Karnawał w La Vega

Dominikańskie miasteczko La Vega jest karnawałowym siedliskiem czartów każdego roku w lutym. A dokładnie w każdą niedzielę lutego. I taki Carnaval Vegano został swego czasu na blogu przedstawiony na zdjęciach niemal na żywo. Bywa, że kiedy w Polsce cierpimy Wielki Post w tropiku czarty, biesy, belzebuby, czy jak je tam zwał, dodają ostro do pieca w karnawałowym ferworze. Do La Vega przyjechaliśmy z Salcedo, by spędzić tam kawał dnia, by z karnawału wynieść, jak najwięcej impresji.

Nieprawdopodobna to maskarada, monstrualne uliczne zamieszanie. Mus się przyłączyć, poszaleć, poboksować, czy podrażnić z głównymi prowodyrami tej zadymy, z Kulawymi Diabłami (Diablos Cojuelos), o licach bez mała piekielnych. Ale trzeba się pilnować, bo te diabły mają mandat, by w karnawale tłuc każdego kto się nawinie dmuchanymi „świńskimi pęcherzami”, tłuc zwłaszcza po czterech literach; i ładna dziewucha oberwie, i macho jeden z drugim też. Jak na rogate dusze przystało nie wędrują zwyczajem innych karnawałowych parad w zwartym, regularnym szyku. Koślawo podrygują wyskakując „co nagle to po diable” z różnych czarcich siedlisk. Oto kolejna dominikańska fiesta, impreza totalna.

Jednak, nim „diabelskie nasienie” wybiegło na ulicę i zasiało panikę, popierdując siarką, bekając czadem i tryskając iskrami spod racic, przyszły nie wiadomo skąd… zombie w liczbie kilku osobników. Albo prędzej golemy, czy mumie, choć szło to-to jedno za drugim w klasycznym tempie… walking dead.

To były młode zombie, nastoletnie samce. Z upodobaniem do kąpieli błotnych. A błoto, w którym się zawczasu porządnie wytarzały, zdążyło już wyschnąć na skorupę. Chciały ludzi wokół straszyć a ludzie co rusz rechotali, bo te zombie nie były trupio poważne, te zombie były durnowate. Przecież, jak człowiek młodociany i ma jeszcze pstro w głowie, i energia w nim kipi, to długo powagi nie zachowa, choćby nie wiadomo, jak próbował. I te, pożal się Boże, zombie ciągle łamały swój chód umarlaków i szturchały się, kopały po łydkach, nogi sobie wzajemnie podstawiały, szczypały, pstryczki w szyje dawały i po ubłoconej, żeby nie powiedzieć, brudnej dupie, jeden sztywniak drugiego okładał. Zbyt dużo uchowało się życia w tych zombie i wigoru. I widzowie obśmiali te pokraki, zamiast paść na zawał, czy tam przynajmniej zemdleć po ludzku na ich widok, jak to się zdarza w horrorach. Innymi słowy, niewiele wyszło z danse macabre.

Nie widziałem wówczas w La Vega wielu obcokrajowców. Kilku widziałem. Chyba Holendra, chyba Węgra. Może inni „przybysze z dalekiej zimnej Północy” zostali na plażach, by się wygrzać na zapas, co grzechem nie jest, gdy wodzi na pokuszenie Dominikana. Zresztą, wtedy ludzie siedzą, stoją, czy leżą godzinami na słońcu, albo pod palmami w jednym miejscu i nie robią bałaganu gdzie indziej. Tak mogą przetrwać niektóre, jak to się mówi, raje, dzięki takim „cywilizacyjnym wynalazkom”, jak all inclusive.

Każdy karnawał miejscowy, choćby o nim w świecie trąbiono, to i tak przede wszystkim ludzie miejscowi, masa ludzi, tłum w emocjach, chaos gdzie popadnie. Trzeba się w tym tłumie trzymać za kieszenie, bo tam zawsze muszą wykonać swoją robotę jakieś lepkie łapska. Ja to mam zaszyty elegancko w plecaku taki schowek, że żaden złodziejaszek, amator, czy wyrobiony w fachu kieszonkowiec, akcesu do mych drogocenności nie uzyska, choćby nie wiadomo jak się biedził i kombinował. Prędzej ponacina się w pachwinach z niemocy.

Włączeni do korowodu szybko się tam zorientowaliśmy a ta nowa orientacja wywołała w nas zdumienie i chyba pewną satysfakcję, że oto mamy osobistą ochronę, o którą przecież nie zabiegaliśmy w żaden sposób. A to się wszystko odbywało bez słów, bo ci, którzy się za tę ochronę zabrali wiedzieli, jak mają to robić, by nie psuć nam karnawałowej frajdy, by nie odbierać tej błogiej anonimowości, jaką człowiek zyskuje w tłumie, mimo że jako obcy raczej się wyróżnia. Nasi bodyguards zachowywali się dyskretnie, profesjonalnie, co było dość zabawne. Skoro jednak pojawili się prewencyjnie, wiedzieli na pewno więcej niż my o tym karnawałowym, szemranym gdzieniegdzie tłumie.

Wszystko zostało tak, jak przedtem, nim żeśmy ich zdemaskowali. Oni nas ochraniali, my za to dalej, bez wzmagania czujności chłonęliśmy rozedrgany i niemożliwie barwny chaos na około, być może chłonęliśmy go jeszcze mocnej, za sprawą aniołów stróżów. Gdy taki anioł, czyli funkcjonariusz Policía Nacional zauważył, że za parą obcych, najpewniej laików w kwestiach tutejszych zagrożeń kręcą się jacyś podejrzani delikwenci gotowi do „krojenia”, to wchodził po prostu, jak klin, między, dajmy na to, potencjalne ofiary a potencjalnych rabusiów. Cokolwiek rozgrywało się tam gdzieś na tyłach, czy z boku, bliżej albo dalej, a dotyczyło nas, to nie byliśmy tego świadomi. Cokolwiek miało się zdarzyć i nam zaszkodzić, nie wypaliło. Może to i lepiej dla samych rabusiów.

Podejmując spore ryzyko, mogliby się łupem tęgo rozczarować. W kieszeniach, tych bardziej, że tak powiem, na widoku to ja noszę zazwyczaj zapoconą chustkę, którą zgarniam z czoła siódme poty, gdy tropik fest dokazuje, noszę też jakieś drobniaki, niewiele warte, a najczęściej targam tam niezłe usypisko różnorakich bibelotów, czasem przydatnych, albo zupełnie zbędnych, i targam to jak Tomek Sawyer, no może bez zdechłego szczura

Każdy karnawał to niemożliwa mnogość fikuśnych fatałachów, to parada lycry, stylonu, satyny, piór, błyszczącego włosia, fosforyzujących szlafroków, to szał tajemniczych masek, łagodnych lub przerażających, pod którymi niejedno alter ego pohula do woli. Karnawał to sztuka przebierania się, uwalniania pragnień, może najprawdziwszych, przy okazji to amnestia dla… ekshibicjonistów. Karnawał to kulinarne porno, na każdym rogu. W takim kraju, jak Dominikana, uliczne jedzenie, znaczy jedzenie proste i pyszne.

Jednak karnawał to nade wszystko muzyka. Dużo muzyki. Mega waty. Z każdej strony. Gigantyczne basy, wypuszczane z niepoliczalnych głośników, jak tornada wirują po asfalcie i porywają człowieka, którego dusza wpada od razu w drgania. To jest, jak Come on baby light my fire, wydmuchane na dopalaczu z dyszy F-16. To jest, ludzie kochani, haj, odurzenie. Ta cała zapuszczona w ruch dźwiękowa maszyneria działa, jak kosmiczny rozrusznik. Jak bębny na umysł szamana, który zaraz padnie na glebę, będzie się wić, jak święta mamba, nim zacznie bełkotać uzdrawiające zaklęcia, albo ciupciać żeński chór, bo bywa różnie z szamanami. Niektórych podświadomość robi w konia.

Te karnawałowe wibracje w La Vega potrafią wciągnąć chyba każdego. Niejeden ogarnie ten cały taneczny, teatralny miszmasz po swojemu, coś z niego wyciągnie na prywatny użytek, coś jak mniemam, pozytywnego. Każdy tu znajdzie swój trans. Zawsze tak było, od czasów, gdy takie szalone ludyczne balety weszły w krew ludów, cywilizacji. Odżyje tu największy malkontent, dżentelmen z kijem w tyłku, i ten kto trafił na karnawał przypadkiem. Lecz głowę daję, że ten ostatni, to migiem się połapie, że coś jest na rzeczy, że ta impreza to zbawienie i trzeba z niej brać, ile się da. To tak, jakby trafić na orgię, gdzie wstępną konfuzję nagle zastępuje troska o to, aby… nie zostać pominiętym. Karnawał, mili Państwo, to jest to!

Chleba zatem, igrzysk i karnawału na Karaibach! Potem można iść do nieba, lecz kto by tam chciał? Diabłów spytajcie.

Carnaval Vegano w migawkach

Udostępnij artykuł na:

Brak komentarzy.

Podobał Ci się ten wpis?

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *