Czy zagarną raj?

Ten poniższy, niedługi tekst (zachowany prawie w stanie pierwotnym, łącznie z tytułem) napisałem w czerwcu 2007 roku, w hotelu w Santo Domingo, gdy wróciłem z wypadu na półwysep Samaná. Znowu byłem oszołomiony dzikością tego miejsca, jego pejzażami, ludźmi. Pierwszy raz dotarliśmy tam z Kingą ponad rok wcześniej. Mógłbym sparafrazować początek powieści G. G. Márqueza „Sto lat samotności” pisząc, że Las Galeras „było wówczas niewielką osadą – dwadzieścia chat z trzciny oblepionej gliną […]. Świat był jeszcze tak młody, że wiele rzeczy nie miało nazwy i mówiąc o nich trzeba było wskazywać palcem.”

Dwanaście lat później ta odległa osada, leżąca na krawędzi dominikańskiej geografii, pozostaje malownicza; nadal przyciąga swojskością, kameralnym klimatem i spokojem. Człowiek, który pokona kilka tysięcy kilometrów, uciekając z europejskiej ciasnoty, znajdzie tu kawałek swego szczęścia. Wciąż może na to liczyć. To prawda. Tych, których tam zabieram oczarowuje gościnność tego „pueblo”; dobrze im tam, nie chcą wracać… Mam z tego wielką radość. Ale Las Galeras staje się inne. Zmiany są raczej pełzające, niż gwałtowne, lecz co roku zauważalne. Prowadzi tam porządna droga, niedawno w zasięgu postawili stację benzynową (choć handel bajurą w butelkach po piwie „Presidente” kwitnie po staremu) … 

Byłem naiwny, myśląc, że uchowam to miejsce „dla siebie” w jakimś stanie nietkniętym. Przecież zachwycałem się nim wielokrotnie, o czym doskonale wiecie; nie potrafiłem utrzymać języka za zębami. Wolałem się dzielić. W duszy podróżnika, choćby tego chciał czy nie, ścierają się: egoista z altruistą. W moim przypadku to starcie było bardzo burzliwe… Lecz już po wszystkim. Pozostała jedynie naiwność…

Wtedy, w 2007 roku, czegoś się obawiałem. Mniej lub bardziej świadomie. Już wiem, czego…


(Napisane w 2007 roku)

KRAINA KOKOSA

Witamy chłopcze w tierra de coco, w „krainie kokosa” – zagaiła mnie czarnoskóra kobieta. Już niemłoda, ale wciąż trzymająca się świetnie. Czarowała zdrowym uśmiechem a jej zęby były białe, jak wnętrze orzecha. Siedzieliśmy na pace terenowej toyoty, która wiozła nas z Samaná do Las Galeras.

Wszędzie dookoła majestatyczne palmowe gaje pokrywały wzgórza. Kobieta wracała z targu, gdzie handlowała rybami, jakie o świcie złowił jej mąż. Wszystkie sprzedałam! – zakomunikowała, wskazując pustą miskę, w której pozostały jedynie srebrzyste łuski i rybi śluz. Intensywny morski zapach uderzał w nozdrza.

Próbowałeś kiedyś ryby z kokosem?

Nie miałem okazji – przyznałem.

Skoro już tu dotarłeś – musisz spróbować! To danie z tych stron.

Na pewno tak zrobię! – obiecałem.

Jej koleżanka, która oblizywała dłonie z lepkiego soku dojrzałego mango, spytała – Lubisz podróżować w ten sposób; tak, jak my – Dominikańczycy?

Pewnie… – odparłem – ale chyba nie mam wyjścia…?

Tak, tutaj przyszło nam przywyknąć do takiego transportu.

Ja też nie mam z tym problemu. Poza tym lubię jeździć na pace.

Kobieta zarechotała.

Poczułem ssanie w żołądku, wyjąłem więc z plecaka resztki empanady. Zanim ugryzłem, pomyślałem, że to proste, tutejsze jadło jeszcze mi się nie znudziło. Niemal codziennie przerabiałem podobny śniadaniowy zestaw: empanadas de pollo, jugo de chinola, café dominicano – rodzaj przerośniętego pieroga nadzianego farszem z kurczaka, sera, szynki lub jajka plus świeżo wyciśnięty sok z marakui, dosłodzony i zmiksowany z lodem w blenderze oraz aromatyczna kawa, diablo mocna i z dużą ilością cukru.

Tymczasem żona rybaka zauważyła – Podróżujesz i jesz, jak Dominikańczycy, czy jest coś w tym kraju, czego nie lubisz?

Tak, jest coś takiego – zaryzykowałem – Nie lubię turystyki z Punta Cana…

Obie kobiety spojrzały po sobie.

Ale dlaczego? – zareagowała jedna z nich. Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, udzielono mi wsparcia – Bo Punta Cana to nieprawdziwa Dominikana?

Właśnie… – kiwnąłem głową.

Mimo, że ma… prawdziwy biały piasek, prawdziwą turkusową wodę i prawdziwe tropikalne drinki. I na dodatek wszystko w pakiecie „all inclusive”.

Zamyśliłem się i dodałem – Wiadomo, że ten kraj potrzebuje Punta Cana i wiele innych podobnych miejsc…

NIM ZAGARNĄ RAJ

Wielce prawdopodobne, że w kolejnych latach każde dominikańskie wybrzeże zostanie podlane „zupą turystów”, która wypełni podobne wakacyjne enklawy. Chciałbym jak najlepiej dla tej, niezmiennie pociągającej karaibskiej Republiki. Oczywiście mam świadomość, że kraj ten żyje z turystyki, czerpie znaczące dochody z organizowania tropikalnego raju białym przybyszom z Europy, Stanów Zjednoczonych, czy skąd tam jeszcze, dając prace setkom Dominikańczyków, itd. Wystarczy się rozejrzeć.

Ale z drugiej strony wyraźnie dociera do mnie również to, iż któregoś dnia może faktycznie zabraknąć dzikiej i nieskalanej Dominikany. W zamian powstanie syntetyczny kompleks, imitujący naturę tropikalnej wyspy, gdzie palmowe liście będą wycierane z kurzu, jak każdy inny sprzęt. Chciałbym mieć pewność, że tak się nie stanie. Jednak – jak to wyraził dosadnie i chyba słusznie znajomy z Santo Domingo: Ciężko będzie skutecznie powstrzymać kolejne inicjatywy przedsiębiorczych… „eko-terrorystów”. Przewrotnie odwrócił tu „wektor” znaczenia tej frazy.

Pośpiesz się młody człowieku – powiedziała kobieta – pośpiesz się i znajdź tu jeszcze swoje miejsce. W Las Galeras wciąż możesz to zrobić!

Miała rację…

LAS GALERAS ANNO DOMINI 2007 – Galeria

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *