Haitańczyk nie tygrys

Jeśli w Dominikanie mówią ladrón, co znaczy po hiszpańsku złodziej, mówią to często na wyrost i mówią tak, że do końca nie wiesz, czy to prawda, czy żart, czy półprawda, bo i taka istnieje, jak istnieje półwytrawne wino.

W Dominikanie wskakuję na pakę terenówki, byle trafiła się okazja. Szofer chce zarobić każde peso, weźmie obcego, bez łaski. Taki pickup może być tęgo zużyty, z kosmicznym przebiegiem, na steranych resorach, rzadziej to navara, czy hilux spod igły. Ważne, że jest miejsce, aby siąść wśród ludzi, chociaż z reguły na pierwszy rzut oka, miejsca nie ma. Kolektyw na pace daje popis błyskawicznej samodyscypliny; ci się przesuną, tamci przegrupują, inni ścieśnią, starszyzna do środka, młodziany kulasy na zewnątrz i kolejne cztery litery wpasują się w całość, bez bólu. Za sztukę kompresji ludzkiego elementu w publicznym transporcie Dominikana dostanie kiedyś Nobla. Zresztą nieco ścisku na pace sprzyja naturalnie zacieśnianiu więzi. A przecież o to chodzi. Jednak zdarzają się cuda. Bywa, że „dostawczy osobowy” sunie z puściuteńką, albo prawie pustą paką. Tak było tamtego dnia. Odcinek z Las Terrenas do Sánchez dzieliłem tylko z jednym współpasażerem, Haitańczykiem. Przyjmijmy, że nosił imię Samuel.

Las Terrenas – Sánchez

Dogadywaliśmy się bardziej na migi. Chłopak znał ledwo dwa hiszpańskie słowa: oraz gracias. Jego językiem był kreolski. Pochodził z Port-au-Prince. W Dominikanie przebywał od niedawna. Wiedział, dokąd ma jechać, tyle że jechał całkiem bez rozeznania, za to ja wiedziałem dokładnie, jak powinna wyglądać jego trasa i mogłem mu pomóc. Każdy zbieg okoliczności podczas wojaży wart jest choćby przemyślenia. Ponieważ, w przeciwieństwie do mnie, podróż mego nowego kompana nie kończyła się w Sánchez, zmieniłem własny rozkład zajęć i w roli samozwańczego przewodnika ruszyłem z nim dalej.

Może łatwiej było mu znieść to, co przeżył nieco później, w drodze z Sánchez do Naguy, jako jedyny Haitańczyk w minibusie z ekipą zaczepnych, podchmielonych Dominikańczyków.

Gdzie złodziej, gdzie „kot” a gdzie „tygrys”?

Jeśli w Dominikanie mówią, ladrón, co znaczy po hiszpańsku złodziej, mówią to często na wyrost i mówią tak, że do końca nie wiesz, czy to prawda, czy żart, czy półprawda, bo i taka istnieje, jak istnieje półwytrawne wino. I tak ladrón może zrobić to, co do niego należy, czyli cichcem albo gwałtem chapsnąć to, co należy z kolei do ciebie i cześć. Albo ladrón może po prostu za dużo za kilo cytrusów zawołać, czy też podwózkę zaoferować z nielichą przebitą bo wie, że ty nie wiesz, jak przeważnie jest.

Są zatem ladrones, z krwi i kości i biegle robią wedle łupieżczego fachu, niestety, i cierpisz, bo dobra tracisz, i są ladrones, rzec można, koniunkturalni, rabujący „leganie” w biały dzień, którzy mają dla ciebie, specjalnego klienta, okazyjne stawki, cenniki, czy inne promocje, a ty uśmiechasz się i mówisz muchas gracias, i mówisz z uprzejmością nieświadom niczego do chwili, gdy zauważy to ktoś trzeci, i głośno im to wytknie, tamtym chciwcom zza lady.

Wtedy do wytknięcia służy idealnie słowo ladrón. Czasem ktoś powie inaczej, powie też, „a ty taki delincuente, jeden z drugim”, i palcem pogrozi. Wiadomo, nie w tym rzecz, aby delikwentowi od razu sugerować ciupę, tylko o to, aby się delikwent opamiętał i „nie robił kokosów”, sprzedając zwykłe mango. Bywa, że z tym ladrónem wychodzi dość zabawnie, gdy np. dziarska babinka drąc się na całą ulicę namaści w ten sposób dziadka, bo coś jej nie zagrało w budżecie domowym i cała ulica już wie, że diabli wzięli właśnie dziadkowe zaskórniaki. Innymi słowy, różne ladrones chodzą po ludziach i oby więcej z tego było śmiechu, albo co najwyżej nerwacji, niż płaczu.

Dalej, jak wychwycisz gdzieś wokół siebie słowo gato, co znaczy „kot”, to być może ktoś podniósł temat miauczących dachowców. Jeśli zaś okaże się, że słyszysz gato pięć razy w jednym zdaniu, to wielce prawdopodobne, że rozmowa nie dotyczy milusińskich tylko nie-milusińskich, czyli np. polityków, urzędasów, każdej skorumpowanej miernoty, która nie waha się brać. Gato jest w Dominikanie osobą, która nie ma oporów, aby się jawnie obłowić, nachapać, zagarnąć jak najwięcej dla siebie tak, jak… kot zagarnia kłębek włóczki. Cóż, niewinne kocie zostało wmieszane w ludzką sprzedajność i zepsucie.

Po ladrónie i gato, mamy jeszcze – tigre – tygrysa. Atlas zwierząt nie widzi tygrysów w Dominikanie. Ani dzisiaj, ani w czasach przed najazdem odkrywców. Jednak one tam są, te tigres i czyhają na akuratny moment, aby dopaść swą ofiarę. Potrafią osaczyć, sterroryzować. Użyją broni, jakiejkolwiek. Użyją przemocy. Zwykle działają stadnie a nie w pojedynkę, jak im matka natura wymyśliła, lecz bardziej na sposób gangu; czterech na jednego i może być z tego problem. Najważniejsze, aby nie dać się tygrysom rozszarpać.

Słowo ladrón słyszałem w Dominikanie setki razy, w dziesiątkach kontekstów, w tuzinach wypowiedzi. Słowo gato, wpadało mi do ucha najczęściej, gdy chodziło o tych szabrujących polityków. Natomiast słowo tigre, czy prędzej tigres pojawiało się nieraz w prasie, przeważnie w kontekście jakiś cięższych przestępstw, jak rozboje, handel prochami, czy zabójstwa.

Bywało jednak, że tigres używano zupełnie bez kontekstu, na wyrost, niemal instynktownie. W odniesieniu do haitańskich imigrantów w Dominikanie…

Sánchez – Nagua

Na „pętli” w Sánchez terminuje kilka ciasnych mikrobusów, zwanych guaguas. Kursują do Samany, albo do Naguy. Stan ich obłożenia sugeruje, które wyjadą lada chwila. W pobliżu kręcą się sprzedawcy słodyczy oraz wynędzniałe kundle, licząc na atencję. Pierwsi mają więcej szczęścia; Dominikańczycy lubią coś tam poskubać, pożuć w czasie jazdy. I przeważnie wiedzą dokładnie, gdzie mają jechać i po co, choćby po nic. Ale wiedzą. Dlatego wokół guaguas panuje względny ład. Zresztą naganiacze, pomagierzy szofera robią wszystko, aby upchać podróżnych gdzie tylko można. Wstrzelamy się idealnie. Maszyna z napisem „Nagua” na przedniej szybie grzeje silnik. Jeśli Samuel tam dojedzie, pójdzie pracować. Wiedziałem to już wcześniej. Na przystanek w Las Terrenas przyszedł z jakimś Dominikańczykiem. Ten dał mu gotówkę na przejazd. W Nagua miał go odebrać ktoś inny i pokierować dalej.

Naganiacz, szczupły Mulat o twarzy cwaniaka, sprasza nas do środka. Cieszy się, bo dzięki nam zebrał komplet pasażerów. Jednak zwraca się tylko do mnie, żartuje, nieco spoufala, klepiąc po ramieniu, jakbyśmy mieli cokolwiek dogadane. Na Samuela patrzy spode łba. Chłopak znosi to surowe spojrzenie bez urazy i znika we wnętrzu busa. Naganiacz ma dla mnie poufną informację, ostrzeżenie. Z jego gestów mam odczytać, że Haitańczycy to świry. Na wszelki wypadek wybiera asekurację. Swój „problem” przekazuje jedynie białemu, ten powinien go zrozumieć. Ten rozumie go inaczej.

Ruszamy. Szofer odpala od razu płytę z bachatą, najnowszymi hitami, na cały regulator. Mówią, że guagua bez muzyki wozi ludzi jedynie na tamten świat (a i to nie jest pewne). Pokonamy ze trzydzieści kilometrów. Na miejscu będziemy za godzinę. Jako jedyni obcokrajowcy na pokładzie, wzbudzamy zainteresowanie całej reszty. Tworzymy wyrazisty duet black&white. Udaje nam się wcisnąć w przedostatnim rzędzie.

Za plecami mamy hałaśliwe trio: on, ona i on. Ona z dzieckiem na kolanach; kędzierzawym, ładniutkim, jak to zwykle bywa w przypadku dominikańskich latorośli. Oni, obydwaj z butelkami „Prezydenta” między kolanami. Jeszcze trio zajmuje się sobą, jeszcze im Samuel nie wadzi. Jest i naganiacz, siedzi obrażony, milczący, wietrzy stopy tam, gdzie zwykle jego miejsce, przy rozsuniętych drzwiach busa. Oczywiście, przestał mnie lubić, bo nie potraktowałem go poważnie.

Blisko zjazdu na lotnisko El Catey, naganiacz przypomina sobie, iż poza naganianiem klientów, kasuje ich również za przejazd. Musi więc wstać i pozbierać pieniądze. Zaczyna od przodu, w jego dłoni lądują kolejne banknoty, monety. Kiedy podchodzi do nas, Samuel wręcza mu pięćdziesiąt pesos. Tamten przyjmuje zapłatę, ale wyciąga dłoń ponownie, „dziesięć, a gdzie pozostałe dziesięć?”, cedzi.

Haitańczyk nie rozumie, kiwa głową i rozkłada ręce. W Sánchez dostał sto pesos, na pierwszy odcinek trasy wydał pięćdziesiąt, na drugi przejazd miał tyle samo. A tu potrzeba więcej, potrzeba sześciu dych. Jednej mu zabrakło. Rozjusza tym naganiacza, „daj mi jeszcze dziesięć pesos, ale już, dawaj, słyszysz!”. Scena przykuwa uwagę innych pasażerów. Powstają dwie frakcje. Jedni walczą o pesos, drudzy bronią Samuela. Od razu awantura.

Wysupłuję z kieszeni dodatkową dwudziestkę (bo też pamiętam starą stawkę) i podaję naganiaczowi, płacąc za siebie, i dopłacając za mego towarzysza. Bierze, sprawdza, czy jest, ile ma być, rzuca nam pogardliwe spojrzenie. Moneta za Haitańczyka wyraźnie parzy mu dłoń, do tego rozpadają się grupy wsparcia i opozycji, ludzie chwilowo cichną, tylko muzyka dalej huczy. Wtedy odzywa się trio za nami. Wypite piwo zaczyna działać, dodaje rozmówcom kurażu. Ich konwersacja wygląda z grubsza tak…

Dialog „trójcy”

ON: Popatrz na niego, gapi się w okno, niby patrzy a słucha i rozumie, tylko głupiego udaje.

ONA: Znam ich, oni tak robią, że niby nie rozumie, nie wie, a dobrze wie, tylko chce pesos i myśli, jak je wyciągnąć, tu dziesięć, jak teraz, tam dziesięć i tak żyją, ci Haitańczycy!

Samuel, łapie z potoku obcych słów to jedno – haitianos. Domyśla się, że to o nim, kręci się na siedzeniu, zerka na mnie, mrugam mu, że wszystko gra, poprawia więc czapkę i dalej obserwuje to, co za oknem.

ON: Czy on ma jakieś włosy pod tą czapką?

ONA: Oni nie mają, dlatego noszą czapki, ty też nie masz, ale nie nosisz, bo nic nie ukrywasz, a oni się ukrywają, tu, w naszym kraju, ten tu na pewno jest nielegalny, papiery ma nielegalne, jakby miał legalne, to by miał pesos, aby jechać, a on chciał za darmo, a ludzie tu pracy nie mają, a płacić muszą, jak jadą, ci Haitańczycy, to są tigres, ja ich znam, spotkasz takiego, i weźmie ci to, co masz, to są tigres, ci Haitańczycy, ha-i-tia-nos!

Samuel odwraca się gwałtownie i mierzy trio groźnym spojrzeniem. Potem przerzuca wzrok na mnie, stąd wiem, jak przeszywająco potrafi patrzeć. Nie wypowiada przy nich ani słowa. Po hiszpańsku, bo nie umie. Po swojemu, bo być może nie chce. Siedzi dalej w ciszy. Rozglądam się po okolicy, do Naguy już niedaleko…

ONA: Widzisz, od razu wiedziałam, on wszystko rozumie, bo tutaj musi coś rozumieć, inaczej się nie dogada po haitańsku i niby nie wie, co powiedzieć, ale słucha i wie, co o nim mówimy, chociaż my Dominicanos mówimy bardzo szybko, to są tigres, wiadomo, Haitańczycy to tigres, nie ma tu pracy a oni ją mają, jakby nigdy nic…

Samuel zamyka oczy, wciska się mocniej w oparcie siedzenia, zbiera się w sobie, walczy gdzieś w środku. Takie mam wrażenie, siedząc tuż przy nim. On musi mieć świadomość, jak bardzo źle o nim mówią. To go gnębi, to nim potrząsa. Szkoda mi Samuela.

ON: Nie, on raczej nic nie rozumie, tylko czuje, że jest coś o nim, na pewno nic nie rozumie, może to sprawdzimy?

Wtedy nie wytrzymuję, włączam się: on nic nie rozumie, to prawda, za to ja rozumiem!

Żadnej riposty. Trio nagle trzeźwieje. Są zażenowani, oniemiali, jakby wypunktowani, widać to na ich twarzach. Jedynie dzieciak chciałby coś dodać, siedząc na kolanach swej matki, chyba sparaliżowanej wstydem. Samuel szturcha mnie w kolano, mówi gracias, i mówi tak, że trio go słyszy.

Wreszcie wjeżdżamy do Nagua, stajemy na tamtejszej „pętli”, żegnamy się, tu kończy się podróż, której w ogóle nie planowałem, dalej pojadę sam do Río San Juan, dawno tam nie byłem. Zmiana planów popłaca. Myślę sobie, niech te dziesięć pesos przyniesie chłopakowi szczęście…

Powyższy materiał opublikowałem również na goforworld.com

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *