Dominikańczycy

Gdybym chciał powtórzyć którąś z dominikańskich podróży z pewnością byłaby to podróż z 2007 roku…

Nazwę ją moją dominikańską odyseją, wędrówką rozpalonej duszy po karaibskim świecie „logiki rozmytej”, świecie zatartych granic: między jawą i snem, żywotnością i letargiem, życiem i śmiercią. Wtedy wylądowałem w Dominikanie po raz drugi, lecz mimo powrotu wszystko jawiło mi się nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swym chaosie, intensywne w rozkwicie, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą lubieżnością.

A było to dokładnie 30 maja 2007 roku, w kolejną rocznicę el tiranicidio – tyranobójstwa: zamachu na „Kozła” – Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę.

Karaibska noc

Z lotniska do hotelu w rewirach Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, trefni ciecie w swoich stróżówkach; burdelmamy pogasiły ostatnie światła. Pewnie tylko złodzieje powstawali  i poszli grabić, bo taka kolej rzeczy. Ponadto, było parno i wilgotno, zbierało się na deszcz, jaki potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów.

Wcześniej taksówkarz wiózł mnie do stolicy nabrzeżem Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Frankfurtu, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za szczęście, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, jaki dopiero zaczynałem odkrywać, jaki pokazał mi później dość wyraźnie swoje żywe trzewia i rajskie pióra. Kroiła się jakaś przygoda, której nie mogłem się oprzeć, przed którą nie było już odwrotu. Nie myślałem o tym, co będzie, nie mnożyłem wątpliwości. Po prostu napawałem się chwilą. Szybę w oknie opuściłem do oporu. Zaraz do środka wtargnęła bryza i porządnie przewietrzyła mi umysł. Poczułem także jej zapach, łapiąc w nozdrza te setki molekuł tropikalnej nocy…

Dominikana dała mi dotąd tyle emocji, że nie potrafiłbym ich zmierzyć.

Te emocje zawdzięczam ludziom, przede wszystkim ludziom…

Oto ich portrety, z tamtego okresu, z 2007 roku.

Udostępnij artykuł na:
2 Odpowiedzi
  • traveLover
    Październik 12, 2017

    Dzis zapytał mnie znajomy, co najbardziej podobało mi się na Dominikanie.. Zanim wymieniłam kilka pięknych plaż i pysznego jedzenia, odpowiedziałam LUDZIE. Oni są moją pocztówką z Karaibów.

    • caribeya
      Październik 12, 2017

      Mają wigor, charakter, jakąś taką życiową mądrość, no i poczucie humoru. I to jak rubaszne, i to jak często! 🙂
      Dobre z nich dusze, bardzo dobre, pomocne. Uwielbiam z nimi podróżować; pakować się go guaguy, jako ostatnia dociskająca puszkę sardyna. Nie ma nudy, coś się dzieje, zawsze jakieś poruszenie, jakieś komentarze. A z głośników wali najnowsza bachata. Jeden, drugi hicior. Albo głos nawiedzonego pastora tolerowany przez równie nawiedzonego szofera. Uwielbiam wśród tych Dominikańczyków być. Słuchać, jak gadają. Jak gestykulują. Jak drą się przy stole do gry w domino. Albo przed telewizorem, wystawionym przed chałupę, w którym leci bejsbol. Jasne, czasem trafi się jakaś zaraza, ale to jak wszędzie.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *