Ferajna Samuela

Louis ruchem głowy wskazuje na Coqa, wiadomo od razu, że dobrze się znają, widzisz tego tu, skończył w Haiti wszystkie klasy, w domu miał książek potąd, literatura i polityka to on, i Biblię mówi z pamięci, a popatrz, co robi teraz, lody na ulicy sprzedaje. Nie wadzi mi to, no pwoblem, wzbrania się Coq, i sprawia wrażenie, jakby nie pierwszy raz się wzbraniał, z Bogiem dam radę, i unosząc dłoń punktuje niebo, z Bogiem idę właściwą drogą. A robiłbyś to samo u siebie, gdyby to było możliwe? To nie możliwe, w tym rzecz, my pwend, ale takie życie, godzi się i skubie ochłap gąbczastej bułki z niczym…

W Santo Domingo jest prawie południe, zbyt długo stoimy w spiekocie, i w porażającej kakofonii dźwięków, idących zewsząd. Gonimy do cienia i ciszy, co ledwo nam się udaje, siadamy. Ja, to bym dalej uczył w Port-au-Prince, ciągnie Louis, tak jak uczyłem zanim zatrzęsło, studiowałem matematykę eksperymentalną, było dla mnie miejsce szkole, a teraz szkoły nie ma…

Biorę instynktownie aparat, jedno, góra dwa i basta, ale nie chcą zdjęć, to ja nie naciskam. A ci droczą się, bo potem dasz te fotki Amerykanom a oni potrafią szybko myśleć i zaraz zechcą nas „adoptować”, my wiemy, są to ludzie very intelligent. Pojąłem tę gorzką ironię…

To ja wam coś pokażę, tu spójrzcie, i zgodnie obaj nachylają się i patrzą przez me ramię w ekran aparatu. To wasi młodsi kumple, pewnie młodsi ze trzy razy. Jasne, to przecież haitańskie dzieciaki, bidule pewnie, zadumał się Louis, jakby dojrzał swych podopiecznych z dawnej szkoły, ano haitańskie, wtóruję mu, a z nimi jeden dominikański wyrostek, Mulat. Na oko, zgrana ferajna z ulicy, bo tam ich poznałem, kawał miasta stąd, jak śmigały chmarą między wozami w korku, dręcząc szoferów kawałkiem upstrzonej tektury. Za groszem goniły, ze „sztuką” do ludzi, z „malarstwem naiwnym”, łapserdaki jedne, i jakoś bawiły się przy tym, grając swej marnej doli na nosie.

W końcu i mnie, pieszego, namierzyły i dopadły. Dowodził „marszandami” Samuel, i tylko on się przedstawił, reszta się wykręcała bo tak im doradził mały Dominikańczyk, i tak już zostało. Na zdjęcia przystały chętnie lecz bezimiennie, od razu załapałem dlaczego, a tu i teraz, przy Louisie i Coqu zrozumiałem to dobitnie…

I gdzie jest ich przyszłość, gdzie dorosną, który kraj da im żyć po ludzku, w którym kraju wspominać będą własną ojczyznę albo o niej marzyć, zwracam się z tym do Louisa, nauczyciela i poruszyłem też Coqa bo ten kręci się, jakby miał już odpowiedź ale nie zaczyna, jeszcze milczy, i czy tę przyszłość da nowy prezydent, i to każdemu Haitańczykowi młodemu i leciwemu, po wyborach? Kto może zrobić lepiej w Haiti? To pytanie się zadaje, bo innego nie ma, bo gorzej już być nie może. Haitański pisarz wieszczył ponad pół wieku temu, że „przyjdzie czas, kiedy naród chrześcijański ssać będzie własne palce, a psy, szukając pożywienia będą się wdrapywać na kokosowe palmy”.(1)

Czy to się dzieje już, czy tak się działo zawsze, czy po czasach złych nastały gorsze?

Louis i Coq potwierdzają to, jeden po drugim ale obaj jakoś bez przekonania. Natychmiast, na tę ich niby pewność zachodzi cień wahania, jakże ludzkiego przecież, jakby miała się w nim wybić pierwotna nadzieja, jej pokład rezerwowy, nie do naruszenia, za to do użycia w przypadkach… właśnie beznadziejnych. Louis i Coq, jakby nie chcieli mieć racji, bo trzyma ich swego rodzaju siła, może trwania, widać że z trudem przychodzi im to wyrazić, ale w końcu wyrażają to. Tak, gorzej już być nie może…

Lecz ja im nie bardzo wierzę bo ten sam wieszcz, który wcześniej wizję nieuchronnego nakreślił, on właśnie, i niezbicie musi to Haitańczyków cechować, daje za moment od nieuchronnego wytchnąć bo tym razem pisze, iż „lud haitańskiej ziemi rzucał wezwanie przeciwnością losu, pracował dla piękniejszych plonów i śpiewem obwieszczał nieustannie zwycięstwo życia nad śmiercią”.(1)

Louis, nauczyciel na przymusowym wygnaniu za chlebem, bez szkoły, którą mógłby wesprzeć i bez klasy, jaką mógłby wychować, słowem bez możliwości pracy dla plonów, ten wrażliwy, jak się okazuje człowiek, patrzy na zdjęcia zrobione dzieciakom, które smutek tu mieszają z radością i chce wierzyć, że i dla nich nadejdzie łagodna przyszłość ale od razu też z żalem wyznaje, iż może ona nastać zbyt późno…

Prawie dwudziestu kandydatów i wy nie macie na kogo postawić, pytam swych rozmówców, nieświadomie nieco szorstko, jakbym ich ganił, ale Louis i Coq mówią, że nie typują, bo nie wiedzą, jak typować, aby to miało sens, i teraz wyczuwam, że nie bierność przez nich przemawia a zagubienie bardziej. I to, co sportretował literat, patrząc przed laty na swą niespokojną krainę, dziś zachodzi ponownie z uderzającym podobieństwem. „W mieście kipiało niby w przededniu wielkich wydarzeń. Ludzie byli zgnębieni, spoglądali na siebie pytająco, usiłowali zorientować się, skąd wieje wiatr. […] Będą nowe wybory, a w czasie kampanii przedwyborczej każdy zechce mieć własnego posła, senatora, prezydenta. Każdy zechce znaleźć się po stronie tych, którzy wygrają, i zdobyć dla siebie miejsce przy patelni”.(1)

To nie może być znowu René Préval, tak uważają Louis i Coq, kto inny byle nie on, co do tego są zgodni, jakże stanowczy, jednakowo rozczarowani. Prévala na liście kandydatów nie ma. Jest tam za to nazwisko z nim powiązane, Jude Célestin, i oni wiedzą, że taki ktoś istnieje lecz chodzi im o tego, który „użycza” Célestinowi pleców, o Prévala właśnie, to jego rozliczają, jego sądzą, i wreszcie jemu „dziękują”, i chcą już zamknąć te liche lata jego kadencji, i zapomnieć. Prezydent to musi być ktoś dobry dla Haiti, tyle.

Tak proste, że i dzieciaki potrafią to wyczuć i powiedzieć, nie powtórzyć, powiedzieć, od siebie…

I wtedy Coqa poniosło, rozłożył ramiona, jak kaznodzieja natchniony, oczy wymownie przymknął, teatralną pauzę zrobił po czym w fanatycznym niemal uniesieniu, rzucił, że Bóg by chciał i ja też, aby to był Aristide, Jean-Bertrand Aristide, on znał Haiti, i biedę rozumiał, i głośno o niej mówił, Haiti go dzisiaj potrzebuje, tu wyciągnął dość rozpaczliwie. No właśnie, wtrącam się, tyle, że mówisz o przeszłości Coq, a Haiti ma już jej dość, bo Aristide wtedy mówił, wtedy krzywdy i bezprawie piętnował, ubóstwo i niesprawiedliwość wytykał, a ściślej, kazania prawił, bo ludziom dał się poznać, jako katolicki ksiądz, salezjanin, nieprawdaż, ale to było wtedy Coq. Dwadzieścia lat temu z okładem po raz pierwszy biedny, haitański lud słuchał tych jego kazań, i wyszedł na ulice i fakt, przepędził Dzidzię Doktorka z Haiti, bo jeśli źle się w kraju dzieje a głos z ambony w bożym przybytku podnosi się szczerze i z odwagą, to lud głos ten usłyszy, i lud za tym głosem pójdzie…

I pod koniec Anno Domini 1990, roku który dla odmiany rzeczywiście mógł być pański, Haiti niemal w całości żarliwie zaszło do urn wyborczych, aby wolny głos oddać, bo miało na kogo, bo wreszcie mogło, po dekadach epoki Duvalierów, monstrualnych prezydentur à vie, w sensie dożywotnich dyktatur, i po kilku następnych latach ponurego interregnum, czyli rządów zakapiorskiej generalicji po uszy upapranej kokainą płynącą tranzytem przez kraj, tu jak najbardziej, masz rację Coq, była to próba demokracji, i nie najgorzej wówczas wypadła, Haiti dotknęło wolności po prawie dwustu latach istnienia państwa…

Ale nie każdemu widziało się z demokracją eksperymentować i nowe Haiti popierać, na Karaibach równie mocno się kocha, jak i nienawidzi, i nie każdy Aristide’a pokochał, a na pewno nie pokochali go wojskowi i szybko zgotowali regionalną specjalność, coup d’état, zamach stanu, powrócił zatem stary wykolejony schemat przejmowania władzy gwałtem: prezydent wybrany, prezydent obalony, prezydent wygnany. Do Pałacu Narodowego wjechała junta a Aristide zdążył spakować tyle walizek, że starczyło mu to na ucieczkę do USA, w roku ’91. Mógł sobie jeszcze pozwolić na przelot samolotem, ale biedni, zapatrzeni w niego wówczas Haitańczycy, latać nie mieli za co, a nie chcieli zostać sami w kraju znowu brutalnie „przewróconym”, tylko być ze swoim prezydentem, którego legalnie wybrali, to pozostało im morze, aby za nim popłynąć czyli przeprawa po Golfsztromie, i magiczne do pokonania mile na przeładowanych łodziach, jak to przeważnie bywa.

I The Little Haiti, na Florydzie, w Nowym Jorku, czy gdzie tam jeszcze regularnie zaczęło się rozrastać, przez co przestało być tak całkiem little, co z Białego Domu w efekcie przyuważył Bill, prezydent, Clinton. A łatwo mu wtedy nie szło, bo mówimy o roku ’94, gdy pan, po godzinach saksofonista, miał już na karku zeszłoroczne fiasko w Somalii, bieżące zaniechania ruandyjskie i teraz nowy dylemat haitański: oni chcą go tam, w sensie Haitańczycy chcą Aristide’a u siebie a my nie chcemy ich tutaj, w sensie, nie w takiej ilości, never. Ogień zwalcza się ogniem, złożył więc Clinton propozycje nie do odrzucenia swoim soldiers, i wysłał chłopaków do karaibskiej „piekielnej dziury”, niech dobrzy wojskowi przepędzą złych wojskowych, niech wmontują prezydenta do fotela, z którego go wypchnięto, i niech tam będzie spokój i demokracja, goddamn. Zadanie wykonano, jak trzeba a nawet lepiej bo zawczasu zadziałała dyplomacja, junta zmiękła i w sumie planowana operacja bojowa zmieniła status na operację pokojową. Grunt zatem przygotowano i Aristide do Haiti ku radości rozkochanej w nim gawiedzi wrócił.

Również i my Polacy możemy to wspominać, bo ekipę US troops wpierali wtedy i nasi elitarni, spadając na Haiti, jak GROM z jasnego nieba, a pamiętamy to, bo młody w owym czasie Tomasz, korespondent, Lis, doleciał tam z Waszyngtonu i chodził przed kamerą po śmieciach Port-au-Prince, tłumacząc, co i jak, raportując o rzeczy stanie, to było egzotyczne, to Haiti w telewizorze po polsku, jak sam pamiętam, i bardzo mi w głowie zamieszało, i na inny świat oczy otworzyło.

I znowu się z tobą zgodzę, Coq, że Aristide kadencję swą burzliwie przerwaną po bożemu dociągnął do końca, już bez oporów po demokratycznemu rządził i po takiemu też władzę, w kolejnych prezydenckich wyborach przekazał, notabene René Prévalowi, w roku ’96. A jeszcze wcześniej, jak tylko dotarł z USA do swego odzyskanego gabinetu, do żywego dopiekł mundurowym puczystom bo regularną armię rozwiązać polecił, co potem miało się to na nim zemścić…

Tymczasem Préval zmiany obiecywał i kaskadę reform proponował, i wdrażać je próbował a młodzi jeszcze, przyszli rodzice tych tu dzieciaków, ze swymi rodzicami żyli, i na pewno wierzyć chcieli, że będzie lepiej, i bez przemocy…

Nowy gospodarz bielusieńkiego Palais National w Port-au-Prince osiągnął coś, czego w dziejach politycznych zawirowań Haiti, dokonał zaledwie jeden z jego nieprzebranych poprzedników: kierował swoim państwem przez pełne pięć lat i nikt go z fotela, w żaden sposób, nie wysiudał, słowem kadencja wygasła w sposób naturalny, i to na pewno triumf znamienny. Inne działania konstruktywne również zachodziły, Haiti się z wolna podnosiło, bo jak było ekonomicznie padnięte po Duvalierze, tak przeleżało przez Aristide’a i tak leżało wciąż.

Préval diagnozował i operował, również reanimował a pomocy szukał na zewnątrz, wreszcie wpuścił do kraju Międzynarodowy Fundusz Walutowy z jego ideami, i tak się w tym zagalopował, że opozycja nie wytrzymała i stanęła okoniem. I wtedy względna polityczna stabilność została zachwiana i kraj ponownie pogrążył się w kryzysie, bo strach Zachodu, że reformy staną, bo dymisje kluczowych person w rządzie, bo stop pomocowej forsie, bo widmo zamieszek na ulicach. I tak oto historia rozpoczyna swój bieg po kolejnym, zrazu wypaczonym kole, a nieszczęśliwy naród konsekwentnie brnie w… kołowaciznę.

Patrzył na to niezaspokojony w rządzeniu Jean-Bertrand Aristide i gotował się do swej drugiej w życiu kadencji bo chciał do władzy po Prévalu wrócić i robił wszystko, aby tak się stało w roku 2001, i powiadają, szedł nawet po trupach, i nie jako Baron Samedi, loa voodoo, władca cmentarza, lecz, jako „pan duchów”, zwanych Chimères, tych ze slumsów Port-au-Prince, duchów dobrze uzbrojonych i mocno mu oddanych. I jak zaplanował, tak do władzy Aristide doszedł, on, i jego partia-rodzina Fanmi Lavalas, zdobywając niemal wszystko, co było w kraju do zdobycia w czasie wyborów prezydenckich i parlamentarnych, czym od razu zajęli się rozjuszeni przeciwnicy, w większości zamożni Haitańczycy, ostro negując legalność politycznej gry prezydenta elekta. Ten jednak, podobnie jak dziesięć lat wcześniej, wszedł do Pałacu, aby urządzić państwo na swoją modłę…

I ja obstawiam, Coq, że ktoś wówczas pomyślał i spytał, jaka przyszłość czeka dzieciaki, które właśnie na świat przyszły, jeden był pewien, że będzie dobrze, inny ręką machnął, wiedząc, że będzie źle, ktoś wiedział, Coq, wiedział bo umiał spojrzeć wstecz…

Pobita, tak czy inaczej, opozycja, na amen jednak niepogodzona z przegraną bo przeświadczona o notorycznych przestępstwach w czasie groteskowej kampanii wyborczej i o defraudacjach w czasie samych wyborów, opozycja zdeterminowana, aby swoje wywalczyć albo swoje utrzymać, ruszyła do boju. Szybko też znalazła wsparcie i militarne zaplecze u byłych wojskowych i członków szwadronów śmierci, którym Aristide przed laty „profilaktycznie” rozwiązał umowy o pracę. Wielu z ich zaszyło się w sąsiedniej Dominikanie, bynajmniej z powodu od dawna wyczekiwanych wakacji. Nadszedł czas rewanżu, a czego się spodziewałeś, Coq. Jeśli były szef policji z czasów dyktatury łączy siły z gangsterem i szefem ulicznej Armii Kanibali, i obaj nie żywią krzty miłości do prezydenta, i sprzyjają temu lokalne media prywatne, bo są to media opozycji, a jeszcze administracji W. w szerokim kraju na północy jest to na rękę, to mamy rebelię i jej finał pod Narodowym Pałacem.

To jasne, Coq, jak karaibskie niebo, że Clinton widział Haiti Aristide’a inaczej, niż Bush junior, chociaż patrzyli z tej samej odległości, Ameryki nie odkryłeś, amigo. Ale zauważ Coq, potem wszystko się zmienia i natura czasu prezydenckich emerytur sprzyja wspólnemu spojrzeniu na problemy, może i na przeszłość, nawet w takich egzotycznych stronach, jak Haiti właśnie, i to w ramię w ramię, na żywo, bo przecież „dwaj ex”, po styczniowym trzęsieniu zjawili się tam w duecie, i z bliska ujrzeli ten zmordowany kawał Hispanioli, który tak kiedyś doglądali, po swojemu. Wszędobylska kamera na coś się przydała i w samą porę zarejestrowała moment, w którym Bush, wita się z Haitańczykami w tłumie, ściska im przyjacielsko grabule lecz wtem odruchowo cofa swą dłoń i wyciera, pewnie od potu zwilgotniałą, w… koszulę Clintona. Może i to natręctwo, ale tu wypadło dość symbolicznie, trzeba przyznać…

A Kanibale już tam czekają, pod Pałac dotarli, wokół grzmi agresywny rap, a oni wyją i wymachują orężem, maczetami, pałkami, karabinami i czym tam jeszcze, są głodni, dość pijani i na haju, chcą ciała i krwi, to ich natura, zaspokoić pierwotny instynkt, dać ujście żądzy zabijania, lecz nie atakują, tylko na razie tańczą, rytualnie, jak przed bitwą, bo nawet ludożercy respektują ultimatum. Aristide nie ma wyjścia, poza jednym jedynym, już kiedyś zresztą przećwiczonym – opuścić kraj w trybie natychmiastowym. I oto chodzi tym, którzy ultimatum postawili, tego chcą, niech persona non grata wyjedzie a ludzie odetchną i „pokój” wróci na ulice, potem przyjdzie go jedynie „obserwować”, inaczej krew się poleje a kraj zejdzie na psy, i nie tylko na czarne, jak za Tatka Doktorka Duvaliera.

Prezydent żądanie spełnia i żegna się z Haiti, na razie na sześć lat, Coq, a nawet na sześć i pół. Pokonany ucieka pod eskortą. Przed nim przymusowa podróż na wygnanie, już druga w jego życiu, tym razem potrwa o wiele dłużej, bo zaprowadzi go aż do kraju przodków, do Afryki, osiądzie na jej obrzeżach, w RPA, tam ustąpi z urzędu, tam poprosi o azyl i go otrzyma, w tym samym roku 2004.

I wtedy też, może i dziadkowie, może i rodzice tych tutaj dzieciaków cicho żegnali wygnańca, prezydenta swego, a może i oni również nie kryli rozczarowania, mając zwyczajnie dosyć jego nieudolnych rządów…

Nastał totalny chaos, Coq, dwa lata później, w roku 2006 byłem w Haiti. Kraj ten wciąż nie posiadał trwałej, kompetentnej władzy i po kolejnym okresie bezkrólewia, i bezprawia, szykował się na bardzo zwolnionych obrotach do nowych wyborów. Ale wreszcie Haitańczycy poszli do urn i zagłosowali, i znowu wybrali René Prévala, zaufali mu raz jeszcze. Dzisiaj wy nie chcecie go już widzieć u władzy, Coq, a ty z Boga pomocą przywołujesz Aristida z RPA. To obłęd i desperacja, amigo, i chyba mało poważne. Jak świeżo miniony pomysł Wyclefa Jeana na kandydowanie…

Ale Wyclef za to rozumie dzieci, dodał swoje Louis, pan do tej pory milczący, od politycznych żarów stroniący, pan sytuację łagodzący, bo był taki, jak one, i w podobnych warunkach dorastał, i dzisiaj wie, że przyszłość w Haiti nadal nie jest pewna.

Ale czy ta wiedza wystarczy, aby prezydentem być i myśleć o przyszłości, o losie tych tutaj oberwańców z ferajny Samuela, pytam Louisa. Ten odpowiada, nie wystarczy…


(1) Wszystkie cytowane w powyższym tekście fragmenty – „pisane kursywą w cudzysłowach” – pochodzą z powieści Jacques Stephen Alexis „Generał Słońce”, w tłumaczeniu Małgorzaty Hołyńskiej, wydanej nakładem wydawnictwa Czytelnik w 1958 roku.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *