Gangi pucybutów

Wszędzie ich pełno, również w Zona Colonial w Santo Domingo, są dziećmi latynoskiej ulicy. W Dominikanie mówi się o nich los palomos – nieletni, bezdomni, wąchający klej. Pochodzą najczęściej z tzw. barrios marginales, czyli ze slumsów. Nie mają dobrej reputacji. Często są im przypisywane typowo gangsterskie wybryki, od wyłudzania pieniędzy po kradzieże. Wiadomo, ulica nie przebiera w metodach wychowawczych. A przeżyć trzeba. Jednak, mimo że nie grzeszą niewinnością, równanie ich z groźnym, młodocianym elementem przestępczym w dzielnicach biedoty na peryferiach miasta trąci przesadą. I jest krzywdzące. Kto ma potem na pieńku z policją, kogo gnębią popołudniowe bulwarówki? Wina spada na uwijających się w pocie czoła pucybutów. Co im szarpie (i tak już mocno nadszarpaną) opinię na ulicy.

A gdy ulica krzywo na nich patrzy, zarabiają tyle, co nic. Są przepędzani, z miejsca na miejsce, jak zaraza. Spotykałem tych zdesperowanych chłopców na swej drodze wielokrotnie. I przyznam – nie zaszli mi za skórę, nie zaszkodzili, nie zniechęcili. Mało tego, to właśnie dzięki nim czułem się jakby pewniej w różnych rewirach dominikańskiej stolicy, czy poza nią, wszędzie tam, gdzie docierałem. Nie łatwo się od nich opędzić, ale jeśli człowiekowi uda się zyskać ich względy, to zrobił wielki krok do przodu i niekoniecznie w wypucowanych butach.

Nie sposób ich przeoczyć w tłumie. Zwykle noszą liche i wyniszczone ciuchy ale bywa, że prezentują się, jak mali bossowie. Łach nie byle jaki, do tego połyskujący łańcuch na szyi i masywna bransoletka na przegubie dłoni. Ich nieodłącznym atrybutem pozostaje zawsze zbity z desek pojemnik z uchwytem, z którego wyzierają brudne strzępy szmat, plastykowe butelki z rozpuszczalnikiem, środkami czyszczącymi oraz puszki z pastą do butów. Z arsenałem pucybuta niezmordowanie uganiają się za potencjalnym klientem. Podchodzą, zaczepiają, liczą na zarobek. Często nawet nie zagadują, tylko od razu przystępują do szorowania. Nim się człowiek zorientuje w czym rzecz, na jego bucie kwitnie już gęsta piana a zapach detergentów wwierca się w nos. To jeden z chwytów: „najpierw działaj, potem się broń”. Chyba musi skutkować bo jest stosowany nagminnie.

Jeśli osaczony klient zezwala na ciąg dalszy, to w ruch idą gąbki, szmaty, potem pasty, woski i inne akcesoria dopieszczające. Przecierałem oczy ze zdumienia widząc, jak się robi profesjonalny tunning obuwia. Najbardziej podłe „kapcie” odzyskiwały młodość a zapuszczone błotem i kurzem, zszarzałe, lepkie od nie wiadomo czego mokasyny zmieniały się w zwierciadła. Dokładnie się przyjrzałem, jak pracują palomos. Nie ma mowy o partactwie. Nieraz potrafią dobitnie wykazać, jak bardzo mylił się człowiek, sądząc że chodzi w czystym obuwiu. Wynajdą na nim mikroskopijnej wielkości plamę, czy skazę i do dzieła! Najbardziej schludna wycieczka zwiedzających starówkę w Santo Domingo, z perspektywy tych zwinnych pucybutów jawi się, jako zgraja człapiących flejtuchów.

Wśród palomos znalazłem paru kompanów z krwi i kości, chociaż nawet nie wymieniliśmy imion. I pesos im nie rozdawałem. No może, dwa razy włożyłem kilka drobniaków do małej, umorusanej dłoni. I nie czułem dumy, a raczej niepokój, że akurat tych wyróżniłem. A co z resztą?

Dać im forsę, ot tak dla świętego spokoju – oznacza ich szybkie rozumowanie: dałeś dzisiaj, dasz i jutro. Byłem świadkiem wielu sytuacji, gdy jeden, czy drugi palomo zamiast proponować turystom usługę czyszczenia, czyli najpierw praca potem płaca, szedł od razu na łatwiznę, czyli do żebrania. I pieniądze dostawał. Siedziałem raz w cieniu migdałowca i przecierałem zatłuszczony obiektyw, gdy podszedł do mnie któryś z małolatów z przybornikiem pucybuta pod pachą i z wyraźnym grymasem frajdy na twarzy. Ile to jest, no ile? – spytał z nadzieją, otwierając dłoń. Zerknąłem i poruszyło mnie. Pewnie ktoś z wycieczki, w sandałach i skarpetach pod kolana sypnął mu na odczepnego dosłowne kilka marnych eurocentów, lichą resztówkę. Zbawiamy świat za gorsze, kupując święty spokój.

Czasem nowo spotkani palomos forsowali: Señol da wyczyścić buty!  Właśnie w tym stylu, tak miękko, wymawiając „señol” zamiast „señor”, „r” zamieniając na „l”. Nie ze zmęczenia. Tak „zabawnie” mówi większość Dominikańczyków w Santo Domingo. Choć wydaje sie, że to powszechna wada wymowy. Pytałem wtedy z naturalnym zdziwieniem, przechodzącym w rozbawienie – Czuje buty chcecie czyścić, moje? – wskazując na „coś” składającego się z dwóch rzemyków na krzyż. Zazwyczaj łapali komizm sytuacji i potrafili szczerze wyśmiać własną desperację. Potem, gdy zaczynali ze swoim – to daj peso! – przechodziłem do „wykładu”, czego nie żałowałem.

Ustaliliśmy na początku, że każdy ma swoje zadanie do wykonania. Nie ma, że oni się trudzą, a ja beztrosko włóczę, myśląc o tym, jak wydać pieniądze. Dlatego mogą mnie trochę oskubać. Dałem im do zrozumienia, że biały człowiek, który gania po mieście z aparatem, to nie tylko turysta. Kiwali głowami. Gdy im tłumaczyłem, co robię, cmokali. Gdy porównywałem ich wysiłek w palącym słońcu do mojego, prawie mi współczuli. I gdzieś tutaj rodził się wzajemny szacunek. Później rozpoznawali mnie na ulicach i wołali Señol, Señol!

Mali pucybuci tułają się wszędzie. Kiedyś w małej wiosce o soczystej nazwie El Limon zaszedłem do przydrożnego baru. Zjadłem tom co miejscowi; ryż z fasolą, duszonego kurczaka w brunatnym sosie, popijając zmrożonym piwem Presidente. Było nie w porę, aby zamówić coś więcej, w dodatku towarzystwo rozchodziło się na sjestę. Zapłaciłem i wyszedłem.

Za rogiem przejęli mnie trzej lokalni palomos. Kolejna ekipa żwawych dzieciaków, utytłanych mazidłami do butów. Ponieważ wątłe wiązania w moich sandałach znowu skutecznie zniechęcały do czyszczenia, młodzi próbowali zatrzymać mnie w inny sposób, pytając skąd jestem. Gdy odpowiedziałem, pokiwali twierdząco głowami, jakby się orientowali. Zaintrygowany zrobiłem im szybki test z geografii. Gdzie ta Polonia leży, koledzy? I wcale nie zeszło im długo na myśleniu. Połączyli lotne umysły. No Polonia to… jakby… Rusia jest… i Alemania… To dopiero sensacja! Wielu Americanos nie kojarzy dobrze mapy Europy i swych państw sojuszniczych a te cwane smyki z „limonkowego” pueblo trafiły niemal w dziesiątkę. Jakiś turysta wykonał dobrą robotę.

Pochwaliłem ich wiedzę, ale uściśliłem, że Polonia to niezależny kraj, położony między (mniej więcej) dwoma wymienionymi. Zareagowali wyraźnym uznaniem. Chcieli kontynuować rozmowę. A nasz kumpel ma starszą siostrę…, zaczął jeden przy aprobacie pozostałych. Jest bardzo ładna, dorzucił drugi, ledwo powstrzymując chichot. Zaskoczony podniosłem brew, bacznie ich obserwując. I ona ma wolne pokoje – usłyszałem – señor może tam spać… Nie miałem tego w planach, lecz uśmiałem się z tej sprytnej rekomendacji noclegu. Może gdybym został, mieli by z tego jakąś prowizję?

Tymczasem palomos porzucili mnie, pozdrawiając przyjaźnie. Ruszyli na drugą stronę ulicy, aby tam nie stracić wypatrzonego „klienta” i lepszej okazji do kilku drobniaków. Wrócili do swego zajęcia. A ja spojrzałem na zegarek i chociaż tkwiłem w samym środku latynoskiego kraju, czas mnie naglił…

Palomos, dzieci latynoskiej ulicy, w Dominikanie.

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *