Karaiby na języku

„Karaiby towarzyszą mi od lat. Są źródłem transatlantyckich przyjaźni i relacji zawodowych. Z perspektywy anglistycznej obserwuję, jak kultura tego regionu zmieniła Zjednoczone Królestwo, jak wpłynęła na muzykę i literaturę w Stanach Zjednoczonych, i jak też odnalazła wspólny język z krajem nad Wisłą.” – mówi mój rozmówca Bartosz Wójcik, tłumacz literatury i obiecujący „łącznik” między kulturą karaibską a naszą nadwiślańską.

Bartosza poznałem wirtualnie, w sieci. Obaj kręciliśmy się wokół Karaibów, każdy w swoim wymiarze, aż zeszły się nasze pasje. Być może szukały dopełnienia. To pomyślne spotkanie przyniosło mi świeżą energię, mnóstwo frajdy z dzielenia się ulubionymi tematami i przede wszystkim wiele mądrych słów.

Zapraszam na pełną karaibskich treści, szalenie inspirującą rozmowę z Bartoszem Wójcikiem.

Marcin Wesoły/Caribeya: Przełożyłeś na język polski opowiadanie młodego pisarza z Trynidadu i Tobago – dalekiego, wyspiarskiego kraju na Karaibach… Niedawno „Przejście” miało swoją premierę w internetowej wersji kwartalnika „Przekrój”. Skąd ten literacki wybór?

Bartosz Wójcik: Powodów jest bez liku. Jeden z nich nasunął się kilka miesięcy temu sam. Kevin Jared Hosein, którego twórczość od dłuższego czasu śledzę, to dwukrotny zwycięzca Konkursu Wspólnoty Narodów na Opowiadanie. Jako reprezentant Karaibów i autor opowiadania „The King of Settlement 4”, został zwycięzcą regionalnym w 2015 roku, zaś „Przejście” przyniosło mu zwycięstwo globalne w lipcu 2018 roku. I właśnie jego lipcowy sukces literacki bezpośrednio przyczynił się do decyzji kwartalnika „Przekrój”, by trynidadzkie „Przejście” ukazało się na początku października po polsku. W tym miejscu podziękowania zechcą przyjąć „redaktor wszechstronna bis” Julia Potocka, która sprawowała opiekę redakcyjną nad tekstem, oraz wspierający mój pomysł skontaktowania się właśnie z „Przekrojem” tłumacz Marek Kazmierski, który swoją drogą wybornie przełożył na angielski m.in. utwory Wioletty Grzegorzewskiej i Juliana Tuwima.

Ale wybór bezpośrednio wynika również z szeregu powiązanych ze sobą powodów. Od niemalże dekady wiosną na Trynidadzie odbywa się Festiwal Literacki Bocas, nie tylko przyczyniając się do popularyzacji pisarstwa z Indii Zachodnich na świecie, ale i przybliżając kulturę Wschodnich Karaibów, w tym z pomniejszych wysp regionu. Przy okazji, hiszpańska nazwa festiwalu nawiązuje i do geografii lokalnej, a konkretnie do Cieśniny Smoka (Bocas del Dragón), i do historycznie zmiennych wpływów, także językowych, w regionie, i do tradycji ustnej („bocas” jako usta), na której przez stulecia oparty był przekaz kulturowy.  W ten sposób też na Karaibach zachowała się spuścizna afrykańskich i indyjskich przodków współczesnych mieszkańców archipelagu.

Siła opowieści jako narzędzia budowania tożsamości i podtrzymywania relacji społecznych – zauważmy, że bohatera-narratora „Przejścia” poznajemy właśnie w karaibskim barze, w rum shopie sprzyjającym socjalizacji – wynika także z jej wszechstronnej atrakcyjności. Przy okazji, tytułowe „przejście” to także rytuał społeczny, funkcjonujący na więcej niż jeden sposób w świecie przedstawionym opowiadania.

Wspomniany Trynidad (przy okazji, przepraszam mieszkańców Tobago za ten mimowolny akt kolonizacji, skrótowości i w rezultacie pomijania ich wyspy) to kraj, który w ostatnich latach często pojawia się w, szczególnie anglojęzycznych, zestawieniach literackich. Zarówno na listach bestsellerów, jak i na listach nagrodzonych. Wystarczy wymienić Monique Roffey, autorkę m.in. popularnej powieści „Biała kobieta na zielonym rowerze” (polskie wyd. 2011; tłum. Anna Studniarek-Więch), Vahni Capildeo, laureatkę Nagrody Forward w dziedzinie poezji (2016), Ingrid Persaud, zwyciężczynię Konkursu Wspólnoty Narodów na Opowiadanie (2017) i zdobywczynię Nagrody BBC (2018). A z trynidadzkich klasyków: V.S. Naipaul, Sam Selvon, a nawet urodzony na wyspie St. Lucia, ale mocno związany z Trynidadem właśnie, Derek Walcott. Zatem, wielka tradycja literacka z małej, choć nie z najmniejszej, karaibskiej wyspy!

Zależało mi także, by spróbować wprowadzić do polszczyzny opowieść spoza dominujących w regionie Jamajki i Kuby, choć rzecz jasna cieszę się i z polskich przekładów powieści Marlona Jamesa autorstwa Roberta Sudóła, i z obecności hiszpańskojęzycznej literatury karaibskiej po polsku. Podobnie zachwycony jestem Wydawnictwem Karakter, które niestrudzenie umożliwia nam zaznajamianie się z literaturą frankofońską, w tym z pisarstwem z Haiti, które znamy w wyśmienitym tłumaczeniu Jacka Giszczaka.

W jaki sposób wprowadzić do polszczyzny i przede wszystkim do świadomości dzisiejszego, rodzimego czytelnika karaibską opowieść, aby jej, wspomniana przez Ciebie, „atrakcyjna wszechstronność” została w pełni zrozumiana i doceniona? Jak utrzymać w przekładzie „tropikalną temperaturę” oryginalnego tekstu, jego pierwotny „smak”? Innymi słowy, czego trzeba dokonać, aby z grubsza trynidadzkiego rumu, popijanego i zagryzanego suszonymi solonymi śliwkami w trynidadzkim rum shopie, nie musiała rozpaczliwie zastępować polska wódka i galareta konsumowane w mętnym barze „na dzielnicy”?

Otworzyłeś puszkę Pandory, więc obawiam się, że nie będę już mógł, o tak po prostu, zamknąć ust. (śmiech). Mam uzasadnione wątpliwości, czy w przypadku jakiegokolwiek, nawet najbardziej wirtuozerskiego, przekładu jest możliwość zrozumienia w pełni. Poza pojawiającymi się w procesie tłumaczenia stratami, poza mającymi miejsce przesunięciami kodu kulturowego, poza różnicami wynikającymi bezpośrednio z odmienności języka źródłowego i języka docelowego, sama czynność czytania, jak uczy nas teoria interpretacji, jest wielce zindywidualizowana. Jak zauważa Jerzy Jarniewicz: „Każdy przekład to interpretacja”.

Osobiście, w miarę własnych możliwości warsztatowych, staram się minimalizować stratę i podpatrywać – a raczej podczytywać – tych, od których mogę się wiele nauczyć o, by ponownie przywołać Jacka Giszczaka, „żywiole wartkiej mowy”. Przykładowo, twórczość tłumaczeniowa Magdy Heydel: przekłady wierszy Dereka Walcotta i Claudii Rankine, tłumaczenie „Jądra ciemności” Conrada, powieści ważnej również w kontekście Karaibów. Zainteresowanych przekładem odsyłam do Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury, zapraszając do słuchania podcastu „Na przekład” i uczestniczenia w Gdańskich Spotkaniach Tłumaczy Literatury „Odnalezione w tłumaczeniu”.

Celowo myślami wypływam w tym momencie na wody szersze niż akwen Morza Karaibskiego, bo choć uważam, że literatura Indii Zachodnich należy do dokonań klasy światowej, to jednak w polszczyźnie jeszcze na tyle nie zagościła, bym mógł z przekonaniem powiedzieć, że lektury polskich przekładów, dajmy na to, tekstów jamajskiej poetki i prozaiczki Olive Senior, czy też powieści George’a Lamminga, autora z Barbadosu, posłużyły mi za model lub punkt odniesienia. Nie mogły, bo jak dotąd – w przeciwieństwie do kanonu literatury iberoamerykańskiej, tzw. magicznego realizmu, którym wielokrotnie zapewne się obydwaj po polsku zaczytywaliśmy – nie istnieją.

Dzięki pracom Doroty Gołuch wiem o długiej, bo sięgającej lat 50. XX wieku, tradycji tłumaczenia na język polski piśmiennictwa postkolonialnego (głównie powieści afrykańskich), ale jest to dla mnie dość późne odkrycie. Na mnie – jako czytelnika i tłumacza – przez lata wpływały przekłady publikowane w niezrównanej „Literaturze na Świecie”, która – co warto odnotować – również szybko zareagowała na Nobla dla Walcotta, publikując w 1994 roku numer karaibski zawierający m.in. opowiadanie jamajskiej pisarki Alecii McKenzie i fragment prozy urodzonego na wyspie St. Kitts Caryla Phillipsa. Phillips jest zresztą głównym jurorem przyszłorocznej edycji Konkursu Wspólnoty Narodów na Opowiadanie.

Mówiąc o „atrakcyjnej wszechstronności”, miałem na myśli wielość płaszczyzn narracyjnych oferowanych przez literaturę Karaibów, jej niejednoznaczność, jej złożoność, jej bogactwo kulturowe, które nota bene stanowi poważne wyzwanie czytelnicze także w oryginale. Z tego powodu np. urodzony na Dominikanie Junot Díaz zdecydował się zastosować tekst poboczny, uzupełniający paratekst w swojej powieści „Krótki i niezwykły żywot Oscara Wao”, zapewniając poręczną (i podręczną) dawkę autorskich wytłumaczeń zawiłości kulturowych konstruowanych – bo jakże inaczej! – językowo. Oczywiście taki rodzaj kompensacji wielu osobom przypomina przypisy typowe dla tekstów naukowych – swoją drogą też niejednokrotnie stosowane w tłumaczeniach literatury pięknej – i potrafi zaburzyć rytm lektury, jeśli nie zniechęcić do ciągłego zerkania na dół strony lub do glosariusza na końcu książki.

W przypadku Junota Díaza warto szczególnie zaznaczyć, że te jego autorskie (i często rozmiarowo niebagatelne!) przypisy są błyskotliwe, zabawne i gwarantują świetną, bonusową rozrywkę podczas „czytania głównego”. Oczywiście, czytelnik pochłaniający powieść, musi zaryzykować zerknięcie w bok, na marginesy i w dół – na partie wytłumaczeń dopisane drobnym drukiem. Kiedy je „odkryje” staną się równoległą, równie smakowitą lekturą (już nie do pominięcia!). Díaz, poniekąd spec od creative writing, umiał tak samo kreatywnie rozwiązać kwestie stylu i techniki serwowania tych różnorakich uwag, komentarzy, przypisków i wzmianek. Zakładam, że mało któremu człowiekowi pióra udaje się sprawić to, że jego czytelnik z takim oddaniem sczytuje taką mnogość w zasadzie tekstu pobocznego. Jak Tobie udało się w przekładzie „wytłumaczyć” Kevina Jareda Hoseina?

Czy się udało? Bez krygowania się, odpowiem, że nie wiem. Opowiadanie Hoseina wprost odnosi się do tradycji ustnej, więc próbowałem tak wykalibrować polszczyznę, by mówiony charakter tego tekstu nie został zupełnie zatracony. Chciałem, by od samego początku „Przejście” wciągało swoim rytmem i by jednocześnie pojawiający się w otwierającym zdaniu rum shop „Szczwany Błazen”, określony trynidadzkim przymiotnikiem „ragadang”, rzeczywiście nie wzbudzał nadmiernych oczekiwań czytelniczych, co do swojego stanu i statusu. Stąd jest on i „obskurny”, i „podły”.

Pozwoliłem sobie również na aliterację, na stworzenie współbrzmień i na wzmocnienie semantyczne całej frazy. W rezultacie czytamy, że „Szczwany Błazen” jest „obskurny i podły jak wszystkie inne podrzędne i podupadające bary środkowego Trynidadu”, a język aż napakowany jest spółgłoskami zwartowybuchowymi [b], [d], [k], [p]. Nie ukrywam, że nie jestem całkowicie usatysfakcjonowany wszystkimi swoimi rozwiązaniami, np. sądzę, że postąpiłem zbyt zachowawczo w odniesieniu do składni i nie miałem też przekonującego pomysłu na trynidadzką gramatykę angielszczyzny, ale pocieszam się, że to jedna z możliwych, choć momentami spolonizowanych, „wersji”. Praca nad tekstem może trwać bez przerwy, tak jak i nieustannie ewoluuje język docelowy, przekształcają się oczekiwania odbiorców, a przemianom ulegają konwencje estetyczne. Ktoś inny może jeszcze kiedyś zaproponuje mniej zachowawcze odczytanie „Przejścia”.

Starałem się także, nie tylko dlatego, że narratorem pierwszoosobowym „Przejścia” jest specjalista, leśnik z dziewiętnastoletnim stażem, by faktografia (botaniczna, ale i geograficzna) była właściwa i by, nawet będąc w największych opałach – a tych w opowiadaniu nie brakuje, bohater-narrator nie mylił „drzew z rodziny złotośliwowatych” i by polskojęzyczni czytelnicy nie gubili się w domysłach. Niby nic zaskakującego poza wymogiem wywiązania się z zadania, ale odpowiedzialność zobowiązuje. Tym bardziej, że czuję się czeladnikiem wielu tłumaczek i tłumaczy: terminuję, czytając ich przekłady.

W przypadku „Przejścia” zdecydowałem się po konsultacji z redaktor ograniczyć przypisy do trzech, choć pod koniec pracy miałem ich pokaźny urobek. Na tym w gruncie rzeczy polega, zakładając scenariusz idealny, praca przygotowawcza: na dogłębnej lekturze, której efektem jest zgłębianie kontekstów świata przedstawionego; na wynotowaniu i objaśnieniu tych elementów, które – również tłumaczowi – sprawiają czytelniczą trudność.

A wracając bezpośrednio do twojego pytania, to myślę, że przecież nie ogranicza się wyłącznie do „Przejścia” Hoseina. Z jednej strony tłumacze mają do dyspozycji cały zestaw rozwiązań: kompensacja, ekwiwalencja, egzotyzacja, polonizacja / lokalizacja, etc. Z drugiej strony, ten wachlarz trzeba stale rozszerzać, szczególnie w obliczu karaibskiej kreolizacji językowej, wobec bogactwa i mnogości współistniejących ze sobą języków angielskich (angielszczyzn – celowo używam liczby mnogiej), języków francuskich, czy języków hiszpańskich, wobec zawodności własnych intuicji i na przekór własnym, często dość szkolnym (mówię tu karcąco o sobie), przyzwyczajeniom.

I dlatego w rozmowie z Grażyną Lutosławską w Polskim Radio Lublin, nt. literatury karaibskiej i premiery „Przejścia” w Przekroju, powiedziałeś z oczywistą pasją, że jako anglista odnajdujesz w tym bogactwie językowym regionu, świeżość i nową energię. Rozwiń ten entuzjazm.

Słów takich jak „boonoonoonoos”, czy pisarzy takich jak Earl Lovelace co prawda nie poznałem na kursach uniwersyteckich, ale byłbym niegodziwcem twierdząc, że bez kursu literatury brytyjskiej mógłbym np. docenić związki Karaibów ze Szkocją. Entuzjazm wynika zarówno z odkrycia przed samym sobą fikcji – fantazmatyczności własnej eurocentrycznej edukacji, jak i z fascynującej feerii fenomenów kulturowych ogniskujących się w regionie. Ich wyrazem jest język. W obrębie jednej wyspy, przykładowo Jamajki, kontinuum językowe stwarza ogromne wyzwania. Obok siebie funkcjonują: brytyjski angielski, jamajski angielski, jamajski patois/patwa, afrocentryczny dread talk; nieobce są też wpływy amerykańskiej odmiany angielszczyzny), a co dopiero, gdy dodamy różnice między angielskimi praktykowanymi na innych anglofońskich wyspach regionu (np. Barbados, Trynidad), gdy do głosu dochodzą wpływy języków afrykańskich i azjatyckich, gdy mamy do czynienia z dwujęzyczną wyspą St. Lucia, na której od lat istnieje i angielski (język urzędowy), i francuski kreolski (język mówiony).

Koniec końców, możliwe, że chodzi o to, by z braku polskiego laku (czy też z braku własnych umiejętności) świat językowy przynajmniej brzmiał wiarygodnie – lub mówiąc inaczej – by to, jak głosy narratora, postaci, etc. usłyszał tłumacz czytało się co najmniej przyzwoicie. Rzecz jasna, za taki stan rzeczy winię samego siebie. Jestem szczęściarzem, bo mam niewątpliwy przywilej (i radość) konsultowania wyborów przekładowych i testowania potencjalnie katastrofalnych decyzji z żoną. Gośka jest m.in. anglistką i tłumaczką, która nie tylko posługuje się kilkoma językami obcymi, ale też ma ogromne wyczucie semantyczne, doświadczenie czytelnicze i zmysł krytyczny, którego nie waha się użyć. Jako pierwsza czytelniczka wielokrotnie uchroniła niejeden tekst przed moimi pochopnymi pomysłami. Wiem, co mówię, bo nieraz wspólnie przekładaliśmy, co prawda nie-karaibskie, teksty.

Jednak to Karaiby przeciągnęły Cię mocno na swoją stronę i nie puszczają. Wystarczy tylko posłuchać, jak o nich opowiadasz, czy piszesz. Przebiłeś się przez ich „folderową” aparycję, z reguły przesadnie pielęgnowaną; zdołałeś zajrzeć głębiej w ich duszę, w naturę po to, aby zrozumieć, jakie są z dala od turystycznej fasady, czyli tam, gdzie najciekawiej. Podjąłeś to wyzwanie od strony literackiej i oto mamy namacalny rezultat. Czym są dla Ciebie Karaiby?   

Dziękuję za recenzję, ale chyba mnie przeceniasz. W przeciwieństwie do ciebie, Karaiby – i tu od razu pojawia się generalizacja, bo – nie licząc diaspory rozsianej na całym świecie – mówimy o ponad czterdziestu milionach ludzi – i ich kulturę znam głównie za pośrednictwem książek, muzyki, filmów, mediów, plików. Na Jamajce byłem pierwszy i jak dotąd ostatni raz dekadę temu, zaś potem tylko dwukrotnie odwiedziłem Barbados. Przynajmniej raz w roku odwiedzam, co prawda, Londyn i tam nadrabiam zaległości, ale to nadal kontakt mocno przefiltrowany.

Moje spojrzenie jest zatem w głównej mierze produktem lektur, by nie powiedzieć fantazją, konstruktem. Biorąc pod uwagę, jakie kanały w mediach społecznościowych subskrybuję, jakie nowości płytowe w dużej mierze mnie interesują, jakie książki nieustannie piętrzą się na biurku, jakie zalegają na stoliku kawowym i jakie stoją w równych, podwójnych rzędach na półkach, to może się wydawać, że nieświadomie pracuję na honorowe obywatelstwo jednej z karaibskich wysp. W rzeczywistości jednak do takich znawców regionu jak prof. Marcin Gawrycki z Uniwersytetu Warszawskiego trudno mnie porównywać.

Niemniej jednak Karaiby towarzyszą mi od lat. Są źródłem transatlantyckich przyjaźni i relacji zawodowych. Z perspektywy anglistycznej obserwuję, jak kultura tego regionu zmieniła Zjednoczone Królestwo, jak wpłynęła na muzykę i literaturę w Stanach Zjednoczonych, i jak też odnalazła wspólny język z krajem nad Wisłą. Przykładem jest chociażby rozwój poezji afro-brytyjskiej, nagrania studyjne i koncerty polskiego saksofonisty Adama Pierończyka i trynidadzkiego pisarza, muzyka i wykładowcy Anthony’ego Josepha, czy też „Reggae Faces”, autorski projekt fotografa Bartka Murackiego, którym zainteresowała się wytwórnia VP Records, wiodący gracz na rynku reggae/dancehall/soca. Wspaniałe, że jego wystawową odsłonę udało się w 2016 roku pokazać w Lublinie, w Centrum Spotkania Kultur, gdzie na co dzień pracuję.

Ty także powracasz do korzeni reggae na bieżąco?

Ostatnio za pośrednictwem współczesnej muzyki jazzowej tworzonej przez karaibsko-brytyjską diasporę, która regularnie dostarcza mi okazji do zachwytu – od zapomnienia do wzruszeń, od błyskotliwych duetów (Binker and Moses), przez niestrudzone liderki (saksofonistka Nubya Garcia) i liderów (Shabaka Hutchings i jego istna galaktyka zespołów), aż po wieloosobowe składy, takie jak Nerija, Ezra Collective, czy Soothsayers. Do tegorocznego, sierpniowego koncertu Zary McFarlane w Łodzi wracam myślami często.

Od kilku lat, w okresie letnim mam możliwość – dzięki zaproszeniu organizatorów Ostróda Reggae Festival – wspólnie przygotowywać i prowadzić Uniwersytet Reggae. To seria spotkań z muzykami, kulturoznawcami i postaciami istotnymi dla muzyki (oraz szerzej kultury) wywodzącej się z reggae. Z reguły odbywają się w trakcie wszystkich trzech festiwalowych dni i towarzyszą im projekcje filmowe. Choć reggae stanowi trzon programu, to wydarzenia mają charakter interdyscyplinarny i poza jamajskimi gośćmi udaje nam się też zaprosić przedstawicieli innych krajów i dyscyplin.

Równie ważna dla mnie jest karaibska kultura wizualna. Oprócz spektakularnej sceniczności sound systemowej i karnawałowej (stroje, manieryzmy, rytuały), fascynująca jest karaibska sztuka współczesna, która doczekała się już i swoich biennale (Kuba, Jamajka), i cenionego magazynu branżowego ARC., i przestrzeni artystycznych oferujących rezydencje (np. Fresh Milk na Barbadosie, Alice Yard na Trynidadzie), i wydawnictwa specjalizującego się w publikacjach artystycznych (Robert & Christopher Publishers z siedzibą na Trynidadzie),  i coraz bardziej rozpoznawalnych nazwisk artystów (Annalee Davis, Rachel Henriques, Nadia Huggins, Leasho Johnson, Sheena Rose).

Cała ta działalność oczywiście uwikłana jest w niezmiernie trudne postkolonialno-neokolonialne zależności typowe dla globalnej rzeczywistości polityczno-społeczno-ekonomicznej, co szczególnie jest uciążliwe w krajach karaibskich, gdzie mecenat państwa nad kulturą jest problematyczny. Przy okazji, prace niektórych współczesnych karaibskich artystów wizualnych (np. Ewana Atkinsona) były prezentowane w zeszłym roku w krakowskim Bunkrze Sztuki w ramach wystawy „Nowy region świata”.

Mówiąc o kulturze wizualnej, muszę wspomnieć o tworzonej w regionie kinematografii, o wideo klipach, filmach dokumentalnych i fabularnych, o festiwalach filmowych specjalizujących się w twórczości karaibskiej np. Trinidad + Tobago Film Festival w Port of Spain, czy Third Horizon Film Festival w Miami. Nie mogę zapomnieć też o urodzonej w Surinamie reżyserce filmów dokumentalnych Idzie Does, której obraz „Trzy kobiety: o niewoli i wolności” będzie miał polską premierę w Lublinie już 27 października w trakcie Demakijażu – Festiwalu Kina Kobiet. To film m.in. o historycznej relacji Holandii z Karaibami opowiedziany przez pryzmat doświadczeń kobiet. Wdzięczny jestem organizatorkom Demakijażu, że z życzliwością przyjęły tę propozycję programową.

12 października br. Maryse Condé, pisarka urodzona w Pointe-à-Pitre na Gwadelupie, odebrała międzynarodową nagrodę literacką, zwaną Alternatywnym Noblem. (Z powodu nagłośnionych skandali w Akademii Szwedzkiej w tym roku nie przyznano „normalnego” Nobla – przyp. red.). Condé ma 81 lat i jest uważana za jedną z czołowych pisarek francuskojęzycznych. W Polsce jej twórczość znamy niestety tylko za sprawą powieści „Ja, Tituba, czarownica z Salem”, wydanej przez W.A.B w 2007 roku. Dotąd literackiego Nobla otrzymało trzech pisarzy urodzonych na Karaibach: Saint-John Perse (Gwadelupa), Derek Walcott (Saint Lucia) oraz V.S. Naipaul (Trynidad i Tobago). Jak zareagowałeś na wyróżnienie przyznane Maryse Condé w symbolicznej dacie odkrycia Ameryki? Czy ten usłyszany szerzej i doceniony kolejny karaibski głos dodaje Ci, jako tłumaczowi, większej otuchy i pobudza zawodowe marzenia?

Pisarstwo Condé znam właśnie z przekładu Krystyny Arustowicz i z angielskich tłumaczeń. Zareagowałem radością instagramowo-fejsbukową, przypominając sobie, jak ponad dekadę temu, w drodze do ówczesnej pracy czytałem tę powieść w autobusie PKS na trasie do Sandomierza. To moje początki zainteresowań karaibskich, więc zrobiło się wspominkowo. Ale nie mam złudzeń: rodzimy rynek książkowy jest arcy-wymagający, konkurencja jest bezwzględna i bez wsparcia medialnego generowanego przez prestiżowe nagrody, jak Booker dla Marlona Jamesa, które też gwarantują wysoką jakość tekstu wejściowego – mówimy o przekładzie, o wiele trudniej jest zainteresować redakcje i wydawnictwa. Nagrody nie są jednak żadnym gwarantem odzewu czytelniczego: „Ostatnia kobieta-wyrocznia” (tłum. Bohdan Maliborski), powieść Jamajczyka Keia Millera (laureata m.in. Nagrody Forward), przepadła niemalże bez wieści na polskim rynku. A to ważna książka, dzięki której do polszczyzny trafiły też wiersze Edwarda Baugha (Jamajka) i Grace Nichols (Gujana / Wielka Brytania), otwierając – jako epigrafy – powieść Millera.

Symboliczność rocznicowej daty, o której mówisz, wpisuje się w re-interpretację historii światowej, w dopisywanie do niej pomijanych dotąd osób, wydarzeń, zjawisk i literatur. A co do samego Kolumba, mógłbym przywołać przejmujący, piękny i krytyczny plakat Jana Lenicy, zatytułowany „1492-1992”, przygotowany na Expo w Sewilli w 1992 roku, który mam za plecami, gdy siedzę przy biurku. Retrospektywnie podsumowuje grozę podboju Nowego Świata, łącząc serce wyrwane z piersi rdzennego mieszkańca kontynentu, który przyszło nam nazywać Ameryką, ze starotestamentowym jabłkiem.

Otuchy dodaje mi natomiast reakcja odbiorców, dotychczasowe wsparcie „Przekroju” i słowa tłumaczki Justyny Czechowskiej. Chciałbym, by jeszcze kilka karaibskich tekstów nagrodzonych w Konkursie Wspólnoty Narodów na Opowiadanie znalazło swoich polskich wydawców. Możliwe, że odważę się wrócić do zapuszczonych (i nieomal zaprzepaszczonych) przekładów wybranych wierszy karaibskich, nad którymi – jak dotąd – pracowałem zrywami i z efektów nie byłem ani trochę zadowolony. Wertuję także klasyczne i nowe opowiadania pisarzy z regionu w poszukiwaniu tekstów, wysyłając co pewien czas zapytania do ich autorów oraz propozycje wydawnicze do oficyn. Czas pokaże.

Jestem dobrej myśli! Karaibskie szaleństwo pod różnymi postaciami dopiero rozkręca się w naszym kraju. Czekamy na kolejne teksty w Twoim tłumaczeniu! Bardzo Ci dziękuję za tę rozmowę, za potężny ładunek żywej, karaibskiej kultury. Jakże inspirującej!

Bardzo dziękuję.


Bartosz Wójcik – czyta, pisze, przekłada. Autor monografii „Caribbean Poetry in English: Cultural Traditions (1970s-2000s)” (Peter Lang 2015) i artykułów o literaturze karaibskiej, członek Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. Pracuje w Centrum Spotkania Kultur w Lublinie.

Kevin Jared Hosein – pisarz i nauczyciel przedmiotów ścisłych, urodzony i wychowany w Chaguanas (Trynidad i Tobago). Dwukrotny zwycięzca Konkursu Wspólnoty Narodów na Opowiadanie (zwycięzca globalny w 2018 roku; zwycięzca regionalny – jako reprezentant Karaibów – w 2015 roku). Opublikował trzy książki: „The Beast of Kukuyo” (uhonorowana Burt Award for Caribbean Literature), „The Repenters” (znalazła się na długiej liście International Dublin Literary Award oraz OCM Bocas Prize), jak również „Littletown Scerets”. Publikowany w wielu antologiach i czasopismach, takich jak „Granta”, czy „Lightspeed Magazine”.

Kevin Jared Hosein, „Przejście” (tłum. Bartosz Wójcik)
https://przekroj.pl/kultura/przejscie-passage-tlumaczyl-bartosz-wojcik-kevin-jared-hosei

Opowiadania nagrodzone w Konkursie Wspólnoty Narodów w latach 2012-18 (w języku angielskim):

http://www.commonwealthwriters.org/category/prize-winning-stories/

Festiwal Literacki Bocas (Trynidad):
https://www.bocaslitfest.com/

Wydawnictwo Karakter (m.in. frankofońska literatura karaibska):
https://www.karakter.pl/

„Nie tylko rozrywkowa niedziela radiowa” (Radio Lublin, 30.09.18) – rozmowa Grażyny Lutosławskiej:
https://www.radio.lublin.pl/news/30-09-2018-nie-tylko-rozrywkowa-niedziela-radiowa

Kultura wizualna:

Annalee Davis:
https://annaleedavis.com/

Nadia Huggins:
https://www.nadiahuggins.com/

Sheena Rose:
https://www.sheenaroseart.com/

Fresh Milk (Barbados):
https://freshmilkbarbados.com/

Alice Yard (Trynidad):
http://aliceyard.blogspot.com/

„Reggae Faces” – autorski projekt fotograficzny Bartka Murackiego:
http://reggaefaces.com/

Wystawa „Nowy region świata” – Bunkier Sztuki (Kraków):
http://bunkier.art.pl/?wystawy=nowy-region-swiata

Muzyka:

Nubya Garcia:
https://www.jazzrefreshed.com/nubyagarcia/

Shabaka Hutchings:
http://www.shabakahutchings.com/

Anthony Joseph:
http://www.anthonyjoseph.co.uk/

Zara McFarlane:
https://www.zaramcfarlane.com/

Ostróda Reggae Festival:
https://www.ostrodareggae.com/

Tłumaczenia:

Stowarzyszenie Tłumaczy Literatury:
http://stl.org.pl/

„Odnalezione w tłumaczeniu” – Gdańskie Spotkania Literackie:
http://odnalezionewtlumaczeniu.pl/

„Literatura na Świecie”:
http://www.literaturanaswiecie.art.pl/

Print Friendly, PDF & Email
Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *