Daiquiri spod lady

Jeśli masz pragnienie poznać lokalnego szatana w jego kolebce, w sensie chcesz łyknąć tutejszej kawy, uszczknąć tej café diablo dominicano albo chcesz soków ze świeżych owoców dla zdrowotności popić, albo coś szybko na ząb wrzucić to w Santo Domingo okazja czeka na każdym rogu ulicy. Albo na każdym kroku, pomiędzy tymi rogami. Stara to śpiewka, i nośna niezmiennie. Jednak nie każdy róg to La Cafatera, lokal – legenda na starówce, przy deptaku El Conde. Tu myślimy o rogu obfitości z innego kośćca, o miejscu, gdzie po pierwsze duch się bogato napasie a ciało zażyje tyle, ile wytrzymać zdoła, aby się z dosytem ducha zrównać. Adres ten, wyżej wskazany, natychmiast sugeruje istnienie konkretnego celu śródmiejskich peregrynacji. I warto, choćby raz, cel ten świadomie osiągnąć!

Można się po dominikańskiej stolicy włóczyć od świtu do zmierzchu, i ciągle dorzucać do pieca, a później odwrócić klepsydrę i pociągnąć jeszcze trochę na noktowizorze, można jeść, pić i folgować sobie na prawo i lewo, do upadłego, teleportować się płynnie z przybytków właśnie zamykanych do właśnie otwieranych, można mieć w głowie melanżu plan cały ale nie można zapomnieć o La Cafeterze. Nie sposób, bo to grzech zaniechania. I mus dotrzeć tam przed dziesiątą wieczór, zanim zamkną. Meta idealna na stopover, jeśli wpadnie się tam bliżej końca. Jeśli wpadnie się tam grubo wcześniej, to wpadnie się na dobre. I ja tak wpadłem! Ci co latają (czy w sensie fizycznym, czy metafizycznym) z doświadczenia wiedzą, że okoliczności nadzwyczajne sprawić mogą, iż stopover zamieni się w final destination. I nikt nie żywi pretensji.

La Cafetera ma tajną broń. I daje nieźle postrzelać. Tylko trzeba odpowiednio nacisnąć. Swego czasu szliśmy tam regularnie z Papryczką na „małą czarną”, i również was wtedy spraszając do tej kultowej kawiarni – nostalgii, teraz idziemy po inne używki, teraz idziemy się napić. Czy będziemy pić tęgo, czy powiemy basta na czas, zależy od wolnej woli, którą skutecznie testuje (albo raczej od razu tłamsi) jeden z tamtejszych cantineros, cud barmanów.

Na początku był sok. W Dominikanie pije się soki, i nie są to jakieś parszywe ersatze o smaku plakatowych farbek ale sama świeżyzna, przeważnie wyciskana na miejscu. Jasne, na ulicy sprzedawcy trzymają często „gotowce”, i leją z plastikowych baniaków to, co wycisnęli zawczasu. I nie ma się co boczyć, bo wciąż jest to produkt naturalny, i pyszny. Jeśli sprzedawca ciepnął do soku pomarańczowego garść cukru i przesłodził go, co w Dominikanie jest oczywiste i preferowane, to poproszony o wykonanie dodatkowego wycisku na oczach, nie obrazi się, a nawet ucieszy.

W La Cafeterze soki ciśnie się każdorazowo pod zamówienie klienta. Chcesz taki z papai, dostaniesz. Chcesz z melona, dostaniesz, z pomarańczy, z grejpfrutów, z limonek, nie ma problemu. Chcesz z chinoli (marakui), nie dostaniesz, idź na ulicę, tam mają. Sprawa jest jasna, są owoce żądające czasochłonnej obróbki, a barmani nie są leniwi, tylko praktyczni, vide jajecznica z jajek kurzych versus jajecznica z jajek rybich. Zaczęło się zatem od soku. Siedziałem przy kontuarze. Popołudnie mówiło „hasta la vista!”, wieczór mówił „hola, como estas?”. Wtedy, jak to z grubsza spuentował Jules z Pulp Fiction, „jadłem ciastko, piłem kawę i doznałem tego, co alkoholicy nazywają chwilą zrozumienia”. A może by tak wziąć jakiś sok?

Tyle razy już tam zachodziłem i nie przyszło mi do głowy, aby w La Cafeterze zamówić coś innego, niż kawowy zestaw programowy: espresso i biskwit. Bierz koleś sok, zaszalej! Papaję (ulubiony owoc mej Bonity) wolę do ręki, bo zmiksowana i w szklanicy podchodzi mi jakoś, umówmy się, skarpetą. Bonita się nie obrazi, bo też tak uważa. Melona podobnie, wolę do ręki, a jakże. Pomarańcze, za przeproszeniem, mam w domu. Zostaje limonka, albo cała zgraja limonek. Je też trzymam na stanie, ale soku z nich nie pijam tylko do picia dodaję.

W zasięgu mam barmana, przywołuję go skinieniem, właściwie w tym momencie jeszcze baristę bardziej wołam, bo do teraz mieliśmy jedynie dobre aczkolwiek sztampowe relacje kawowe, za chwilę to się jednak zmieni, poczekajcie, a najpierw dobrze zapamiętajcie jego imię, nie jest to imię zmienione, utajnione ani zniekształcone, jak to bywa gdy sprawa tego wymaga, jest to imię prawdziwe, panie i panowie, „Jego Za Dziesięć Minut Barmańska Wysokość Na Tym Padole”, señor Lorenzo Rodríguez alias Rochelio! I jeśli bezpretensjonalnie zwrócicie się do niego tym „aliasem” to pomyśli, że się znacie…

W La Cafeterze pracuje od lat trzydziestu. Knajpa liczy sobie lat osiemdziesiąt, a mogłaby liczyć nawet i osiemset, gdyby wiking Eryk dysponował łajbami Kolumba. Rzecz w tym, że przybytek sprawia wrażenie, jakby stał tam wiecznie, jakby reszta była tylko rozległą dobudówką wokół tego kulturalnego jądra starówki, tego wodopoju dla intelektualistów, politycznych komentatorów, artystów i wszelkiej maści dziwolągów, i też turystów. Tutaj czas przeszły elegancko integruje się z teraźniejszym. Człowiek wchodzi do środka i wtem wietrzy historię, tę nową i tę starą, bo jedna wywołuje drugą. Ale poczucia rzeczywistości nie traci, ba, wydaje mu się nawet, i pewnie na wyrost, że coś do tej rzeczywistości od siebie dokłada.

Rochelio już rozumie, czego chcę: jugo de limón. Zrobi mi sok ale muszę poczekać. Nie ma pod ręką limonek, nie ma ich też w spiżarni. Na pewno są w supersamie za rogiem. Rochelio o tym wie ale sam nie pójdzie. Śle jednego z klientów. Nie wiadomo, jakie mają układy. Kulturalnie acz zdecydowanie, odrywa go od trunku, dopijesz później, daje do graby pesos i bez limonek nie wracaj. Klient szczęśliwie wraca z pękatą siatą tychże. Oddaje resztę. Rochelio odbiera jedno i drugie. Znowu jesteśmy przy idei soku. Jak ten Rochelio limoneczki obmacuje, jak się pięknie nimi opiekuje, jak je tylcem noża ze wszystkich stron obstukuje, aby skórka cytrusa uwolniła aromat, jak on to zgrabnie, jak profesjonalnie robi, jakby od zawsze. Ale się z tym nie obnosi, raczej tak jakoś z charakterem, i z pokorą mu to wychodzi. Wielbisz faceta z marszu.

Obstukane limony, idą już teraz, na serio, pod nóż, a potem do wyciskarki, ze trzy albo cztery dobre sztuki. Następnie w postaci już płynnej zbliżają się do wypełnionego lodem blendera, po drodze łączą jeszcze ze zwilgotniałym brązowym cukrem (a jakże, dosłodzić trzeba, nie walczymy przecież o Order Uśmiechu) i miarką mineralnej wody. Miksowanie, nie za długie, nie za krótkie, co do sekundy wyćwiczone przez Rochelia, wieńczy dzieło. Mam swój sok. Popijam. Choć nie lubię cackać się rurką, tym razem nie widzę problemu. Gdybym był Mią Wallace i pił swoje w lokalu Jack Rabbit Slim’s, a naprzeciwko mnie siedział Vincent Vega, i zechciał mojego spróbować, i gdybym mu wreszcie spróbować dał (bez podmiany rurek, bo też robaków nie mam), to werdyktem Vincenta byłoby, nie inaczej – „zajebiście dobre!”. Ale Vincent nie zdążyłby już dopytać barmana czy „bourbona” do soku dolewają czy jak, bo ja bym go raz-dwa uprzedził, i zmienił to sprawdzające pytanie w moje osobiste, żarliwe życzenie.

Nachylam się więc do Rochelia, i proszę, aby do tego, co jeszcze nie zdążyłem dopić, dodał mi nieco „prądu”. Uśmiecha się szelmowsko i zasuwa po generator woltów. Wraca z białym Brugalem, dominikańskim rumem. Odmierza proporcje i ponownie zapuszcza blender. Teraz na kontuarze stoi już przede mną jugo de limón cargado, lecz stoi nie tyle „podładowany” orzeźwiający napój, co – pierwszej klasy, światowej i każdej wyższej, słowem ponadklasowy – super koktajl, i to ochrzczony o wiele wdzięczniej, na sąsiedniej „cukrowej wyspie”, a rozsławiony w hawańskim barze El Floridita, w czasach gdy pewien amerykański pisarz regularnie się tam pojawiał…

W przypadku Rochelia, barmana, starego wygi, który robotę za barem zaczynał w czasach, gdy ja wypluwałem marchewkowe papki na karmiących mnie rodzicieli, nie mogę zaryzykować jakiejś banalnej pochwały czy taniego pochlebstwa, czegoś co nie miałoby szansy wejścia do jego prywatnej (i historycznej) kolekcji pozyskanych komplementów, no to powiadam mu, że daiquiri pewnie i narodził się na Kubie, ale na pewno, tu i teraz, odrodził się w La Cafeterze! Po kilku solidnych łykach wstaję, jak oświecony czy raczej nawiedzony gość, ledwo co na rauszu, szkło z niebiańską zawartością unoszę i oddaję Rocheliowi hołd, el mejor cantinero del planeta, zwracam się do tych, którzy jeszcze w barze siedzą, że to barman „debeściak” jest i basta, tak im mówię a oni są o tym przekonani…

W La Cafeterze bywałem regularnie, gdy było to możliwe, o tej samej, późno wieczorowej porze (jak na tropik) i niemal zawsze odprawiano mnie, jako ostatniego. Rochelio to nie tylko świetny barista czy barman maestro, jakich światu trzeba ale też dusza facet, z humorem, z jajami. Było o czym pogawędzić, z czego się pośmiać. Jednocześnie bawiłem się z podejrzaną uciechą swym starym-nowym odkryciem, bo samo daiquiri „nauczyłem się” już dawno temu pić. Piłem bo czytałem albo ściślej, wracałem do czytania. Hemingwaya, rzecz jasna. Zresztą te „hemingwayowskie” powroty zdarzają mi się cyklicznie. Dlatego przy swego rodzaju nabytej słabości do daiquiri, szczególnie w karaibskich okolicznościach przyrody, pilnuję się aby Bonita nie zadrwiła ze mnie tak, jak ktoś podobno kiedyś zadrwił z Papy Ernesta, że mu się wątroba zamieniła w wielką, tłustą pijawkę…

Salud!

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *