Javier był kimś

Javier mawiał, że za pieniądze klienta można każdą rzecz załatwić, lubił to powtarzać. Obrotny był, zresztą, jak wielu Dominikańczyków. No to załatw mi chłopie duże mango, mam potrzebę, dasz radę, przedrzeźniałem go w tym stylu. A ten mrużył oczy i cedził. Cygara na lewo, amigo, „coś do palenia”, wiesz o czym mówię, albo dziewczynki, człowieku, o to chodzi! To mogę skombinować. I dalej, całkiem na serio. Ja nie jestem el frutero, tych od owoców masz na ulicy! Trzeba myśleć o rzeczach, jakie dają zarobić jakieś sensowne pesos a nie o bzdurach, które zabierają czas. Tego uczył mnie Javier. Czasem przypomina mi się ten Javier. Niegdyś mieszkałem kawał czasu w Santo Domingo w dystrykcie Bella Vista, w hotelu o tej samej nazwie. Ulokował mnie w nim po znajomości Jorge, redaktor dziennika, z którym wtedy współpracowałem, jako samozwańczy fotoreporter. Javier był tam boyem, chłopakiem od wszystkiego. Dla mnie był boyem rasowym, był Kimś.

Hotel Bella Vista traktowałem, jako bazę wypadową. Częściej mnie w nim nie było, niż byłem, co oczywiste, lecz za każdym razem z uciechą tam powracałem, czy to z dziennych misji w Santo Domingo, czy z kilkudniowych wypadów w dominikański interior. Zajmowałem niedrogi pokój z wiatrakiem na suficie i z widokiem na mangowiec. W mini chłodziarce trzymałem podstawowe zapasy: piwo, owoce i maść na wszystko. Właścicielką hotelu była Cristina. Do pracy podjeżdżała białym jeepem i z marszu brała się do rządzenia. Miałem w zwyczaju „meldować” jej, gdzie wybieram się danego dnia, szczególnie informowałem ją o wyjazdach dłuższych na zachód, gdzieś pod granicę z Haiti, albo na północ: do Puerto Plata, Río San Juan, czy Samaná. Przywykła do tych moich briefingów. Nie mogłem ich zaprzestać. Nie chciałem, by snuła najgorsze domysły, gdy ktoś ze służby doniesie jej, że moje łóżko stoi nieruszane od trzech, czy czterech dni.

Większość z posiadanych pesos, poupychanych gdzieś po kieszeniach, przepuszczałem w pobliżu. Wszystko miałem tam pod ręką. Dominikańska ulica jest samowystarczalna i codziennie kusi tym samym, w tych samych punktach, o tej samej porze. Jeśli mały biznes jest na kółkach, to i tak podjedzie tam, gdzie poprzednio. W Dominikanie można się spokojnie do czegoś przyzwyczaić i potem z tego przyzwyczajenia do woli czerpać korzyści. Gdy od „swojego” sprzedawcy empanadas usłyszałem: estoy operando aqui, „tu jestem, tu działam, tu operuję!”, byłem szczęśliwy, wiedząc, że jutro, pojutrze czy za tydzień nic się nie zmieni, i dostanę te swoje frykasy tam, gdzie zawsze. To samo, jeśli chodzi o każdą inną rzecz, najsłodszą kawę na świecie, jugos naturales, owoce, tostones, piwo, losy na loterię, używane komórki, karty telefoniczne, gazety, jakieś breloki, jakieś baterie, fosforyzujące lody, słodkości z gwajawy, czy co tam jeszcze. Swoje obchody ulicy robiłem przeważnie bardzo wcześnie rano, kupując wszystko, co mi się nawinęło i z czego mogłem skompletować własną wersję karaibskiego śniadania. Za to późnym popołudniem niewiele już jadłem, raczej wpadałem do colmado by posiedzieć, posłuchać bachaty i wypić piwo albo dwa, albo trzy. Decydowała pojemność butelki, jaką spragniony wydobyłem na chybił trafił z arktycznych czeluści firmowej lodówki Presidente. Taka lodówka to podstawowy mebel w każdym spożywczym sklepie, czy barze w Dominikanie, od Santo Domingo po odległe grajdoły.

Piwo kupowałem dla siebie i dla Javiera. Bywało, że dzieliłem z nim momenty przyjemnego rauszu po całodziennym kieracie. Potem on wracał do swoich na przedmieścia, w mało-turystyczne rewiry zwane Km. 9, a ja do pokoju i do komputera, oblepionego kolonią cyber-mrówek. Javier nie był zwykłym boyem hotelowym, był prawą ręką Cristiny, co oznaczało, że robił wszystko. Nobilitacja i frustracja w jednym.

Kiedy uparłem się, aby mieć w pokoju hotelowym caja fuerte, czyli sejf, Javier powiedział, że to nie ma sensu. Szybko dowiedziałem się, w czym rzecz. Poszliśmy do innego pokoju z sejfem. Javier zatrzasnął go, po czym otworzył bez klucza i większego wysiłku, jak sztukmistrz z Lublina. Dałem sobie spokój.

Często widywałem go, ubranego w guayaberę, karaibską koszulę z czterema kieszeniami. Najpewniej pochodzi z Meksyku, albo z Kuby. Mnie podoba się jej kubańskie pochodzenie. Chłopak miał dziewczynę. Na randki zakładał elegancką koszulę z dwoma kieszeniami. Upychał w nich owoce gwajawy, dla wsparcia miłości witaminą. Jeden owoc dla siebie, drugi dla wybranki. Wreszcie stało się. Dostał zaproszenie do domu przyszłych teściów. Nie mógł tam iść z pustymi rękami. Znowu pomyślał o gwajawach. Tylko teraz miał do zabrania cztery sztuki. A tylko dwie kieszenie. Wtedy sprytna matula doszyła mu jeszcze dwie na dole. I tak zrodziła się pełna guayabera! Dominikańczycy mają dla niej własną nazwę – chacabana. Ponoć Javier odziedziczył tę koszulę po dziadku. Chwaliłem ją za każdym razem, gdy w niej przychodził. Była pięknie skrojona, w kolorze kremowym, z podwójnym haftem z przodu, bez oznak znoszenia. Można powiedzieć, krawiecki majstersztyk. Zakonotowałem, że Javier nosił ją chętnie, niejako dumy z rodzinnej pamiątki. Dzisiaj młodzi Latynosi raczej nie przepadają za zbyt staroświeckim krojem chacabany. Za to Javier wyglądał w niej bardzo gustownie, prawdę mówiąc, zazdrościłem mu tej koszuli i tej prezencji.

Muchacho zasuwał na trzy etaty i nieraz ciężko było go wyciągnąć z roboty do baru o sensownej porze, zważywszy na to, że musiał jeszcze jakoś dotrzeć do domu na krańcu świata. Wtedy, z moją pomocą, bar przychodził do niego. Javier na to zasługiwał. Najbardziej podłe obowiązki wykonywał popołudniami. Przede wszystkim ogarniał bałagan po gościach, którzy zdążyli opuścić hotel. Wietrzył zapotniałe komnaty, wciąż zalatujące mieszaniną sexo y amor. Do czarnego worka w rozmiarze lubianym przez medycynę sądową ładował wymęczoną pościel, notorycznie czymś zabrudzoną;  pełna galeria podejrzanych wymazów, z krwią włącznie. Sam widziałem, bo Javier dopuszczał mnie do oględzin. Ze wszystkich tych okrutnych plam dało się wyczytać najświeższą historię cielesnych zmagań, gwałtownych miłości, czy miłosnych gwałtów, no jakichś niemożliwych kopulacji, kulminacji, jakichś no nie wiem, boleści.

Kiedy Javier robił swoje, ja siedziałem u siebie, przeglądając ostatni urobek zdjęciowy. Czekałem na telefon od niego. W końcu dzwonił, podając mi numer pokoju, do którego miałem się udać z tym, co najlepsze. Brałem z lodówki butelki z „Prezydentem”, wciąż zmrożone, jak igloo i gnałem tam, gdzie mnie wzywał. Chyba nie było takiego pokoju w Buena Viście, którego byśmy nie zamienili na tymczasowy bar.

Innym zadaniem Javiera, zwłaszcza o poranku, było doglądanie kuchni. Poganiał tam kucharza i jego asystenta, obiboka. Nie za wiele mieli obaj do roboty, lecz to nie oznaczało, że mogli siedzieć bezczynnie. W między czasie zauważyłem u mego przyjaciela słabość do kuchennego osprzętu. Wyraźnie cenił noże. Wielokrotnie kciukiem szacował ich ostrość, jak rzeźnik przed jatką. W jego zachowaniu było coś niepokojąco naturalnego. Mieć go po swojej stronie – oto reguła przetrwania! Kiedy któregoś dnia wybrał nóż formatu maczety, przeżegnawszy się w duchu, pomyślałem, że oto Javier podjął właśnie jakieś kluczowe decyzje w swoim zapracowanym życiu. Zbiegło się to z przyjazdem Cristiny do hotelu. On jednak wykorzystał połyskujące ostrze noża w charakterze podręcznego lusterka. Przeglądając się w nim z bliska, badał stan uzębienia. Było to bardzo charakterne. Bo Javier charakter miał.

Najlepiej odnajdywał się w trzeciej ze swoich hotelowych ról – w roli recepcjonisty: witającego, rozliczającego i żegnającego gości. Witał serdecznie i żegnał, bo musiał, za to rozliczać uwielbiał. Był przy tym irytująco skrupulatny. Kiedy nieraz z czymś zalegałem, dobrze o tym wiedział i przystępował do windykacji. Szelma jeden, wolał zapomnieć, ile to piwa razem wypiliśmy. Na mój koszt! Ale cóż, mając świeżo w pamięci jego przymiarkę do roli „władcy noży”, wolałem płacić. Jeśli chodziło o forsę, Cristina mogła na niego liczyć. A nie wyglądał na skarbnika. Raczej na kogoś, kto regularnie przyjmuje zlecenia mokrej roboty i przeliczając pesos, albo „zielone”, po prostu przelicza zainkasowane wadium.

Powierzchowność Javiera stawiała go raczej wśród osobników przestępczej konduity. Umówmy się, nie jest to typowy wymóg dla kandydata na recepcjonistę. Jednak Cristina myślała inaczej. Albo po prostu miała nosa, zatrudniając go w hotelu. Ten domniemany brutal z obrzeżnych barrios, o jakich Marquez pisał – „dzielnice psich bójek”, ten śniady macho z blizną pod okiem, potrafił być elokwentny, do żywego zabawny i na swój sposób spolegliwy. Javier – delikwent chodzący krokiem „praskiego cwaniaka”, był barwną namiastką tego najprawdziwszego Santo Domingo – chaotycznego i lubieżnego, do którego być może, co bardziej rozbudzony turysta chciałby dotrzeć, by je zobaczyć na własne oczy, dotknąć, posmakować, tj. po ludzku poznać lecz tkwiące w nim obawy (poniekąd uzasadnione) trzymają go na dystans. Wtedy Javier mógł sprawę ułatwić.

Wnosił do hotelu aurę tych właśnie rewirów latynoskiego molocha, gdzie wstaje się o świcie za głosem bojowego koguta i stawia diabelską kawę na ogniu, gdzie słucha się radia na cały regulator, gdzie ryk motorów walczy o eter z dudniącym reggaetonem, czy bachatą, gdzie czuć spaliny wymieszane z wonią przejrzałych owoców, mydlin wylewanych do rynsztoka i jedzenia smażonego na ulicy, gdzie w ciągu dnia żyje się tak, by jakoś przeżyć, gdzie kombinuje się pesos, jak tylko można, bo w końcu jest rodzina, bo rosną długi, gdzie zawsze znajduje się czas na domino i baseball, na tipsy i papiloty, na piwo, jeśli nie na rum, gdzie zawsze jest kogo obgadać czy zbesztać po uszy, gdzie chicos, gangsterzy z MTV, opuszczają jeansy tak nisko, że im widać przecinek z tyłu, gdzie chicas, dziewuchy gangsterów z MTV, podciągają legginsy tak wysoko, że im widać przecinek z przodu, gdzie amorów wszelakich nigdy dość w tym lepkim, jak syrop powietrzu, gdzie jęki miłości nie gorszą sąsiadów tylko aktywizują, i gdzie się w końcu to całe towarzystwo z inwentarzem wszelakim kładzie spać bez świadomości, że gdzieś tam istnieje jakiś przyjezdny, turysta, słowem obcy, któremu by trzeba jakoś uatrakcyjnić wycieczkę czy ogólnie zrobić dobrze. W rewirze Javiera obcy musiałyby na swoje pięć minut zasłużyć.

Natomiast w hotelu Bella Vista od razu liczono się z Javierem. Był gwiazdą i tyle. Przyjezdni podskórnie wyczuwali, że miał w sobie jakiś autentyczny kawał życia, blisko którego warto pobyć chociaż przez moment. Dlatego lgnęli do niego, zamęczając chłopaka w recepcji, na korytarzu, na patio. Szczególnie osaczały go białe turystki z Ameryki, czy Europy. Latały do tropików solo, wyraźnie wyposzczone. Kręciły się przy Javierze, zagadując go w spanglishu. Javier, mimo że zawalony robotą, korzystał ze swego uroku, ile mógł. Odpowiadał na zaczepki. Był przystojnym draniem, trzeba mu to oddać. Rozgrywał te całe ksiuty po swojemu, niby od niechcenia, urabiając panny, jedną po drugiej. Nie wiem, czy on te wszystkie przelotne znajomości sprowadzał do oczywistego finału. Niewykluczone. Tak czy inaczej, był południowcem i południowa krew się w nim kotłowała. Raczej nie przepuszczał okazji. Z natury lubił zdrowo pochędożyć. I lubił o tym z detalami opowiadać.

Bywały noce, gdy zdarzało mi się w zupełnym negliżu przeleżeć pod buczącym wiatrakiem od zmierzchu do świtu, bo inaczej się nie dało, parność mnie gnębiła, ratowałem się, jak mogłem. Raz zapomniałem zaryglować drzwi, no i wreszcie zasnąłem. Rano wpadł znienacka do pokoju Javier i mnie przyfilował w adamowej odsłonie, dopiero oczy przecierałem po przebudzeniu. Zmieszany chwyciłem za piernaty, by się nimi owinąć, jak to robią aktorzy na filmach, gdy mają przejść po seksie z łóżka do garderoby i wybełkotałem jakoś tak, że „Javier, dzisiaj nie, por favor!”, a drań ten, kogut jeden co bierze wszystko, co się rusza, zaśmiał się podejrzanie, a mi chodziło o usługę sprzątania pokoju, „że dzisiaj nie”.

Kiedyś, stojąc przy recepcji, narzekałem na zmienność czerwcowej pogody. Wtedy mnie Javier uświadomił, hultajsko szczerząc zęby: „są takie rzeczy, amigo, które robisz kiedy świeci słońce i kiedy pada deszcz„. Lubował się w rozwijaniu tej życiowej sentencji, bezczelnie bazując na własnym, donżuańskim doświadczeniu. Wyjawiając mi swoje sypialniano – łóżkowe albo kuchenno – stołowe sekrety ars amandi, zarazem udawał buchaltera, rewidował rachunki gości i wklepywał je do komputera jednym paluchem.

Raz udało mi się Javiera zaskoczyć własnym popisem rubaszności. Któregoś popołudnia poszliśmy obaj do sklepu elektrycznego za rogiem. Cristina wysłała chłopaka po żarówki. A ja mu towarzyszyłem. Na miejscu poleciałem wzrokiem ku półce, gdzie kłębiła się jakaś drobnica, w tym wyjątkowo absorbujące różowawe niby zaślepki. W ich kształcie było coś bezwstydnie anatomicznego, a szło o anatomię kobiecą. Musiał to potwierdzić „dr Javier”. Wziąłem jedną taką „zaślepkę” i podsunąłem mu po nos, pytając z udawaną powagą, co też mu to-to przypomina. Ten, dławiąc się ze śmiechu wypalił:”tú estás loco, amigo!”, że szalony jestem. Jakby przyznał, że jestem większym zbereźnikiem od niego. Cóż, wypadało potraktować to, jako komplement.

Na koniec wspomnę, że Javiera poznałem w dość osobliwych okolicznościach. Muchacho w stroju recepcjonisty wymiatał psie bobki na parkingu przed hotelem Bella Vista. Stałem obok, oparty o palmę i patrzyłem, jak mu idzie. Obchodził się z nimi, jak z pralinami, które nieszczęśliwie pospadały na zakurzoną podłogę. Brał je na szufelkę i ostrożnie przenosił do śmietnika. Zlitowałem się nad nim, demonstrując łatwiejszą metodę – futbolową; wykopałem to gówno na aut. Po czym zaprosiłem chłopaka na kawę. Jakby nie było, kawa i praliny świetnie się dopełniają. Tak poznałem Javiera. Nie widziałem go z osiem lat. Nigdy go potem nie spotkałem. Został w mej pamięci.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *