Czy zagarną raj?

Witamy chłopcze na tierra de coco, na „ziemi kokosa” – zagaiła mnie czarnoskóra kobieta. Już niemłoda, ale wciąż trzymająca się świetnie. Czarowała zdrowym uśmiechem a jej zęby były białe, jak wnętrze orzecha. Siedzieliśmy na pace terenowej toyoty, która wiozła nas z Samaná do Las Galeras.

Wszędzie dookoła majestatyczne palmowe gaje pokrywały wzgórza. Kobieta wracała z targu, gdzie handlowała rybami, jakie o świcie złowił jej mąż. Wszystkie sprzedałam! – zakomunikowała, wskazując pustą miskę, w której pozostały jedynie srebrzyste łuski i rybi śluz. Intensywny morski zapach uderzył w nozdrza.

Próbowałeś kiedyś ryby z kokosem?

Nie miałem okazji – przyznałem.

Skoro już tu dotarłeś – musisz spróbować! To danie z tych stron.

Na pewno tak zrobię! – obiecałem.

Jej koleżanka, która oblizywała dłonie z lepkiego soku dojrzałego mango, spytała – Lubisz podróżować w ten sposób tak, jak my – Dominikańczycy?

Pewnie… – odparłem – ale chyba nie mam wyjścia…?

Tak, tutaj przyszło nam przywyknąć do takiego transportu.

Ja też nie mam z tym problemu. Poza tym lubię jeździć na pace.

Kobieta zarechotała.

Poczułem ssanie w żołądku, wyjąłem więc z plecaka resztki empanady. Zanim ugryzłem, pomyślałem, że to proste, latynoskie jadło jeszcze mi się nie znudziło. Niemal codziennie przerabiałem podobny śniadaniowy zestaw: empanadas de pollo, jugo de chinola, café solo dominicano – rodzaj przerośniętego pieroga nadzianego farszem z kurczaka, sera, szynki lub jajka plus świeżo wyciśnięty sok z marakui, dosłodzony brązowym cukrem i zmiksowany z lodem w blenderze oraz aromatyczna kawa, diablo mocna i z dużą ilością cukru.

Tymczasem żona rybaka zauważyła – Podróżujesz i jesz, jak Dominikańczycy, czy jest coś w tym kraju, czego nie lubisz?

Tak, jest coś takiego – zaryzykowałem – Nie lubię turystów z Punta Cana…

Obie kobiety spojrzały po sobie.

Ale dlaczego? – zareagowała jedna z nich. Zanim jednak zdążyłem odpowiedzieć, udzielono mi wsparcia – Bo Punta Cana to nieprawdziwa Dominikana?

Właśnie… – kiwnąłem głową.

Mimo, że ma… prawdziwy biały piasek, prawdziwą turkusową wodę i prawdziwe tropikalne drinki. I na dodatek wszystko w pakiecie „all inclusive”.

Zamyśliłem się i dodałem – Wiadomo, że ten kraj potrzebuje Punta Cana i wiele innych podobnych miejsc…

Wielce prawdopodobne, że w kolejnych latach każde dominikańskie wybrzeże zostanie podlane „zupą turystów”, która wypełni podobne wakacyjne enklawy. Chciałbym jak najlepiej dla tej, niezmiennie pociągającej karaibskiej Republiki. Oczywiście mam świadomość, że kraj ten żyje z turystyki, czerpie znaczące dochody z organizowania tropikalnego raju białym przybyszom z Europy, Stanów Zjednoczonych, czy skąd tam jeszcze, dając prace setkom Dominikańczyków, itd. Wystarczy się rozejrzeć.

Ale z drugiej strony wyraźnie dociera do mnie również to, iż któregoś dnia może faktycznie zabraknąć dzikiej i nieskalanej Dominikany. W zamian powstanie syntetyczny kompleks, imitujący naturę tropikalnej wyspy, gdzie palmowe liście będą wycierane z kurzu, jak każdy inny sprzęt. Chciałbym mieć pewność, że tak się nie stanie. Jednak – jak to wyraził dosadnie i chyba słusznie znajomy z Santo Domingo: Ciężko będzie skutecznie powstrzymać kolejne inicjatywy przedsiębiorczych „eko-terrorystów”.

Pośpiesz się młody człowieku – powiedziała kobieta – pośpiesz się i znajdź tu jeszcze swoje miejsce. W Las Galeras wciąż możesz to zrobić!

Miała rację…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *