Karaibami zdobyłem Albion

Straciłbym wiele z tego, co było do stracenia, gdyby mnie prawie piętnaście lat temu nie wpuścili do Wielkiej Brytanii. A mogli nie wpuścić, tamci drobiazgowi do bólu immigration officers. Zrobili ze mnie podejrzanego w Dover, na granicy. Nie wiem dlaczego. Diabli wiedzą. Ostateczne, wybroniłem się i dotarłem do celu, do Londynu. Bo właśnie na początku był Londyn i… Londyn był początkiem – tak mogę powiedzieć. Obcując z całym światem w jednym miejscu, człowiek nabierał tam apetytu na dalsze podróże. Londyńska wielokulturowość stale pobudza, inspiruje. Wielu z Was to potwierdzi. Uwielbiam zapachy brytyjskiej stolicy, jej smaki, języki, mikrokosmosy: afrykańskie, azjatyckie, karaibskie. Bez Londynu, myślę sobie, byłbym w kwestiach podróżniczych bardzo maluczkim, bardzo. Dlatego musiałem trafić do Londynu we właściwym momencie po to, bym kiedyś mógł trafić np. do Trynidadu i Tobago. Wtedy w Dover strzeliło mi do głowy, by zagrać o Londyn va banque i to zagrać – Karaibami! A znałem je tylko z teorii. Wygłupiłem się. Lecz potem wszystko się poukładało, dopasowało, nabrało jakiejś logiki. Karaiby były jednak dobrą kartą.Nadal są. Tak naprawdę – kartą odkrytą najpierw w Londynie…

Działo się to anno Domini 2001, czyli w czasach, gdy na granicy „Imperium Brytyjskiego” należało się zestresować. Bo ciurkiem tamtędy ludzi nie przepuszczali, jak to robią dzisiaj a raczej zatrzymywali, przesłuchiwali i często cofali, ludzi spoza UE, rzecz jasna. Podrobionym „turystom” wbijali do paszportu wredny stempel i było po ptakach. Jechałem wówczas do Albionu sam, pierwszy raz, jeszcze jako student. My good friend, Rychu sprawił, że to zrobiłem. Pewnej nocy zadzwonił do mnie z budki telefonicznej w dzielnicy Finsbury Park (tej samej, gdzie później swój oddział europejski otworzyła Al-Kaida) i zmachany dyszał do słuchawki, jak lola w seks-telefonie.

Po prostu zakochał się w Londynie i miłość tę przelewał mi do ucha. Rychu nie udawał. Czułem, że Londyn daje mu szczęście, dziką frajdę, jakąś wolność, że jest tam, jak to mówią, bliżej świata, że przerabia na żywo klimaty bitników, wagabundów czyli to, o czym żeśmy czytali w takich podróżniczych bibliach, jak np. „W drodze” Jacka Kerouaca. Ta rozmowa sprawiła, że podjąłem decyzję. Rychu, łobuz mnie zainspirował. Spać nie mogłem. Jak tu spać, kiedy życie ma się zaraz zmienić. I głupio mi się zrobiło, że ja taki w piżamie siedzący, z łóżka wygrzebany, a on tam w „bojówkach”, z torbą na ramieniu łapie londyńską noc i prawie już gada cockneyem. Zazdrość, ta „zielonooka bestia, która żre swe ofiary i drwi z nich zarazem”, jak pisał o niej Szekspir, w ilości kontrolowanej jest bardzo potrzebna. I taki konieczny ładunek zazdrości wyzwolił we mnie Rychu.

Trzymałem w sakwie trochę banknotów na czarną godzinę. Przeliczyłem je. Prawie wystarczyło. Resztę dołożyli rodziciele. Nie wiem, ile tamtą forsę oszczędzałem i nie pamiętam, na co miała iść. Po prostu nastał moment, kiedy nie miało to znaczenia. Po telefonie Rycha straciłem głowę. Kupiłem bilet. Łomotało mi przy tym serce. Oto jechałem do Londynu! Na dworcu autobusowym we Wrocławiu podeszła do mnie jakaś kobiecina. Widząc, że stoję obładowany tobołami, jak wielbłąd w karawanie, spytała dokąd się wybieram. To jej powiedziałem. To się chłopcze zabezpieczaj, bo takich dwóch, jak ty, od sąsiadki mej sąsiadki pojechało tam, gdzie ci skośni są, i jeden z nich, mój Boże, chłopów wolał, w ten drugi to normalnie po bożemu, i jak wrócili od tych skośnych, to jeden złapał „ejca” i drugi też, tamci im posprzedawali. To lepiej się pozabezpieczać, gdy się jedzie na łajdaczenie, co grzechem może nie jest, gdyś młody. Wysłuchawszy mego objawionego ni stąd ni zowąd anioła stróża, wsiadłem do busa, po brzegi upakowanego ludzkim elementem, nie ukrywajmy, elementem czarno-robotniczym, i popędziłem na zachód, na Wyspę, by mnie drogi Rychu za bardzo w łajdaczeniu błogim nie wyprzedził, tam na londyńskim podwórku u Eli Drugiej.

I jeszcze wtedy, tj. podczas tamtej parnej nocy w autobusie, gdy elegancko utylizowałem dwa metry kabanosów, jakie mi kochana siostra na drogę w chlebaku zabezpieczyła, nie myślałem wcale o tym, co może mnie w Dover czekać, i o czym później napiszę do Gazety, i oni to wezmą i wydrukują, bo przecież złych zamiarów nie miałem, nie chciałem absolutnie załamywać brytyjskiego rynku pracy swoją skromną, nijaką przecież w czarnej strefie obecnością. I pewnie cała ta noc upłynęłaby mi na zupełnym niemyśleniu o żelaznych, granicznych formalnościach, gdyby nie jeden człowiek, współpasażer, który podszedł do mnie gdzieś w Holandii, na parkingu. Nawarstwione zmęczenie, wręcz wymordowanie tą parnością w autokarze oraz alkohol wypity w ilości porządnie znieczulającej, uczyniły zeń tragiczną postać kloszarda odtrąconego przez niewdzięczny świat. Zdążył wybełkotać, że za kilka godzin czeka nas „Meksyk”. Zacierał przy tym dłonie, jak stary cwaniak, przygotowany do rutynowego przekrętu. Jednak nie zmierzaliśmy do Tijuany, czy Ciudad Juárez. Może szkoda. Tak, czy inaczej, ten zapocony macho swym krótkim zagajeniem sprawił, że nieco się spiąłem. Chyba dotarło do mnie, że w Dover nie będzie łatwo.

Spojrzałem na tego nieszczęśnika. Jakaś intuicja mówiła, że jego obawy są słuszne. On po prostu nie wyglądał na kogoś, kogo wpuszczą za jeden uśmiech do tego całego „Meksyku” nad Tamizą. On tam jechał harować na czarno. Zdradzała go, niestety, aparycja. Brakowało mu jedynie kielni wystającej w kieszeni. W swoim wymemłanym stroju mógłby z rana od razu iść do roboty na budowę. On czuł, że „imigracyjni” szybko się w tym połapią. On się bał. I w strachu tym zastygł. Nie życzyłem mu źle. Kiedy człowiek szuka kontaktu, trzeba dać mu szansę, by się wygadał, wyszamotał, wyszlochał, wyżalił, itd. Lecz tamten „Meksykanin” od siedmiu boleści ewidentnie prosił się, by go z granicy natychmiast odesłano do domu, bez zbędnych pytań. Nie wiedziałem, jak mu pomóc, co mu powiedzieć, jak właściwie zareagować. Sam zacząłem kalkulować, jak tu chronić własny tyłek. Tamten zdawał się szukać kogoś, z kim podzieli swą niedolę. Cóż, potem się okazało, zgodnie z przewidywaniami, że go w UK nie chcieli. Mnie, zresztą też. Przynajmniej, przez kilka godzin. To wtedy wyskoczyłem z Karaibami, jak Filip z konopi, że jadę oglądać emigrantów z Karaibów, jak się bawią podczas karnawału w dzielnicy Notting Hill. To miało rozbroić urzędników na granicy…

Płynąc promem z Calais do Dover nie mogłem spokojnie usiedzieć, przebierałem nogami, łaziłem z miejsca na miejsce. Kiedy zrobiło się tam tłoczno i komuś zachciało się rzygać po innych z powodu morskiej choroby, uciekłem na pokład widokowy, by odetchnąć świeżym powietrzem. Podgryzając ostatniego kabanosa wypatrywałem lądu. Nad kanałem La Manche wisiała mgła, było zimno i wilgotno. Czekałem, aż wykrystalizuje się fraza, zapamiętana z angielsko-polskich rozmówek: The white cliffs of Dover are already visible. Wreszcie ujrzałem te słynne klify, niemal w ostatniej chwili. Wydawało mi, że dobijamy do gigantycznej szarlotki. Oczywiście, zachwyt nad tym cudem angielskiej ziemi nie dawał mi taryfy ulgowej w oczach brytyjskich urzędników emigracyjnych.

Z „ogarami imperium” spotkałem się w portowych dokach, w enklawie Home Office. Zadawali za dużo pytań. Byli cholernie mili, zarazem cholernie skrupulatni. Chciałeś wjechać do ojczyzny Robin Hooda, musiałeś dobrze wypaść podczas interview, dobrze znaczy naturalnie, bezpretensjonalnie. Wydawało mi się, że taki byłem: naturalny i bezpretensjonalny. Guzik prawda. Jedyny solidny argument, jaki posiadałem to entuzjazm. Chodziło o to, że zapalony do podróży student jedzie zwiedzać Anglię. Kipiałem pasją. Moje nastawienie na płaszczyźnie, nazwijmy ją, duchowej, podobało się urzędnikom, to jasne. Ale z drugiej strony usilnie taksowali, czy jestem wystarczająco materialnie zabezpieczony, aby tę pasję realizować bez zakazanego na boku zarobkowania. Miałem trochę forsy, przezornie wyliczonej, ubrany byłem w ciuchy, jak z żurnala, i podgotowałem oficjalną gadkę, lecz oficerom coś nie zagrało. Moja historia nie przeszła pierwszej próby. Tamci chcieli być całkowicie pewni, że mówię prawdę i tylko prawdę. Zaprosili więc na drugą rozmowę, zapewniając że jest formalnością. Wyładowałem manele z autokaru i poszedłem na „dopytkę”, jak na skazanie. Autokar pojechał do Londynu beze mnie. Byłem w Anglii, lecz nie byłem w Anglii…

Kazano czekać mi w „salonie dla imigrantów”. Większość z nich mówiła płynnie po polsku. Byli tam również tacy, którzy chyba pieszo pokonali trasę z Pakistanu, Ugandy oraz podobnych egzotycznych miejsc. Automat do parzenia stu gatunków kawy i różnej maści bulionów katowano co kilka minut. W porze lunchu nastąpi podniosły moment. Weszły słynne trójkątne kanapki o anemicznym wyglądzie. Przyniosła je któraś z urzędniczek, trzeba to powiedzieć, dość nieszpetna, i dość apodyktycznie zaproponowała wszystkim podejrzanym delikwentom wspólny posiłek. Osiemdziesiąt procent salonu uniosło się honorem i odmówiło przyjęcie jedzenia. Tylko brakowało, by tamta dodała coś na kształt „będziemy karmić dożylnie”. Ja zjadłem. Sandwicze, batona czekoladowego, i coś tam jeszcze. Zawsze lubiłem darmowe posiłki. Szczególnie u cioci na imieninach. Poza tym, trzeba jeść, aby żyć. Popadając w coraz większe zmęczenie, myślałem o licznych mewach towarzyszących przybiciu promu do nabrzeża w Dover. Jak wiele dusz desperatów skaczących do Kanału La Manche po nieudanym interview było zaklętych w ciałach tych ptaków? Oczami wyobraźni widziałem, jak angielskie urzędasy przeliczają w nieskończoność moje całkiem legalnie wwożone funty, paskudnie wytłuszczając nieskazitelną fryzurę Królowej. Widziałem, jak metodycznie przetrzepują mój plecak, jak grzebią w notesie, skanują strona po stronie, szukając uchowanych gdzieś tam słów work, job, tropiąc niejasne adresy melin w piątej londyńskiej strefie, adresy nielegalnych wynajemców w cygańskich taborach na rządowym kubku. Siedziałem tam w tym mikrokosmosie ras, w tym kulturowym tyglu ofiar spotęgowanej granicznej czystki, powoli przechodząc w stan zobojętnienia. Wtedy, wywołany przez odźwiernego i odpytany, czy potrzebuję tłumacza, no thanks, wtoczyłem się do gabinetu na przesłuchanie numer dwa, może ostatnie.

Doszło do pojedynku słownego między brytyjską urzędniczką „śledczą”, trzeźwą i zahartowaną w tropieniu niechcianego emigracyjnego elementu a studentem pogrążonym niejako w delirium. Prawie dwadzieścia siedem godzin w dotychczasowej podróży robi swoje. Okazuje się, takie zmęczenie pomaga. Nic nie piłeś, tylko bulion z wołu z automatu, lecz czujesz się tak, jakbyś coś wypił. Do tego wymordowania dokładasz grę aktorską. To co mówisz, wypada teraz bardziej autentycznie, nie strzelasz wyuczonymi, sztucznymi frazami, mówisz wolno, niedbale, cedzisz słowa, ta obojętność w niemożliwy sposób udziela się drugiej stronie. A ty nie chcesz wygrać, ty chcesz przegrać, gardzisz tym całym cholernym Zjednoczonym Królestwem, drwisz pod nosem z God save the queen, podkładasz się, wykrwawiasz, akcentujesz własne szaleństwo, po prostu brniesz konsekwentnie ku autodestrukcji. Ale urzędniczka, o ironio, widzi to inaczej, nagle zaczyna ci pomagać, wyciągać cię z bagna beznadziei, choć wcale nie to jest jej życiową misją, przecież ma twój interes w głębokim poważaniu, a ty też nie dajesz sygnałów by ci pomagała, wręcz przeciwnie, ma się od ciebie natychmiast odpieprzyć, ma dać ci spokój, ma cię odesłać do ojczystego kraju, na koszt Królowej, tego pragniesz, już nie chcesz jechać do tego Londynu, po co ci ten zadżumiony Londyn, nie będziesz rżnął światowca, nie będziesz zarabiał pięciu funtów za godzinę, bez podatków, nie będziesz zwiedzał city, gdy ci Tony, Murzyn z wielkim sercem i łańcuchem złotym na szyi, już w Londynie urodzony i chrzczony, właściciel ręcznej myjni samochodowej da wolne, jak ci da tego upragnionego day off’a.

Ale nie, urzędniczka ma inne plany co do ciebie, nie uciekniesz jej tak łatwo z tego Dover, nie uciekniesz z powrotem do domu, nie po to tu przyjechałeś, byś teraz uciekał, czekaj no ty młody Polaku, i ona nie dobija cię serią zabójczych pytań, które sobie pewnie pierwotnie zaplanowała, pytań wiercących dziurę w brzuchu, pytań na które nie masz odpowiedzi, albo je masz tylko czort by cię wziął, gdybyś je zaserwował, ona ci nie życzy ta urzędniczka zbawiennego dla ciebie w tej sytuacji wyjścia, czyli nagłego zejścia tu i teraz na urzędniczym biurku ze śliną cieknącą z ust, oczami przekrwionymi, z tyłkiem obolałym, odciśniętym, jak gofr od tej twardej ławki w salonie imigrantów, nie chce by twoja pulsująca od niewyspania głowa eksplodowała w ostrym świetle lampy przesłuchań, ona już wie, gdzieś tam w środku swej angielskiej lodowatości, wie, że cię wpuści do tego obwarowanego Albionu, lecz musi dalej pytać, bo ma tę rutynę we krwi, no i wreszcie pada to pytanie, od którego pisze się nowa moja historia, bo chciałabym wiedzieć, mówi miss agent, po co właściwie jedziesz do Londynu, co będziesz tam robił chłopcze, to ja mógłbym jej zaraz powiedzieć, że będę tam robił tysiąc rzeczy na raz, dzień po dniu, jak dam radę, lecz ja jej mówię, tj. rzeczowo odpowiadam, że ja do Londynu jadę, bo mnie tam ciągnie na festiwal karaibski w dzielnicy Notting Hill, aha, ja muszę koniecznie zobaczyć ten Notting Hill Carnival, aha, ja nie wytrzymam, jak go nie zobaczę, i ona kiwa głową, że rozumie, że zna temat, ale jednak nie rozumie, bo zaraz dopytuje, jakby kurde nie wiedziała, kiedy ten festiwal dokładnie ma być, bo wiadomo, że odbywa się co roku, tylko kiedy, no kurde, sama chce się wybrać, czy jak, nie pamięta, o co jej chodzi, siedzi tu w tej Anglii, ma taką fetę pod nosem i jeszcze ma wątpliwości, no to szybko informuję ją ze szczerym uśmiechem, co i jak, i żeby wiedziała, że ten cały kolorowy show jest na początku sierpnia i basta, a ona zimnym obejmuje mnie spojrzeniem i zaraz głową z dezaprobatą kręci, że nie, że nie mówię prawdy, no jak nie mówię, przecież mówię, a ona, że chłopcze, ten festiwal ma miejsce pod koniec sierpnia, no dokładnie wtedy ma miejsce, pod koniec nie na początku, i trwa dwa dni, i wcale nie jedziesz na ten festiwal, i raczej sam nie wiesz, gdzie jedziesz, ale ja dokładnie wiem, gdzie jadę, i w te pędy wyprowadzam tę urzędniczkę z błędu, bo ja wiem, że w tej dzielnicy Notting Hill, droga miss officer, no tak słyszałem, i też czytałem, że tam ponoć festiwal taki odbywa się co tydzień, bo jak tam tylu emigrantów z Karaibów zjechało, to się tej energii nie da utrzymać na wodzy, tam się ciągle tańczy, tam się ciągle śpiewa, tam się muzyka toczy za dnia i w nocy, ten cały karnawał to jest kulminacją dziesiątek innych małych karnawałów lokalnych, na każdej tamtejszej ulicy, i tak jej to klarowałem, tak jest oczy mydliłem, że sam zacząłem w to wierzyć, a jak w człowieka wstępuje wiara, to na człowieka nie ma mocnych, i urzędniczka w końcu mi przerwała, bo się zagalopowałem, jak kaznodzieja, jak zagorzały piewca tego festiwalu, jak wolontariusz na usługach karaibskiej gminy, i ona mi przerwała, bym dał spokój, chłopcze, i parsknęła śmiechem, takim fest grubym, prawdziwym voodoo rżeniem, niesłychanym, i ona mnie tym śmiechem wyswobodziła, tak mnie, jak i siebie, ona mi te londyńskie Karaiby, te karnawałowe wybryki zobaczyć dała, gdziekolwiek i kiedykolwiek miałby się one odbyć, wszak były to Karaiby nie na niby, Karaiby po prostu…

Powiem, co było dalej. Koniec końców, nie zaznałem tych zapowiadanych szumnie Karaibów. Nie podczas tamtego pierwszego londyńskiego wypadu. Skończyło się na gadaniu. Karnawału na żywo nie ujrzałem. Urzędniczka Home Office miała absolutną rację. Karnawał odbywał się pod koniec sierpnia. A ja musiałem wyjechać z Londynu na krótko przed jego rozpoczęciem. Do karaibskich klimatów w dzielnicy Notting Hill dotarłem dopiero rok później. To, co wcześniej wymyśliłem sobie w Dover i czego bezczelnie tam broniłem zostało uskutecznione. Oto stałem na ulicy Ladbroke Grove, głównej pulsującej arterii Notting Hill Carnival. Przy budce z jamajskim wiktem wyczekiwałem porcji curry goat & rice, czyli koziny z ryżem. Sączyłem ananasowy Bacardi breezer. Wszędzie dudniła muzyka: reggae, calypso, soca. Ktoś palił skręta grubości cygara. W powietrzu łopotała gigantyczna, czerwono-czarno-biała flaga Trynidadu i Tobago. Pojechałem tam kilka lat później. Ubzdurałem sobie Karaiby, ot co. Chyba warto sobie czasem coś ubzdurać.

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *