Dusze Wayuu

Zmarłemu otwiera się usta i wlewa do gardła do dwóch litrów chirrinchi, tego flagowego alkoholu Guajiry, samogonu średniej mocy, taniochy produkowanej z cukru brązowego, wody i rozlewanej do butelek po whisky, czy aguardiente. Nie po to daje się umrzykowi pić ten trunek, aby odprawić go na „drugą stronę” w stanie wskazującym, lecz by go zakonserwować, by godnie, nomen omen, przeżył swój własny, maratoński pogrzeb…

Javier mówił szeptem, bym zostawił dusze tamtych w spokoju, bo tak im lepiej. Nie pouczał mnie, nie powstrzymywał, mówił to bardziej do siebie. Kawał chłopa, a taki wydawał się zatrwożony, zabobonny, gdy chciałem, by zatrzymał terenówkę przy kolejnym cmentarzu tam, na tej prawie pustyni półwyspu Guajira, gdy wysiadłem i podszedłem bliżej do niewidocznej bramy cmentarza, gdy schyliłem się po piękną muszlę, idealną, jakby wyjętą z gabloty w zapomnianym muzeum, gdy zabrałem ją ze sobą. Nie wziąłeś jej z cmentarza, nie, nie wziąłem, lecz odpowiedziawszy nie przestałem o niej myśleć, bo przecież granic tego cmentarza nie znałem.

Widziałem tylko wysokie nagrobki kilkanaście metrów przede mną, białe, szarawe, brązowe, wszystkie dość zadbane, niektóre pokryte świeżą farbą. Chciałem do nich podejść, lecz ta muszla mnie zatrzymała. Zagrzebana w piasku, lecz widoczna, jak światło. Było tu przyjemniej, niż tam gdzie minęliśmy trzy zmurszałe trumny, chyba „zużyte”, chyba wydobyte z ziemi, z grobów, ustawione jedna na drugiej pobliżu innej, tutejszej mini-nekropoli.

Poczułem wiatr, wietrzny wir, łagodny, lecz wyraźny, wokół mnie, mógłbym rzec – ludzki, ciepły z jakąś energią, to nie był zły wiatr, to nie było złe licho, jak to u nas czasem powiedzą, wyczułem tę niewidoczną spiralę wokół mnie podobnie, jak poprzednio, a dokładnie wczoraj, pojąłem już, że to nie przypadek, że to spotkanie, z Nimi, być może. I chociaż Javier ten macho, ten olbrzym, dwa metry wzrostu patrzył na mnie zalęknionym wzrokiem, ja wiedziałem, byłem pewien, że niczego tam nie naruszyłem, nie miałem takich intencji, te dusze musiały to wiedzieć, dusze Wayuu. Jednak muszlę dowiozłem tylko do Santa Marty, to wciąż na karaibskim wybrzeżu, wciąż względnie blisko Wayuu, tam ją dyskretnie zostawiłem, na wszelki wypadek, gdybym czegoś nie zrozumiał, gdyby za bardzo zmąciło mi umysł na tych rozpalonych słońcem przestrzeniach Guajiry.

Otwarte czuwanie

Najpierw, w Riohacha trafił mi się hotel między cmentarzem i domem pogrzebowym. Przy cmentarnej bramie człowiek sprzedawał do późna emapanadas. W domu pogrzebowym zaczynało się czuwanie przy zmarłym. Z zewnątrz było widać, jak kilka osób pochyla się nad otwartą trumną. Ktoś szlochał, jakaś młoda kobieta, może córka, albo wczesna wdowa. Ludzie dopiero się schodzili, panował gwar, jak pod sceną, gdzie ma się rozegrać obiecane show, żadnego skupienia, żadnej ciszy, tylko żywe rozmowy, pokrzykiwania, gestykulacje, ponadto jakaś oczywista gotowość, że to wszystko potrwa dłużej. Większość zasiadała na plastykowych krzesłach, ustawionych pod domem, panowie w świeżych koszulach, panie na jasno, odświętnie, powoli zmierzchało, ale powietrze było nadal nagrzane, nie ustępowała duchota, szykowała się tropikalna noc.

Przechodziłem obok czuwających kilka razy, jakby wyjęty z kontekstu, w innym tempie, ubraniu, w innym wymiarze, z butlami wody, z prowiantem na jutro, na wyprawę na sam kraniec półwyspu Guajira, jedynie kątem oka z oddali rejestrowałem kliniczną biel wypełniającą wnętrze górnego wieka trumny. Przez myśl mi nie przeszło, bo takie myśli to ostateczność, że miesiąc później sam znajdę się w kaplicy i podejdę do podobnej trumny, w której ujrzę własną babcię, gotową na ostatnią drogę. Tamtych wciąż przybywało, może zmarły cieszył się jakąś szczególną estymą miejscowych.

Zresztą, w małych społecznościach zmarłego idą żegnać wszyscy, chyba że ktoś nie może na własnych nogach, albo sam już szykuje się na drugi świat. W ludzkim odruchu współczucia przyjdą ci, którzy żyli obok, albo gdzieś dalej, znali go bardziej lub mniej, przyjdą i podzielą ból z rodziną, zjawią się też tacy spoza „klanu”, z innej dzielnicy, czy wioski, którzy jedynie zasłyszeli, że ktoś umarł, a że nie mieli nic innego do roboty wieczorem, to przyszli z ciekawości, bo czuwanie i pogrzeb nazajutrz to zawsze jakieś wydarzenie, przełamanie rutyny, poza tym śmierć łatwo przyciąga swoim dramatem tak, jak zresztą robi to po swojemu życie.

To odwieczne podtrzymywanie świadomości śmierci, bliskie wielu kulturom daje temu życiu siłę. Ludzie chcą popatrzeć na śmierć, może muszą, choćby kątem oka, mimo lęku, chcą spojrzeć na to, co nieuniknione, jakby dla wzmocnienia, bo jedno wynika z drugiego, bo nie ma radości słońca bez cienia, nie ma radości życia, bez śmierci. To spójne, naturalne choć dla wielu, może dla większości, niełatwe.

Jesteś w Ziemi Umarłych

Kiedy umiera Wayuu zbiera się jego bliska i dalsza rodzina, zbierają się przyjaciele, znajomi, oraz znajomi znajomych, zbierają się ci, którzy mogą się zebrać. Dotrą oni do rancheríi, do „osady” zmarłego, aby go pożegnać. Dotrą z daleka, z sąsiedniej osady, może dotrą z miasteczka, może z Uribii, tej nieformalnej stolicy Wayuu, w departamencie Guajira, bo formalną jest Riohacha. Ludzie przybędą pieszo, konno, na mule, przyjadą rowerem, autem. Dotrą w odświętnych ubraniach. Przebiją się przez te dzikie, suche porośnięte kaktusami pustkowia, aby towarzyszyć rodzinie w żalu. Dla społeczności indiańskiej Wayuu pogrzeb jest najważniejszym wydarzeniem wspólnotowym. Wtedy rodzina może pokazać, na co ją stać, czym dysponuje, ile ma kóz, ile bydła, jaką ma pozycję ekonomiczną.

Kto może, powiększa swe stada, bo przyjdzie taki dzień, kiedy będzie można się tym pochwalić. Dzień pogrzebu. Do tego, który miał lepiej, miał więcej przyjdzie wielu żałobników, popłaczą nad nim, pożałują go i siądą do stołu, będą jedli kozinę na cztery sposoby: friche, czyli najpierw gotowaną, potem smażoną, najlepiej kozinę z młodego kozła; dalej duszoną; jeszcze grillowaną i w zupie, będą pili bez umiaru mocne trunki, potem ułożą się w swoich chinchorros – hamakach, spoczną, wyśpią się, by kolejnego dnia znowu zasiąść do jedzenia i picia.

A do biednego przyjdzie garstka i też będą ubolewać, ronić łzy, później zjedzą, wypiją choć skromniej i pójdą spać, by od rana to wszystko powtórzyć. Żywi, bez względu na ich liczbę, zbierają się na czuwaniu po to, aby pomóc duchowi zmarłego zawędrować do Jepiry, do krainy dusz przodków Wayuu, do Ziemi Umarłych i zająć w niej najlepsze miejsce. W Jepirze rozpoczyna się podróż indiańskich dusz w nieznane, w zaświaty. Jepira, choć jest nich jedynie „tranzytem”, wyczekiwaniem na dalszą drogę, to dla wspólnoty Wayuu stanowi najwyższą sferę sacrum.

Gdzieś na Cabo de la Vela napis na dużej, przydrożnej tablicy głosi: „Jesteś w Jepirze, świętym miejscu Indian Wayuu. Dbaj o nie i szanuj je”. Czyż nie jest to esencja „marquezowego świata”! Dotarłeś tam, gdzie zmarli „żyją” wśród żywych, gdzie sen przenika się z jawą, otwórz oczy, to jest świat namacalny, nie ma granicy, nawet tutejsze przestrzenie jej nie narzucają, to jest realizm magiczny, w rzeczywistości.

Pochówek numer jeden

Wayuu mają bardzo rozbudowane kontakty z zaświatami. Przede wszystkim Wayuu robią zmarłemu dwa pogrzeby. Albo inaczej, u Wayuu człowiek dwa razy umiera. Najpierw jego duch idzie do wspomnianej Jepiry. Po czuwaniu, po pierwszym pogrzebie, po stypie, co może razem potrwać wiele dni. Pogrzeb u Wayuu to jest jedna, wielka biba, przestrzeń imprezowa rozciąga się zwyczajowo na dziewięć dni od rancheríi, gdzie zmarły mieszkał, gdzie dalej spoczywa w swoim hamaku, po cmentarz, gdzie go w końcu pochowają w trumnie w grobowcu, albo w ziemi.

Pośpiech nie jest wskazany. Samo czekanie na wszystkich żałobników, powiadomionych o tragedii, na ich dotarcie z najodleglejszych stron, zajmuje czasem pół tygodnia. Głównie chodzi o to, że szybkie uroczystości żałobne i wyprawienie zmarłego raz dwa do Jepiry może skutkować tym, ze dusza poczuje się odrzucona, nie zazna spokoju, zamiast czuwać na zdrowiem i dobrobytem swoich żywych krewnych na ziemskim padole. Żywi Wayuu muszą zadbać należycie i „zgodnie z protokołem” o duszę zmarłego Wayuu, aby ta dusza mogła w następstwie zadbać o nich. To jest prosta równowaga, jakiej wszędzie potrzeba.

Za ofertę gastronomiczną, znacznie tu rozbudowaną, bo żałobnicy będą jedli non stop, odpowiedzialne są kobiety. Zarówno te z rancheríi zmarłego, jak i te, które tam dotrą gościnnie z całym majdanem i zapasami. Muszą więc wykombinować garnki, zabezpieczyć duże ilości wody, co na tej prawie pustynnej Guajirze jest wyczynem, zabrać kawę, przyprawy itd. Muszą też zapewnić chinchorros, czyli te hamaki, by ludzie mieli gdzie spać, sjestować, używać sobie, bo to nie zakazane, zresztą alkohol łączy Erosa z Tanatosem. Mężczyźni zajmują się transportem oraz szlachtowaniem zwierząt hodowlanych na zaistniałe potrzeby konsumpcyjne. Głowa rodziny zmarłego ze świtą w postaci braci, siostrzeńców, szwagrów itd. wita każdego gościa wyrażając wdzięczność za jego przybycie, pokazuje mu miejsce, gdzie może się rozlokować, zaprasza do biesiady, na spożycie koziej potrawki, czy owieczki prosto z ognia, na kielicha, na chichę, na chirrinchi, z tym że taka atencja jest wprost proporcjonalna do zamożności przybyłego.

Biedniejszy prędzej sam znajdzie sobie towarzystwo przy stole, czy sam zagada do człowieka w sąsiednim hamaku. Ale tak się składa, że podczas tej całej żałoby zawiązują się nowe przyjaźnie. Goście konwersują, plotkują, palą tytoń, piją litry kawy, a międzyczasie lamentują nad zmarłym, który zawsze musi mieć czyjeś towarzystwo, damskie, czy męskie, nieważne, zawsze jakieś, mało tego, tamci np. grają w domino i rzucają żartami na prawo i lewo, oczywiście, bezustannie napełniają żołądki czym się da i zaprawiają się alkoholem. Dochodzi do pijackich burd, nie inaczej, jak na każdej imprezie, gdzie nagminnie łamany jest piąty z siedmiu grzechów głównych, i jeden napity ziomek drugiemu zamienia nos w literę „L”, dostać po mordzie na weselu to nie halo, szczególnie na wiejskim weselu, ale na pogrzebie, na indiańskim pogrzebie, znowu realizm magiczny?

Jeśli jesteśmy przy weselu, to obdarowywanie gości pogrzebowych odjeżdżających domu przebiega tutaj analogicznie, z tym że to, ile gość dostanie na odchodne zależy znowu od jego pozycji ekonomicznej. Im bogatszy tym wyniesie więcej, może to być jałówka, byczek, może to być kilka litrów rumu, mniej zamożni dostaną może kozę, barana, najubożsi wezmą kawał mięsa, trochę bimbru, jakieś papierosy na drogę, by mieli czym zabić czas powrotu.

Ale co ze zmarłym, jak on wytrzyma te wszystkie dni, te „fajerwerki na pogrzebie”. Obmyty i odziany w najlepsze ciuchy wyleży się hamaku za wszystkie czasy, w tej samej pozycji. Ale jak to wytrzyma? Albo inaczej, jak to wytrzymują wszyscy wokół, tak długo, w tej temperaturze? Pewnie zadaliście już sobie to pytanie w duchu. Otóż, zmarłemu otwiera się usta i wlewa do gardła do dwóch litrów chirrinchi, tego flagowego alkoholu Guajiry, samogonu średniej mocy, taniochy produkowanej z cukru brązowego, wody i rozlewanej do butelek po whisky, czy aguardiente. Nie po to daje się umrzykowi pić ten trunek, aby odprawić go na „drugą stronę” w stanie wskazującym, lecz by go zakonserwować, by godnie, nomen omen, przeżył swój własny, maratoński pogrzeb… Klinicznie wyrokując, zadaniem alkoholu jest powstrzymanie rozkładu ciała.

Pochówek powtórny

Po wszystkich pogrzebowych rytuałach, tudzież pogrzebowych ekscesach zmarły znajduje w końcu wytchnienie w grobie. Jego bliscy wracają na cmentarz regularnie, szczególnie w pierwszym roku od pochówku. Potem zmarły zostaje sam. Po kilku latach, mówi się że po siedmiu, zaczyna się regularnie pojawiać w snach swoich krewnych, prosząc o to, czy o tamto, np. o zmianę garderoby, czy też jej przewietrzenie etc. Interpretacja nasuwa się sama. Zmarły domaga się drugiego pogrzebu. Chciałby umrzeć naprawdę, na zawsze. Znowu zbiera się rodzina. Tym razem, by wypełnić ostateczną wolę pochowanego. Ponownie robi się rachunek koziego pogłowia do konsumpcji i flaszek bimbru do upłynnienia podczas uroczystości. Tym razem chodzi o to, aby żałobnicy pomogli duszy zmarłego opuścić Jepirę, by rozpoczęła ona niczym nieskrępowaną podróż Drogą Umarłych do miejsca wiecznego spoczynku, gdzieś w nieskończoności.

Czuwanie, czy bardziej wspominanie zmarłego trwa do pięciu dni. Później czuwający przenoszą się na cmentarz, gdzie następuje ekshumacja. Operację tę nadzorują kobiety. Jedna z nich musi pochodzić z linii rodowej matki denata. Kiedy mężczyźni rozkruszą grobowiec i wyciągną trumnę, wybrana kobieta zajmie się szczątkami. Najpierw wyjmie czaszkę i owinie ją białym całunem, potem oczyści kości, usunie z nich resztki odzieży, przygotuje do nowego pochowku. Całość przełoży do glinianej, pojemnej „urny” i zaniesie do domu, gdzie zostanie wyprawiona finalna stypa, w założeniu bez żadnych limitów na posiłki, czy alkohol. Goście mają ten pogrzeb zapamiętać na długo, jeśli będą w stanie pamiętać cokolwiek. W każdym razie, w przypadku tego konkretnego zmarłego więcej pochówków się nie planuje. Nazajutrz po „żałobnym rozpasaniu„, urna ze szczątkami wędruje na cmentarz, gdzie jest chowana w innym miejscu, teraz już na wieki wieków, amen…

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *