Fantafryka Marlona Jamesa

W końcu przeczytałem „Czarnego Lamparta Czerwonego Wilka” Marlona Jamesa. I chyba sprawy poszły nie całkiem tak, jak miały pójść. Ale co tam. Biorę ten niefart na swój czytelniczy garb.

Mistrz swoje sprawił. Dzieło dostarczył i basta. A ty musisz kochać swego pisarza skoro brniesz przez ponad siedem i pół setki stronic i w finale czytelniczego maratonu, zamiast gładzić okładkę naznaczoną wężową łuską i wzdychać do minionych przygód, zaczynasz kombinować jak tu zbilansować rozczarowanie. I wnerw – nie na mistrza – tylko  siebie; że nie odczytałeś dzieła tak, jak zostało napisane; nie polubiłeś go tak, jak miałeś polubić; spartaczyłeś powinność wiernego czytelnika wobec swego autora. Przez własny opór, jakiś brak empatii, zbyt wiele oczekiwań; przez nie wiadomo co.

Taki paradoks mojego czytania. I również zaczyn tej recenzji.

Od razu ustalmy – źle nie jest. „Czarny Lampart Czerwony Wilk” trzyma wysoki poziom. To kawał misternie utkanego tekstu w rozmiarze baobabu. Definitywnie w duchu jamesowej językowo-stylistycznej rewolty, która za sprawą poprzednich powieści Jamajczyka rozlała się po świecie literackim z pełnym żarem.

Ponadto, w moim przekonaniu – całość z podźwiękiem, choćby G. G. Márqueza (w którego zresztą autor zapatrzony), Charlesa Bukowskiego, Quentina Tarantino, również – J.R.R. Tolkiena (bo „Hobbit”, choć zwulgaryzowany, to wyczuwalny), oraz Andrzeja Sapkowskiego (bo wiedźminowych skojarzeń tutaj w bród).

Ta powieść nie zostawia wyobraźni w letargu, ćwiczy głowę non-stop, przerzuca gwałtem z jednego myślenia w inne. Marlon James mówi tu nadal, albo i ryczy, głosem do którego zdążył fanów przyzwyczaić; głosem o rozbrajającej barwie, bezkompromisowym, ożywczym, po prostu zajebistym. Na tym polu nie mógł zawieść. 

„Nie podobał mi się ten człowiek-lampart. Nie znałem go, żeby móc nie lubić, ale i tak nie lubiłem. Śmierdział jak rów w dupie starca. Tak bym powiedział.”* 

Cały Marlon!

I najpierw wbiłem się w „Czarnego Lamparta Czerwonego Wilka” hardo, jak maczeta w orzech kokosowy. Na rozbiegu pierwszych rozdziałów dałem się całkiem wcisnąć w treść sondując z jakąś ulgą, że ten jamajski literat cudotwórca znowu, czyli po raz czwarty, odpalił petardę, która pomiesza mi dzień z nocą w czytelniczej kryjówce. Tak było. Prawdę mówię.

Z marszu naznaczyłem tę powieść – że intensywna, pełnokrwista, rozsadzająca zmysły; że Marlon James wnika tu w afrykańską materię po korzeń i jeszcze dalej, wgryza się we wszystko, wywraca wszystko na nice. Pichci gęsty fabularny sos na oleju palmowym. Snuje opowieść jak szalony. Definiuje na nowo trzewia gatunku fantasy. Bo tak mu się zapragnęło. Taką miał wizję. Przetworzyć mitologiczną głębię Afryki w rodzaj spójnego, nomen omen, fantastycznego i wciągającego świata. Tak to wyglądało. Tak to odczuwałem.

Z czasem sprawy podupadły. Maczeta stępiła się. Dalej rąbała ten kokos, ale zgubiła rytm rąbania. I moja pierwotna frajda z lektury „Czarnego Lamparta Czerwonego Wilka” przygasła.

Niestety, odkryłem problem, którego nie zdołałem rozwiązać już do końca lektury. Okazali się nim bohaterowie tej powieści. Właśnie oni. Tropiciel, Lampart i cała reszta kompani popaprańców. Przestali mnie obchodzić. Taki zafundowali mi dramat. Ich zamysły, motywacje, zaszyte namiętności – kompletnie mi zobojętniały. Przyjąłem ich obecność do wiadomości. Tylko tyle. Niedobrze mi z tym.

Telepaliśmy się wspólnie z krainy do krainy, od miasta do miasta, od Malakalu, przez Kongor, po Dolingo, czy gdzie tam jeszcze, przez Mroczne Ziemie, Wzgórza Czarów, Krwawe Bagna, Dolinę Uuomouomouomouo (pisownia oryginalna), chlastaliśmy kreatury rozmaitej proweniencji, jakieś trolle-zogbanu, wampiry, wiedźmy, skrzydłocienie; brodziliśmy we krwi i bebechach konkurencji, bzykaliśmy się na wylot, słuchaliśmy pieśni Griotów, szydziliśmy z aparycji hien: „Wyglądacie jak psi łeb przepychający się przez dupę kota idącego wstecz”*. (Chciałbym to usłyszeć z ust sir Davida Attenborougha).

I chociaż zdarzyło mi się podczas tej afrykańskiej odysei usmarkać ze śmiechu, czy dostrzec głębszą refleksję, nie oddałem serca ekipie Tropiciela. Tego żałuję najbardziej. W którymś momencie cofnąłem się poirytowany na pierwszą stronę, do zdania otwierającego i przeczytałem je raz jeszcze. Nie – wycedziłem je: „Dziecko nie żyje. Nie ma potrzeby wiedzieć nic więcej”*.

I dokładnie tak się stało. Przestałem mieć tę potrzebę. Przyznaję się do tego.

Ale mimo to dociągnąłem lekturę do końca. Tak – przeszedłem pełną gawędziarskich meandrów marszrutę o długości siedemset pięćdziesiąt dwie strony bez specjalnego angażu emocjonalnego w losy bohaterów.

Można? No, można.

Wystarczająco wciągnęło mnie i przetrzymało coś innego. „Fantastyczna Afryka” Marlona Jamesa. Rozniesiona na wszystkie kierunki, zawikłana, żywiołowa, polifoniczna, w pełni JAKAŚ. „Czarny Lampart Czerwony Wilk” sięga głęboko i skutecznie do zasobów „miąższu literackiego”, które skrywa w sobie Afryka. Marlon James kreuje tu, bodajże z zamierzoną precyzją, spektakularne i przekonujące uniwersum osadzone w afrykańskich mitach, historii, sztuce storytellingu. Świat tej powieści jest jej najmocniejszą stroną, jej najciekawszą atrakcją.

Postawię „Czarnego Lamparta Czerwonego Wilka” na półce bibliotecznej tam, gdzie reszta jamesowej twórczości, czyli: „Diabeł Urubu”, „Księga nocnych kobiet” i „Krótka historia siedmiu zabójstw”. Średnia czytelniczego zadowolenia pozostanie wysoka w tym sektorze. Ale poznawanie prozy Jamajczyka rekomenduję zacząć od czegoś, co było napisane przed „Lampartem…”. Lepiej tak. 

Za to, do Afryki Marlona Jamesa dorzucam dla smaku choćby ten kawałek – „Bassekou” – z albumu „Segu” Blue malijskiej grupy Bassekou Kouyate & Ngoni Ba. (Odkryłem go podczas innej afrykańskiej lektury: „Żar” Dariusza Rosiaka).

 

 


„Czarny Lampart Czerwony Wilk”, Marlon James, tłum. Robert Sudół, Wyd. Echa (Czarna Owca), Warszawa 2021.

* Wszystkie cytaty pochodzą z w/w pozycji.

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *