa praca już weszła mu w krew. O jałmużnę nie prosi. Daje dobry przykład.

Starsza haitańska kobieta, o skórze hebanowej i lśniącej, pięknie zaczesana, proponuje – cafecito dominicano, niebo w gębie, choć wiadomo, że diabeł parzyć pomagał. Czarci produkt w naparstku nalany z termosu, za pięć pesos równie dobrze mógłby być haitański co dominikański. Wnuczka zachwala ciastka z fistaszków. Synowie albo wnukowie tejże staruszki, albo każdej innej, podobnej przebrani w jaskrawe, niemal odblaskowe kombinezony z nadrukiem Skim Ice zachwalają lody z przenośnej lodówki, patykowate mrożonki w kolorach równie jaskrawych, orzeźwiające, do wyssania na szybko. Kupi Lola na chodniku, kupi szofer carro público, czekając na skrzyżowaniu, zanim czerwone światło zmieni się na zielone.

Na tym samym skrzyżowaniu, inni, obok lodziarzy, handlują kartami telefonicznymi Orange, czy Claro, albo wodą mineralną w oszronionych, małych butelkach. Widziałem ich rano, i pozdrawiałem, widziałem po południu, pytałem, jak leci, i pod wieczór, sprawdzałem, czy żyją. Kiedy na serio odpoczywają, kiedy cokolwiek jedzą, tego nie wiem. Zapewne w biegu i tyle co nic. Raz jeszcze podchodzę do Reno, wodę chociaż pijesz, pytam tego sprzedawcę kart, już niemal przyjaciela, pójdę i kupię ci. Na wodę mam, odpowiada. To pij, musisz pić, upał. On wie, że musi, i mówi, że pije, ale mówi takim głosem, jakby go ujęła moja troska. A mnie ujmuje, że nie prosi o pomoc, że walczy sam, choć człowiek proszący człowiekiem pozostaje…

Stawiam na Małe Haiti!