Co zje pelikan?

Jedno z pierwszych zdjęć z Mieście Panama zrobiłem w porcie rybackim, blisko targu rybnego Mercado de Mariscos. Wygląda to, jak fotomontaż nadmorskiej scenerii Ustki z pejzażem Hongkongu, albo Singapuru. Zresztą, Panama nie płacze przy takim porównaniu. Chce być „Tygrysem Ameryki Środkowej”, poniekąd nim jest. Pełno kolorowych łodzi buja się w portowych wodach Zatoki Panamskiej podczas przypływu, albo grzęźnie w mulistej brei, gdy jest odpływ na tle dżungli wysokościowców, drapaczy chmur, podniebnego przeszklonego betonu, co tworzy to sławetne Panama City. Zalęgły się tam filie chyba wszystkich banków świata i kancelarii prawniczych (jednej z nich wyciekły kwity, z czego wynikła afera Panama Papers).

Port rybacki w mieście Panama, blisko targu z rybami i owocami morza - Mercado de mariscos

Fragment portu rybackiego, w zasięgu Mercado de Mariscos.

Łodzie w porcie rybackim w mieście Panama, blisko targu z rybami i owocami morza - Mercado de mariscos

Łodzie rybackie w spoczynku. Jutro kolejna tura połowów… W tle kawałek „panamskiego Singapuru”.

Raport pelikana

Na targu mieszały się ze sobą wonie świeżych ryb, odłowionych o świcie i detergentów, jakimi zmywano szkliste, powleczone rybim śluzem betonowe posadzki. Na lodowych pryzmach poukładano pękate tuńczyki, żółtookie lucjany i długawe, krępe corviny. Za nimi roiły się kraby o rozmiarach pająków z filmów klasy B, poplątane ośmiornice, krewetki wygięte w podkowy oraz małże uwięzione w muszlach-wnykach. Nie wszędzie pachniało dobrze. Na skraju bazaru drażnił fetorek rybich wnętrzności, rybich głów, albo całych, felernych ryb, którym przyszło zakończyć żywot w tak plugawy sposób. Zapach, jaki korkociągiem wwiercał się w nozdrza, być może wabił pelikany. Zlatywały się tam licząc na bonus.

Niektóre z nich siadały na dachu, jeden blisko drugiego. Inne na kontenerach ze smrodliwą zawartością. Lecz nie nurkowały w nich, jak obmierzłe ścierwojady w głodowej desperacji; miały swoją godność. Widziałem w ich spojrzeniu niejakie zażenowanie. Wtedy też łatwiej było je uchwycić na zdjęciu. Lubię pelikany. Pamiętam, że obserwowałem je podczas łowów w zatoce Man O’ War Bay, blisko Charlotteville na Tobago. Albo w zasięgu Pigeon Point tamże. Krążyły nad taflą oceanu, jak myśliwce nurkujące, wbijając się znienacka w upatrzoną zdobycz. Potem nasycone sadowiły się grupowo na wybranej łodzi, co wyglądało na walne zebranie w sprawie co najmniej „Raportu Pelikana.”

Pelikan w porcie rybackim w mieście Panama

Pelikan jakby nieco speszony.

Pelikan w locie uchwycony w porcie rybackim w mieście Panama

Pelikan leci do swoich.

Ryba corvina

W Panamie widywałem te ptaki częściej na lądzie, blisko rybackiego portu, niż nad wodą. Tam też, w restauracyjkach z owocami morza, człowiek zaznaje prawdziwej rozkoszy podniebienia. Ktokolwiek odwiedzi Mercado de Mariscos w stolicy, na pewno wspomni potem ceviche de corvina. Surową, pociętą na drobne kawałki rybę, jakże mięsistą i pełną w smaku, zalewa się sokiem z limonki; dodaje cebulę, ostrą paprykę, sól i odstawia na krótkie marynowanie. To prawie, jak danie firmowe; wszędzie w tej samej cenie, równie wyśmienite. Do tego, podobnie serwowane, dość charakterystycznie: w styropianowym kubku z plastykową łyżeczką, razem z paczką słonawych krakersów „Coctail”.

Ceviche de corvina, Mercado de Mariscos, Panama

Ceviche de corvina. Obowiązkowy zestaw do spożycia na Mercado de Mariscos.

Wielu czyni tę ucztę jeszcze bardziej ekstrawagancką zamawiając do popicia… coca colę. Nie tędy droga. Jedynym ludzkim wyborem jest lodowate piwo: „Panamá”, lub „Balboa”. Po tej szlachetnej przystawce trzeba pomyśleć o czymś konkretniejszym, choćby znowu o… corvinie. Jednak, tym razem smażonej w całości, w nieodłącznej asyście patacones, tj. usmażonych na złoto zielonych plantanów (plátanos verdes fritos).

Corvina frita / fried corvina, Mercado de Mariscos, Panama

Corvina do podziału.

Co jeszcze warto skosztować? Rozpoznajmy na koniec potrawę ze zdjęcia tytułowego. Jest prosta i sycąca. Smakowita. Do spróbowania również na Mercado de Mariscos. Otóż, są to patacones rellenosnadziewane smażone plantany. Te ostatnie uformowane w zgrabne (i praktyczne) canastitas, czyli „koszyczki”. Wypełnia je różnego rodzaju nadzienie: krewetki, kurczak, mięso mielone, ser, kiełbaski chorizo, awokado, tuńczyk, itp. Można kombinować ze wsadem na prawo i lewo, łączyć składniki. W prezentowanej wersji, popularnej w panamskim menu, mamy dokładnie patacones rellenos de mariscos, czyli z duszonymi owocami morza. To danie, wywodzące się poniekąd z kuchni biedoty, świetnie oddaje kulinarną inwencję łączenia skromnego budżetu z tanim dostępem do źródeł pożywienia. Wszak frutas del mar zawsze były w Panamie pod ręką. Dbają o to Pacyfik z jednej strony, a Morze Karaibskie z drugiej…

Udostępnij artykuł na:
2 Odpowiedzi
  • traveLover
    Styczeń 5, 2018

    Podoba mi się porównanie do remiksu Ustki z Hongkongu, szczególnie, że w Ustce mam 3/4 rodziny 🙂 Ale koniec sentymentów 🙂 Panamę muszę zobaczyć i basta! 🙂

    • caribeya
      Styczeń 5, 2018

      A to trafiłem! To musi być znak! 🙂 Podciągaj Panamę, jak najwyżej Twej „bucket list”! 🙂
      Swoją drogą, chciałbym mieć choć trochę rodziny gdzieś nad naszym morzem…

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *