Farsa pod akacją

Posterunku pilnowało dwóch dominikańskich soldados. Siedzieli pod akacją, na plastykowych krzesłach. Czekali aż do nich podejdziemy. Nie śpieszyło im się z niczym. Sprawdzali raczej pojazdy jadące w przeciwnym kierunku, głównie węszyli za przemytem ludzi, łapali Haitańczyków z lewymi papierami, albo bez papierów. Mieli karabiny, amerykańskie M-16, nosili panterki, wyglądali, jak marines wymęczeni upałem. Rodolfo nawiązał z nimi rozmowę, wspomniał o naszych planach, pochwalił się swoją nową rolą. Jeden z wojskowych podniósł się i przywitał. Spytał, czy mamy wodę. Mieliśmy jakieś ćwierć litra. Uważał, że potrzebujemy więcej, miał rację. Zaoferował, że przeleje nam trochę swojej. Poszliśmy w stronę betonowego ni to kiosku, ni to bunkra, gdzie żołnierz odnowił nam zapasy lodowatej agua.

Wtedy zauważył mój zegarek.

Czarny casio, znoszony, z ponad dziesięcioletnim stażem. Spodobał mu się. Podziękowałem. Zażądał, abym zdjął go i dał mu w prezencie. Myślałem, że żartuje, skwitowałem to uśmiechem. Nie żartował, ponowił żądanie. Odmówiłem bez namysłu. Rodolfo spojrzał na mnie, upewniając się, czy rozumiem, czego tamten ode mnie chce. Dobrze rozumiałem. Tylko, że ten zegarek dostałem kiedyś od ojca i nie mogłem go podarować komu innemu. Wyklarowałem to wojakowi, na spokojnie. Była w tym logika, co więcej, była w tym cała prawda. Uznałem, że to załatwi sprawę, że tamten odpuści. Nic z tego. Żołnierz dalej chciał ten zegarek. Nagle zmienił ton, wyraz twarzy, prześwidrował mnie wzrokiem i przyłożył mi lufę M-16 do brzucha, poczułem ją nazbyt wyraźnie.

Dziwnie się porobiło. Kapuściński pomny doświadczeń, zdaje się, kongijskich radził, aby się wtedy nie ruszać za nic w świecie, Cejrowski pomny doświadczeń, zdaje się, gwatemalskich pisał, że narobił w spodnie. Ja nie zdążyłem. Ani się poruszyć, ani zrobić pod siebie. Po prostu, sparaliżowało mnie. Rodolfo musiał stać obok, zaległa cisza, mało komfortowa. Nie pamiętam, ile to trwało. W tamtejszym skwarze czas się wydłużał. Los mi jednak sprzyjał. To była jakaś farsa, którą zakończył drugi soldado. Podszedł do kumpla, odciągnął go, sprawił że ten przestał w mnie mierzyć. Napięcie wtedy zelżało, sytuacja oczyściła się, ale ciało miałem dalej sztywne, do ciała nie dotarło, że już po wszystkim. Jakby z poślizgiem, dopadł mnie strach. Tamci ryknęli śmiechem. Dopięli swego – przestraszyłem się. O to im chodziło.

Dominikańczycy potrafią żartować, znani są z tego. Tylko tam, w palącym słońcu, przekonałem się że, ich żarty mogą nie mieć granic. Ten żartowniś od „farsy z karabinem”, spytał jeszcze, czy kiedyś wrócę w tamte rejony. Skłamałem, że będę z powrotem za pół roku. „No to przywieź mi taki zegarek”, rzucił. I znowu zrobiło się wesoło. Nie każdemu. Tego żołnierza-wybawiciela poklepałem po ramieniu, raczej odruchowo, może było to nieme muchas gracias. Podziękowałem im także za wodę. Potem się bardzo przydała, gdy Rodolfo ciągnął mnie po okolicy, udając że zna się na iguanach.

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *