Flamboyant

Minęła wówczas druga tropikalna noc w Dominikanie, znacznie dłuższa od pierwszej, zaledwie dwugodzinnej, tuż po przylocie z Europy; po przyjeździe z lotniska do miasta. Dopiero po tej drugiej nocy funkcjonowałem normalnie. Był czerwiec 2007 roku. I duszny poranek w Santo Domingo. Przetarłem oczy i wyszedłem na świat. Chwyciłem w pobliskim colmado kawę i świeże empanadas, rozejrzałem się po okolicy. Wtedy zobaczyłem to drzewo rosnące kilkadziesiąt kroków od hotelu, gdzie miałem nocować przez kolejne tygodnie. Rosło na jednej z posesji, zagarnąwszy dla siebie większość ogrodu.

To był Delonix regiaeksplodujący szaloną czerwienią flamboyán dominicano, albo flamboyant, malinche, poinciana, zwany też ognistym drzewem, albo płomieniem Afryki, gdyż ma ponoć rodowód madagaskarski. Kiedyś widziałem to drzewo na obrazie jakiegoś malarza-prymitywisty; dominikańskiego, bądź haitańskiego Nikifora. Teraz miałem je przed sobą, w pełni rozkwitu. Pamiętam radość, podniecenie, niemalże śpiew duszy. Znowu tam byłem – w Dominikanie! Przez wiele miesięcy diablica nie dawała mi spokoju. Opętała mnie, kazała wracać. I wróciłem. Nadal wracam. Po jeszcze. Nie potrafię inaczej…

Miły gość

Pamiętam noc przyjazdu. Tamten człowiek otworzył drzwi, wpuścił mnie do środka i główkował co zrobić. Najpierw zapisał coś szybko w zeszycie, nie wiadomo co. Nie chciał niczego. Paszportu, dolarów, czy pesos. Parafek na jakichś kwitkach. Nie chciał. Bo niczego nie rozumiał. Tylko się uśmiechał. Jakiego człowieka stać na uśmiech w porze, o jakiej powinien przewracać się na drugi bok w łóżku? Swoim, cudzym, jakimkolwiek. Ja też nie rozumiałem, co do mnie mówił. Zresztą, on mówił niewiele. Ani trochę po hiszpańsku. Używał swojego języka – kreolskiego.

Mnie także pozostał jedynie grymas uśmiechu. Chodziło o to, żebym poszedł spać. O nic więcej. Jeśli ktoś sugeruje ci, abyś to zrobił, to pewnie nie nadajesz się do niczego innego. Rano potwierdzimy rezerwację, zapłacę ile tam trzeba, gdzieś podpiszę. Tego chciał tamten, tak podejrzewałem. To był Haitańczyk. Choć nie u siebie, wydawał się zadomowiony. W bejsbolowej czapce stołecznej drużyny Tigres del Licey. Miły gość. Witał mnie o czwartej nad ranem w hotelu „Bella Vista”.

Klucz na gębę

Dostałem klucz. Na gębę. Bez niczego. Za szczerość. Za wory pod oczami. Za bełkot utrudzonego wędrowca. Wyglądało to tak, jakbym wszedł z ulicy, padł na pierwsze lepsze wyrko i nikomu to nie wadziło. Podziękowałem i poczłapałem do pokoju o numerze wypalonym na kawału drewna przytroczonego do klucza. Tam było gęste, jak krochmal i nagrzane powietrze. Kiedy wszedłem do pokoju, zderzyłem się ze ścianą gorąca. Włączyłem światło i natychmiast wiatrak na suficie, aby rozgonił tę zabójczą duchotę.

Kilka minut później łapałem już normalny oddech. Szybko przywykłem. Mnie taka parnota nie wadzi, lubię taką wilgoć. Dopiero w tropiku czuję, że oba płuca mam zatrudnione na pełnym etacie. Wielu słania się na nogach, oddychając „nawilgłą watą”, jak to ujął Krzysztof Mroziewicz w „Fideladzie”. A mnie te tropikalne opary, paradoksalnie, energetyzują. Choć nie wtedy. Bo szybko zasnąłem. Wymordowany po podróży. Nie musiałem wspomagać się alkoholem przez zaśnięciem w tropiku, o czym instruował Kapuściński w „Wojnie futbolowej”. Padłem, jak dziecko. I spałem twardo, choć krótko. Nie wiem, czy śniłem o czymkolwiek. Być może. Za to, obudziłem się dziwnie wypoczęty i gotowy na nowe wyzwania. A czekało mnie ich co niemiara.

La cucaracha

W łazience zabrakło wody. Prysznic milczał. Pewnie zbyt wcześnie zabrałem się za mycie. Jeszcze nie czas na wodę w rurze. Wyjrzałem przez okno. Kiedy spałem musiała przejść obfita burza. Powiało lżejszym luftem. Podwórko zamiatał ten sam Haitańczyk, który kilka godzin wcześnie pełnił rolę zgubionego recepcjonisty. Ileż liści zaległo na patio! W deszczu pospadały z drzew, przeważnie figowców. Leżały wszędzie. Na kamiennej mozaice, na białych, żeliwnych stołach i krzesłach. Spojrzałem na najbliższe drzewo. Miało niewielkie owoce, które nadal dojrzewały. Owoce w kształcie, jakby bladozielonych, gładkich jąder. Drzewo było wielkie, rozłożyste. To był mangowiec.

Za nim, nieco dalej na dachu, krzątała się starsza kobieta w luźnej koszuli nocnej, w turbanie z ręcznika. Wieszała prześcieradła na sznurku, choć ledwie wzeszło słońce. Chwilę wcześniej słyszałem spóźnione pianie koguta. I za nim ujadanie psa. Jeden drugiemu dokazywał. „Zamknij dziób, a ty stul pysk!” Wiatrak łopotał na mniejszych obrotach, a ja leżałem pod nim w szczątkowej garderobie, co potem często praktykowałem. Chyba, że skazano mnie na klimatyzację. Wtedy czułem się bardziej, jak półtusza wieprzowa rzucona w odmęty chłodni.

Myjąc zęby zauważyłem karalucha wielkości ciasteczka, spacerującego po zasłonie prysznicowej. Wyglądał, jak mini zabawka nakręcana kluczykiem. Nie zrobiłem mu krzywdy. I wzajemnie. Potem spotkałem go ponownie. Widać, dane nam było dzielić rewiry w pokoju hotelowym. Nie wiem, czy po mnie łaził, gdy spałem, czy dobierał się do resztek bananów, jakie mi zostały po podróży. Tak, przywiozłem banany z powrotem do macierzy! Prawdę mówiąc, wciąż ledwo dojrzałe.

Niewykluczone, że karaczan znaczył teren po swojemu. Dowodów na to nie miałem. Jednak w czasie porannej kąpieli, kiedy widziałem, jak zuchwale grasuje w mojej obecności, nie wzbudził we mnie odrazy. Nie rwałem się, aby go zgładzić, choćby mokrym klapkiem. Szkoda mi było robala. Karaluch, czy nie to jednak jakiś współlokator. La cucaracha, la cucaracha…

Dominikański smak

Kiedy zszedłem po schodach do głównego holu, nie zostałem tam znajomego Haitańczyka. Na recepcji siedziała señorita z ugładzonymi włosami i w garsonce, wklepując coś do komputera, przekładając segregatory. Przywitała mnie, uśmiechnęła się i wróciła do tego, co ją zajmowało. Po chwili, pewnie gdy skończyła to co było ważniejsze, zainteresowała się mną ponownie. Zagaiła skąd jestem, ile zostanę w Dominikanie, jakie mam plany? Odpowiadałem jej na bieżąco. Wreszcie rzuciłem, że w kraju gdzie mieszkam pada zimą śnieg. To zawsze robi wrażenie na ludziach, którzy namiastki tej „atrakcji” zaznają jedynie przy otwieraniu zamrażalki.

Coś tam jeszcze dopytywała, lecz musiałem jej przerwać. Poczułem głód. W pobliżu była garkuchnia, gdzie można było zamówić cokolwiek na wynos. Wziąłem to, co mi posmakowało, gdy poprzednio byłem w Dominikanie. Smażone platanosy i sok z marakui. A coś do tego?, pytała recepcjonistka. Mięsa żadnego nie chcesz? Smażonego kurczaka, albo pollo guisado, tj. kurczaka duszonego. Nie chciałem. Być może pomyślała, że ja nie wiem, w czym rzecz, i nieświadomy upieram się, aby wsuwać same „zapychacze”, coś jakby nasze ziemniaki. Jednak nie miałem ochoty na więcej.

W końcu uległa, zadzwoniła gdzie trzeba i po kilkunastu minutach dostałem swoje platanosy. To był smak pierwszej dominikańskiej podróży. Sprzed półtora roku. Nie do podrobienia. Rozkoszowałem się nim. Ku uciesze, ale i zdziwieniu recepcjonistki…

Dziewczyna z balkonu

Potem przyjechał człowiek, który w nocy załatwił mi transport z lotniska. Pracował dla znanej francuskiej firmy. Był ekspatem. Zabrał mnie na strzeżone osiedle, w zachodnim Santo Domingo, gdzieś za parkiem Mirador del Sur, blisko portu Haina. Mieszkał tam z żoną, która rzadko wychodziła z mieszkania w wieżowcu, bo się bała. Wysiadywała godzinami na balkonie, patrząc na ocean, wypatrując błyskawic na horyzoncie i czekając na męża. Czasem, z duszą na ramieniu, wybiegała po drobne zakupy do sklepu.

Szybko wracała, płoszona seriami piropos, czyli niewybrednymi komplementami, rzucanymi w nią przez dominikańskich machos. Nawet ich nie rozumiała, ale przerażały ją syki, cmokania, gwizdy i pohukiwania. Chyba z rok przesiedziała na tym balkonie. Co tydzień, bodajże w czwartki, czekała na wejście tankowca do portu. Jeśli nie wpływał, albo spóźniał się, wówczas jej mąż miał problem z brakiem paliwa na stacji. No, wiesz, mieszkamy na wyspie! Tak, poniekąd słusznie, streściła swoje obserwacje.

Tam gdzie flamboyant

Oboje byli bardzo życzliwi. Nakarmili mnie rybą mahi-mahi, dotrzymali towarzystwa podczas paru weekendów, przewieźli późnym wieczorem wzdłuż Malecónu. Pamiętam, że utknęliśmy w korku blisko jakiegoś nocnego klubu. Dudniąca muzyka, tłum przyklejony do wejścia z oślepiającym neonem, wszędzie walające się puste butelki po rumie.

Rozglądałem się z tylnego siedzenia, chłonąc ten cały chaos fiesty zamotanej w parne, wilgotne powietrze. Kiedy opuściłem szybę, od razu podeszła jedna z chicas z wiadomą ofertą. Uwiesiła się okna, wdzięcząc się, prężąc, strosząc pióra. Chodziło o masaż. Un buen masaje, mi amor. Od razu uściśliła jaki, mrugając porozumiewawczo. Tyle się dowiedziałem. W końcu ruszyliśmy dalej.

W nietaniej restauracji na Plaza de España, gdzie mnie zaproszono, zdawałem moim towarzyszom relacje z wypadów w głąb kraju. Robili wielkie oczy, gdy mówiłem im, że dwa dni wstecz popijałem piwo gdzieś pod granicą z Haiti, albo tropiłem tam iguany. Oni, jeśli opuszczali Santo Domingo, brali na cel przeważnie okolice Punta Cana, albo Bayahibe. Chcieli mieć plażę, relaks, bufet all-inclusive, grillowaną langustę, takie przyjemności. Niezbyt się do tego paliłem. No, może poza langustą, której bym nie odmówił. Poza tym, roznosiła mnie energia, nie do zużycia nad hotelowym basenem. Potem straciliśmy kontakt, jakoś tak. Każdy miał swoje sprawy.

Mnie ciągnęło do tych ognistych, czerwcowych flamboyantów. Gdziekolwiek rosły, tryskało z nich życie. Do życia mnie ciągnęło.

Flamboyant, Parque Mirador del Sur, Santo Domingo

Flamboyán w swoim pełnym ogniu – u wejścia do parku Mirador del Sur. Na koniu generał Antonio Duvergé. Urodzony w Portoryko dominikański wojskowy z francuskimi korzeniami. Aktywny bojownik o niepodległość Dominikany.

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *