Gwiazdy bazaru

Do San Cristóbal jechałem śladami dyktatora Trujillo. Ale ślady zgubiłem. A właśnie w tym mieście, 30 kilometrów od Santo Domingo urodził się późniejszy generalissimus, tyran i satrapa, którego podły reżim terroryzował życie Republiki Dominikańskiej przez ponad trzy dekady. Liczyłem, że uda mi się trochę połazić tu i tam, i wyszperać coś ciekawego w temacie ale jak tylko dotarłem na miejsce, szczerze mi się odechciało. Jasne, miałem przygotowany plan, gdzie się kierować i po co, ale atmosfera miasta, jakaś niespotykana obojętność tuziemców plus chmura spalin i niemożliwie osłabiająca kakofonia dźwięków z ulicy skutecznie mnie zniechęciły.

Zapału i chęci starczyło mi jedynie, aby dotrzeć w okolice kościoła Nuestra Señora de la Consolación. Ten, otoczony niskimi palmami przybytek boży sfinansował z funduszy rządowych sam despota. I tu pierwotnie, w 1961 roku złożono jego ciało, podziurawione kilkudziesięcioma kulami zamachowców. Zrobiłem kilka zdjęć kościoła i machnąłem ręką. Później włóczyłem się dusznymi alejami, jak otruty kundel, szukając odwrotu. Zamiast postoju busów, przypadkowo odkryłem… lokalne targowisko. Zupełnie inny świat! Oszołomiony zatraciłem się tam na dobre… San Cristóbal się zrehabilitowało.

Zacząłem niefortunnie, niemal zwijając się ze smrodu, jaki roznosił się między straganami. Poczułem fetor, w którym zakodowana została historia tego bazaru. Wiemy, jak potrafi „dawać po nosie” np. psująca się cebula, czy ziemniaki. Natomiast klimat tropiku zmienia te warzywa w bezwzględnych stręczycieli. Do tego cała gama innych, mdławych zapachów i kwaśnych odorów. Bo egzotyczne warzywa i owoce potrafią się równie egzotycznie rozkładać. Jednak jakimś cudem dało radę przywyknąć. Oczywiście wdepnąłem w zgniłe mango i przejechałem się na jego pestce. Co nie przeszkodziło mi nabyć po promocyjnej cenie dwóch innych, dorodnych sztuk i schować w plecaku na czas głodowego kryzysu. Właściciel kramu przyjął wygniecione pesos. Nie było odliczone, więc pobiegł do sąsiada rozmienić. Gdy wrócił, miał na nosie okulary. „Tak wyglądam lepiej, a na zdjęciu chcę wyglądać dobrze”! – zachęcił mnie, wskazując żylastą dłonią aparat. No i się zaczęło. Teraz wszyscy zażyczyli sobie sesje zdjęciowe. Niektórzy pozowali, inni chcieli, aby ich uchwycić „w akcji”. Nie miałem wyjścia. Spędziłem tam resztę dnia… I naprawdę pysznie się bawiłem. Zresztą nie tylko ja.

Biznes kręci się na targowisku, showbiznes, San Cristóbal

 

Udostępnij artykuł na:
1 odpowiedź
  • dominikana-przewodnik
    Wrzesień 6, 2016

    na rogatkach tego nieszczęsnego dyktatorskiego miasta zatrzymał mnie uzbrojony patrol wojskowych (?) i wymusili opłatę drogową „na refrescos”……;-)
    ah te ciepłe, zyczliwe i szczwane twarze z tej galerii, prawie mi się przypomina Dominikana 🙂

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *