Dominikana razy dziesięć

W tej dacie, 13 listopada 1492 roku, Krzysztof Kolumb lawirował między wyspami obecnych Bahamów a wybrzeżem dzisiejszej Kuby. Brakowało mu jeszcze ponad trzech tygodni do odkrycia innej wyspy, która później zawładnęła nim najmocniej i jaką ochrzcił mianem „La Española”. Mnie, szczęśliwcowi, do powrotu na ten czarujący kawałek karaibskiego lądu, pozostało dokładnie dwa miesiące. Dochodzi coś jeszcze. W styczniu 2019 roku wyląduję tam już po raz dziesiąty w ciągu minionych trzynastu lat.

Choć, gdyby zagęścić wszystkie wyprawy, to spędziłem w Dominikanie łącznie niespełna siedem miesięcy. Co pewnie nie jest wynikiem imponującym w porównaniu np. z rodakami, rezydentami biur podróży, którzy zadomowili się tam na dłużej. Z drugiej strony, parafrazując Indianę Jonesa, wolałbym bardziej liczyć przebieg, niż bieg. A przyznam, że czuję tę intensywność zarówno w ciele, jak i w duszy.

Przez ponad dekadę żyłem Dominikaną wręcz namiętnie i kogo mogłem wciągałem w ten kraj; w jego klimat, w ludzkie historie. Był on każdorazowo planowaną z rozmysłem odskocznią od regularnej pracy, wszelakiej rutyny, od jesiennego, czy zimowego marazmu. Był odniesieniem do innych podróży i źródłem niekończących się porównań. Próbowałem odkrywać go zawsze po swojemu, podróżując na własną rękę i w bliskości Dominikańczyków: solo, z Kingą, z rodziną, ze znajomymi.

Przy okazji, poznałem (na żywo i wirtualnie) mnóstwo fantastycznych ludzi, którzy dali ponieść się pasji podróżniczej i ku mej radości, decydowali, że ruszą na wyspę po własne przygody. Lubiłem im pomagać, szkicować plany, omawiać punkty na mapie, a potem wyczekiwać relacji, upewniając się, czy wszystko jest w porządku. Przeważnie wracali z petardą wrażeń i emocji, porządnie zarażeni „dominikańskim bakcylem” i oczarowani serdecznością miejscowych. Usłyszałem wiele dobrych i krzepiących słów, wiele szczerych podziękowań; pozostały cenne kontakty. Pośród nich są tacy, którzy uczestniczą w moim karaibskim zawrocie głowy od samego początku.

A ten sięga stycznia 2006 roku…

Dzikości odkrycie

Kto był w mieście Santa Bárbara de Samaná być może kojarzy, że wzdłuż mariny rozstawione są kilkumetrowe wieżyczki widokowe; można tam wejść i spojrzeć na zatokę, albo na wysepki Cayo Linares i Cayo Vigía połączone mostem, zwanym niegdyś „mostem prowadzącym donikąd”.

W 2006 roku przyjechaliśmy z Kingą do Samany z urokliwej mieściny Sánchez, gdzie jedyny „kantor wymiany walut” mieścił się na zapleczu sklepu z mydłem i powidłem, gdzie o szóstej rano budziły nas wyjeżdżające zewsząd motorki i gdzie hotelowa sprzątaczka częstowała kawą; gorącą, mocną i słodką. W Samanie spacerowaliśmy tamtejszą promenadą przy porcie, zjedliśmy świeżo usmażone tostones, potem weszliśmy krętymi schodami na jedną z takich wieżyczek, wysuniętą najbardziej na wschód, wciąż w zasięgu mariny, lecz prawie przy rogatkach miasta.

To był idealny punkt do obserwacji oraz fotografowania motoconchos przejeżdżających tamtędy bez przerwy. Wtedy, mieliśmy już za sobą niezapomniane doświadczenie podróżowania tym środkiem transportu. Od razu przyszło nam to zrobić z rozmachem – na trasie z Cabarete do Puerto Plata, choć pierwotnie chcieliśmy dojechać tylko do Sosúa. Ale tak nam się spodobało (ten wiatr we włosach i dzikość w sercu), że nasz kierowca Jorge musiał podchwycić w końcu ten entuzjazm, mimo że wpierw kręcił nosem (bo tacy wolą motorkami podwozić raczej na krótszych dystansach).

Uzupełniwszy bak, kontynuowaliśmy drogę mijając widziane po raz pierwszy w życiu zielone łany trzciny cukrowej. Jorge nosił skórzaną kurtkę, która zapięta do połowy wypełniła się podczas jazdy powietrzem, czyniąc z jej właściciela gigantycznego chrabąszcza. Wysadził nas na rondzie w centrum Puerto Plata. Na „stalowym rumaku” przejechaliśmy wówczas we trójkę prawie 40 kilometrów. Spotkaliśmy Jorgego w Cabarete dwa lata później. Zmężniał i nabrał ciała. Widać, poprawiło mu się. Może te długie dystanse oferował regularnie, biorąc za to ładne pesos.

Klejnot półwyspu Samaná

Natomiast, w Samanie stojąc na szczycie wieżyczki, co najmniej przez godzinę, rejestrowaliśmy coraz to bardziej kuriozalne egzemplarze motoconchos razem z ich pasażerami: babcią i dwojgiem wnucząt, lolitką w stroju szkolnym, siedzącą tak, jakby miała wyskoczyć w biegu, señorem z wielką sztachetą na ramieniu,  innym señorem z lodówką, jeszcze innym z pomarańczową, wyglądająca jak bomba, butlą gazową; ponadto wielokrotnie przemknął nam przed oczami wehikuł będący krzyżówką motocykla, meleksa oraz deski do prasowania; co okazało się lokalną, jakże charakterystyczną odmianą rikszo-podobnego, czy też tuk-tuko-podobnego motoconcho

To wówczas zapaliłem się do pomysłu i, choć czas gonił nas całkiem nie po latynosku, przekonałem Kingę, aby za wszelką cenę dotrzeć na północno-wschodni kraniec półwyspu Samaná, gdzie ponoć niczego nie było, poza tym, że było tam pięknie. Tak trafiliśmy do Las Galeras. Reszta to historie, które znacie, bo o Las Galeras wspominam, kiedy tylko przyjdzie mi ochota…

Kończąc na dziś zastanawiam się, jaka Dominikana we mnie pozostała, jaka jej cześć odłożyła się gdzieś w tam w środku przez te wszystkie lata, i co jeszcze moglibyśmy dla siebie wzajemnie zrobić?

W styczniu, zabieram moją szaloną Grupę i Was do zachodnich rewirów tego kraju. Przede wszystkim tam, gdzie niegdyś oddychało mi się najpełniej, podobało najbardziej, tam blisko granicy z Haiti, gdzie podróż zbliża się do jakiegoś sedna, gdzie nastaje szaleństwo przestworzy, pośród których podróżnik odkrywa niejako kraj w kraju, co tylko potęguje jego radość z nowych odkryć.

Dominikana, wioska Enriquillo

Fale Morza Karaibskiego obmywające nabrzeże wioseczki Enriquillo, na trasie z Barahony do Oviedo.

Dominikana, Cabo Rojo

Dominikańskie czerwonoziemy w okolicach Cabo Rojo, Pedernales

Odwiedzimy prowincje Barahona, Independencia, Bahoruco i Pedernales. Zobaczymy takie miejsca, jak Laguna de Oviedo, Cabo Rojo, Bahía de las Águilas, Lago Enriquillo… Wjedziemy do zaszytej w masywie Sierra de Bahoruco jedynej na świecie kopalni larimaru – błękitnego, półszlachetnego kamienia, który wydobywany jest tylko w Dominikanie.

Enriquillo, Pedernales

Muchachos z Enriquillo

Wierzę, że spotkamy ludzi, który nie pogubili się w tych rozległych i różnorodnych krajobrazowo przestrzeniach. Ufam, że ci ludzie zbliżą się do nas bardziej, niż gdziekolwiek indziej. I zachwycą prostotą, pokorą, mądrością życiową oraz spojrzeniem, które jest gwarantem atencji dla przybysza; spojrzeniem, w które wpisany jest uśmiech…

Tak, mniej więcej, wyobrażam sobie moją dziesiątą podróż do kraju, który dał mi dotąd tyle frajdy…

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *