Dorwać humbaka

Był deszcz w Las Galeras. A miało go nie być. Nie tego marcowego dnia. Nie przy tym, co planowaliśmy. Ale pozrywały się chmurzyska nad zatoką Rincón. Lało rzęsiście. Tropikalna noc nie wypłakała się przed świtem. Krople wielgachne, jak pestki awokado nadal gromiły świat. O, przejaśnia się!, rzuciłem, zerkając w dal. Reszta moich parsknęła śmiechem. Optymista!, ktoś mi powiedział. Jedliśmy śniadanie na tarasie. „Śniadanie dyktatora”: prócz smażonych jajek i tostów, równiutko pocięte papaje, ananasy, sok z marakui, agua de coco. Nade wszystko, kawa. A tam, nad przylądkiem Samaná, uparcie czerniało zamiast jaśnieć. Tam, gdzie mieliśmy popłynąć tego dnia.

Czas iść w morze

Kiedy idziesz w morze podglądać wieloryby to chcesz słońca, nie deszczu; potrzebujesz niewzburzonych fal. Myśmy na to czekali. Po trzech kwadransach nastąpił cud. Przestało padać. I powietrze zwilgotniało jeszcze bardziej, bo teraz woda zmieniała się w parę.

Dotarliśmy w końcu na plażę, gdzie miejscowi szykowali już łajby do morskiej wyprawy, jaka mogła nas ominąć. Było ich kilkunastu. W tropiku gorsza pogoda nie rodzi w ludziach wątpliwości. Tamci uwijali się. Każdy wiedział, w co ma ręce włożyć. Wybierali deszczówkę z kadłubów, sprawdzali silniki yamaha, liczyli kapoki. Joel przyjechał czarnym pickupem i przywitał się z kim mógł. Był szefem. Kapitanem kapitanów. Przywiózł plastykowe kanistry z paliwem, jakie ładowano do różnych łodzi. Jedna z nich zwała się JorgeLuis, czyli „JerzyLudwik”. Na innej widniało Dios y Hombre„Bóg i Człowiek”. Być może, pomogą sobie nawzajem. Wciąż brakowało słońca, ale zszarzałe niebo powoli przecierało się uwalniając gdzieniegdzie błękit. Poza tym, kłębowisko niechcianych chmur wyniosło się nad przylądek Cabrón, w kierunku przeciwnym do naszych planów. Problemem pozostawała jedynie dość silna bryza.

Gdy wszystko było gotowe, hombres skrzyknęli się w grupy i z nadludzkim wysiłkiem, sapiąc, pojękując i klnąc wypchnęli do oceanu wyekwipowane łodzie, jakie dotąd grzęzły w piasku pod palmami.

W żywiole

Usadowiwszy się, jak trzeba, wyważywszy jednostkę, ruszyliśmy z kopyta, pod kątem czterdziestu pięciu stopni. El capitán, brat Joela, nie szczędził silnika; zapuścił go „cała naprzód”.

Wtedy się zaczęło.

Już od startu trzęsło nami, jak cholera, rzucało na boki, bezustannie. Nasza zuchwała szalupa napierała dziobem na coraz większe fale, tłukła nim spienione bałwany, cięła niesforne grzywacze. Co chwilę odrywało nas od kotłującego się oceanu, od tej rozszalałej atramentowej topieli, po czym wpadaliśmy w jego rozbujane, zdradliwe ramiona z wielkim hukiem. Od tych nagłych uderzeń nasze ciała całe wibrowały, traciły rezon; nasze biedne, utłuczone dupy gubiły kształt, gięły się na ławach łodzi, jak plastelina na blacie stołu, zatrwożone, wołały o pomstę do nieba.

Spojrzałem na kompana, siedział obok, po każdym twardym lądowaniu mrużył oczy, po każdym szturmie zaciskał zęby. Jego mina zdradzała wszystko. „Zaraz stracę jaja…”. Telepatię tę wychwycił kapitan i ryknął: „Trzeba mieć cojones, jak kokosy, aby to przeżyć, buhahaha!”. Jasne. Łatwo mu tak mówić. On stał i kręcił sterem, zadając nam ten ból, nikczemnik.

A żywioł nie zamierzał słabnąć. Woda wdzierała się na pokład, mocząc nam ubrania, chlustając po oczach, po aparatach, po wszystkim. Była ciepła, nic dziwnego, że czterdziestotonowe humbaki kopulują w niej gorliwie o tej porze roku, człowiek też by pofiglował, lecz było jej za dużo. O wiele za dużo. Na domiar złego z resztki podejrzanych chmur lunął deszcz. Nie tak mocny, jak ten poprzedni, ale doskwierający podwójnie. Co jeszcze mogło nas upokorzyć? Może spotkanie z jakąś morską ohydą, choćby Krakenem? Pewnie wybudzony z letargu obszczałby nas swym stuletnim inkaustem…

Jednak żadne takie monstrum nie wypełzło z podwodnych czeluści i nie zajęło się naszym przeznaczeniem. Po godzinnej udręce, żywioł ustał. I wreszcie zaświeciło słońce. Kiedy otrząśnięci z szoku i słonej cieczy wróciliśmy do życia, padło pytanie: gdzie te humbaki?

Lekcja humbaków

Dla tych którzy przespali lekcje biologii, kiedy pani profesor z wypiekami na twarzy uczyła o waleniu, albo w liczbie mnogiej – o waleniach, uściślając humbakach, mamy zwięzłe résumé.

Humbaki, czy bardziej patetycznie długopłetwce oceaniczne to wielkie morskie ssaki. Zresztą, tego się już domyślacie. Kto ma ochotę połamać język nazwą zwyczajową, proszę bardzo: Megaptera novaeangliae. Precyzyjnie oddaje znamienną część anatomii naszych olbrzymów. „Megaptera” pochodzi z greki i tłumaczy się, jako „wielkie skrzydło”. Taka jest prawda. Humbaki mają długie i masywne płetwy piersiowe, przypominające skrzydła jakiegoś prehistorycznego ptaka. Ponadto, ich podłużne głowy poznaczone są guzami, jakie wyrastają tam w równych odstępach. Wygląda to, jak fragment gigantycznego alfabetu Braille’a. Co ciekawe, każdego osobnika można dokładnie zidentyfikować po unikatowym wzorze na płetwie ogonowej. Podobnie, jak człowieka po jego liniach papilarnych.

Humbak a człowiek. Rozmiary.

Taki duży jest humbak, a taki mały jest przy nim człowiek, choćby sobie nogi płetwami przedłużył… Źródło: Wikipedia

Dorosłe osobniki mogą mierzyć do siedemnastu metrów, ważyć do czterdziestu pięciu ton. W swojej diecie preferują „owoce morza”, głównie w postaci krylu. Są wytrawnymi akrobatami oraz pieśniarzami. Potrafią wyskakiwać z oceanu z impetem, co dla tych gigantów jest nie lada wyczynem i świadczy o ich olimpijskiej sprawności. W komunikacji korzystają z własnego systemu dźwiękowego, czyli tzw. „pieśni”. Nawołują się nimi, rozpoznają, wabią płeć przeciwną.

Humbaki imponują zacięciem wytrawnych podróżników. Co roku płyną po kilka tysięcy kilometrów z arktycznej północy na rozgrzane południe. Są wśród nich „Amerykanie” ze wschodnich Stanów, „Kanadyjczycy”, „Grenlandczycy” oraz „Islandczycy”. U wybrzeży Dominikany, w błogim podzwrotnikowym ciepełku odbywają gody, albo wydają na świat potomstwo. Ciąża samicy humbaka trwa około dwunastu miesięcy, co oznacza, że „humbaczki”, będące pokłosiem zeszłorocznych flirtów, mają szansę urodzić się tam, gdzie zostały poczęte.

Pierwszymi, którzy prawdopodobnie podglądali i podsłuchiwali humbaki byli lokalni Indianie. Widział je również Krzysztof Kolumb, co odnotował w swym dzienniku z pierwszej wyprawy 1492-1493.

Podglądanie

W zasięgu półwyspu Samaná humbaki oddają się miłosnym igraszkom od wieków, rokrocznie, od stycznia do marca.

Dlatego tam trafiliśmy…

Tyle że, te fascynujące stworzenia lubią się podroczyć z ciekawskimi obserwatorami (a może wścibskimi podglądaczami?) i często zostają dłużej w morskiej głębi. Nie wyskakują z niej na zawołanie. Do czasu.

Mieliśmy szczęście. W finale naszej mokrej odysei humbaki nie zawiodły i pokazały nam się. Pozwoliły na siebie popatrzeć, chociaż przez chwilę. Wynurzone, przepływały blisko łodzi, pojedynczo bądź stadnie. Elegancko, z gracją. Ich czarne, muskularne grzbiety napinając się przy zanurzaniu połyskiwały w słońcu. Kilkadziesiąt ton czystej frajdy. I zarazem coś mistycznego, w tym kontakcie z nimi…

Humbaki12JG

Stado humbaków z półwyspem Samaná w tle.
Zdjęcie za pozwoleniem: J. Gawroński „Jaro”, marzec 2017

Wyprawa na humbaki – galeria

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *