Rzadka Saona

Nie będę tego miejsca odczarowywał złośliwością, bo prawda jest taka, że Saona jest tak samo zajebista, jak i nijaka, plastykowa; jak te setki białych leżaków czekających w rządkach na chmary turystów złaknionych raju prosto z folderu. Ładnie opakowanego, podlanego do granicy sponiewierania rumem „Imperial” z colą, albo ze spritem. Saona jest piękna; zielona w stu odcieniach, żółta i złotawa w swej rozbuchanej przyrodzie; bielusieńka na plażach, błękitna, lazurowa, turkusowa w oblewających ją wodach Morza Karaibskiego. Ponadto, chowa na zapleczu jakąś nieposkromioną dzicz, szczątki czegoś pierwotnego, tajemniczą historię. Lecz kogo to obchodzi?

Plaża na wyspie Saona, Morze Karaibskie.

Wyspa Saona. Raj opanowany.

Palmiarnia

Zdjęcia można tak wykadrować, tak pokazać tamtejsze pejzażyki (bez psucia ich znamionami „postępu”), tak chwycić to niemożliwe słońce, te kolory, te pochylone palmy oraz ich cienie, tę tryskającą zewsząd witalność, że niejednemu szczęka opadnie na laczki. I nie jest to odkrycie z wczoraj. Tę wyspę wieki temu ubóstwiali Taínos, wnet wyrżnięci przez osiłków ze Starego Świata, zwali ją Adamanay i obsadzali maniokiem, z którego wypiekali przaśny chleb casabe; wówczas zawinął tam Kolumb z załogą, aby przeczekać wichurę i obejrzeć zaćmienie księżyca; później wzięli się za nią łajdacy wszelakiego sortu, barbarzyńcy, kolonizatorzy i prymitywne indywidua, którzy szczuli psami, ponoć wielkimi mastiffami, miejscowych kacyków dla rozrywki; potem rodzina satrapy Rafaela L. Trujillo rozcapierzyła swe macki nad tą nieskończoną palmiarnią; dalej kolumbijscy przemytnicy wodowali tam swoje paczuszki ze „śniegiem” i w końcu zjawili się turyści w masie nie do ogarnięcia. Taka ewolucja.

Wybrzeże Morza Karaibskiego, palmy, plaża, wyspa Saona.

Typowa pocztówka z Saony.

Wyspa Saona, wybrzeże, plaża, Morze Karaibskie, Dominikana.

Palmy. Dużo palm.

Zbawienna Saona

W sumie, dobrze Dominikanie, że ma tę Saonę pod sobą, że ta wyspa daje się tak drenować do cna każdego dnia. Dzięki temu, wiele innych rewirów w tym oszałamiającym kraju pozostanie długo poza zasięgiem miażdżącej wszystko bezmyślnej turystyki, jakże potrzebnej do zbawienia ludzkości. Saona jest skutecznym lekarstwem na to. Jest samarytanką, rzec można. Miłosiernie daje się zadeptywać, okrajać, oszpecać; odsłania nowe kawałki plaż, stawia kolejne „karmniki” pod palmową strzechą. I chwała jej za to poświęcenie.

Pojechaliśmy tam z moją Szaloną Ekipą, jak inni – na finalne harce, na rum-bibę totalną, na wygłupy taneczne na katamaranie, na cyrkowe sesje zdjęciowe; pojechaliśmy tam, aby przekonać się, co do jednego; że to, co najlepsze już nas spotkało w Dominikanie. Z dala od Saony…

Wyspa Saona, Dominikana. Plaża, palmy, bieg do Morza Karaibskiego.

Sporty wodne.

Plaża na wyspie Saona, dziesiątki leżaków.

Leżeć każdy może. Trochę lepiej, lub trochę gorzej.

Chiński paw

Zrobił to. Ten okrutny Chińczyk z Massachusetts. Albo ten Amerykanin w skórze Chińczyka. Wszystko jedno. Zrobił to. Na łodzi – lancha rapida. Na szybkiej łodzi. Prującej z Bayahibe na wyspę Saona. Dwa siedzenia ode mnie. Dzieliła nas tylko jego żona. Amerykanka w skórze Chinki. Z Massachusetts. Z lewej strony miałem Chilijkę. Oto nasz rząd. Cała czwórka. Przed Chilijką w rzędzie poprzedzającym siedziała jej koleżanka. Chyba pasowało im bardziej siedzieć obok siebie. Najpierw poczułem kwaśny odór. Jakby porzygał się berbeć. Nie patrz tam, a przeżyjesz, oddychaj skromniej. Przeżyłeś to nie raz. Rzygały przy tobie objedzone chipsami dzieci w ciasnym dominikańskim busie, rzygał współpasażer podczas turbulencji w samolocie, wąchałeś dojrzały owoc noni o zapachu rzygów zmieszanych z miodem… Myśl o czymś przyjemnym. O zaczarowanym ogrodzie, o kapciach dziadka pachnących cygarami, o białych gołąbkach niosących pokój, o wielkim lukrowanym torcie, który popijesz wodą po kiszonych ogórkach. Myśl o lepszym świecie, to poskromisz chińskiego pawia.

Szybka łódź, lancha rapida, wyspa Saona, Morze Karaibskie.

Lancha rápida, czyli szybka łódź.

Po rewolucji

Kątem oka widzę, że Chińczyk gmera przy pasku, przy rozporku, słychać zip, ściąga spodnie. Co za ulga. Sprząta po rewolucji. Będzie po wszystkim. Wtedy łódź hamuje. Nie dobija do brzegu. Tylko rzuca kotwicę na środku czegoś, co przypomina wielki seledynowy basen kawałek od lądu. Woda sięga w nim do pasa. To Piscina Natural. Kto nie zna tego „basenu”, choć zapłacił za wypad na Saonę tego wyrolowano. Padły instrukcje. Można się kąpać, żłopać rum w pokładowym barze i wyginać się do zdjęć, ile wlezie.

Ledwo zdążyłem podnieść się z własnego siedzenia, Chińczyk przemknął mi przed nosem z plugawym zawiniątkiem w dłoniach. Jego żona spojrzała na mnie zażenowana, jakby wiedziała znacznie więcej o tym, co się zdarzyło. Dla mnie sprawa była zamknięta. Chwyciłem oparcie na siedzeniu przede mną, aby się podeprzeć przy luzowaniu bermudów, pod którymi nosiłem kąpielówki. I znowu poczułem atomowy podmuch rzygowin, ale ciut inny, bardziej niepokojący. Skąd dochodził? Przecież skutki katastrofy zostały złagodzone. Wcale nie. Najgorsze dopiero nadchodziło. Miałem coś na dłoniach. Coś jakby w kolorze rdzy. Czegoś dotknąłem. Chyba na tym oparciu. Powąchałem odruchowo. I dostałem po gębie lewym sierpowym. Padłem na deski. Ktoś wcisnął mi paluchy w nozdrza i przeciągnął z rogu do rogu, jak w lucha libre – meksykańskiej rozwałce pod publiczkę. Słyszałem odliczanie. To nie były rzygowiny. To było, moi drodzy, gówno. Rzadkie.

Chińczyk nawalił

Poleciałem prosić o ratunek, błagać o mokre, pachnące wybawieniem chusteczki osobę, która zawsze miała je w pogotowiu. Dyskretnie podzieliłem się swoją tragedią. Chciałbym usłyszeć, że przesadzam, że jestem przewrażliwiony, czy coś w ty stylu. „Weź dwie”, usłyszałem. Wtedy pojąłem. Nie było odwrotu, to się zadziało naprawdę. W panice przetarłem dłoń ze sto razy, potem oparcie siedzenia ze dwadzieścia razy i wskoczyłem do „basenu”, aby zatopić ten horror. Woda była wspaniała. Kapitan lał obficie rum z pokładu. Wystarczyło podejść pod burtę i wyciągnąć proszalnie dłoń. Było przyjemnie. Naprawdę przyjemnie. Rodzina i przyjaciele w pobliżu. Byłem w raju, co tu gadać. Wtedy zjawił się diabeł. Zobaczyłem okrutnego Chińczyka z Massachusetts, jak na stronie pierze gorączkowo swoje spodnie. Chwilę później wykręca z mozołem swoje… gacie. W tym cudownym „naturalnym basenie”! Wyobrażacie to sobie? W porządku. Wyobraźcie to sobie, gdy będziecie tam następnym razem.

Już wiedziałem, że za… Chiny nie wrócę na tę łódź, nie usiądę tam… Jednak w końcu przemogłem się. I wtedy zdarzył się cud. Wróciła dobra energia. Z pomocą przyszła Chilijka. Ta w moich rzędzie. Będzie tak. Ona zostanie tu, ja przesiądę się do przodu, jej koleżanka zajmie moje miejsce. Zgadliście! Siedziałem z przodu, nim zdążyła powiedzieć muchas gracias.

Bar na katamaranie. wyspa Saona - Bayahibe

Rum wyszedł, została mamajuana

Dalej było znacznie lepiej. Na tej wyspie Saonie. A najlepiej w drodze powrotnej do Bayahibe –  na katamaranie. Działo się. W barze i na „pokładzie tanecznym” kocioł. Imprezowali z nami Wenezuelczycy, Kolumbijczycy, Brazylijczycy, Portugalczycy i oczywiście, Dominikańczycy. Gorącej krwi nie brakowało. Kompletny odjazd na rumowym rauszu.

Taki to był finał naszej dominikańskiej wyprawy, której opisywanie zacząłem, jak widać, od dupy strony…

Katamaran u brzegów wyspy Saona.

Katamaran imprezowy.

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:
4 Odpowiedzi
  • Gdzie Los Poniesie
    Marzec 22, 2018

    Nietuzinkowo, właśnie dlatego ciekawie. Współczuję przygody, ale teraz masz co opowiadać 🙂 pozdrawiam

    • caribeya
      Marzec 22, 2018

      Dawidzie, dziękuję! W sumie ta nietuzinkowość jest najbardziej pociągająca „on the road”, co sam pewnie wiesz.
      Rzecz jasna, nie wszystko wykręci się zawsze „in plus”.
      Przygoda plugawa, prawda, lecz tak czy inaczej, hmm blisko życia. Naturalizm, czasem też przechodzący w turpizm nie jest mi obcy. Nie uciekam od niego. Może i zaprawiłem się tym w dzieciństwie, wychowując się na wsi u dziadków, których zresztą uwielbiałem. Tak, jak i cały tamtejszy „folklor”. Karaiby potrafią uraczyć człowieka takim naturalizmem, choć czasami można paść jego ofiarą… 😉
      A pisząc o Saonie, przełamując te płynące zewsząd słodkie zachwyty, łyżkę dziegciu dorzucić trzeba. Od patrzenia w jedną stronę boli kark.

      Udanych dalszych wojaży!
      Saludos,
      Marcin

  • Krzesimir
    Marzec 23, 2018

    autor próbuje pisać w „barwnym, opisowym ” stylu ale zupełnie mu to niewychodzi. Już po drugim akapicie widać w jak nieudolny sposób meczy kolejejne, wydumane zdanie, siląc się na ‚wyluzowany ton’. autorze. To ze nabyłeś umiejetność pisania nie oznacza ze powinieneś jej publicznie używać.

    • caribeya
      Marzec 23, 2018

      Drogi Krzesimirze,
      Dziękuję za komentarz. Bez względu na Twoje intencje odbieram go zupełnie pozytywnie. Dodam więcej, traktuję go, jak komplement.
      Jest również miejscami zabawny. Człowiek targany emocjami, pragnący skądinąd dołożyć innemu, popełnia urocze przejęzyczenia. Twoje „meczy kolejejne” brzmi niemal, jak kreolski zaśpiew unoszący się na bezkresnymi łanami trzciny cukrowej, gdzieś na wschód od La Romana. Ta melodia westchnień i koziego meczenia bardzo poprawiła mi humor. Albo, jak to się mówi „zrobiła mi dzień”. 🙂 Saludos!

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *