Dawcy wody

Pamiętam dzień nad słonym, jak morze jeziorem Enriquillo w południowo-zachodniej Dominikanie. Słońce paliło, ledwo żyłem. Kilka godzin lawirowania w suchym buszu między iguanami. Fotografowałem te pocieszne bestyjki, „dominikańskie smoki” z każdej strony. Legwany nosorogie nie uciekają sprzed obiektywu. Sjestują, snują się leniwie pomiędzy chaszczami, parkują pod kaktusami, grzeją się na wapiennym żwirze, żują jakieś zielska. Mają fotografa głęboko w… ogonie. Szczególnie, jeśli ten działa dyskretnie, nie płoszy ich, nie drażni. Wtedy każdy robi swoje, natura i człowiek nie wadzą sobie nawzajem. Na jednym zdjęciu uwieczniłem niebieskooką piękność, iguanę, w jakiej się zakochałem…

Legwan nosorogi z błękitnymi oczami, Dominikana.

Niebieskooki okaz legwana nosorogiego (Cyclura cornuta).

Pragnienie

Nie miałem niczego do picia. Pragnienie dało znać o sobie nagle i dobitnie. Kiedy człowieka pochłania robota, która w dodatku sprawia mu frajdę, zapomina o reszcie. Sięgnąłem do plecaka po butelkę z wodą, lecz nie zostało tam ani kropli. Nie od razu zakręciło mi się w głowie. Dopiero potem, gdy zorientowałem się, że na pustkowiu nie ma nikogo poza mną. W jakimś mirażu dojrzałem człowieka w mundurze; stróża parku, może żołnierza pogranicznika, bo do Haiti stamtąd blisko. Podbiegłem do niego, prosząc o wodę. Faktycznie, to był żołnierz. Niestety, nie miał wody. Uśmiechnął się lekko. Z grymasu na jego twarzy wyczytałem coś w rodzaju „wybacz przyjacielu”. Czekał na kogoś, kto przyjedzie zmienić go na posterunku; może za godzinę, może za dwie. Musiał wytrzymać. Ja też musiałem, choć wolałbym mieć to z głowy; wychłeptałbym całe źródło. Tylko gdzie takie znaleźć? W pobliżu jedynie zasolone w cholerę bajoro o powierzchni 375 km².

Słone jezioro Enriquillo, łódź.

Jezioro Enriquillo. Słone.

Wyszedłem na szosę prowadzącą do La Descubierta. Pomyślałem, że złapię cokolwiek „na stopa”, podjadę do miasteczka, wejdę do pierwszego colmado i rzucę się na lodówkę z piwem Presidente. Ciągle oblizywałem zaschnięte wargi, ocierałem pot z czoła. Wzbierała we mnie jakaś podskórna panika. Żadne auto nie jechało do La Descubierta. W drugą stronę też nie. Dlaczego? Czy nie minęła już pora sjesty? Siadłem na zakurzonym poboczu i czekałem. Przypomniała mi się bielusieńka kozia czaszka, widziana kilka dni wcześniej pod Pedernales. Nadawała się na indiański totem, wystarczyło by ją nadziać na jakiś palik. Czasem takie wspomnienia, wracające znienacka, mogą podpowiedzieć przyszłość; choć nie uśmiechało mi podzielenie losu tamtego pechowego stworzenia.

Ratownicy wodni

Już chyba na krawędzi majaków dojrzałem pick-up sunący w moim kierunku. Wyszedłem na drogę, pod prąd, gotowy na czołówkę. Pick-up wyhamował, szofer wychylił się i bez żadnej irytacji spytał, w czym rzecz. Nie jechał sam, w środku siedziała kobieta i dwójka dzieciaków; dziewczynka z chłopcem, pewnie rodzeństwo. Podszczypywali się, szturchali, wtem chłopiec głośno pierdnął; dziewczynka zachichotała i zasłoniła nos. Kobieta przeprosiła, choć nie wyglądała na zawstydzoną; nic zdrożnego przecież. Od razu spytałem o wodę. Co za szczęście! Mieli ją, mieli dużo wody; kilka butelek w przenośnej lodowce, wyłożonej kostkami lodu.

Okolice jeziora Enriquillo w południowo-zachodniej Dominikanie.

Kierunek – La Descubierta.

Chwyciłem jedną i wydoiłem w kilka sekund. Sięgnąłem do kieszeni spodni, aby wysupłać jakieś pesos i zapłacić tym łaskawym ludziom za uratowanie mi życia, lecz pan-głowa-rodziny machnął ręką, że mnie muszę tego robić. Toma, toma amigo mío, zachęcał mnie, abym jeszcze wypił. Podziękowałem. Kobieta spytała skąd jestem, to jej powiedziałem. Chłopiec próbował wsadzić dziewczynce palec do nosa, potem do ucha, lecz tej udało się uniknąć tortur. Wtedy spojrzał złowrogo na mnie, jak na przyczynę swojej nudy i znowu pierdnął. Roześmialiśmy się. Podziękowałem im, życząc buenas tardes, dobrego popołudnia. Odjechali.

Wodotrysk

Napojony odzyskałem wcześniejszy wigor, chociaż niewiele miałem już do zrobienia w okolicy. Pomyślałem, że dotrę do La Descubierta i tam złapię „guaguę” do Santo Domingo. Przy okazji, zjem coś; trochę fasoli z ryżem, może mango na deser. Usłyszałem za sobą odgłos silnika. To była czerwona terenówka. Jechała tam, gdzie ja chciałem dojść. Zatrzymałem ją. Tym razem trafił mi się ojciec z synem, młodszy pomniejszona kopia starszego, jeden drugiego by się nie wyparł. Usiadłem obok chłopca.

Suchoi, busz, południowo-zachodnia Dominikana.

Sucho, sucho, busz. Żar leje się z nieba…

Podgryzał chipsy z „platanosów”, dopiero otworzył paczkę. Liczyłem na to, że mnie poczęstuje. Ale przeliczyłem się. Jego mina mówiła wszystko: „są moje!”. W radio leciały newsy, po nich muzyka, chyba merengue. Ojciec podkręcił głośność i zaczął kiwać się na boki. Zerknął na mnie badawczo. Nie pozostałem obojętny na te rytmy i rozbujałem się po swojemu. Wtedy poczułem, że coś jest nie tak; że mam całą dupę mokrą. Okazało się, że nie posikałem się ze szczęścia. To ten dzieciak, pochłaniający chipsy z błogością na twarzy, siedział koło mnie w gaciach ociekających wodą. Jakoś mi to wcześniej umknęło. Kąpał się w rzece, usłyszałem. Ach, tak. No, i teraz sobie podjada w najlepsze. Niech je. Wiadomo, że woda wyciąga.

A mnie tej wody najpierw brakowało, a potem dostałem ją w nadmiarze. Taki jest tamten niemożliwy świat południa. Nie uznaje kompromisu: albo zero, albo cała naprzód.

Galerię dominikańskich iguan możecie obejrzeć tutaj…

Smoki z Dominikany

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *