Galeria Las Galeras

W Dominikanie są dwa miejsca, w których statystycznie przebywam najczęściej: Santo Domingo, gdzie zawsze działam na pełnych obrotach (a daiquiri piję wieczorem) i Las Galeras, gdzie przeważnie zwalniam jakby do zera (a daiquiri piję, kiedy mam ochotę). Jedna „meta” jest oddalona od drugiej o całą długość wyspy. Do Santo Domingo trafiłem do razu. O Las Galeras dowiedziałem się dopiero po jakimś czasie. Nie podejrzewałem, że istnieje.

Wtedy w mieście Samaná chciałem koniecznie fotografować motoconchos, czyli sławetne dominikańskie motocykle-taksówki. Zaczaiłem się na te fotogeniczne bestie przy jachtowym porcie. Motoconchos przejeżdżały tamtędy non stop. Mogłem przebierać w rozmaitych kuriozach. Potem czekał mnie długi powrót do Puerto Plata. Niewiele więcej mogłem zrobić. Najchętniej bym został. Dotychczas jedynie słyszałem o tej prawdziwej tierra de coco„ziemi kokosa”, jak zwą cały Półwysep Samaná i o Las Galeras, gdzieś tam na krańcu tego półwyspu. Mówiono mi, że to piękna okolica, że wciąż dzika, bez roju turystów. Zbyt blisko byłem tej kuszącej wizji, aby ją porzucić dla spraw, które mogły poczekać. Zresztą, jak dotąd z plaży, morza i słońca miałem w nadmiarze tylko słońce. A przecież, do cholery, byłem w Dominikanie, byłem na Karaibach! Plątałem się tylko po szemranych zaułkach Santo Domingo szukając sensacji, zamiast zbijać… kokosy, z dala od tego parnego molocha (do którego zresztą mam niepojętą słabość). Machnąłem więc ręką na uciekający czas.

W Las Galeras charcząca guagua wyhamowała prawie w lazurowej wodzie Zatoki Rincón. Tam właśnie kończy się szosa a szofer ma fajrant przed kolejnym kursem. Szarawy asfalt ustępuje piaskowej drobnicy w kolorze kukurydzianej mąki. Plażę ocieniają pochyłe kokosowe palmy, targane morską bryzą. Oto karaibska pocztówka na żywo. Bez retuszu.

Kiedy już dotarłem do tego Las Galeras ogarnął mnie szczenięcy zachwyt. Co za ulga, że człowiek czasem zapomina, jaki jest duży i jak wiele zjadł rozumów. Wtedy reaguje spontanicznie i nie tłumi emocji, gdy szczęście czyni zeń dzikusa. Pamiętam, że pejzaż nad Zatoką Rincón kompletnie mnie otumanił. Bodajże idealna pora dnia i pogoda sprawiły, że mogłem to wszystko zobaczyć w pełnej odsłonie. Pewnie podczas ulewy moje wrażenia byłyby zgoła inne. Ściana deszczu zwykle zmienia panoramę tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Bo za niezrównaną aparycję tutejszych landszaftów odpowiada przede wszystkim bóg-słońce! Miałem nosa by trafić tam w sam raz. To było, jak laur za różne takie mozoły wcześniejszych wojaży po całej Dominikanie.

Większość przyjezdnych kojarzy ten kraj z wakacjami i poznaje go intensywnie od… zewnątrz, czyli – od któregoś wybrzeża a konkretnie od jakiejś plaży przy hotelu all inclusive. Nieraz lokalny tour-operator zaproponuje wycieczkę w stylu „typowa Dominikana w jeden dzień” i dowiezie chętnych gdzieś tam w głąb wyspy. Bez problemu. Tylko trzeba zapłacić (albo przepłacić!) w euro czy dolarach. W moim przypadku wyszło na odwrót. Ktoś mnie wreszcie wyciągnął z tego krzykliwego dominikańskiego interioru, wywiózł za kilkadziesiąt pesos do odległych nadmorskich rewirów i wysadził na plaży, jakiej nie zdążyłem sobie nawet wyobrazić…

Zaraz po „odkryciu” Las Galeras postanowiłem, że słowa o tym miejscu ludziom nie pisnę. Bo jeszcze mi uwierzą, że ono naprawdę istnieje i zawitają tam niby proszeni, i je rozgrabią kawałek po kawałku. W końcu zaczną tam regularnie zjeżdżać na egzotyczne kanikuły i diabli wezmą to, co poniekąd rajskie.

Las Galeras to, trzeba przyznać, wciąż nieugładzony raj. Niewątpliwie, raj obeznany już z cywilizacją, lecz zarazem nie w pełni jej oddany. Co więcej, żadna to słodko-pierdząca idylla. Raczej coś z gruntu naturalnego, coś żywego, z własnym rytmem, rzec można – charakterem. I oby tak zostało, jak najdłużej. Bez przecierania palm ścierką do kurzu oraz bez turystycznej magmy, rozlanej po plażach i wydającej zapach owocowej balonówki. Dobrze mi się tu odpoczywa od dusznych bebechów Santo Domingo. Jeszcze bez obaw, że jakiś cwany muchacho weźmie mnie za Niemca, czy Rosjanina i zacznie wciskać kiczowate bransoletki, albo owoce morza po trzeciej reanimacji.

Człowiek jest naiwny, myśląc, że coś tam uchowa dla siebie w stanie nietkniętym. Przecież wielu przed nim myślało podobnie i wielu nie potrafiło utrzymać języka za zębami. Chyba w żywot każdego raju od zarania wpisane jest to, że zostanie on, prędzej czy później, zdewastowany, zdradzony. Pytanie czy lepiej go po swojemu odkryć i zaraz „wspaniałomyślnie” zdradzić, czy też pozwolić zdewastować go bez żadnego odkrywania, jak to najefektywniej dziś czynią… Chińczycy. Wystarczy się rozejrzeć, poczytać, jacy to wrażliwi są na dziewicze piękno Afryki, Ameryki Południowej, czy Azji. Na szczęście tacy, jak oni, do bólu praktyczni budowniczowie „nowego wspaniałego świata”, w Las Galeras nie zrobią wielkiego interesu. Co najwyżej, bar mogą otworzyć pod chińskim, albo lokalnym szyldem, bo w każdym barze dobrze jest posiedzieć. A potem, jak głowa i nogi pozwolą, dobrze jest pójść na spacer. W takich oto okolicznościach przyrody…

Las Galeras… exclusive

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *