Jorge czyli Mad Max

Dominikana to przede wszystkim ludzie z krwi i kości. Dominikańczycy. Jak Jorge. Bez ludzi, bez ich historii, włóczyłbym się tylko po tym niemożliwym tropiku do znudzenia. Ludzie dali mi poczuć w Dominikanie znacznie więcej, niż sam zdołałbym wywęszyć własnym nosem, łażąc własnymi ścieżkami. A przyznam, że schodziłem tam kulasy porządnie, po miastach, w interiorze. W Dominikanie jest gdzie łazić, to jest nieskończony kraj, zresztą dla mnie nieskończona może być jedna, prosta ulica w takim Santo Domingo, gdzie wysp zdarzeń na każdym metrze zatrzymuje człowieka co rusz.

Wrócić na dominikańską ulicę

Noblista V. S. Naipaul, Trynidadczyk, człowiek na Karaibach wyrosły, napisał niegdyś zbiór opowiadań „Nasza ulica”. Do tego, wyśmienitych. Ta jego ulica to jakby trynidadzki mikrokosmos, to cały Trynidad pomniejszony ze wszystkim, z całym inwentarzem. Wystarczyłoby stanąć na tej ulicy, uwolnić zmysły i wchłonąć kraj w pigułce. Tak samo będzie z ulicą dominikańską, chyba każdą. Wysyłał mnie tam Jorge.

Ten, który dał mi w swoim dzienniku robotę fotoreportera. Bardziej foto, niż reportera. Bo miałem ustrzelić multum zdjęć, jak leci, na teraz i na potem, do archiwum. Chodziło o biznes, turystykę, może sport, jakiś folklor, jakiejś sprawy lokalne. To ostatnie kręciło mnie najbardziej – życie ulicy, la vida social, zwykła Dominikana, której brakuje czasu, czy raczej pesos, aby dbać o retusz. Wcześniej, po pierwszych podbojach, utrzymywałem z Dominikaną ciągłą łączność, siedząc przy laptopie w Polsce. Przepalałem łącza, przebierałem nogami. Spać nie mogłem, bo kraj ten zdążył mnie już usidlić. Zapach tamtej wilgoci wgryzł się w ciuchy na amen, był nie do sprania. Zresztą, po co go spierać, to świętokradztwo. Obwąchiwałem te ciuchy, jak pies i kręciła mi się w oku łza. Musiałem tam wrócić i to szybko, wrócić po więcej, wniknąć głębiej w ten rozgrzany, dominikański układ krwionośny. Liczyłem na przygodę, na aktywność, na szczęście.

Najpierw napisałem Jorgemu krótko, że nie wiem, czy ktoś z Polski czyta jego artykuły, komentarze, opinie, lecz ja je czytam, co zresztą było prawdą. Chłonąłem wszelkie newsy z Dominikany, albo z Haiti. Jorge pisał często o migrantach haitańskich, chciał by Dominikańczycy żyli po ludzku z nielubianymi sąsiadami. W końcu dzielili jedną wyspę. Chciał coś zdziałać, polepszyć. Mówił głosem dziennikarza z powołaniem, nadal mówi.

W tym ciekawym mini-dokumencie „Shades of the Border” Jorge pojawia się kilkakrotnie, opowiada o relacjach dominikańsko-haitańskich (w jęz. ang.)

Współpracy początki

Od maila do maila, nawiązaliśmy współpracę. Później miałem pakować manatki i lecieć do Santo Domingo. Poleciałem z aparatem, całym majdanem i wedlowskim ptasim mleczkiem dla redakcji. Przywiozłem im z powrotem kakao, które mają u siebie na drzewach. Zajadali się. Wszystko zostało dogadane. Miałem jeździć po wyspie i robić zdjęcia, wracać z ciekawymi tematami, itd.

Jorge strasznie nisko nastawiał klimatyzator w swoim redakcyjnym gabinecie. Kiedy wpadałem tam prosto z trzydziestu stopni miejskiego piekła, błyskawicznie mnie mroziło. Kuliłem się, jak półtusza wieprzowa rzucona w odmęty chłodni. Podczas, gdy Jorge normalnie pracował, ładując w klawiaturę, jak opętany. Na szczęście nie musiałem tam długo przesiadywać. Szczękając zębami załatwiałem własne sprawy, grzebałem w sieci i uciekałem w teren. Nawet nie smakowała mi kawa z termosu Jorgego. Zwykle była najlepsza na świecie: gęsta, mocna, dobrze osłodzona, z lekką nutą cynamonu, lana do filiżanek ciut większych od naparstka.

Dopiero na zewnątrz wracałem do życia. Obiady jadaliśmy z Jorgem dość regularnie „za rogiem”. Styropianowe pudełka wypełniał zwykle ryż, kurczak i fasola, czyli danie zwane La Bandera Dominicana: trzy składniki, jak trzy kolory dominikańskiej flagi. Płukaliśmy całość piwem Presidente. Potem każdy wracał do swoich zajęć. Jorge wpadał nieraz pod wieczór do hotelu, gdzie mieszkałem, co zapowiadało wizytę w barze. Do późnej nocy siedziałem w pokoju pod szumiącym wiatrakiem, pisałem, obrabiałem zdjęcia, pociągałem rum. Chciałem tego, co miał pisarz Grahama Greene, ten piewca tropików.

„Buggy” czyli Mad Max pozazdrości

Jorge, poza tym, że miał dar do łapania newsów i gest do fundowania mi najlepszego ulicznego jadła, miał też hobby. Jako maniak motoryzacji składał wehikuły, o których Mad Max mógłby jedynie pomarzyć. Na przykład własnoręczne wyklepał sobie jeepa z niczego i nazwał go „Buggy”. Rzucił kiedyś wyzwanie lokalnym auto-dilerom i zaoszczędził walizkę pesos. Stworzył oryginalnego czarnego turbo pokraka, który hula do dziś po rewirach Santo Domingo, niejednego doprowadzając do wytrzeszczu. Trzeba mieć tupet, aby w kraju, gdzie rządzą terenówki, porywać się na taki design.

Trzeba mieć cojones, aby pruć takim dziwadłem po mieście z „chłodnym łokciem”, ciąć skrzyżowania na czerwonym, kląć na ospałych mundurowych kierujących ruchem. Gdy nas w końcu światło zatrzymało, Jorge, także znawca trunków, rozprawiał o rumach. Radził, bym nie pił żadnej gasoliny („benzyny”), czyli tanich rumów, choć w ładnych butelkach. Miałem pić tylko rumy dobre, najlepsze takie, jak Barceló Imperial. I tak podczas jazdy nauczyłem się pić, jak koneser.

„Buggy” daje radę

Jorge prowadzi na luzie, w okularach „oczy muchy”, mokasynami dusi sprzęgło i gaz, czasem hamulec. W korku, po dwóch sekundach ciśnie klakson, tak jadowity, rozrywający nagrzane powietrze, że każda fura, z przodu, czy z boku, po prostu truchleje. Jeździłem tym wehikułem wielokrotnie, jako uprzywilejowany pasażer. Pierwszy raz z osiem lat temu. Jorge tłumaczył mi wtedy liczne braki w pojeździe. Wciąż nad nim pracował, nieśpiesznie. Coś dosztukował, coś dospawał. Kabina zalatywała warsztatem. Kanciaste, surowe wykończenie pasowało bardziej do wnętrza czołgu.

Nim zasiadłem obok Jorgego, przerzucałem do tyłu stertę narzędzi, starych gazet, puszek po piwie Presidente. Nieraz upaprałem się smarem. „Buggy”, chociaż niewykończony, już dawno zaliczył chrzest bojowy. Przejechał kawał dominikańskiego świata na zachód od Santo Domingo, docierając pod granicę z Haiti, gdzie Jorge szukał materiałów na reportaże. Jorge lubi wspominać tamte chwile. Nie dziwię mu się. Dominikana zachodnia ciągle wabi czymś pierwotnym, magicznym, nie przetworzyła jej masowa turystyka. Przekonałem się, że „Buggy” jest niezniszczalny. Wiecznie tunningowany i konserwowany wygrywa z czasem. Jorge dba o niego, jak o wszystko, co jest mu bliskie. Jorge, mój człowiek w Santo Domingo.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *