Hemingway dał mi Kubę

Jest ponoć taka anegdota. Jakiś młody w fachu dziennikarz chciał się fest przygotować do wywiadu z Hemingwayem. Kombinował, czym go zaskoczyć, czym go kupić? Wreszcie wymyślił – to musi być daiquiri! Podglądał barmanów, poćwiczył, zaczął sławetny koktajl miksować po swojemu. Nastał dzień wywiadu. Miał się odbyć w domu dziennikarza. Hemingway zaszedł do niego proszony. Od progu zacierał dłonie i znienacka zagaił: „To co pijemy?”. Pismak tylko na to czekał. I od razu wystrzelił – „daiquiri!”. Hemingway miał spojrzeć na niego spode łba i wycedzić – „O dziesiątej rano?!” Widać, trzeba się kultury picia uczyć. A nie tylko pić!

Hemingway na kilka życiorysów

O Hemingwayu tutaj wspomnę, bo to że pojechałem na Kubę zawdzięczam w dużej mierze jemu. Ernest H. był dla mnie poniekąd ważną personą, zresztą nadal jest. Może niezupełnie z racji tego, co i jak pisał, bo pisał różnie, ale na pewno przez wzgląd na to, gdzie i jak żył. Bo żyć ten chłop potrafił tak, że to się nadaje na kilka życiorysów i można mu trochę podebrać.

Wielu ma teraz z Hemingwayem problem, bo napisał za dużo i na jedno kopyto, i używał zbyt prostych słów, co nudzi, gdyż wcale nie trzeba sięgać po słownik, i słowa te powtarzał w co trzecim zdaniu. Do tego drażni heroiczny patos; na wojnie, na polowaniu, na Golfsztromie, pod śpiworem. Wkurza, że ten Hemingway ciągle „łapał byka za rogi”, gdziekolwiek by trafił, zawsze pakował się w jakiś mniejszy, czy większy rejwach i musiał się z tym obnosić na całego. Taki jednak był: klatę swą, jak szkatułę za bardzo wypinał, za dużo w nim było macho, zbyt wiele wlewał w siebie wszystkiego, co poniewiera, klarując że „My mojito in La Bodeguita, my daiquiri in El Floridita” i do tego miał cztery żony po kolei…

Licentia poetica

Hemingway kroił w prozie bohaterów na miarę swoich czasów. W sumie, to wykrawał ich z siebie po kawałku, czego niby dowodzą biografie. Uważał, że pisanie o czymś, czego się nie doznało na własnej skórze, nie ma sensu. Tu był raczej uczciwy. W życiu tak się ustawiał, by to się potem nadawało do opisania i do publikacji. Rzecz jasna, nierzadko ubarwiał swe opowieści. Miał do tego prawo, chroniła go licentia poetica. Był pisarzem. Pisarza nie bierze się w całości na serio, to niezdrowe. Hemingway dawał ludziom przeżyć coś ekstremalnego, jak to teraz powiemy. Mogli spocić się bez ruszania z fotela i wzruszyć, i pewnie rozmarzyć. Kiedyś był łykany w całości.

To, co wyszło spod jego pióra rozchodziło się, jak „mrożone daiquiri w piekle”. Dzisiaj każdy ma takiego Hemingwaya, na jakiego mu dotąd starczyło sił. Wielu machnęło ręką już na poziomie szkoły podstawowej. Inni padli trupem podczas dalszych czytelniczych prób. Mnie Hemingway zaciągnął na Kubę i choćby tego zapomnieć mu nie mogę.

Co się zdarzyło w Cojímar

Hawana ma szczęście, bo ma blisko piękne plaże. Zawsze miała. Dawniej były w całości dla Kubańczyków. Habaneros wpadali tam, by się napawać morzem o trzech kolorach, by popić rumu, potańcować i poświntuszyć w morskiej toni. Plaże leżą dwadzieścia parę kilometrów na wschód od Hawany. Jedna z nich pociąga szczególnie. Jej nazwa to jakby tytuł bolera: Santa María del Mar.

Taksówkarz wziął za kurs stamtąd do Cojímar dziesięć pesos convertibles i nigdy nie słyszał o Papie Hemingwayu. A ten pisał i mieszkał na Kubie przez dwadzieścia lat, w San Francisco de Paula, takim pueblo pod Hawaną, gdzie miał swoje „rancho obserwacyjne”, czyli chałupę Finca Vigía z chińskim kucharzem i kocim haremem. Stał się, jak sam mawiał, Kubańczykiem z krwi i kości, poza tym gadał po hiszpańsku, hodował bojowe koguty, nosił guayaberę, itd. Któregoś dnia, gdy Ameryka przestała lubić Kubę, bo ta się „zrewolucjonizowała”, Ernest, który jeszcze przez moment tam został, Ernest-Amerykanin ucałował kubański sztandar. Fotoreporterom muchom w smole, powiedział, że nie ucałuje go ponownie do zdjęcia, bo nie jest aktorem.

Kraj, gdzie Wąsy przeskoczyły płot

Taksówkarz nie słyszał też o Polsce, o kraju dawnych towarzyszy, skąd napływały na Kubę małe polskie fiaty, czyli Polaquitos, jak są pieszczotliwie zwane i dalej prują po kubańskich szosach, nierzadko po niezłym tunnigu. W zamian Kuba słała Polakom pomarańcze, które wyglądały, jak ziemniaki, ale smakowały jak marzenie. Mój dziadek wyczarowywał je zimą, aby lepiej pachniało na święta.

Taksówkarz nie pojął, że chodzi o kraj za wielką wodą, który zebrał się w sobie i trzepnął tym całym socialismo o glebę, grając na nosie tej całej oklepanej, rewolucyjnej muerte, o kraj, gdzie Wąsy przeskoczyły płot, za którym stanęła robota przy statkach, a Przyciemnione Okulary struchlały.

Taksówkarz nie skojarzył, że do tego kraju leżącego w Europie, hen na wschód od Kuby, Naczelny Brodacz jeździł dawniej na wizytacje, wchodził w tłum, jak swój chłop, udawał koszykarza, udawał górnika, a że jurny był, ten karaibski ogier, to co rusz oglądał się za słowiańskimi niewiastami. Ale tamci nudziarze w mundurach nie dawali mu spokoju, nie dawali poromansować, trzeba było jeździć z Przyciemnionymi Okularami na jakieś poligony, godzinami sterczeć pod siatką maskującą, liczyć w skupieniu wybuchy i zaraz rozdawać medale.

Taksówkarz nie miał pojęcia, że ten kraj, ta Polska, leży na zachód od dawnego Kraju niekoniecznie dobrych Rad, który zawsze wyglądał, jak osobny kontynent, albo lepiej – planeta. Tam szedł przecież łajbami trzcinowy cukier w niezliczonych tonach, gdy Kuba była „Kuwejtem cukru”. A stamtąd, także łajbami, przyszły na rozkaz Łysego Choleryka „wielkie ołówki”, które miały swym radioaktywnym wkładem zamazać obraz świata, co wywołało pamiętny kryzys rakietowy. Na szczęście Łysy Choleryk dogadał się z Wielkim Przystojniakiem Ameryki za plecami Naczelnego Brodacza.

Taksówkarz słabo orientował się w historii ogólnej, może był bardziej biegły w czymś innym, nie wiem, Hemingwaya zupełnie nie kojarzył. Może zapomniano mu powiedzieć, że taki ogromny Jankes kręcił się kiedyś po Cojímarze. Miałby z tego dzisiaj chwytliwy temat dla turystów, zamiast się na nich boczyć, że nie chcą z nim jechać dalej, do Hawany, za więcej pesos.

Przecież Jankes miał tam w porcie zaparkowaną łódź, ładnie ochrzczoną „Pilar”. Na ryby go wiecznie ciągnęło, na tuńczyki, marliny, na barakudy i na co tam jeszcze. Nie dość, że pływał i łowił tak, jakby miał to we krwi, to jeszcze słuchał rybaków, którzy mu po robocie o tych rybach do bólu opowiadali i o swych wyczynach na morzu. Podobno, o jednej rybie to Jankes nie mógł przestać myśleć przez kawał swojego żywota. Wreszcie napisał o niej tak, że teraz mało kto tej ryby na świecie nie zna, jak i tego starego człowieka, kubańskiego rybaka, który się z tą rybą na morzu dramatycznie umordował. Później mu doszły jeszcze na nieszczęście inne ryby, złe ryby, które przypłynęły na gotowe i od tego tłuczenia tych złych ryb po to, by inną, najszlachetniejszą ze wszystkich uchronić, stary tak się wyniszczył, że miał dość, lecz w rezultacie nie został pokonany, co się potem przemieniło w symbol.

Napisane czarno na białym

Ponoć Hemingway nie namawiał, aby się w tej całej morskiej dramie doszukiwać jakiegokolwiek symbolizmu. Może przeczuwał, że jak to wejdzie kiedyś do szkół, jako obowiązkowe czytanie, to w pewnym momencie młodzi czytelnicy trafią tam na fragment, gdzie stary Santiago, mówi do jadowitej portugalskiej meduzy „agua mala, ty kurwo”*.

Niewiele to dało, bo co rusz ktoś donosił, czy to samemu autorowi, czy gdzieś szerzej, że dojrzał w tym starym rybaku, morzu, dobrej rybie i złych rybach, być może też w galaretowatych, unoszących się na wodzie, parzących „kurwach” o wiele więcej, niż tam było o nich napisane czarno na białym.

Niezbyt obszerna powieść (sam autor ubolewał, że mu za krótka wyszła) została przechrzczona w przypowieść. Wtedy najmądrzejsi z mądrych machnęli pod dorobkiem Hemingwayem grubą kreskę, co skończyło się proszeniem po odbiór Nobla. Nagrodzonemu, choć był bardzo kontent z takiego obrotu spraw, nie spieszyło się na salony. Ciężko mu było zrzucić rybackie bermudy, upaprane rybią juchą i tłuszczem. Poza tym wiadomo, że nie cierpiał smokingu i wkładania bielizny, co było dla niego zabiegiem zbyt oficjalnym.

„Stary człowieka i morze” na żywo

W Cojímarze taksówkarz miał mnie zawieźć do tej restauracji La Terraza, gdzie tamtego popołudnia Hemingway-pisarz posadził na tarasie swą nowelową grupkę turystów i „jedna z kobiet, patrząc na wodę, zobaczyła między pustymi puszkami po piwie i martwymi barakudami długi biały szkielet zakończony ogromnym ogonem, który dźwigał się i kołysał na falach przypływu, gdy wschodni wiatr wzdymał ciężko morze za wejściem do przystani”*, i gdy ta sama kobieta spytała potem kelnera, co to za ryba, ten jej odpowiedział, że tiburón, czyli rekin, i ona się bardzo zdziwiła, że rekiny mogą mieć takie piękne ogony…

O tamten taras w Cojímarze mi chodziło, tam chciałem dotrzeć skuszony hemingwayowską aurą. Dwie godziny wcześniej siedziałem jeszcze na plaży Santa María del Mar. Kończyłem czytać, po raz pierwszy w oryginalnych okolicznościach kubańskiej przyrody, „Starego człowieka i morze”… Miałem nadzieję na jakąś puentę, na żywo, właśnie w wiosce Cojímar. Jednak niewiele zostało tam z Hemingwaya, poza jego popiersiem na piedestale, jakie mu miejscowa ludność ufundowała w hołdzie ponad pół wieku wcześniej. Przyjąłem to do wiadomości, przyznam, bez specjalnych ekscytacji.

Wszystkiemu winne lwy

Emocje odżyły ponownie dopiero w Hawanie, tego samego dnia, późnym popołudniem. Stojąc nad kanałem portowym i chłodząc się przyjemną bryzą, patrzyłem na przeciwległy brzeg. Wtedy dotarło do mnie, że stary Santiago w tych swoich retrospekcjach na łodzi siłował się na ręce z wielkim Murzynem z Cienfuegos w szynku w Casablance, która leży dokładnie po drugiej stronie Bahía de la Habana, tj. Zatoki Hawańskiej! A nie w tej sławnej Casablance afrykańskiej, Casablance marokańskiej. Dotąd Casablanca istniała dla mnie tylko w Afryce, albo w filmie z Bogartem i Bergman.

Wyszło, że to lwy są wszystkiemu winne, to one mnie wiecznie myliły, te lwy ze snu starego Santiago, które jako młody marynarz widywał na afrykańskim brzegu. W głowie na zawsze zakodowałem, że Murzyn z Cienfuegos i Santiago byli marynarzami, to fakt, zachciało im się mocowania na graby, to fakt, właśnie w Casablance, to fakt. Ale czy na pewno w Afryce? Nie! Bo ta cała Casablanca była i nadal jest wioską, czy nie wioską kubańską, żadną inną. W sumie jest częścią Hawany, tak jak dzielnica Regla.

Daje to jasny dowód na to, że człowiek się starzeje, ale nadal się uczy i to w dodatku z tej książeczki o starym rybaku. Na szczęście człowiek, jako młodzik zdołał ją dzielnie w szkole przetrawić i ona mu nie zaszkodziła. Wręcz przeciwnie, oświeciła, tak czy inaczej, i na Kubę przeniosła. Najpierw duchem, potem ciałem. Dlatego Hemingway jest mi bliski.

* Cytaty pochodzą z: Ernest Hemingway – „Stary człowiek i morze”, w przekładzie Bronisława Zielińskiego, wyd. Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2004.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *